…według Obolewian


[tekst oryginalnie opublikowało wydawnictwo Genius Creations]

Kwiecień 2013

Zaczęło się od tego, że mgła znad rzeki Czarnej zabrała starą Iwanową. Pod koniec kwietnia, tuż po świętach, przypadkowy wędkarz znalazł ją wbitą w trzciny i muł, niczym mały statek żaglowy osiadły na mieliźnie. Koszula uczepiona trzcin do złudzenia przypominała podniesiony żagiel, a podkurczone kolana wzgórza nad zatoką. Wielu śmiało się później, że Iwanowa wybrała się w ostatni rejs.

Przyjechała policja i lekarz. Dokonali oględzin, oznaczyli teren, zabrali trupa i odjechali.

Po tygodniu sołtys Maciej przyniósł wieść, że stara zmarła od utonięcia, co dla nikogo nie było nowiną, wiedziano bowiem, że Iwanowa pływać nie umiała.

Ledwie ucichły plotki, gruchnęła następna nowina – krawiec Bonifacy powiesił się w salonie!

Pół wsi zbiegło się pod piętrówkę, by przyjrzeć się bliżej wydarzeniu.

Bo zaiste dziwna to była śmierć. Otóż, choć musiano wyważyć drzwi wejściowe, zamknięte od środka (tak samo jak drzwi zapasowe i okna, również piwniczne), co wskazywało na samobójstwo, pod wisielcem nie znaleziono krzesła czy stołka, na którym mógłby stanąć, by dokończyć żywota, a jedynie mokrą plamę. W pomieszczeniu nie było żadnego przedmiotu prócz liny. Jak się więc powiesił? Podciągnął się na pętli, a potem nałożył ją sobie na szyję i zawisł? Pół metra nad podłogą?

Czy może morderca wlazł przez komin? Co mogło być prawdopodobne, bo zmarły miał czarne paznokcie.

Od razu pojawiły się przypuszczenia, że to duch starej Iwanowej przyszedł po swego kochanka, nie było bowiem tajemnicą, że stara mimo siódmego krzyżyka na karku na wszystko przedkładała towarzystwo mężczyzn, a zwłaszcza krawca Bonifacego, o którym mówiono, że ma złote ręce do wszelakiej roboty, babską słabiznę zaś zna jak mało kto i nie odmawia w potrzebie.

Poza tym delikatny był nad podziw. A o jego przyrodzeniu opowiadano legendy.

Wyniesiony przez pielęgniarzy trup cały był siny na twarzy, a język zwisał mu aż za brodę, co niejako potwierdzało plotki o Bonifacym jako mistrzu miłości francuskiej. Ubrany był w czarny garnitur, na nogach miał czarne lakierki, a włosy wypomadowane.

Kilka kobiet rozbeczało się na jego widok. Najgłośniej zaś ryczała czterdziestoletnia dziewica Anna, która zaklinała się w młodości, że prędzej się diabłu odda niż mężczyźnie z krwi i kości. Plotka jednak niosła, że na przedwiośniu to ona pierwsza biegła w las, by przebłagać kłobuka, ażeby ten dał jej prawdziwego chłopa. Co ponoć czynił już nieraz.

Ona też zresztą policję wezwała, jako że sprzątała u Bonifacego i nieobecność gospodarza wydała jej się dziwnie podejrzana. Podejrzenia okazały się słuszne.

Mistrz Mateusz kiwał głową i ocierał kapiący nos. Na pytania sąsiadów nie odpowiadał, smarkał tylko na boki dla odpędzenia nudziarzy.

Przeziębił się po ostatniej wizycie u szwagra Gaudentego, który w sąsiedniej wsi zamieszkiwał. Okazji do picia w zasadzie nie było, dlatego spróbowali na początek po kieliszeczku. Skończyło się na litrze. Mateusz uparł się wracać, nie dopiął kombinezonu i nim doleciał do siebie, a synkowie wyłowili go ze stawu, wiedział, że odchoruje gościnę.

Od dnia w którym uruchomił katapultę, rzadko kiedy siadał w samochód, wolał Ikarowym lotem okolicę z góry oglądać. Bliżej nieba był wówczas. I marzeń z dzieciństwa.

Początkowo korzystał z wyrzutni sam, potem udostępnił ją synom i sąsiadom. Krawiec Bonifacy był drugim, który zasiadł w teleporterze.

Tak więc wiosna tego roku przyniosła do Obolewa śmierć dwóch osób i niemałe zamieszanie. Albowiem, choć starej Iwanowej nikt nie opłakiwał, krawiec był osobą powszechnie szanowaną i wielu jego odejście wytrąciło z równowagi.

Po południu wioskowy kolektyw udał się do gospody. U Boruty (wieść niosła, że drewno na ściany budynku pochodziło z dębu tysiącletniego, którego liście mimo najsroższych mrozów i najdzikszych wichrów nie spadały) goście rozsiedli się za stołami i wyciągnęli kości, by grą umilić rozmowę. Dwa potężne wiatraki miesiły powietrze, skutecznie przeganiając wiosenny upał. Dwie anielskiej urody barmanki uśmiechały się zza szynkwasu.

Tak zwinnych, gibkich i kształtnych ciał nie było w okolicy, zazdrośnice szerokim łukiem obchodziły zatem bar. A że tegoroczna wiosna okrutnie zbiesiła dziewczyny, mężczyźni lgnęli do zawsze uśmiechniętych Borutek. Zwłaszcza że te nie obrażały się za niewinne poklepywanie czy gwizdy rozochoconych klientów i bez zmrużenia oka pobierały napiwki. A na dodatek kręciły zgrabnymi tyłkami jak grzechem w kościele. Najstarszym mieszkańcom osady przypominały przeszłość – odległą i już zapomnianą – o hołubieniu najpiękniejszych latorośli.

Wioskowy poeta zwany Jasiem tysiąc wierszy ułożył na ich cześć, tysiąc kolejnych miał w głowie.

Barmanki w podzięce głaskały go po głowie. Jakby był kotem lub psem, który łasi się do swych pań.

Nawet śmierć Bonifacego nie powstrzymała go przed wygłoszeniem nowego utworu.

– Jesteście jak czerwień, więc kiedy krwawię wami, pozwólcie mi płynąć, po wieki wieków, amen – wykrzyczał na cały głos zaraz po wejściu.

Ten i ów zawiesił na nim wzrok, ten i ów pokiwał głową. Rozumieli go, podziwiali za konsekwencję i współczuli.

Zapominali równie szybko.

Albowiem nie Jaś Poeta był ich największym zmartwieniem. Nie jego przeklinali, lecz tych, którzy doprowadziwszy ukochany kraj nad skraj przepaści, krzyczeli, by zrobić krok do przodu, nie stać w miejscu. Przeklinali biedę i beznadzieję swego żywota. Nieurodzaj i brak perspektyw. Marazm prowadzący równią pochyłą na skraj rozpaczy.

Na końcu przeklinali wino owocowe, które pochłaniało skromne zasiłki i emerytury.

Dlatego śmierć Bonifacego stała się głównym tematem wszystkich rozmów. Tajemniczość pobudzała wyobraźnię. Nawet ci, którzy fantazji nie mieli zbyt wiele, starali się zabrać głos.

– Ani chybi duch starej zabrał krawca – stwierdził Alojzy, rolnik na czterech hektarach, po dwóch klasach podstawówki, które z trudem zmęczył.

