Fragment książki "Skrytoświat: Wiosna"
Autor: William Horwood
Proroctwo Beornamunda
Dawno temu w Mercji, jednym z siedmiu wielkich królestw Englalondu, kraju mgły i tajemnicy, leżącym na północno-zachodnim skraju świata, żył kowal o imieniu Beornamund.
W młodości pokochał córkę swego mistrza, Imbolc, której imię w dawnym języku oznaczało wiosnę.
Kiedy ukochana utonęła podczas powodzi, Beornamund poświęcił życie wykuwaniu przedmiotów ku pamięci jej piękna i ich miłości.
Jego talent był tak wielki, a zrozumienie śmiertelnego ducha tak głębokie, że został obwołany Panem Rzemiosła, twórcą wspaniałych rzeczy. Wielu powiada, że był największym z nich wszystkich.
Dwa przedmioty dały początek legendzie.
Pierwszy to nieskazitelna kula z metalu i szkła, którą wykuł w gniewie w dniu śmierci ukochanej. Była tak doskonała, że gdy cisnął ją w niebo, rzucając wyzwanie bogom, którzy, jak myślał, pozwolili umrzeć jego Imbolc, skradła część ogni wszechświata i wszystkie barwy ziemskich pór roku. Widząc to, bogowie roztrzaskali ją na sto tysięcy kawałków. Beornamund znalazł tylko trzy z nich, klejnoty bez skazy, które zawierały w sobie esencję pór roku: jeden lata, drugi jesieni i ostatni zimy.
Beornamund był pewien, że klejnot wiosny również leży w pobliżu jego kuźni, lecz nigdy go nie znalazł.
Drugi wspaniały przedmiot, dziwnie powiązany z pierwszym, to naszyjnik ze złotą tarczą, w którą Beornamund wprawił trzy znalezione klejnoty w przekonaniu, że pewnego dnia dołączy do nich zaginiony kamień wiosny.
Naszyjnik przez stulecia nosiła Imbolc, którą bogowie uczynili Tkaczką Pokoju, przemierzająca na białym koniu świat śmiertelnych, tak ludzi, jak i skrytów.
Beornamund przepowiedział, że nim zostanie znaleziony klejnot wiosny, kamienie lata, jesieni i zimy muszą zniknąć niepostrzeżenie z naszyjnika, który podarował Imbolc. Kiedy zaginie ostatni z nich, zima, jej podróż Tkaczki Pokoju dobiegnie końca. Dopiero wtedy, wypełniwszy swój obowiązek, będzie mogła powrócić do niego jako Imbolc, jego umiłowana.
Lecz ostrzegł również, iż chciwe ręce śmiertelnych są tak niszczycielskie, że z ostatnim przejściem Imbolc Ziemia i wszechświat staną w obliczu unicestwienia. Ocalić je może tylko nadejście jej legendarnej siostry, Panny Tarczy, u której boku staną mężni śmiertelnicy. Ich pierwszym zadaniem będzie znalezienie klejnotu wiosny. Potem – odszukanie pozostałych kamieni pór roku, rozrzuconych po Ziemi. Dopiero wtedy Kula Beornamunda zostanie odtworzona, ognie wszechświata zapłoną na nowo, ziemskie pory roku się odrodzą, a Ziemia i wszechświat unikną zagłady…
Prolog
1. Amazonka i jej misja
Krótko przed świtem pierwszego dnia wiosny Biały Koń wyłonił się z ciemności zimy, by przystanąć na chwilę na wzgórzu Waseley w pobliżu Brumu w Englalondzie.
Zjawy zimnej mgły wiły się wokół końskich kopyt i ociągały w zagłębieniach dolnych partii zbocza, bardziej bojąc się wschodzącego słońca niż kobiety dosiadającej rumaka. Nie wyglądała imponująco, sama podobna zjawie.
Była zbyt sędziwa, żeby zeskoczyć na ziemię, Biały Koń opadł więc ostrożnie na kolana, by mogła zsunąć się z jego grzbietu. Ręce i palce miała powykrzywiane, oczy mętne, białe włosy przerzedzone, skórę twarzy cienką i pomarszczoną po tysiącu pięciuset latach podróżowania.
Na jej szyi wisiała stara złota tarcza – wytarta i pogięta, bez klejnotów, które zaginęły, a jednak wciąż piękna.
Kobieta widziała wszystkie pory swego życia i z nadejściem nowej pory na Ziemi miała zacząć żyć na kredyt, by zakończyć swoje wielkie zadanie i powrócić do gwiazd. Chociaż pozostało jej niewiele czasu i siły, zamierzała doprowadzić swoją misję do końca. Może miała ciało staruchy, lecz w jej oczach wciąż płonęło światło miłości, której zaznała, gdy była młoda i piękna, i którą dawała w zamian Ziemi i śmiertelnym.
Stanęła na wilgotnej trawie wzgórza, gdzie kiedyś odpoczywała w ramionach kochanka, i rozglądała się po leżącej w dole, nadal pogrążonej w mroku dolinie. W cieniu ludzkiego miasta ujrzała to, czego ludzkie oko nie mogło dostrzec – tajemne i legendarne miasto Skrytoświata.
Brum, dawna stolica Englalondu, było obecnie ostatnim bastionem wolności i ostoją najbardziej wywrotowych cech śmiertelników – szelmowskiego humoru i ekscentryzmu.
Kobieta miała na imię Imbolc, co w dawnym języku oznacza wiosnę.
Jej ukochanym był Beornamund, największy ze wszystkich Pan Rzemiosła, założyciel Brum.
Jej misja była ostatnim z wielkich zadań, i najtrudniejszym. Musiała znaleźć swoją siostrę i następczynię, Pannę Tarczę.
Zbliżał się kres jej dni i Imbolc, Tkaczka Pokoju, przygotowawszy świat najlepiej jak mogła na to, co miało się wydarzyć, wiedziała, że musi pozostawić resztę siostrze, kiedy i jeśli ją znajdzie.
Stała na zboczu, przytrzymując się wodzy potężnego rumaka, i przypatrywała się zimnemu porankowi, czekając na to, co miało nastąpić.
2. Bedwyn Stort
Trzech Skrytów i pół – połową był chudy, niezdarny, jasnowłosy jedenastoletni chłopiec – spało skulonych w rowie niedaleko miejsca, gdzie stała Imbolc.
Brief, mistrz skryba Brumu i najwybitniejszy archiwista swojej epoki, był wysoki jak na Skryta, miał bowiem niemal metr wzrostu. Leżał otulony grubym, brudnym czerwonym płaszczem i w czarnej wełnianej czapce uczonego na głowie.
Śpiący obok krępy, dobrze zbudowany pan Pike, był tuż po trzydziestce, a więc o wiele lat młodszy od Briefa. Był kijarzem, czyli Skrytem szkolonym w sztukach walki, i jego rola w tym czasie polegała na ochronie Briefa przed tymi, którzy mogli chcieć zrobić mu krzywdę, a także przed jego własnym szaleństwem prowadzącym go tam, gdzie nie powinien się zapuszczać. Koło Pike’a leżał kij okuty z obu końców żelazem.
