"Skradzione serce"
Bestia grasowała w królestwie od dawna. Podobno każde szanujące się Królestwo ma własnego smoka, potwora, albo przynajmniej złowieszczą czarownicę. Jednakże Bestia przekraczała wszelkie granice tego, co można uznać za ofiarę konieczną dla podniesienia prestiżu i sławy państwa. Po pierwsze, zabijała o wiele za często, a ponadto nie kierowała się żadnym wyraźnym kluczem dobierania przeznaczonych na rzeź. Zwykle strzec musiały się młode dziewice, ewentualnie młodzieńcy. Tymczasem w Królestwie zagrożeni byli wszyscy. Staruszki, starcy, rycerze, ladacznice, hrabianki, myśliwi, i co gorsza-dzieci płci obojga. I to właśnie ostatnia grupa była najbardziej narażona na śmierć, czego mieszkańcy ścierpieć nie mogli.
Co gorsza, ofiary ginęły w serii wyszukanych i okrutnych sposobów. Morderstwa łączyła tylko jedna rzecz. Ofiarom wyrywano serca. Prawdopodobnie żywcem. A potem trupy podejrzanie długo nie chciały gnić...
Nic więc dziwnego, że gdy starosta znalazł swoją kilkuletnią córeczkę zagrzebaną żywcem w wąwozie, zdecydowano się na podjęcie radykalnych kroków. Ogłoszono konkurs na połowę królestwa i rękę księżniczki, i oczekiwano przeróżnych śmiałków w lśniących zbrojach. Żaden nie stanął jednak na wysokości zadania. Szczęściarze uciekli, inni zostali znalezieni martwi.
W końcu zdecydowano się na ostateczne wyjście i postanowiono zawezwać zawodowego łowcę potworów. Louis Fernard Le Moreau miał już doświadczenie w tego typu sprawach, i świeżo owdowiał po swej drugiej żonie, nagrodzie za martwego smoka, niespełna czternastoletniej księznej. Niestety, nie zdążył nawet skonsumować tamtego małżeństwa, a szkoda. Panna zapowiadała się na urodziwą kobietę. Ale nie ma co rozpamiętywać przeszłości. Louis uwielbiał płeć piękną, z wzajemnością. Uznał, że z łatwością wynagrodzi sobie stratę młodej żony. Królestwo słynęło z urodziwych dam, toteż wyruszył w drogę bez wahania.
Gdy łowca potworów znalazł się w królestwie, był tam już wyczekiwany z niecierpliwością. Nie wątpiono, że wojak dołoży wszelkich starań, aby wygonić z miasta bestię, a jeśli mu się nie uda- honorowo odmówi zapłaty. Krążyły wszak wieści o jego walecznym i nieustraszonym sercu, szczerości i uczciwości, oraz wrodzonej dobroci.
Spędziwszy rozkoszną noc z trzema ponętnymi dziewczętami, pan de Moreau był gotów stawić czoła każdemu koszmarowi. Starosta zapoznał go ze szczegółami sprawy, zapewnił, że nagrodą będzie ręka księżniczki, oraz połowa królestwa. Louis miał spędzić trzy noce z rzędu z Bestią w Nawiedzonym Zamczysku, i oczywiście przeżyć. Jeśli potwór nie uderzy następnie w ciągu trzech tygodni, będzie to znaczyło, że się udało.
Gdy Louis stanął przed bramą Zamczyska, zdawało mu się, że sięga ono ku niebu. Przełknął ślinę i wszedł do środka. Każdy mógłby zgubić się w setkach ciemnych i wąskich korytarzy, jednak nie de Moreau. Dotarł do pierwszej wolnej sypialni, pozbył się wszystkich pajęczyn i ułożył się do snu.
Pierwsza noc minęła względnie spokojnie. Louis budził się co jakiś czas, bowiem miał nieokreślone wrażenie, że oprócz bicia własnego serca, obok (albo nad nim? Albo pod nim?) słyszy jeszcze bicie... Jednak uznał, że to z pewnością echo, i na wszelki wypadek zaciskając dłoń na sztylecie, dotrwał do rana.
Dzień w Zamczysku minął całkowicie „normalnie” i bezpiecznie. Może dlatego, że było jasno, może dlatego, że znikąd nie dochodziły żadne dziwaczne odgłosy. Sytuacja odmieniła się wieczorem. Louis nie był pewien, czy to jego własna wyobraźnia, czy omamy słuchowe, ale zewsząd zaczął dobiegać jakiś szelest. Bicie serca....tysiąca serc! Hałas stopniowo stawał się nieznośny, a mężczyzna natychmiast przypomniał sobie pogłoski o wyrwanych narządach ofiar bestii. Od razu zrobiło mu się zimno i niezręcznie, jednakże mężnie zatkał uszy poduszkami, i w takiej pozycji przetrwał kolejny dzień. I kolejną, ostatnią noc.
Spodziewana bestia nie nadeszła. Za to nadszedł korowód zdumionych i uradowanych ludzi, którzy pragnęli podziękować panu de Moreau za jego sukces. Nikt w końcu nie mógł wiedzieć, że w Zamczysku nie było żadnego potwora, a jedynym, z czym musiał zmagać się Louis, był drażniący hałas.