– Albo Marsjanie – wtrącił siedzący przy tym samym stoliku syn Mateusza, Antoni, dziewiętnastoletni bezrobotny, z wykształcenia mechanik, z zamiłowania fantasta. – W Stanach udokumentowano setki przypadków porwań i tajemniczych zaginięć. W przypadku Bonifacego mogło być tak, że kosmici zostawili powłokę cielesną, a zabrali astrala. Odkąd na Marsie odkryto pozostałości nieznanej cywilizacji, tajemnica Czerwonej Planety dołączyła do ekskluzywnego grona priorytetowych zagadek NASA. Profesor Witos z University of Columbia twierdzi wręcz, że za życiem na Ziemi stać mogą istoty wcześniej zamieszkujące Czerwoną Planetę.

– Interesujący wykład. Zgodzić się jednakże z nim jest nie sposób. – Boruta przeczesał kruczoczarne włosy. – Nie udowodniono bowiem, że Marsjanie odwiedzili Ziemię. A zdarzenie na farmie mego kuzyna Williama Brazela w Roswell w stanie Nowy Meksyk dziś wiąże się z katastrofą balonu szpiegowskiego Amerykanów, którym badania jądrowe Rosjan dały się mocno we znaki.

– A Trójkąt Bermudzki?

– Zwykły metan, który uwalnia się co jakiś czas z dna oceanu.

– A Jezus?

– Miesiąc temu znaleziono jego grób z zasuszonym trupem.

– Nie sposób dyskutować o rzeczach oczywistych – wtrącił się sołtys Maciej, przerywając przedłużający się spór. – Tam, gdzie ludzki umysł gubi się w domysłach, najprościej przyjąć wszystko na wiarę. Jałowy spór nie prowadzi do niczego, może oprócz drzwi.

– Zatem śmierć Bonifacego stała się za Bożym przyzwoleniem? Czy tak?

– Tak jak każda śmierć. Problem tkwi w tym, czy ktoś w tym dopomógł, czy nie.

– Kosmici?

– Iwanowa?

– Wyrzuty sumienia – stwierdził Benedykt, górnik z pobliskiej kopalni żwiru, o którego żonie mówiono, że częściej u krawca bywała niż w domu.

Tłumaczyła się zawsze, że Bonifacy lubił wylizywać jej patelnię, a że Benedykt przepadał za naleśnikami, często jej używała. I dzięki temu dogadzała obu mężczyznom.

* * *

Wczesnym majem we wsi pod lasem zginął z tuzin psów, i jakby mniej kotów włóczyło się po okolicy, choć te drugie chodziły własnymi ścieżkami, więc trudno było to ocenić dokładnie. Ktoś podpalił stodołę kłusownika Leopolda, a z obory starej Persefony zginął dorodny knurek, którego kobiecina jak dziecka doglądała. Rozchorowała się potem biduleńka i o mały włos ducha nie wyzionęła. Sołtys Maciej wezwał policję, by mundurowi dochodzenie przeprowadzili w związku z tą i innymi sprawami, jednocześnie jednak zebranie w remizie zrobił i zarządził zbiórkę na kupno nowego kabanka dla Persefony. Żal mu było bowiem starowinki, a w skuteczność władzy nie wierzył od dziecka.

Pod koniec maja Bazyli spod lasu znalazł mokrą kurę powieszoną za skrzydła na młodym świerku, a najstarsza córa sołtysa, Scholastyka, o której mówiono, że nie odmawia tylko pacierza, spadła z drabiny i połamała obie ręce.

Stary Kacper ogłosił powrót złych mocy, a młody Wojciech po jedenastym kuflu piwa przyznał się, że tego wieczoru, co Scholastyka miała wypadek, chędożył ją na pięterku w stodole i pchnął zbyt mocno biodrami, a raczkująca dziewczyna, z lewą ręką między nogami, nie utrzymała się balika i poleciała na klepisko.

Sensacyjna opowieść jeszcze tego samego wieczoru dotarła do Macieja. Maciej pięścią podziękował Wojtkowi. Wojtek odszczekał wszystko, co powiedział, a nawet więcej – wyznał, że jego jedyną miłością są samochody i tak naprawdę jest jeszcze prawiczkiem, któremu dziewczyny nie w głowie. Słuchacze szybko zapomnieli o pomówieniach.

Rankiem delegacja Obolewian udała się nad rzekę, do staruchy Jagi, która znana była z rzucania uroków i znajomości zaklęć wszelakich.

– Ja? Ja kurę bym na drzewie wieszała? – zaskrzeczała z oburzeniem. – Lepiej bym ją w gar wrzuciła. Od roku rosołu nie jadłam! Od roku, sąsiedzi mili! A wy, sołtysie, widzę kilka kilo znów przytyliście. Drób zdrowy jest, dobry na kondycję. A i smaczny. Nikomu z was do głowy nie przyszło, żeby tę kurę do mnie przynieść? Już ja bym znalazła tego, co ją powiesił. A jak nie, to nie zmarnowałaby się na pewno.

Najzagorzalszy wróg Jagi, Pankracy, któremu z niewiadomych przyczyn łońskiego roku padły trzy zdrowe jak byki mleczne krowy, przystawił jej widły do szyi.

– Gadaj po dobroci – zasyczał jak wąż jadowity. – Wiemy dobrze, żeś na nauki wudu do samego Harlemu jeździła.

– A jeździłam. Nie wolno to starej świata zobaczyć?

– Wolno, nie każdego stać tylko.

– Sprzedaj butelki – odszczeknęła Jaga, a potem nagłym ruchem chwyciła widły i szarpnęła, wytrącając Pankracego z równowagi, następnie zdzieliła go w czoło końcem trzonka i powaliła na ziemię.

Delegacja cofnęła się momentalnie. Sołtys w pokojowym geście podniósł ręce do góry.

– Przyszliśmy w dobrej wierze – rzekł. – O radę prosić. Sama wiecie, Jago, że się źle w Obolewie dzieje. Nerwy ludziom puszczają. Nie obrażajcie się z byle powodu.

– Nie obrażam. – Starucha wbiła widły w ziemię, widać jednak było, że czujna jest i strzyże spiczastymi uszami na boki, niechętnie na trącego czoło Pankracego spoglądając. – W niczym pomóc jednak nie mogę. Przypomnijcie sobie, jak to z Genowefą było.

A było to ubiegłej jesieni. Kończył się wrzesień, gdy wieś wieść obiegła o niepokalanym poczęciu, które Gienki stało się udziałem, albowiem dziewczyna dziewicą była, tak przysięgała. Niedowiarkowie śmiali się, że za poczęciem owym niejaki petting uprawiany z Jędrzejem pod wierzbo-gruszą Izydorową stoi, dziewczyna klęła się jednak, że prawdę mówi i nawet zaświadczenie od ginekologa przyniosła. Dopiero na chrzcinach na jaw wyszło, że ginekolog dalekim krewnym był dziewczęcia, choć i tak na bieg rzeczy wpływu to nie miało.

Izydor bezdzietny był i pragnienie tylko jedno miał – ażeby grusza, którą na wierzbie zasadził, owoc wydała. No i wydała. Gruszek jeść się nie dało, bo smak miały nieco drewniany, Gience jednak w ciążę zajść pomogły.