Dalej w błotnistym legowisku spoczywał Barklice, jeden z najsławniejszych domokrążców, którzy podróżowali po Brumie i okolicach, aby rozstrzygać spory, nierzadkie wśród obdarzonej niespokojnym duchem skryckiej społeczności. Jego zajęcie wymagało ciągłego przemieszczania się, był więc jednym z najlepszych znawców szlaków w Englalondzie. Miał szczupłą sylwetkę, pociągłą twarz i niezależną naturę.
Wszyscy trzej odziani byli w wąskie spodnie, kamizelki i domowej roboty skórzane buty z czarnymi podeszwami z najlepszego dostępnego dla nich materiału: kawałków bieżników opon wyrzuconych przez ludzi.
Żaden nie miał wyfkin, żyjącej rodziny, dlatego wybrali własne towarzystwo, żeby wieczorem wyprawić się z miasta powitać wiosnę opowieścią, pogawędką, żartami z siebie i świata w ogólności, a także kilkoma prostymi rytuałami, które sięgały głęboko w jądro ich wiary w Matkę Ziemię. Jeszcze głębiej czcili Zwierciadło Wszystkiego, którego ogromne odbicie, jak wierzyli, zawiera ich rzeczywistość i istnienie wszystkich śmiertelników, Skrytów i ludzi.
Skryckie obchody pierwszego dnia wiosny ogromnie się różnią od świętowania ludzi. Ludzie mieszkają głównie w miastach i w domach odizolowanych od siebie, co znaczy, że zanim rozpoznają wiosnę w powietrzu, ona już dawno króluje.
Skrytowie, bliżsi ziemi, wiedzą, że najpiękniejsza z pór roku zaczyna się wcześniej niż w marcu. Przybywa z pierwszymi poruszeniami w zimnej glebie, z ziewaniem i drapaniem w głębokich norach, z przebłyskami łagodniejszego światła przez chmury wciąż ponure od zimowego chłodu, z odkrytym na nowo życiem i radością perlistych strumieni, z tajaniem zimowych śniegów i deszczem pod koniec stycznia.
Nikt nie może z całkowitą pewnością powiedzieć, o której godzinie i którego dnia naprawdę zaczyna się wiosna, ale w północnej części Skrytoświata jej pierwszy dzień wypada pierwszego lutego wedle kalendarza ludzkiego. Dlatego też, pomimo zimnej, wilgotnej pogody, mistrz Brief i jego przyjaciele wyruszyli z Brumu na wzgórze Waseley, aby powitać wiosnę
tę porę roku ciepłym miodem i ogniem. Miód był mooocny, więc wszyscy chrapali.
Czwartym z nich – „połówką”, jak czasami nazywał go Brief, choć chłopak był wysoki jak na swój wiek – był jego asystent Bedwyn Stort. Leżał z dala od pozostałych, szczelnie owinięty czarnym foliowym workiem na śmieci, stanowiącym skuteczną, aczkolwiek dość ekscentryczną ochronę przed wilgocią. Zwykle spał niespokojnie i nigdy się nie upijał. Jedna stopa, bez buta, uwolniła się z worka, druga tkwiła niewygodnie w rogu.
Ręka zakończona piegowatą dłonią leżała na brzegu rowu, jakby próbowała uciec od ciała. Drugą zasłaniał twarz i oczy, chroniąc je przed światłem brzasku.
Na próżno.
Palce się rozsunęły, oko otworzyło, a potem znów zamknęło. Stort opuścił rękę i wolno uniósł powieki. Popatrzył na świat takim wzrokiem, jakby nie był pewien, gdzie ani nawet kim jest.
Wciągnął powietrze długim nosem, spojrzał w mgłę wirującą nad rowem i na śpiących towarzyszy. Na jego twarzy odmalowało się zdumienie.
Usiadł i wyplątał się z worka, odsłaniając garnitur z tweedu Harrisa, uszyty własnoręcznie według własnego projektu i mający tyle kieszeni różnych rozmiarów, że niepodobna było osądzić, gdzie zaczyna się jedna, a kończy druga.
Zaintrygowała go mgła.
– Dziwne – mruknął – porusza się jak zamieszana, co znaczy, że coś ją zamieszało, coś dużego.
Usłyszał parskanie konia.
– Koń – powiedział na głos, bo to mu pomagało rozwiązywać problemy – ale niezwyczajny koń. Niezwyczajny!
Zerknął na towarzyszy, zobaczył, że głęboko śpią, i wygramolił się z rowu na trawę, gdzie stanął nieruchomo, przekrzywiając rozczochraną głowę, strzygąc uszami, nasłuchując.
– Bardzo dziwne – rzekł i dodał z ironią: – Masz ci wyrd!
Wyrd jest tym, co ludzie zwą losem lub przeznaczeniem. Dla Skrytów jest on raczej kwestią wyboru niż nieuchronności. Wiedzą oni, że dokonanie jakiegoś wyboru może zmienić życie na zawsze, dlatego też traktują wyrd z całkowitą powagą.
Bedwyn Stort po zaledwie chwili wahania i bez choćby jednej myśli o osobistym bezpieczeństwie ruszył w górę zbocza przez mgłę. Bo mimo że miał dopiero jedenaście lat, ciekawość świata i pragnienie znalezienia odpowiedzi były w nim znacznie silniejsze niż świadomość zagrożeń, jakie mogły wyniknąć z jego poczynań.
3. Pakt
Imbolc mogła spodziewać się wszystkiego na ostatnim etapie jak dotąd bezowocnych poszukiwań Panny Tarczy, siostry i następczyni, ale na pewno nie dziwnie odzianego młodego Skryta, ledwie chłopca, idącego ku niej po wilgotnej trawie.
Biały Koń się ulotnił, więc stała sama i zastanawiała się, czy zmienić postać, bo niewielu śmiertelników może spojrzeć w oczy nieśmiertelnego. Instynkt podpowiedział jej, żeby pozostała w swojej naturalnej postaci.
Tkaczki Pokoju nie patrzą zwyczajnymi oczyma – staje przed nimi odbicie ze Zwierciadła rzeczywistości. Widzą, co Zwierciadło odbiło, co odbije i co odbija w chwili obecnej. Widzą to w postaci niezupełnie cieni, szarych, ożywionych od czasu do czasu błyskami koloru; widzą niejasne precedensy i zapowiedzi, fragmenty czasu, które składają się na życie.
Gdy jej oczy spoczęły na Bedwynie Storcie, była zaskoczona tym, co zobaczyła. Kolejne obrazy potwierdzały, że ma przed sobą wielce niezwykłego Skryta.