Trzy tygodnie bohater roku balował w karczmie z dziewczętami, nerwowo wyczekując wiadomości o kolejnym ataku bestii. Po wyznaczonym terminie nie znaleziono na szczęście żadnego trupa, więc rychło zorganizowano wesele z Księżniczką.
Gdy tylko panna młoda stanęła przed ołtarzem, mężczyzna popełnił jedną z większych głupot w swoim życiu. Zakochał się. Od pierwszego wejrzenia. Kobieta była...idealna. O posągowej, alabastrowej twarzyczce, kruczoczarnych włosach i nienagannej sylwetce. Louis od razu zaczął sobie wyobrażać noc poślubną w Zamczysku. Jakież było jego rozczarowanie, gdy wieczorem żona poprosiła nieśmiało o dwa dni czasu. Obiecała, że obowiązek małżeński spełni trzeciej nocy po ślubie. Poczekał. Musiał. I nie żałował. To była najlepsza noc w jego życiu. Gdyby nie jej koniec.
Przed wschodem słońca, Louis stęknął cicho, rozbudzony.
-Słyszysz? -wydyszał do żony, rozglądając się nerwowo.
-Co? -ziewnęła Księżniczka, przeciągając się.
-Biją. Biją serca....gdzie one są, gdzie? - szeptał półprzytomnie, chcąc wstać i natychmiast zlokalizować, zniszczyć źródło tego koszmarnego hałasu.
-Gdzie? To przecież nie ma znaczenia. -odparła dziwnie bezbarwnym głosem. -Bestia nie znalazła jeszcze idealnego serca. Polowanie trwa.
-Co? Jak to trwa? Bestii nie ma, unicestwiłem ją. -zaprotestował z trwożliwym zdumieniem Louis.
Kobieta roześmiała się nienaturalnie nisko, ochryple.
-Jesteś taki pewien? Naiwność niektórych mnie rozbraja.
Tknięty dziwnym przeczuciem mężczyzna cofnął się gwałtownie.
-To...niemożliwe... Spędziłem z Bestią trzy noce...
-Wtedy? Wtedy nie było żadnej Bestii, tylko pusty zamek. Trzecia noc kończy się DZISIAJ. -wyjaśniła z politowaniem. Zanim z ust Louisa zdążył wydobyć się krzyk, Księżniczka doskoczyła do niego zwinnie, bardziej jak zwierzę, niźli człowiek. Rozczapierzone paznokcie wbiła momentalnie w lewą stronę jego torsu, i w ciągu kilku sekund wyciągnęła z krwawiącej rany bijące wciąż serce. Uśmiechnęła się z dziką satysfakcją.
-Nie masz pojęcia, jak męczące jest życie, gdy urodziło się bez serca. Ciągłe udawanie i polowania... A na naszą noc poślubną musiałam wyjąć z kolekcji serce jakiejś pastereczki, które bardzo chciało pokochać rycerza. W sam raz. -westchnęła nieco pogardliwie, i sięgnęła do własnej klatki piersiowej, po czym wyjęła z niej różowiutki organ. Ostrożnie odstawiła go na szafkę nocną. Zarazem rysy twarzy jej stężały, zniknęła z nich pierwotna słodycz, zastąpiona przesz jakąś szorstką zwierzęcość.
-Ale Twoje serce... ma lepsze ambicje. - wyjaśniła mechanicznym głosem. -Ono chce być władcą. I dzięki mnie zostanie. Będzie należeć do królowej. Ciesz się, twe uczciwość, dobroć, odwaga i honor, zostały nagrodzone.
Jednak wykrwawiający się mężczyzna jakoś nie miał SERCA się cieszyć. Z nagłym zobojętnieniem obserwował, jak Księżniczka wkłada jego dawne serce do swego ciała, jak zasklepia się dziura w jej piersi, jak postawa nabiera stanowczości i męstwa.
Zaś gdy tylko serce zaczęło bić na swoim nowym miejscu, oczy mężczyzny się zamgliły, a głowa opadła. Kobieta spokojnie pozwoliła wykrwawić się kochankowi, po czym udała się do lochów.
Włożyła „serce pastereczki” do słoika i ustawiła je na odpowiedniej półce w ogromnej sali. Sali, wypełnionej naczyniami z bijącymi wciąż zdobyczami, wydartymi żywcem z ofiar Bestii. Następnie zaś zaryglowała pokój. Polowanie się zakończyło.
Księżniczka przeszła do historii jako doskonała władczyni. Odważna, honorowa, stanowcza, ale i serdeczna wobec poddanych. Jedynym drobnym dziwactwem królowej były cotygodniowe wyprawy do karczmy i noce spędzane w towarzystwie młodych dziewcząt. Jednak każdy ma jakieś dziwactwa, prawda? Lepsze deprawowanie kelnerek, niż martwe dzieci odnajdywane w lesie.
A co do biednego Louisa... w sumie nie mógł się wstydzić się tego, co go spotkało. Ostatecznie, czy jest jakiś mężczyzna, któremu żadna kobieta nigdy nie skradła serca?
Sklep
Forum