– Plemnik do tygodnia żyć może w ciele kobiety – rzekła wówczas Jaga, wieś bowiem, na dwa obozy podzielona, do niej po poradę przyszła. – Znane są przypadki narodzin bliźniąt, z których jedno białe, a drugie czarne było. Dzieje się tak wówczas, gdy niewstrzemięźliwa kobieta często partnerów zmienia, zabezpieczenia nie biorąc. Nie dziwi mnie więc niepokalane poczęcie Olafowej córy. Wiadomo, że plemnik nie niedźwiedź, wszędzie wleźć potrafi, tak i wlazł pewnie gdzie nie powinien.

– Plecie stara jak nawiedzona – oburzył się Kleofas. – Łaciate bliźniaki ubzdurała. Mleka za dużo, jędzo, pijecie. To i na mózg wam padło.

– Głupia Jaga.

– Głupia, głupia – podchwyciły dzieci.

Ksiądz proboszcz trzy razy dziewczynie na kolanach kościół okrążyć kazał, bić się przy tym w wyjątkowo obfite piersi i modlitwę do Najświętszej Maryi Panny odmawiać, nie mogło być bowiem, by znana z upodobania do dyskotek, palenia tytoniu i picia w nadmiarze wina gronowego Genowefa przyrównana być mogła do Matki Chrystusowej.

– W Kanie Galilejskiej też wino spożywano – tłumaczył rodzic dziewczyny, co to na pięciu hektarach gospodarzył i ledwie koniec z końcem wiązał, a miał siedmioro gąb do wyżywienia, jako że od dawien dawna lubił z babą po ciemku wieczorami przesiadywać. Złośliwa plotka rozum i urodę Olafowej z głowy między nogi przerzuciła. Córki ponoć zaraziły się od matki.

Sołtys Maciej podrapał się po głowie, świadom niesłusznego skrzywdzenia Jagi, które się przy wspomnianym zdarzeniu dokonało.

– Każdy pomylić się może – rzekł. – Dziś ważniejsze sprawy mamy w Obolewie. Od miesiąca psy giną po wioskach, bo nie tylko u nas czworonogów mniej jakby, Bonifacy się powiesił, Iwanowa utopiła. Co o tym myślicie, Jago?

– Ano myślę, że w tym macki topielica maczać mogła.

– Topielica, mówisz? – Jak bumerang do Macieja wróciło zdarzenie sprzed roku; dzień, gdy się na ryby z Bonifacym wybrał. Krawiec omal nie utopił się wówczas. Śmiał się z niego, że co ma wisieć, nie utonie.

– Słyszałam, że deski pod Bonifacym mokre były, a i kura wyglądała jakby ją z wody wyciągnięto.

– Istotnie – potwierdził Maciej. – Wszyscy jednak wiemy, że topielica wody się trzyma i bez potrzeby na brzeg nie wyłazi. A psy z obejść ginęły, tak jak i kaban Persefony.

– Topielica to mit i bajka – wtrącił się syn Mateusza. – W dobie komputerów i lotów kosmicznych wiara w duchy nieistniejących poczwar przybliża nas do ciemnogrodu, którego świat cywilizowany boi się jak zarazy. Pora skończyć z zabobonami.

– Mówisz, synku, jakbyś wszystkie rozumy pozjadał, a na takiego mi nie wyglądasz.

Antoni skrzywił gębę, jakby piołunu się napił. Chciał zakląć, nie zdążył.

– Gaudenty leci. – Wyciągnięta ręka Pietrka, najmłodszego syna Olafa, skierowała spojrzenia delegatów w przestworza, i tym samym zakończyła wizytę u Jagi, która nic mądrego nie powiedziawszy, u nikogo zainteresowania dalszą rozmową nie wzbudziła.

Jak jeden mąż zawrócili wszyscy do obejścia Mateusza, gdzie w specjalnie w tym celu wykopanym stawie lotnicy lądowali.

– Idźcie, idźcie – zaśmiała się starucha. – Tam, gdzie swój pomóc nie może, obcy dać radę powinien. Gaudenty jest znany z gadulstwa. Czasami udaje mu się powiedzieć coś rozsądnego.

Nie słuchali jej. Gość przybył z wizytą, musieli godnie go powitać.

Gdy dotarli na miejsce, Gaudenty siedział już w ogrodzie przy szwagrowskim stole i popijał jabłecznik z dzbana, znany był bowiem z przywiązania do napojów owocowych jasnej barwy. Powitali go jak należy i, głodni wieści, obstąpili jak krzyż pański.

On jednak pił niespiesznie, delektując się trunkiem. Co raz tylko zerkał na synów szwagra oglądających sieć, w którą spadali katapultowani.

Gdy skończył, rzekł:

– Bądźcie pozdrowieni, ludzie dobrzy. Przyleciałem tu do was, by wieści o tym, co się u nas mówi, przekazać. A mówi się, że topielica, nie mogąc znieść zatrutej nawozami rzeki, na brzeg wyszła. Mówi się też, że kłusownicy kłobuka przegonili, co zbiesiło baby, a mężów zagoniło do gospody, przez co gospodarstwa nie są należycie pilnowane. Słyszałem również głosy o pojawieniu się kształtów świetlistych w okolicy, które jak wiadomo raz na sto lat przybywają, by dusze ludzkie porywać. W przeddzień śmierci Bonifacego obłąkana Berta świadkiem dziwnego błysku nad brzegiem Czarnej była, w co nikt wierzyć jej nie chciał, bo ponoć grzybów poszła tam szukać. Dzisiaj inaczej się już mówi, a młodzi pytają coraz głośniej – tu znacząco spojrzał na Antoniego – czy to aby nie forpoczta Marsjan zbulwersowanych piosenką Kazika sprzed kilku lat. Jak wiadomo, Marsjanie ciał nie mają, a jedynie kształt cieni, stąd niepostrzeżenie wszędzie zakraść się mogą. Gorących głów uspokoić nie sposób, dlatego uradziliśmy wczoraj wieczór, by obławę przyszykować, las przeczesać i, wraz z rzeką, wodą święconą skropić. Przyleciałem, by zaprosić was do nagonki. Macieju, co ty na to?

Sołtys popatrzył na ludzi, odchrząknął i zgodził się bez gadania. Bezrobocie we wsi było straszne, a przy okazji polowania na duchy i potwory niejednego zwierza ubić można było, a tym samym głód najbiedniejszych zaspokoić.

Przepili do siebie na zgodę, ucałowali i Gaudenty wracać postanowił.

Nałożył kombinezon, wdrapał się na katapultę i z głośnym – Ahoj! – poszybował ku swoim.

Odprowadzał go wzrok zadumanych Obolewian, Chińczykami przezywanych na cześć dziewczyny o wdzięcznym imieniu Zefiryna, która to, wiążąc włosy w kok, tak mocno naciągała skórę na skroniach, że oczy jej niebieskie stawały się lekko skośne. Z odpowiednim makijażem cała twarz nabierała egzotycznych, intrygujących cech.

Przezwisko przylgnęło z biegiem czasu do całej wsi.

* * *

Zefiryna była wesołą młódką, na którą niejeden młodzian ostrzył zęby. Poruszała się z rękami założonymi na ponętne piersi, z dumnie podniesioną głową i oczami zmrużonymi w poszukiwaniach. Czego dokładnie szukała, nie wiedział nikt. Być może rozumu, być może wczorajszego dnia. Kilka lat temu Jeremiasz zapytał ją o to, a ona spojrzała na niego tak jak miała w zwyczaju i odpowiedziała:

– Być może ciebie?