Niemowlę, które od pierwszych chwil życia patrzyło na świat z ciekawością dziecka; dziecko, które nosiło się z odwagą młodzieńca; młodzieniec, który wędrował po świecie i z mądrością dorosłego pogodził się z utratą rodziny; dorosły, który wcześnie doznał bólu starości i straty; na koniec starzec z wciąż zachowaną pierwszą niewinnością i oczyma pełnymi tego samego światła co wtedy, gdy pierwszy raz się otworzyły.
Tak wyglądały przeszłość, teraźniejszość i przyszłość Bedwyna Storta.
Kiedy się zbliżył, Tkaczka Pokoju ujrzała w jego oczach światło wielkiej miłości, nieprzyćmione przez czasy, w których przyszło mu żyć. Znała je jak własne. Po nim odgadła, że znalazła ostatniego z tych, którzy – jeśli pozostaną wierni swojemu wyrdowi i jeśli nie zabraknie im odwagi i siły, by przemierzyć drogę śmiertelnego pielgrzyma – pomogą Pannie Tarczy wypełnić jej straszne zadanie.
Stort spojrzał na nią, a potem na naszyjnik, który nosiła, stary i pogięty. Złoto było porysowane od licznych uderzeń, a biały kwarc pośrodku zmatowiały, bez nadziei, że kiedykolwiek ponownie zapłonie światłem miłości.
– Czy ten naszyjnik wykuł dla ciebie Beornamund? – zapytał niezrażony jej przenikliwym spojrzeniem.
– Tak, mistrzu Storcie, ten sam. Klejnoty zniknęły, rozrzucone po całej Ziemi.
Przyjrzał mu się uważniej i dodał:
– Mistrz Brief jest przekonany…
– Cii – szepnęła, kładąc palec na jego ustach. – Nie kończ. Lepiej, żebym nie słyszała, co powiedział Brief.
Od razu wiedziała, że wyrządziła mu krzywdę. Nie słowami, ale dotykiem, bo – jak powiadają – śmiertelny dotknięty przez nieśmiertelnego może otrzymać brzemię zbyt ciężkie do udźwignięcia.
Stort umilkł i poczuł w sobie burzę, która zaczęła się lodowatym wiatrem, a skończyła gwałtowną śnieżycą. Potem wewnętrzna pustka, starość i zmęczenie rzuciły go na kolana i życie jęło zeń wyciekać na wzgórzu Waseley.
Ale powiadają też, że to, co traci śmiertelnik, nieśmiertelny zyskuje, więc Imbolc, Tkaczka Pokoju, poczuła w sobie jego młodość i znów stała się taka, jaka była dla Pana Rzemiosła Beornamunda: młoda, piękna, przepełniona życiem i miłością pory roku, której imię nosiła.
Uklękła przy Bedwynie Storcie, przytuliła go i szepnęła:
– Nie wolno ci jeszcze odejść, masz pracę do wykonania…
Potem powiedziała, że niebawem ktoś przybędzie do Englalondu, lecz grozi mu niebezpieczeństwo i może potrzebować pomocy.
– …jest olbrzymem z urodzenia, już w drodze… Znajdź go i zrób, co w twojej mocy, a ja poproszę Zwierciadło Wszystkiego, żeby wróciło ci życie światłem wstającego słońca. Możesz to dla mnie uczynić?
Stort pokiwał głową i uniósłszy rękę, dotknął jej ust, jak wcześniej ona jego. Natychmiast wróciła mu młodość, a Imbolc zaczęła się starzeć.
– To dobrze! – zawołała. – Tak musiało być. Strzeż go przez przyszłe lata, żeby był gotów przyczynić się do znalezienia Panny Tarczy i odmienić życie nas wszystkich w nadchodzących mrocznych dekadach, gdy ja już nie będę służyć pomocą…
Stort zapadł w sen i wtedy wrócił Biały Koń. Pochylił głowę, a Imbolc, młoda jeszcze przez chwilę, wspięła się na jego grzbiet. Wstało słońce i gdy mgła parowała w jego cieple, Tkaczka Pokoju i jej wierzchowiec stali się nie więcej niż obłokami na niebie.
Słońce zbudziło Briefa i pozostałych. Widząc, że Stort zniknął, pomyśleli, że stało się coś złego. Spojrzeli na zbocze i zobaczyli go leżącego na trawie.
Pike pierwszy dotarł do chłopca, Barklice znalazł ślady końskich kopyt, ale to Brief odgadł, że mistrz Stort ścigał coś więcej niż mgliste zjawy.
Zagrzali mu miodu, ocucili, podziękowali za młodość i pierwsze światło wiosny.
Kiedy im powiedział, że dostał zadanie do wykonania i może potrzebować ich pomocy, Brief spytał:
– Jakie zadanie?
– Nie wiem dokładnie – odparł Stort.
– Kto jest wrogiem? – Pike już zaciskał rękę na kiju.
– Nie jestem pewien.
– Powiedz mi, co to za miejsce, a ja cię tam zaprowadzę – zaoferował Barklice.
– No cóż… – zaczął Bedwyn – nie pamiętam, ale powiedziała, że je znajdę, jeśli będę szukać.
– Kto powiedział?
– Imbolc. Dotknęła mnie i…
Popatrzyli po sobie z konsternacją, bo każdy Skryt wie, że nieśmiertelni nigdy nie dotykają śmiertelnych, chyba że chcą ich skrzywdzić. Przyjrzeli się Stortowi uważnie i zrozumieli, że mówił prawdę. Koło jego lewej skroni dostrzegli coś, czego wcześniej tam nie było – pasma białych włosów, które u osób w młodym wieku są znakiem niewinności i starożytnej mądrości.
– Wiem tylko – ciągnął chłopak – że ktoś nadchodzi, że jest młodszy ode mnie, że grozi mu niebezpieczeństwo i że możemy pomóc…
– Panowie – Brief wstał – mamy zadanie do wykonania. Jesteś pewien, że on nadchodzi?
Stort pokiwał głową.
– Cóż, to już jakiś początek. Podajmy sobie dłonie.
Pike i Barklice wyciągnęli ręce.
– Ty też, mistrzu Storcie – polecił Brief.
Przysięgli, że wykonają zadanie zlecone Bedwynowi, jakby było ich własnym, do samego końca.
– A teraz, panowie, proponuję wspiąć się na szczyt. Może Stort się zorientuje, dokąd ma nas poprowadzić.
Stało się inaczej.
– Ludzie – rzucił Pike ostrzegawczo. – Blisko. Słyszę ich kroki na zboczu.
Wycofali się bezszelestnie, jak potrafią tylko Skrytowie, w zagłębienia na wzgórzu i zniknęli niczym mgła po wschodzie słońca.
4. Dziwne stanowisko archeologiczne
Pike prawie miał rację; prawie, bo zjawił się tylko jeden człowiek.
Arthur Foale, wykładowca archeologii astralnej na Uniwersytecie Cambridge zwolniony z pracy i obecnie bezrobotny, przyjechałby wcześniej, gdyby nie mgła.
Droga z Berkshire zamiast planowanych dwóch zajęła mu trzy godziny, spóźnił się więc na wschód słońca, choć tylko o parę minut.
Ruszył ścieżką turystyczną z parkingu u stóp wzgórza. Podniszczone buty, ubłocone spodnie i gruby polar wskazywały, że ten wysoki, brodaty mężczyzna jest przyzwyczajony do pieszych wędrówek.
Niósł plecak, a na szyi miał lornetkę i mały aparat cyfrowy. Do paska spodni przypiął skórzaną sakiewkę z wojskowym kompasem pryzmatycznym.
Zerknął na trzymaną w ręce niebieską plastikową podkładkę, zanim zboczył ze ścieżki mniej więcej na tej samej wysokości, gdzie Stort znalazł Imbolc.
Na podkładce miał odpowiedni fragment wielkoskalowej mapy obszaru, który badał, i kilka kartek formatu A-4 do sporządzania notatek.
Wyjął z sakiewki kompas i wsunął kciuk w pierścień, by określić położenie pola nieco wyżej nad miejscem, gdzie się zatrzymał. Ze zdumieniem pokręcił głową, widząc wynik, i spojrzał w dół na parking. Wykonał drugi pomiar i znów pokręcił głową.
Ruszył dalej, patrząc na oba miejsca i czekając, aż mgła się rozwieje. Gdy znalazł oddalony punkt orientacyjny, zlokalizował go na mapie i wykreślił kilka linii.
W ten sposób przemierzał pole przez pół godziny. Wreszcie zatrzymał się, zdjął plecak i położył go na ziemi. Zaznaczony punkt znajdował się około pół metra od miejsca spotkania Imbolc i Storta.
Arthur Foale kucnął i popatrzył w jedną i drugą stronę jak golfista, który ocenia wzrokiem odległość do greenu przed wykonaniem ważnego uderzenia. W końcu, zadowolony, przeniósł plecak parę metrów w dół i żwawym krokiem ruszył w poprzek zbocza. Zatrzymał się jakieś dwieście metrów dalej i około piętnastu metrów wyżej.
Patrzył na plecak, szukając różnic w wysokości, jakie zauważył wcześniej. Robił to tak długo, że słońce wzniosło się wyżej i cienie zaczęły znikać.
Foale uśmiechnął się z satysfakcją. Wyjął komórkę i zadzwonił do domu.
Odebrała jego żona Margaret.
– Pasuje jak ulał – oznajmił. – Jeśli mam rację, tutaj Beornamund wykonał naszyjnik.
Nie zdążył dodać nic więcej.
Na wzgórzu zerwał się wiatr, a znad strumienia wzniosły się pasma mgły, przysłaniając miejsca, na które patrzył. Z nadejściem mgły zanikł sygnał komórki.
Nie zaskoczyło to Foale’a.
Po kłopotach z określeniem położenia był przygotowany na wszystko.
Przez wiele lat pracy nie spotkał dziwniejszego stanowiska archeologicznego.
Kompasy tu szalały. Komórki głuchły. Mapa geofizyczna, którą trzymał w ręku, nie pokazywała absolutnie niczego w szerokim kręgu wokół miejsca, gdzie pierwszy raz położył plecak. Istna biała plama. Spotkał się z czymś takim pierwszy raz w swojej karierze. Teoretycznie było to niemożliwe, bo przecież zawsze są jakieś różnice w ukształtowaniu terenu. Tylko źródło energii potężniejszej od jakiejkolwiek dotąd znanej mogłoby wymazać je do czysta.
Mgła odpłynęła równie szybko, jak się pojawiła, i znów rozbłysło słońce, teraz znacznie wyżej. Cienie zniknęły.
Zadzwoniła komórka Foale’a.
– Jesteś pewien? – zapytała Margaret, która też była profesorem, w przeciwieństwie do męża wciąż zatrudnionym na uczelni. Wykładała literaturę anglosaską i interesowała się szczególnie średniowieczną legendą o Beornamundzie, największym z mercjańskich Panów Rzemiosła, od którego imienia pochodzi nazwa wielkiego przemysłowego miasta Birmingham, znanego wcześniej jako Ham Beornamunda. W starożytnych dialektach, obecnie wymarłych, nazwa ta brzmiała Brummangem albo Brum.
– Arthurze, słyszysz mnie?
Foale milczał, porażony pięknem tego poranka na wzgórzu. Rozmyślał o dwóch przedmiotach, z których zasłynął Beornamund, obu zaginionych.
– Arthurze?
– Tak, jestem tu, ale daj mi chwilę. Myślę.
– O czym? – zapytała Margaret chwilę później.
– O tym, że tego miejsca nie powinno się bezcześcić wykopaliskami – odparł impulsywnie, sam zdziwiony tym dziwnym pomysłem. Przecież zajmował się wykopaliskami. Jak inaczej zamierzał wydobyć spod ziemi historię, którą kryło to stanowisko? – Muszę znaleźć jakiś inny sposób zgłębienia jego sekretów – dodał.
– Na przykład jaki? – zaciekawiła się Margaret.
Metody Arthura bywały nietypowe. Bardzo nietypowe. I zwykle pakowały go w kłopoty.
– Patrzę na swój cień na wzgórzu, a słońce jest dziś rano bardzo jasne – rzekł bez wyraźnego powodu.
– To znaczy… – Margaret czuła coraz większe zaniepokojenie.
– Mój cień jest skrócony przez nachylenie zbocza. I idealnie kształtny, ale ma nie więcej niż metr długości, co sprawia, że czuję się wielki. Jak olbrzym.
Wiedziała, że nawiązał do Beornamunda. Legenda bowiem mówiła, że Pan Rzemiosła był synem małego ludu, ale „olbrzymem z urodzenia” – dziwadłem, mutantem, potencjalnym wyrzutkiem. Większość takich dzieci zabijano, gdy zaczynał się ujawniać ich nienormalny wzrost, Pan Rzemiosła jednak uciekł i uchodził za człowieka.
Pod koniec życia ponoć wrócił do świata, w którym się narodził, przywrócony do rozmiaru typowego dla swojego ludu. To była tajemnica, której jeszcze nikt nie zgłębił.
Ale Arthur Foale miał pewną teorię i cień u jego stóp podsuwał mu sposób jej wypróbowania.
– Wracam do domu – powiedział. – Znalazłem to, czego potrzebuję.
– Arthurze… – zaczęła, lecz telefon znów zamilkł.
Ziarno zostało zasiane, a Arthur Foale nie zwykł odrzucać teorii przed sprawdzeniem, czy jest prawdziwa, czy błędna.
Muszę znaleźć jakiś inny sposób zgłębienia jego sekretów, powiedział.
Margaret nie była tym zachwycona.
Dawno temu w Mercji, jednym z siedmiu wielkich królestw Englalondu, kraju mgły i tajemnicy, leżącym na północno-zachodnim skraju świata, żył kowal o imieniu Beornamund.