Chłopaka zamurowało, choć z budowlanką niewiele miał wspólnego, i nim oprzytomniał, minęło sześć długich miesięcy wspólnych spacerów, żartów i wypadów na łąki nadrzeczne. Nie wiedział Jeremiasz, czy to miłość była, czy fascynacja urodą i nieśmiałością Zefiryny. Opowiadał później, że takiego uczucia nigdy nie doświadczył z żadną dziewczyną. Opowiadał, że na dźwięk jej głosu przechodziły go ciarki, a gdy zajmowała się swym młodszym braciszkiem, Beniaminem, wyglądała piękniej niż Pieta.

– Raz w życiu spotyka się taką miłość – tłumaczył zasłuchanym kumplom, a Teodor z nieodłączną puszką piwa w dłoni kiwał głową i uśmiechał się wyrozumiale.

– Raz w życiu można odmówić sobie piwa – mruczał w odpowiedzi. – Raz w życiu.

– Kiedy patrzę na nią, kiedy dotykam delikatnej jak jedwab skóry i kiedy całuję jej usta słodsze od najsłodszego miodu, wiem, że żyję, i wiem, że istnieją na tym świecie rzeczy, których nie da się piórem opisać, słowami opowiedzieć. To po prostu trzeba przeżyć. Trzeba być tam, gdzie dzieje się nieuchwytne, próbować łapać i zatrzymać na krótką chwilę. Albowiem nie zawsze można wrócić. Albowiem déjà vu zdarza się tylko w snach…

Towarzysze jego gier i zabaw milczeli zasłuchani w opowieści o wspaniałościach Zefiryny, wyobrażali sobie, jak szczęśliwy musi być Jeremiasz, i zazdrościli mu w duchu.

Jaś, który również życie całe szukał ideału, wzdychał, słuchając Jeremiasza, wspominał miłość swą z dziecięctwa, Izoldę, tak bliską, a zarazem tak nieosiągalną, i układał wierszyki o szczęściu:

TUŻ POD SKÓRĄ POD ŻEBRAMI

BIJE KAMIEŃ SERCEM ZWANY.

WEŹ TEN KAMIEŃ W SWOJE RĘCE

DOBRZE PRZYMIERZ I RZUĆ WE MNIE.

WIEM ŻE ŚWIATA SAM NIE ZMIENIĘ

W STOS UŁOŻĘ SERC KAMIENIE

TWOJE GDZIEŚ NA SAMYM SZCZYCIE

IMITOWAĆ BĘDZIE ŻYCIE.

W KRĘGU SERC MOICH PRZYJACIÓŁ

KTÓRZY DZISIAJ NIC NIE ZNACZĄ.

JUTRO ZAMKNĘ KAMIEŃ W SŁOWIE

BY TWE SERCE MIEĆ PRZY SOBIE

MÓWIĄC SZEPTEM TWOJE IMIĘ

ŚMIECH ZAMIENIAĆ W MARTWĄ CISZĘ.

Potem zastanawiał się długo w nocy, czy spotka kiedyś tę jedyną – magnes przyciągający metal. Nie mógł zasnąć. A gdy zmęczenie skleiło powieki, śnił koszmary i częstokroć budził się, zdezorientowany, niepewny czasu i miejsca.

– Czy widziałeś, jak się porusza? – opowiadał Jeremiasz. – Delikatnie, jakby stąpała po kobiercu z kwiatów tkanym ręcznie w dalekiej Turcji. Sama jak kwiat najpiękniejszy, podlewany i doglądany przez oddanego ogrodnika.

– Chciałbyś być tym ogrodnikiem, co? – Jaś uśmiechał się wyrozumiale, znał bowiem doskonale uczucia targające kumplem. Oraz kilka z jego wcześniejszych dziewcząt, o których wypowiadał się może nieco mniej pochlebnie, jednak bez złości czy pomówień.

– Zaprawdę, powiadam ci, chciałbym.

– Spaliście ze sobą?

– Nie, Jasiu. To nie jest ten rodzaj miłości. Sama obecność jest wystarczająco silna i piękna, by być ze sobą. Zefiryna jest zupełnie inna niż dziewczyny, które znałem dotychczas. No wiesz, takie na jedną noc, takie, którym nie zależy na uczuciach, tylko chwilowej przygodzie. Ona jest jak anioł, który zszedł na ziemię.

– Rozumiem.

Czyż jednak demony również nie są aniołami?

Maj 013

Brzask, jak co rano, rozbudził duchy rzeki. Mgła znad Czarnej zabarwiła się wschodem słońca, rozeszła nad łąkami setką mlecznobiałych pasm. Objęła trzciny i powolny nurt. Grzbiet okonia łupieżcy mignął zieloną srebrzystością na łagodnej fali, przepadł w odmętach, które zarówno śmierć, jak życie niosły.

Barnaba zarzucił wędzisko, spławik z korka po winie gronowym wypitym przedwczoraj lekko opadł na wodę, zakręcił się w wirze, wpłynął w zatoczkę, zatrzymał.

Mężczyzna oparł się o drzewo, leniwie gapił się na niemrawą przynętę. Głód ściskał żołądek, spływał śliną do gardła. Wędkarz nie próbował go nasycić, upatrując w udręczaniu ciała swoistej pokuty, cierpliwie znosił mdlące ssanie.

Żyłka napięła się nagle. Nad nurtem błysnął ogon kilkudziesięciocentymetrowej ryby. Barnaba przełknął ślinę i opuścił niżej wędzisko z leszczynowej witki.

– Teraz – szepnął do siebie i poderwał wędkę.

Na końcu haczyka zatańczyła łokciowej długości zdobycz – pstrąg.

– Mam cię! – Na twarzy łowcy pojawił się nikły uśmiech, który momentalnie znikł. Po drugiej stronie rzeki z poświaty rannego słońca i ustępującej mgły wyszły dwie nieokreślone postaci. Mężczyzna przylgnął do drzewa, odrzucił wędzisko, tracąc zainteresowanie szamoczącą się rybą. Wpatrzył się w tańczące kształty.

Otarł pot z czoła i splunął trzykrotnie przez lewe ramię. Gdy małym był chłopcem, dziad przed snem opowiadał mu o demonach pojawiających się wraz z brzaskiem nad brzegiem Czarnej, duchach, które wracały do swych utraconych pieleszy, by sycić się duszami nieświadomych ludzi. W pradawnych czasach tu wszędzie rozciągała się dziewicza puszcza, pod dębami żercy składali krwawe obiaty. W czasie drugiej wojny, światową nazwanej, wielu żołnierzy na zawsze z życiem się pożegnało. Las pełen był grobów obu wrogich armii.

Barnaba przykucnął i rakiem zaczął wycofywać się spod drzewa. Oczy utkwione w tańczących zjawach ani mrugnęły. W pamięci miał widok rozłożonej na marach Iwanowej…

* * *

W dniu polowania, siódmego maja, całe Obolewo i Żywe zgromadziły się przy lesie. Z księdzem proboszczem i sołtysami obu wsi na czele. Dzieciarnia wrzeszczała ile sił w płucach, psy szczekały, a staruszkowie opowiadali, jak to drzewiej na polowaniach bywało.

Jaś Poeta z nieodłącznym notesikiem i ołówkiem w dłoni przechadzał się bez celu w szumie i zieleni drzew, poszukując natchnienia na kolejny mes do swej nowej sympatii, Marianny. Ułożył ich już z tuzin, lecz wciąż było mu mało. Wiersze były swoistym oczyszczeniem, przeżyciem raz jeszcze czegoś, co nigdy nie zaszło, czasami próbą odgadnięcia przyszłości.

– Po wojnie wielu widziało dziki wielkości rocznego cielaka – opowiadał zasłuchanej dzieciarni stary Radomir. – Nie bały się niczego i zdarzało się, że potrafiły samotnego człowieka zaatakować. Nikt tamtymi laty sam do lasu nie chodził, a jak trzeba było, z widłami w kilka osób się szło. Mówiono, że to przez to, że zwierz dziki ludzkiego mięsa się najadał i tak się w nim rozsmakował, że nijak zapomnieć nie mógł. Co mogło być prawdą, nieprzyjaciel bowiem wielu tu swoich stracił i do dziś pod drzewami kości ich leżą, zapomniane przez Boga i ludzi.

Jaś przechadzał się, rozmyślał o wojnie i miłości. Nie fascynował go przelew krwi, chciał oglądać piękno i być pięknem. Patrząc na Radomira i zgromadzoną wokół staruszka dzieciarnię, ułożył dla swej nowej muzy wiersz o zabijaniu:

WŁAŚNIE UMARŁEM I JUŻ NIE ŻYJĘ

BO WREDNE JEST ŻYCIE I WREDNA JEST MIŁOŚĆ.

NIE POTRZEBUJĘ OD ŚWIATA NICZEGO WIĘCEJ

TWOJA NIENAWIŚĆ ZABIŁA MI SERCE.

Tymczasem zgodnie ustalono, jak nagonka pójdzie i gdzie łowczy się ustawią, potem rozległ się donośny głos rogu, kołatki zakołatały i nagonka szerokim łukiem weszła w las.

Ksiądz ręce do modlitwy podniósł. Wyrecytował kilka wersów za pomyślność łowów, kilka za miłościwie nam panującego i jego popleczników (wielu na krzyż założyło palce, by to, co powtarzają za kapłanem, nie wiązało ich umową). Potem pokropił kropidłem stojących szeregiem myśliwych i wygłosił kazanie, którego nie powstydziłby się sam Piotr Skarga. Skończywszy, odchrząknął w pięść i popił mszalnego wina. Chciał powiedzieć coś jeszcze, coś zapewne mądrego, gdy niespodziewanie krzyk straszliwy spomiędzy drzew doszedł. Liście brzóz zaszeleściły trwożliwie, a igliwie posypało się, szumiąc jak deszcz.

Z wykrotu wyskoczył zając, wyprężając słuchy, stanął słupka, rozejrzał się i pomknął skrajem puszczy, wyciągając skoki niczym baletnica. Wioskowy malarczyk Kryspin, Dalim przezywany, uwiecznił tę scenę na jednym z tysiąca swych obrazów. Po jego śmierci dzieło nazwane „Umykający przeznaczeniu” zostało sprzedane nieznanemu kolekcjonerowi za okrągłą sumę miliona euro.

Tymczasem szarak przepadł w krzakach leszczyny, a spomiędzy drzew wybiegli pierwsi ludzie. Ze strachem w oczach, niczym więźniowie obozu koncentracyjnego, którym sowieci wolność zwrócili. Duchy przeszłości, które nieznana siła obudziła do życia. Korowód ślepców pędzonych pejczami kapo do komór gazowych. Polacy z krwi i kości.

Łowcy odrzucili broń, oszczepy i łuki, widły i na sztorc nabite kosy, bosaki, sieci obciążone ołowianymi kulami, wybiegli im naprzeciw.

– Co się stało? Coście widzieli? Co się stało?

– Kto tam jest?

Minęła wieczność, nim padła odpowiedź.

– Umarli z grobów powstali – brzmiała.

– Gdzie?

– W lesie,

– Umarli z grobów powstali…

Przerażenie do szpiku kości zmroziło Obolewian, śladem księdza rzuciło na kolana.

– Od głodu, moru i wojny wybaw nas, Panie – słowa modlitwy spłynęły z warg ojca Grzegorza. – Od głodu, moru, ognia i wojny…

* * *

Nie wiadomo, kto zadzwonił na policję. Albowiem gdy zjawił się radiowóz, cała wieś modliła się na klęczkach, nie mając dość odwagi, by się z nich podnieść.

– Wioska cudów – stwierdził sierżant Paschalis, wysiadając ze służbowej alfy, wypluł łupinkę fistaszka, rozejrzał się za zwalistą postacią sołtysa. Gdy ją wypatrzył, ruszył z miejsca.

– Witajcie, Macieju – rzekł, przystając przy klęczącym. – Wstańcie, porozmawiamy.

Maciej podniósł głowę i uczynił, jak mu Paschalis radził. Pustkę miał w oczach i pytania, na które nie znal odpowiedzi.

– Co się stało? – przerwał milczenie policjant.

– Umarli z grobów powstali.

– Gdzie? Tutaj?

– W lesie. Ludzie widzieli. Śmierć szła za nimi.

Paschalis popatrzył na asystującego mu aspiranta Gabriela, poprawił czapkę z daszkiem.

– Sprawdzimy – odparł. – Daleko ci umarli powstali?

– Gdzieś tam… – kiwnął głową sołtys.

– Dobrze. Pójdziecie z nami.

– Ja? Za co?

– Za miłość do ojczyzny. Rozumiecie, Macieju? – Paschalis przyjacielskim gestem objął sołtysa i poprowadził przy sobie.

Uszli ze sto metrów, gdy spomiędzy drzew wychynęły trupy.

– O, w mordę! – Gabriel stanął jak wryty, a z jego otwartej dłoni posypały się fistaszki.

Patrzyły na nich puste oczodoły ludzkich czaszek. Esesmańskie mundury czerniły się wśród liści, kościste palce wyciągnięte w geście władzy kierowały się w niebo.

Paschalis wyrwał się z zaskoczenia, wszedł między umarlaków, rozejrzał. I cofnął na widok zwisającego z gałęzi obdartego ze skóry psa.

– Robota satanistów – ocenił aspirant Gabriel, kiedy ochłonąwszy, dołączył do Paschalisa. – Widocznie dobrali się do poniemieckich grobów. Pamiętacie, sierżancie, demolkę z ostatniej niedzieli?

– Pamiętam. Skurwysyny jedne. Trzeba będzie powiadomić Komendę Główną, wezwać archeologów i zabezpieczyć teren, żeby nikt śladów nie zadeptał. Jeśli to ta sama banda, weźmiemy się za nią ostrzej niż ostatnio. Pałami.

– Doradzałem wam to wcześniej, panie sierżancie.

– Nie każdy jest tak stanowczy jak ty, Gabrielu, niestety – westchnął Paschalis na wspomnienie Klaudyny, ukochanej swej małżonki, która w ich ogromnej sypialni posługiwała się kajdankami sprawniej od niego. A w lateksie wyglądała wprost bosko.

– Nic tu po nas – stwierdził. – Ale wy, sołtysie, się przydacie. Ktoś przypilnować tego musi. Inaczej zniknąć może.

– Ja?

– Nie boicie się chyba szkieletów sprzed sześćdziesięciu lat?

– Boję się.

– To przestaniecie. Najlepszym sposobem na walkę ze strachem jest stawienie mu czoła. Skorzystajcie z dobrej rady. – Paschalis poklepał Macieja po plecach i kiwnął na Gabriela, by szedł za nim.

Wkrótce las zaroił się od funkcjonariuszy, archeologów, tajniaków z psami i znawców przedmiotu.

Psycholodzy zajęli się świadkami, a aspirant Gabriel rozpoczął spisywanie zeznań.