W młodości pokochał córkę swego mistrza, Imbolc, której imię w dawnym języku oznaczało wiosnę.
Kiedy ukochana utonęła podczas powodzi, Beornamund poświęcił życie wykuwaniu przedmiotów ku pamięci jej piękna i ich miłości.
Jego talent był tak wielki, a zrozumienie śmiertelnego ducha tak głębokie, że został obwołany Panem Rzemiosła, twórcą wspaniałych rzeczy. Wielu powiada, że był największym z nich wszystkich.
Dwa przedmioty dały początek legendzie.
Pierwszy to nieskazitelna kula z metalu i szkła, którą wykuł w gniewie w dniu śmierci ukochanej. Była tak doskonała, że gdy cisnął ją w niebo, rzucając wyzwanie bogom, którzy, jak myślał, pozwolili umrzeć jego Imbolc, skradła część ogni wszechświata i wszystkie barwy ziemskich pór roku. Widząc to, bogowie roztrzaskali ją na sto tysięcy kawałków. Beornamund znalazł tylko trzy z nich, klejnoty bez skazy, które zawierały w sobie esencję pór roku: jeden lata, drugi jesieni i ostatni zimy.
Beornamund był pewien, że klejnot wiosny również leży w pobliżu jego kuźni, lecz nigdy go nie znalazł.
Drugi wspaniały przedmiot, dziwnie powiązany z pierwszym, to naszyjnik ze złotą tarczą, w którą Beornamund wprawił trzy znalezione klejnoty w przekonaniu, że pewnego dnia dołączy do nich zaginiony kamień wiosny.
Naszyjnik przez stulecia nosiła Imbolc, którą bogowie uczynili Tkaczką Pokoju, przemierzająca na białym koniu świat śmiertelnych, tak ludzi, jak i skrytów.
Beornamund przepowiedział, że nim zostanie znaleziony klejnot wiosny, kamienie lata, jesieni i zimy muszą zniknąć niepostrzeżenie z naszyjnika, który podarował Imbolc. Kiedy zaginie ostatni z nich, zima, jej podróż Tkaczki Pokoju dobiegnie końca. Dopiero wtedy, wypełniwszy swój obowiązek, będzie mogła powrócić do niego jako Imbolc, jego umiłowana.
Lecz ostrzegł również, iż chciwe ręce śmiertelnych są tak niszczycielskie, że z ostatnim przejściem Imbolc Ziemia i wszechświat staną w obliczu unicestwienia. Ocalić je może tylko nadejście jej legendarnej siostry, Panny Tarczy, u której boku staną mężni śmiertelnicy. Ich pierwszym zadaniem będzie znalezienie klejnotu wiosny. Potem – odszukanie pozostałych kamieni pór roku, rozrzuconych po Ziemi. Dopiero wtedy Kula Beornamunda zostanie odtworzona, ognie wszechświata zapłoną na nowo, ziemskie pory roku się odrodzą, a Ziemia i wszechświat unikną zagłady…
Prolog
1. Amazonka i jej misja
Krótko przed świtem pierwszego dnia wiosny Biały Koń wyłonił się z ciemności zimy, by przystanąć na chwilę na wzgórzu Waseley w pobliżu Brumu w Englalondzie.
Zjawy zimnej mgły wiły się wokół końskich kopyt i ociągały w zagłębieniach dolnych partii zbocza, bardziej bojąc się wschodzącego słońca niż kobiety dosiadającej rumaka. Nie wyglądała imponująco, sama podobna zjawie.
Była zbyt sędziwa, żeby zeskoczyć na ziemię, Biały Koń opadł więc ostrożnie na kolana, by mogła zsunąć się z jego grzbietu. Ręce i palce miała powykrzywiane, oczy mętne, białe włosy przerzedzone, skórę twarzy cienką i pomarszczoną po tysiącu pięciuset latach podróżowania.
Na jej szyi wisiała stara złota tarcza – wytarta i pogięta, bez klejnotów, które zaginęły, a jednak wciąż piękna.
Kobieta widziała wszystkie pory swego życia i z nadejściem nowej pory na Ziemi miała zacząć żyć na kredyt, by zakończyć swoje wielkie zadanie i powrócić do gwiazd. Chociaż pozostało jej niewiele czasu i siły, zamierzała doprowadzić swoją misję do końca. Może miała ciało staruchy, lecz w jej oczach wciąż płonęło światło miłości, której zaznała, gdy była młoda i piękna, i którą dawała w zamian Ziemi i śmiertelnym.
Stanęła na wilgotnej trawie wzgórza, gdzie kiedyś odpoczywała w ramionach kochanka, i rozglądała się po leżącej w dole, nadal pogrążonej w mroku dolinie. W cieniu ludzkiego miasta ujrzała to, czego ludzkie oko nie mogło dostrzec – tajemne i legendarne miasto Skrytoświata.
Brum, dawna stolica Englalondu, było obecnie ostatnim bastionem wolności i ostoją najbardziej wywrotowych cech śmiertelników – szelmowskiego humoru i ekscentryzmu.
Kobieta miała na imię Imbolc, co w dawnym języku oznacza wiosnę.
Jej ukochanym był Beornamund, największy ze wszystkich Pan Rzemiosła, założyciel Brum.
Jej misja była ostatnim z wielkich zadań, i najtrudniejszym. Musiała znaleźć swoją siostrę i następczynię, Pannę Tarczę.
Zbliżał się kres jej dni i Imbolc, Tkaczka Pokoju, przygotowawszy świat najlepiej jak mogła na to, co miało się wydarzyć, wiedziała, że musi pozostawić resztę siostrze, kiedy i jeśli ją znajdzie.
Stała na zboczu, przytrzymując się wodzy potężnego rumaka, i przypatrywała się zimnemu porankowi, czekając na to, co miało nastąpić.
2. Bedwyn Stort
Trzech Skrytów i pół – połową był chudy, niezdarny, jasnowłosy jedenastoletni chłopiec – spało skulonych w rowie niedaleko miejsca, gdzie stała Imbolc.
Brief, mistrz skryba Brumu i najwybitniejszy archiwista swojej epoki, był wysoki jak na Skryta, miał bowiem niemal metr wzrostu. Leżał otulony grubym, brudnym czerwonym płaszczem i w czarnej wełnianej czapce uczonego na głowie.
Śpiący obok krępy, dobrze zbudowany pan Pike, był tuż po trzydziestce, a więc o wiele lat młodszy od Briefa. Był kijarzem, czyli Skrytem szkolonym w sztukach walki, i jego rola w tym czasie polegała na ochronie Briefa przed tymi, którzy mogli chcieć zrobić mu krzywdę, a także przed jego własnym szaleństwem prowadzącym go tam, gdzie nie powinien się zapuszczać. Koło Pike’a leżał kij okuty z obu końców żelazem.