* * *

Dwa dni trwało przeczesywanie lasu, dwa dni Obolewo przeżywało oblężenie mundurowych. Gdy wyjechał ostatni samochód, sołtys Maciej zwołał zebranie.

– Mówcie, co kto wie – zaczął bez wstępów. – Bo bajka o satanistach jest dobra dla małych dzieci, mnie nie przekonuje. Miastowi mają swój pogląd na sprawę, ja swój. I muszę rzec wam, że posiadam zgoła odmienny. Źle jest, gdy sołtys dowiaduje się o wszystkim ostatni.

– Ja stawiałbym na kosmitów – rzekł syn Mateusza, Antoni. – Czytałem o wielu niewyjaśnionych przypadkach nekromancji, które zdarzyły się w świecie. Nawet ksiądz może potwierdzić jeden, bardzo spektakularny i opisany przez naocznych świadków.

– Głupiś! – Stary Kleofas oderwał się od szklanicy piwa. – Taka sama to prawda, jak to, że na księżycu zwanym Europa życie być może. Stara Jaga rzekła ci, co myśli o kosmitach i tego powinieneś się trzymać.

– Sam głupiś – odciął się Antoni. – Wszechświat wielki jest i nie takie rzeczy dziać się w nim mogą.

– Spokój! – Sołtys wtrącił się do przybierającego na sile sporu. – Dowodu nam trzeba, a nie kosmitów. Tych zawsze obarczyć winą możemy. Gadajcie lepiej, czyście czegoś dziwnego nie widzieli i jak ryby biorą.

– Biorą dobrze – mruknął Wiktor. – A nawet lepiej, odkąd dzieciaki przestały na kłomię chodzić.

Kilka głosów potwierdziło, że tak jest w istocie. Albowiem strach strachem, ale głód głodem.

– Zatem zapomnijmy o topielicy.

– I o sprawie – wtrącił Boruta. – Najlepiej rzecz całą policji zostawić. Niech mądrzejsi od nas głowy sobie łamią. Od tego są.

– A jakże. Tylko że jak sami sobie nie pomożemy, wkrótce nikt z chałupy nie wyjdzie, bo bać się będzie złego za węgłem. A o mądrości policji nie wspominajcie, bo tam tacy sami ludzie jak i u nas. Zastanówcie się przeto, czy warto.

– Nie warto – poparł sołtysa Mateusz. – Rzecz tylko w tym, że mnie osobiście nic do głowy nie przychodzi, a i dziwnego nic nie widziałem. Może jedynie Borutki na łące pod lasem zabawiające się w to, co zwie się od staropolskiego słowa patelnia, czyli petting. A było to ze dwie niedziele temu, jakem leciał do Gaudentego.

– Wielkie mi dziwo – obruszył się Boruta. – Młode są to życia używają. Nawet stara Iwanowa nie odmawiała sobie przyjemności.

– Dlatego nie nazywam tego dziwem. Mówię tylko, co widziałem.

– Albo podglądnąłeś.

Mateusz wstał z ławy, okręcił się na pięcie i przepadł w drzwiach gospody. Sołtys Maciej zerwał się, by biec za nim, powstrzymał się w ostatniej chwili.

– Jeszcze słowo, Boruta, a każę bar zamknąć – warknął wściekle. – Zawrzyj gębę i siedź cicho, jak nie masz niczego mądrego do powiedzenia. Nie po to zebranie zwołałem, byśmy sobie do gardeł skoczyli. Wszyscy pamiętamy awanturę, jaka po budowie katapulty wybuchła i nie radzę nikomu do tego wracać, bo jak psa na kopach pogonię. A wy – rzucił do stojących za ladą dziewcząt – gadajcie, jak było. Albo pasem na gołe tyłki lać będę.

– Tak jak Mateusz mówił – potwierdziła Merita, ani myśląc prawdy taić, Maciej znany był bowiem z ciężkiej ręki i krótkiego namysłu. – Aleśmy niczego złego nie robiły. Niedziela była, tośmy we dwie na łąkę poszły, poopalać się trochę.

Faktycznie, skóra obu sióstr ciemniejsza niż zimą była, ponętnie jasnobrązowa, i dało się to zauważyć na pierwszy rzut oka. Tylko że wspomniana niedziela wyjątkowo pochmurna była i zasłanianie się opalaniem nijak się miało do rzeczy.

– Rozumiem zatem, że i petting był na tej łące razem z wami.

– Był. Ale przez godzinkę tylko, sołtysie.

– No to patrzcie, żeby to był ostatni raz. – Maciej pogroził palcem. – W łazience, w domu, co innego, ale na oczach ludzi to grzech! Co innego, gdybyście mnie o tym powiadomiły albo po poradę przyszły, co by krzywda się wam jaka nie stała – urwał, odwrócił głowę. – Mówcie – ponaglił milczące towarzystwo. – Albo do rana będziemy tu siedzieć. A jak trzeba, to i dłużej. Słucham.

Ten i ów obejrzał się na sąsiada, ktoś chyłkiem szklankę do ust podniósł, ktoś inny komara na stole przygwoździł. Jakoś nic nikomu do głowy nie przychodziło. No bo o czym tu mówić, jak się nic nie widziało, a nawet jak się widziało, to w zasadzie nic ważnego.

Aż nagle Klemens, rolnik na trzech hektarach gospodarujący, kawaler czterdziestoletni, z krzesła się podniósł i odchrząknął jak to miał w zwyczaju, małomówny był bowiem i zazwyczaj zachęty potrzebował, by zabrać głos.

– Słuchamy – rzekł sołtys.

– Widziałem, jak Bonifacy wieczorem w przeddzień śmierci do lasu czegoś biegł – rzucił Klemens w zupełnej ciszy. – Pomyślałem, że może kłobuka szukać albo grzybów, choć za wcześnie jeszcze, no i trochę późno było. Potem dwie postaci wśród drzew mi mignęły, alem myślał, że to majak jaki, bo bardziej mi na zjawy wyglądały niż istoty z krwi i kości. Zresztą pełnia wtedy była, tom nie poszedł za nimi.

Usiadł na powrót.

– I jam je widział – mruknął Barnaba. – Nad Czarną.

– No, to już coś – stwierdził Maciej. – Wiemy, że w sprawę las i rzeka mogą być zamieszane. Zatem być może i esesmani mają z tym coś wspólnego. O ile mi wiadomo, krawiec do satanistów nie należał, teraz jednak wykluczyć tej możliwości nie można. Jak wiadomo, Bonifacy na msze nie chodził. A dziad jego, Tymoteusz, groby w wojnę kopał i partyzantów dokarmiał, coby się kanibalizmem nie parali. Z samym Jeleniem się przyjaźnił.

Znów zapadło milczenie. Kleofas chyłkiem piwo sączył, by przydługie stanie piwa na stole procentów nie wyciągnęło; Aureliusz gryzł paznokcie, niwecząc zabiegi żony, która manikiurzystką była; Dezyderiusz układał na stole utłuczone komary; Klemens w nosie dłubał i celność sprawdzał, kozami w obraz dwóch brzydkich kaczątek Czarną płynących ku wschodowi słońca, ręką Kryspina zwanego Dalim skreślonych, strzelając.

Ten i ów starał się sobie przypomnieć, co widział wtedy, gdy wydawało mu się, że nic nie widzi, jednak szło to wyjątkowo opornie, i choć czas biegł, nikt sensownego słowa powiedzieć nie potrafił. W widziane przez Barnabę zjawy mało kto uwierzył – wiedziano, że na ryby zawsze dwie butelki wina gronowego zabierał, a potem plótł o dziwach rodem z kosmosu. Dziad i ojciec Barnaby, Barnaby obaj, mieli podobne skłonności. Talent do bajdurzenia najwyraźniej uaktywnił się w trzecim pokoleniu.