Dalej w błotnistym legowisku spoczywał Barklice, jeden z najsławniejszych domokrążców, którzy podróżowali po Brumie i okolicach, aby rozstrzygać spory, nierzadkie wśród obdarzonej niespokojnym duchem skryckiej społeczności. Jego zajęcie wymagało ciągłego przemieszczania się, był więc jednym z najlepszych znawców szlaków w Englalondzie. Miał szczupłą sylwetkę, pociągłą twarz i niezależną naturę.
Wszyscy trzej odziani byli w wąskie spodnie, kamizelki i domowej roboty skórzane buty z czarnymi podeszwami z najlepszego dostępnego dla nich materiału: kawałków bieżników opon wyrzuconych przez ludzi.
Żaden nie miał wyfkin, żyjącej rodziny, dlatego wybrali własne towarzystwo, żeby wieczorem wyprawić się z miasta powitać wiosnę opowieścią, pogawędką, żartami z siebie i świata w ogólności, a także kilkoma prostymi rytuałami, które sięgały głęboko w jądro ich wiary w Matkę Ziemię. Jeszcze głębiej czcili Zwierciadło Wszystkiego, którego ogromne odbicie, jak wierzyli, zawiera ich rzeczywistość i istnienie wszystkich śmiertelników, Skrytów i ludzi.
Skryckie obchody pierwszego dnia wiosny ogromnie się różnią od świętowania ludzi. Ludzie mieszkają głównie w miastach i w domach odizolowanych od siebie, co znaczy, że zanim rozpoznają wiosnę w powietrzu, ona już dawno króluje.
Skrytowie, bliżsi ziemi, wiedzą, że najpiękniejsza z pór roku zaczyna się wcześniej niż w marcu. Przybywa z pierwszymi poruszeniami w zimnej glebie, z ziewaniem i drapaniem w głębokich norach, z przebłyskami łagodniejszego światła przez chmury wciąż ponure od zimowego chłodu, z odkrytym na nowo życiem i radością perlistych strumieni, z tajaniem zimowych śniegów i deszczem pod koniec stycznia.
Nikt nie może z całkowitą pewnością powiedzieć, o której godzinie i którego dnia naprawdę zaczyna się wiosna, ale w północnej części Skrytoświata jej pierwszy dzień wypada pierwszego lutego wedle kalendarza ludzkiego. Dlatego też, pomimo zimnej, wilgotnej pogody, mistrz Brief i jego przyjaciele wyruszyli z Brumu na wzgórze Waseley, aby powitać wiosnę
tę porę roku ciepłym miodem i ogniem. Miód był mooocny, więc wszyscy chrapali.
Czwartym z nich – „połówką”, jak czasami nazywał go Brief, choć chłopak był wysoki jak na swój wiek – był jego asystent Bedwyn Stort. Leżał z dala od pozostałych, szczelnie owinięty czarnym foliowym workiem na śmieci, stanowiącym skuteczną, aczkolwiek dość ekscentryczną ochronę przed wilgocią. Zwykle spał niespokojnie i nigdy się nie upijał. Jedna stopa, bez buta, uwolniła się z worka, druga tkwiła niewygodnie w rogu.
Ręka zakończona piegowatą dłonią leżała na brzegu rowu, jakby próbowała uciec od ciała. Drugą zasłaniał twarz i oczy, chroniąc je przed światłem brzasku.
Na próżno.
Palce się rozsunęły, oko otworzyło, a potem znów zamknęło. Stort opuścił rękę i wolno uniósł powieki. Popatrzył na świat takim wzrokiem, jakby nie był pewien, gdzie ani nawet kim jest.
Wciągnął powietrze długim nosem, spojrzał w mgłę wirującą nad rowem i na śpiących towarzyszy. Na jego twarzy odmalowało się zdumienie.
Usiadł i wyplątał się z worka, odsłaniając garnitur z tweedu Harrisa, uszyty własnoręcznie według własnego projektu i mający tyle kieszeni różnych rozmiarów, że niepodobna było osądzić, gdzie zaczyna się jedna, a kończy druga.
Zaintrygowała go mgła.
– Dziwne – mruknął – porusza się jak zamieszana, co znaczy, że coś ją zamieszało, coś dużego.
Usłyszał parskanie konia.
– Koń – powiedział na głos, bo to mu pomagało rozwiązywać problemy – ale niezwyczajny koń. Niezwyczajny!
Zerknął na towarzyszy, zobaczył, że głęboko śpią, i wygramolił się z rowu na trawę, gdzie stanął nieruchomo, przekrzywiając rozczochraną głowę, strzygąc uszami, nasłuchując.
– Bardzo dziwne – rzekł i dodał z ironią: – Masz ci wyrd!
Wyrd jest tym, co ludzie zwą losem lub przeznaczeniem. Dla Skrytów jest on raczej kwestią wyboru niż nieuchronności. Wiedzą oni, że dokonanie jakiegoś wyboru może zmienić życie na zawsze, dlatego też traktują wyrd z całkowitą powagą.
Bedwyn Stort po zaledwie chwili wahania i bez choćby jednej myśli o osobistym bezpieczeństwie ruszył w górę zbocza przez mgłę. Bo mimo że miał dopiero jedenaście lat, ciekawość świata i pragnienie znalezienia odpowiedzi były w nim znacznie silniejsze niż świadomość zagrożeń, jakie mogły wyniknąć z jego poczynań.
3. Pakt
Imbolc mogła spodziewać się wszystkiego na ostatnim etapie jak dotąd bezowocnych poszukiwań Panny Tarczy, siostry i następczyni, ale na pewno nie dziwnie odzianego młodego Skryta, ledwie chłopca, idącego ku niej po wilgotnej trawie.
Biały Koń się ulotnił, więc stała sama i zastanawiała się, czy zmienić postać, bo niewielu śmiertelników może spojrzeć w oczy nieśmiertelnego. Instynkt podpowiedział jej, żeby pozostała w swojej naturalnej postaci.
Tkaczki Pokoju nie patrzą zwyczajnymi oczyma – staje przed nimi odbicie ze Zwierciadła rzeczywistości. Widzą, co Zwierciadło odbiło, co odbije i co odbija w chwili obecnej. Widzą to w postaci niezupełnie cieni, szarych, ożywionych od czasu do czasu błyskami koloru; widzą niejasne precedensy i zapowiedzi, fragmenty czasu, które składają się na życie.
Gdy jej oczy spoczęły na Bedwynie Storcie, była zaskoczona tym, co zobaczyła. Kolejne obrazy potwierdzały, że ma przed sobą wielce niezwykłego Skryta.
Niemowlę, które od pierwszych chwil życia patrzyło na świat z ciekawością dziecka; dziecko, które nosiło się z odwagą młodzieńca; młodzieniec, który wędrował po świecie i z mądrością dorosłego pogodził się z utratą rodziny; dorosły, który wcześnie doznał bólu starości i straty; na koniec starzec z wciąż zachowaną pierwszą niewinnością i oczyma pełnymi tego samego światła co wtedy, gdy pierwszy raz się otworzyły.