– Czeka nas długa noc – mruknął sołtys i kiwnął na dziewczęta, żeby mu piwo przyniosły.

Tak zastał ich ranek.

Równo o szóstej Maciej wstał od stołu, rozejrzał się i pokiwał głową.

– Nie chcecie mówić? Dobrze. Nie mówcie. Ale jakby się coś komuś przypomniało, wiecie, gdzie mnie szukać – powiedział, wychodząc z baru.

Miał bowiem robotę w polu i głodną babę w domu, a siedzenie w gospodzie ani o krztę tej, ani tej sprawy nie mogło do przodu posunąć.

* * *

Jeremiasz, podobnie jak Jaś i cała młodzież, śmiał się z niespodziewanych wydarzeń w Obolewie i by na darmo nie strzępić języka, nie dyskutował wiele na temat. Zostawiał je starszym od siebie. Od tygodnia planował zorganizowanie pierwszego w tym roku ogniska i incydent z truposzami esesmanów nie mógł pokrzyżować zamierzeń. Był młody i chciał żyć, bawiąc się do upadłego. Szybko, irracjonalnie, mocno. Wciągał do tej zabawy Jasia, Teodora, Gracjana, Medarda. I jeszcze kilku chłopaków, z którymi nie był na wojennej ścieżce. Oczywiście Borutki również były zaproszone, bo bajdurzenia starych w gospodzie na ich temat nikt nie brał poważnie.

Z samego rana Jeremiasz zadzwonił do poety i razem wybrali się w odwiedziny do dziewcząt, by wywiedzieć się. czy mimo wszystko nie wsadzały w całe to zamieszanie swych delikatnych palców.

– Oskarżacie nas i zapraszacie na ognisko? – wyrzut pojawił się w słowach starszej z sióstr. – Nie jesteśmy satanistkami!

– Nikt nie mówi, że jesteście. Wszyscy wiedzą, że lubicie wieczorami włóczyć się po lesie, dlatego przyszliśmy zapytać, czy czegoś nie widziałyście. Zapytać nie wolno?

Merita ziewnęła, przeciągając się sennie, jej młode i jędrne piersi zarysowały się lubieżnie pod cienką bluzeczką. Jaś poczuł bolesne uwieranie w spodniach i zerknął na Jeremiasza. Kumpel miał się podobnie. Borutki kusiły i żaden prawdziwy mężczyzna nie był w stanie im się oprzeć. Faceci wypatrywali za nimi oczy, dziewczyny zazdrościły i plotkowały.

– Niepotrzebnie pytaliśmy – mruknął Jeremiasz. – To było głupie. Nie obrażajcie się. Przyjdziecie na ognisko?

– Ależ owszem, czemu nie? – Adaila uśmiechnęła się, a uśmiech zaprawdę piękny miała.

– Chciałbym się z wami umówić – wyrwało się poecie.

– Z obiema na raz?

– Tak, po ognisku.

– Jeśli tylko znajdziemy czas. – Merita przeczesała palcami kasztanowe włosy, jej oczy błyszczały w promieniach wpadającego przez okna słońca.

– I ja! – krzyknął Jeremiasz.

Jaś popatrzył z niedowierzaniem na kumpla, na zaskoczone dziewczyny. Ożeż ty! – pomyślał. Na łatwiznę idziesz.

– Byłem, jestem pierwszy – mruknął, wstając z fotela.

Jeremiasz wstał również, a był o głowę i pół wyższy od Poety. Popatrzyli sobie w oczy z gniewem i wrogością. Jak nigdy wcześniej. W głowach obu zaświtała myśl o pozbyciu się konkurenta.

– Ostatni będą pierwszymi – rzucił Jeremiasz i wymierzył Jasiowi haka pod brodę.

Poeta zachwiał się, nie mając miejsca, by się cofnąć, potknął się o stojący za plecami fotel i wpadł weń. Ręce przeciwnika zacisnęły się na jego szyi. Chwycił je powyżej nadgarstków i odciągnął, po czym kopnął Jeremiasza w brzuch.

– Dość! – Merita wpadła między przyjaciół. – Co wy sobie myślicie? Odbiło wam, idioci? Na pastwisku samic sobie poszukajcie, nie tutaj. Wynocha, ale to już!

Wyszli jak niepyszni, wściekli na siebie, bez słowa. Nie widzieli, jak siostry objęły się, a potem ich języki splotły się w pocałunku. Dłonie myszkowały pod ubraniami, sięgały piersi, pośladków, ud.

– Po kres świata ludzi – szept opuścił ściśnięte gardła, odbił się uśmiechem i błyskiem w na wpół przymkniętych oczach.

* * *

Kilkanaście dni panował względny spokój. Aż nagle dnia któregoś rankiem straszliwy hałas wyrwał Mateusza ze snu. Narzuciwszy szlafrok, wybiegł z chałupy i stanął jak wryty – katapulta na bok przewrócona bowiem leżała, a betonowe słupy, które w ziemi ją trzymały, teraz bezsilnie kłuły niebo.

W kronikach zapisano później, że krzyk, który zrodził się w gardle Mateuszowym, w sąsiedniej wsi Żywe słychać było, Obolewo zaś całe ze snu zostało wyrwane. Ludzie, i tak już zdrowo wystraszeni, wybiegli przed domy i biegiem ruszyli do obejścia wynalazcy sprawdzić, czy aby krzywda mu się jakaś nie stała. Ujrzeli go przy wyrzutni, całego we łzach. łkającego jak niemowlę.

Antoni śladami stóp w ziemi odciśniętych podążał, żona Mateusza stała w progu, kiwając się w tył i w przód, a najmłodsza Melpomena do sukni matki się tuliła.

Drugi syn Mateusza, Dominik, w mieście u sympatii bawił.

Ludziska przyglądali się, najpierw nie wiedząc, czy wierzyć w to, co widzą, choć w świetle ostatnich wydarzeń wydawać się mogło, że nic ich zdziwić już nie powinno, potem zaczęli przekrzykiwać się bez ładu i składu, próbując zrozumieć nierealną sytuację. Albowiem Mateusz wrogów nie miał.

– A Boruta? – zawołał Klemens, który, jak wiedziano, choć mówił niewiele, wiele widział.

Ten i ów podchwycił zawołanie i nagle pamięć kłótni w barze wróciła bumerangiem, zakręciła ludźmi. Jak jeden mąż wyskoczyli z obejścia, asfaltową równą drogą do Boruty pomknęli w gości.

– Wyłaź, Boruta! – Maciej wyhamował przed domem, wrzasnął ile tchu miał w płucach, kilka głosów powtórzyło za nim. – Pogadać chcemy!

Drzwi otworzyły się, a gospodarz stanął w progu.

– Czego? – warknął, kijem bejsbolowym o otwartą dłoń uderzając. – Włóczycie się po nocy, spać nie dajecie. A potem pretensje, że plony małe, a południca drób porywa.

– Zawrzyj pysk, kurwa mać, bo nie po to tu przyszliśmy. Katapultę Mateuszową ktoś z ziemi wyrwał. I zdaje się nam, żeś mógł w tym palce maczać.

– To źle się wam zdaje.