Tak wyglądały przeszłość, teraźniejszość i przyszłość Bedwyna Storta.
Kiedy się zbliżył, Tkaczka Pokoju ujrzała w jego oczach światło wielkiej miłości, nieprzyćmione przez czasy, w których przyszło mu żyć. Znała je jak własne. Po nim odgadła, że znalazła ostatniego z tych, którzy – jeśli pozostaną wierni swojemu wyrdowi i jeśli nie zabraknie im odwagi i siły, by przemierzyć drogę śmiertelnego pielgrzyma – pomogą Pannie Tarczy wypełnić jej straszne zadanie.
Stort spojrzał na nią, a potem na naszyjnik, który nosiła, stary i pogięty. Złoto było porysowane od licznych uderzeń, a biały kwarc pośrodku zmatowiały, bez nadziei, że kiedykolwiek ponownie zapłonie światłem miłości.
– Czy ten naszyjnik wykuł dla ciebie Beornamund? – zapytał niezrażony jej przenikliwym spojrzeniem.
– Tak, mistrzu Storcie, ten sam. Klejnoty zniknęły, rozrzucone po całej Ziemi.
Przyjrzał mu się uważniej i dodał:
– Mistrz Brief jest przekonany…
– Cii – szepnęła, kładąc palec na jego ustach. – Nie kończ. Lepiej, żebym nie słyszała, co powiedział Brief.
Od razu wiedziała, że wyrządziła mu krzywdę. Nie słowami, ale dotykiem, bo – jak powiadają – śmiertelny dotknięty przez nieśmiertelnego może otrzymać brzemię zbyt ciężkie do udźwignięcia.
Stort umilkł i poczuł w sobie burzę, która zaczęła się lodowatym wiatrem, a skończyła gwałtowną śnieżycą. Potem wewnętrzna pustka, starość i zmęczenie rzuciły go na kolana i życie jęło zeń wyciekać na wzgórzu Waseley.
Ale powiadają też, że to, co traci śmiertelnik, nieśmiertelny zyskuje, więc Imbolc, Tkaczka Pokoju, poczuła w sobie jego młodość i znów stała się taka, jaka była dla Pana Rzemiosła Beornamunda: młoda, piękna, przepełniona życiem i miłością pory roku, której imię nosiła.
Uklękła przy Bedwynie Storcie, przytuliła go i szepnęła:
– Nie wolno ci jeszcze odejść, masz pracę do wykonania…
Potem powiedziała, że niebawem ktoś przybędzie do Englalondu, lecz grozi mu niebezpieczeństwo i może potrzebować pomocy.
– …jest olbrzymem z urodzenia, już w drodze… Znajdź go i zrób, co w twojej mocy, a ja poproszę Zwierciadło Wszystkiego, żeby wróciło ci życie światłem wstającego słońca. Możesz to dla mnie uczynić?
Stort pokiwał głową i uniósłszy rękę, dotknął jej ust, jak wcześniej ona jego. Natychmiast wróciła mu młodość, a Imbolc zaczęła się starzeć.
– To dobrze! – zawołała. – Tak musiało być. Strzeż go przez przyszłe lata, żeby był gotów przyczynić się do znalezienia Panny Tarczy i odmienić życie nas wszystkich w nadchodzących mrocznych dekadach, gdy ja już nie będę służyć pomocą…
Stort zapadł w sen i wtedy wrócił Biały Koń. Pochylił głowę, a Imbolc, młoda jeszcze przez chwilę, wspięła się na jego grzbiet. Wstało słońce i gdy mgła parowała w jego cieple, Tkaczka Pokoju i jej wierzchowiec stali się nie więcej niż obłokami na niebie.
Słońce zbudziło Briefa i pozostałych. Widząc, że Stort zniknął, pomyśleli, że stało się coś złego. Spojrzeli na zbocze i zobaczyli go leżącego na trawie.
Pike pierwszy dotarł do chłopca, Barklice znalazł ślady końskich kopyt, ale to Brief odgadł, że mistrz Stort ścigał coś więcej niż mgliste zjawy.
Zagrzali mu miodu, ocucili, podziękowali za młodość i pierwsze światło wiosny.
Kiedy im powiedział, że dostał zadanie do wykonania i może potrzebować ich pomocy, Brief spytał:
– Jakie zadanie?
– Nie wiem dokładnie – odparł Stort.
– Kto jest wrogiem? – Pike już zaciskał rękę na kiju.
– Nie jestem pewien.
– Powiedz mi, co to za miejsce, a ja cię tam zaprowadzę – zaoferował Barklice.
– No cóż… – zaczął Bedwyn – nie pamiętam, ale powiedziała, że je znajdę, jeśli będę szukać.
– Kto powiedział?
– Imbolc. Dotknęła mnie i…
Popatrzyli po sobie z konsternacją, bo każdy Skryt wie, że nieśmiertelni nigdy nie dotykają śmiertelnych, chyba że chcą ich skrzywdzić. Przyjrzeli się Stortowi uważnie i zrozumieli, że mówił prawdę. Koło jego lewej skroni dostrzegli coś, czego wcześniej tam nie było – pasma białych włosów, które u osób w młodym wieku są znakiem niewinności i starożytnej mądrości.
– Wiem tylko – ciągnął chłopak – że ktoś nadchodzi, że jest młodszy ode mnie, że grozi mu niebezpieczeństwo i że możemy pomóc…
– Panowie – Brief wstał – mamy zadanie do wykonania. Jesteś pewien, że on nadchodzi?
Stort pokiwał głową.
– Cóż, to już jakiś początek. Podajmy sobie dłonie.
Pike i Barklice wyciągnęli ręce.
– Ty też, mistrzu Storcie – polecił Brief.
Przysięgli, że wykonają zadanie zlecone Bedwynowi, jakby było ich własnym, do samego końca.
– A teraz, panowie, proponuję wspiąć się na szczyt. Może Stort się zorientuje, dokąd ma nas poprowadzić.
Stało się inaczej.
– Ludzie – rzucił Pike ostrzegawczo. – Blisko. Słyszę ich kroki na zboczu.
Wycofali się bezszelestnie, jak potrafią tylko Skrytowie, w zagłębienia na wzgórzu i zniknęli niczym mgła po wschodzie słońca.
4. Dziwne stanowisko archeologiczne
Pike prawie miał rację; prawie, bo zjawił się tylko jeden człowiek.
Arthur Foale, wykładowca archeologii astralnej na Uniwersytecie Cambridge zwolniony z pracy i obecnie bezrobotny, przyjechałby wcześniej, gdyby nie mgła.
Droga z Berkshire zamiast planowanych dwóch zajęła mu trzy godziny, spóźnił się więc na wschód słońca, choć tylko o parę minut.
Ruszył ścieżką turystyczną z parkingu u stóp wzgórza. Podniszczone buty, ubłocone spodnie i gruby polar wskazywały, że ten wysoki, brodaty mężczyzna jest przyzwyczajony do pieszych wędrówek.
Niósł plecak, a na szyi miał lornetkę i mały aparat cyfrowy. Do paska spodni przypiął skórzaną sakiewkę z wojskowym kompasem pryzmatycznym.
Zerknął na trzymaną w ręce niebieską plastikową podkładkę, zanim zboczył ze ścieżki mniej więcej na tej samej wysokości, gdzie Stort znalazł Imbolc.
Na podkładce miał odpowiedni fragment wielkoskalowej mapy obszaru, który badał, i kilka kartek formatu A-4 do sporządzania notatek.
Wyjął z sakiewki kompas i wsunął kciuk w pierścień, by określić położenie pola nieco wyżej nad miejscem, gdzie się zatrzymał. Ze zdumieniem pokręcił głową, widząc wynik, i spojrzał w dół na parking. Wykonał drugi pomiar i znów pokręcił głową.
Ruszył dalej, patrząc na oba miejsca i czekając, aż mgła się rozwieje. Gdy znalazł oddalony punkt orientacyjny, zlokalizował go na mapie i wykreślił kilka linii.
W ten sposób przemierzał pole przez pół godziny. Wreszcie zatrzymał się, zdjął plecak i położył go na ziemi. Zaznaczony punkt znajdował się około pół metra od miejsca spotkania Imbolc i Storta.
Arthur Foale kucnął i popatrzył w jedną i drugą stronę jak golfista, który ocenia wzrokiem odległość do greenu przed wykonaniem ważnego uderzenia. W końcu, zadowolony, przeniósł plecak parę metrów w dół i żwawym krokiem ruszył w poprzek zbocza. Zatrzymał się jakieś dwieście metrów dalej i około piętnastu metrów wyżej.
Patrzył na plecak, szukając różnic w wysokości, jakie zauważył wcześniej. Robił to tak długo, że słońce wzniosło się wyżej i cienie zaczęły znikać.
Foale uśmiechnął się z satysfakcją. Wyjął komórkę i zadzwonił do domu.
Odebrała jego żona Margaret.
– Pasuje jak ulał – oznajmił. – Jeśli mam rację, tutaj Beornamund wykonał naszyjnik.
Nie zdążył dodać nic więcej.
Na wzgórzu zerwał się wiatr, a znad strumienia wzniosły się pasma mgły, przysłaniając miejsca, na które patrzył. Z nadejściem mgły zanikł sygnał komórki.
Nie zaskoczyło to Foale’a.
Po kłopotach z określeniem położenia był przygotowany na wszystko.
Przez wiele lat pracy nie spotkał dziwniejszego stanowiska archeologicznego.
Kompasy tu szalały. Komórki głuchły. Mapa geofizyczna, którą trzymał w ręku, nie pokazywała absolutnie niczego w szerokim kręgu wokół miejsca, gdzie pierwszy raz położył plecak. Istna biała plama. Spotkał się z czymś takim pierwszy raz w swojej karierze. Teoretycznie było to niemożliwe, bo przecież zawsze są jakieś różnice w ukształtowaniu terenu. Tylko źródło energii potężniejszej od jakiejkolwiek dotąd znanej mogłoby wymazać je do czysta.
Mgła odpłynęła równie szybko, jak się pojawiła, i znów rozbłysło słońce, teraz znacznie wyżej. Cienie zniknęły.
Zadzwoniła komórka Foale’a.
– Jesteś pewien? – zapytała Margaret, która też była profesorem, w przeciwieństwie do męża wciąż zatrudnionym na uczelni. Wykładała literaturę anglosaską i interesowała się szczególnie średniowieczną legendą o Beornamundzie, największym z mercjańskich Panów Rzemiosła, od którego imienia pochodzi nazwa wielkiego przemysłowego miasta Birmingham, znanego wcześniej jako Ham Beornamunda. W starożytnych dialektach, obecnie wymarłych, nazwa ta brzmiała Brummangem albo Brum.
– Arthurze, słyszysz mnie?
Foale milczał, porażony pięknem tego poranka na wzgórzu. Rozmyślał o dwóch przedmiotach, z których zasłynął Beornamund, obu zaginionych.
– Arthurze?
– Tak, jestem tu, ale daj mi chwilę. Myślę.
– O czym? – zapytała Margaret chwilę później.
– O tym, że tego miejsca nie powinno się bezcześcić wykopaliskami – odparł impulsywnie, sam zdziwiony tym dziwnym pomysłem. Przecież zajmował się wykopaliskami. Jak inaczej zamierzał wydobyć spod ziemi historię, którą kryło to stanowisko? – Muszę znaleźć jakiś inny sposób zgłębienia jego sekretów – dodał.
– Na przykład jaki? – zaciekawiła się Margaret.
Metody Arthura bywały nietypowe. Bardzo nietypowe. I zwykle pakowały go w kłopoty.
– Patrzę na swój cień na wzgórzu, a słońce jest dziś rano bardzo jasne – rzekł bez wyraźnego powodu.
– To znaczy… – Margaret czuła coraz większe zaniepokojenie.
– Mój cień jest skrócony przez nachylenie zbocza. I idealnie kształtny, ale ma nie więcej niż metr długości, co sprawia, że czuję się wielki. Jak olbrzym.
Wiedziała, że nawiązał do Beornamunda. Legenda bowiem mówiła, że Pan Rzemiosła był synem małego ludu, ale „olbrzymem z urodzenia” – dziwadłem, mutantem, potencjalnym wyrzutkiem. Większość takich dzieci zabijano, gdy zaczynał się ujawniać ich nienormalny wzrost, Pan Rzemiosła jednak uciekł i uchodził za człowieka.
Pod koniec życia ponoć wrócił do świata, w którym się narodził, przywrócony do rozmiaru typowego dla swojego ludu. To była tajemnica, której jeszcze nikt nie zgłębił.
Ale Arthur Foale miał pewną teorię i cień u jego stóp podsuwał mu sposób jej wypróbowania.
– Wracam do domu – powiedział. – Znalazłem to, czego potrzebuję.
– Arthurze… – zaczęła, lecz telefon znów zamilkł.
Ziarno zostało zasiane, a Arthur Foale nie zwykł odrzucać teorii przed sprawdzeniem, czy jest prawdziwa, czy błędna.
Muszę znaleźć jakiś inny sposób zgłębienia jego sekretów, powiedział.
Margaret nie była tym zachwycona.
Skrytoświat #1 - Wiosna
Autor: William HorwoodWydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 3/2010
Tytuł oryginalny: Hyddenworld: Spring
Rok wydania oryginału: 2009
Liczba stron: 448
Format: 130x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324136308
Wydanie: I
Cena z okładki: 34,80 zł
--- Reklama ---
Sklep
Forum