– A córki gdzie? Może to ich sprawka? – Młodzik Bartłomiej wyrwał się przed starszych, urazę bowiem do Borutek żywił, odkąd wyśmiały go publicznie, gdy miłość im wyznał. Co bolało tym bardziej, że by zdobyć się na odwagę, cały zasiłek wówczas przepił. Śmiano się później z niego po kątach i za plecami, żeby jak chce poużywać, jechał do Płoci, wsi za lasem, gdzie młodzi chłopcy tracili nieodpłatnie dziewictwo w ramionach drag queen, o wdzięcznym imieniu Laetitia, przed przemianą zwyczajnie i swojsko, Sławomir.

– Śpią córy moje – odparł spokojnie Boruta. – Co i wam radzę. Won mi z podwórza!

– Kto won? My won? Zejdź no na dół, to inaczej pogadamy. – Bartłomiej chwycił się dwóch najbliższych sąsiadów, sugerując, że zaraz skoczy Borucie do gardła, ci jednak przytrzymali go w porę, od szaleńczego kroku chroniąc.

– Nie oskarżamy cię o nic. – Maciejowi wrócił spokój. – Pamiętamy jednak, jak się żeś z Mateuszem o podglądanie sczepił. Po złości zniszczyć katapultę mogłeś.

– A niby jak? Gołymi rękami, rozumiem?

– Samochodem. – Sołtys obejrzał się na szemrzący tłum za plecami, faktem było bowiem, że Boruta, od wypadku, w którym stracił żonę, auta nie miał.

– Słyszę, sołtysie, że i wam się pełnia udzieliła. – Gospodarz zerknął znacząco na monetę księżyca, która nikła właśnie za dachami chałup, ustępując miejsca monecie słońca. – Czas widać taki mamy, że każdy wie lepiej, jakby wszystkie rozumy pozjadał.

Gromada popatrzyła po sobie, ten i ów mruknął coś pod nosem. Nagle przepadła pewność, która ich tu przyprowadziła.

– Zadzwońcie lepiej, Macieju, na policję – doradził Boruta. – Zanim ślady zadeptacie. Bo znów plotkować o nas będą, że Obolewo to wioska cudów. A zdaje mi się, że nikomu takie żarty przyjemne nie są.

Stojący na szarym końcu zbiegowiska Kleofas odchrząknął, splunął i zabrał się z Borutowego podwórza. Inni powoli poszli za nim.

Nikt słowem gospodarza nie przeprosił, ten jednak nie liczył na przeprosiny, dlatego tak jak zawsze o dziesiątej gospodę otworzył i osobiście pierwszy kufel piwa nalał.

* * *

W południe Gaudenty z Żywego przyjechał, aby rzecz całą osobiście zbadać. Przyjrzał się drobnym odciskom stóp i linie zaczepionej o wsporniki. Na drodze pomedytował chwilę.

– Czołg miał jej nie przewrócić – mruknął, kiwając głową. Wierzyć mu się nie chciało, że znalazł się ktoś, komu katapulta przeszkadzała.

Zawróciwszy, raz jeszcze wszystko obejrzał.

– Na policję dzwoniliście? – zapytał Heloizę, żonę Mateusza.

– Nie dzwoniliśmy.

– To zadzwońcie. Póki odciski zdjąć można. Jak Mateusz?

– Siedzi przy stole.

Gaudenty w zamyśleniu pokiwał głową, dostrzegł idącego drogą Macieja. Podniósł rękę na powitanie. Sołtys skręcił w obejście.

– Witajcie, kumie – mruknął. – Stara rzekła mi, żeście przybyli do nas z wizytą. Przydałaby się wasza rada. Źle się bowiem dzieje w Obolewie.

– Ano – przytaknął gość. – Wrogie siły musiały sprzysiąc się przeciw Chińczykom i tylko w skośnym widzeniu świata dostrzegam nadzieję.

– Szkoda, że ja jej nie widzę wcale. Nawet śmierć Iwanowej wzbudza dziś większe emocje niż na początku. A jak Klemens sobie przypomniał, że w przeddzień widział Bonifacego idącego w las, a za nim dwa cienie, niektórzy zaczęli je kojarzyć z Borutkami, choć mnie dziewczyny w niczym nie zawiniły i daleko mi do takich sądów. Niestety nie brak u nas zazdrośników, a i plotkarzy mamy najgadatliwszych w okolicy.

– Bieda zabija w ludziach rozsądek. Wilkiem patrzą na znajomych, wilkiem patrzą na obcych. Słyszałem takich, którzy zazdrościli odwagi Bonifacemu. Najgłupsi uważają, że siedzi już po prawicy Boga i śmieje się z nas w kułak.

– Życie im zbrzydło? – mruknął Maciej. – Ano nie im tylko. Mnie samemu czasami się widzi, że nie doszedłem dalej niż do płotu. Lecz nie winię za to sąsiadów, tym bardziej Boruty i jego córek.

– Cóż, Boruta nie jest prawdziwym Obolewianinem – przypomniał Gaudenty. – Jeździł niemieckim samochodem.

– To nie powód, by go od razu łajnem obrzucać.

– Nie zaprzeczę.

Umilkli. Stojąc przed domem, pochłaniali bielą koszulek promienie majowego słońca. Perfumowanymi chusteczkami higienicznymi ocierali spocone czoła. Zaprawdę, wiosna tego roku dziwna była.

Na krańcach osady pojawił się radiowóz, zajechał na podwórze. Sierżant Paschalis z nieodłącznym aspirantem Gabrielem wysiedli z samochodu. Uściśnięciem dłoni powitali gospodarzy.

– Porządku, sołtysie, nie pilnujecie – stwierdził Paschalis, wypluwając łupinę orzeszka. – Wczoraj zbiorowa halucynacja, teraz to. Od plotek cała okolica huczy. Nawet na komendzie za Biblię ateiści się łapią, Apokalipsa im się widzi. A przecież powiedziano: Ostatni będą pierwszymi. Nie występujcie przed innych, Macieju. Nie występujcie. – Pan władza pokiwał palcem.

– Nic nie poradzę. Bieda w ludziach najniższe instynkty wyzwala. – Maciej nie zamierzał dyskutować z władzą, choć dobrze wiedział, że Paschalis niewierzący był od dziecka i słowa z Biblii w jego ustach dziwnie mu zabrzmiały. – Stracili wszelką nadzieję, a to źle wróży.

– To niedobrze. Niedobrze. Na szczęście śledztwo w sprawie Bonifacego posuwa się do przodu. Woda, która kałużą pod wisielcem stała, wcześniej zamrożona była. Znaczy się, Bonifacy, nim sobie pętlę założył, na bryle lodu stanąć musiał. Sęk w tym, że nie wiadomo, dlaczego powiesił się w ten sposób. Poza tym zbadano ziemię pod jego paznokciami i stwierdzono, że pochodzi z lasu, dokładnie z miejsca, w którym znaleźliście trupy esesmanów.

– Może chciał zwrócić na kogoś uwagę?

– Ha! Tylko na kogo? A poza tym, nie łatwiej byłoby napisać?

– Pewnie łatwiej, ale wtedy nie byłoby zagadki.

– W dupie mam takie… – Gabriel aż podskoczył z nerwów. – Wasze pojmowanie rzeczywistości rzeczywiście musiało się wykoślawić. Albo to loty na tej piekielnej machinie przemroziły wam mózgi. Do karceru, do separatek, w izolatkach by was wszystkich pozamykać, może byście się czegoś nauczyli. I z



blog comments powered by Disqus