"Zapach dżdżownicy"


     Eleya spojrzała w lustro. Znowu się zaczynało. Znów czuła to w sobie. Coś dziwnego, coś obcego leniwie poruszało się w jej wnętrzu. Głośno przełknęła ślinę. Musiała stoczyć walkę z tym czymś, musiała to z powrotem uśpić. Zaczęła głęboko oddychać, ale im mocniej się koncentrowała, tym wyraźniej czuła to w sobie. Nie w jakimś konkretnym miejscu, w całej sobie. To coś nie pozwalało jej trzeźwo myśleć. Pokazywało obrazy, które nie mogły być prawdziwe. Składało obietnice, które nie miały prawa się spełnić.

     Tylko dzięki silnej woli Elaya powróciła do rzeczywistości. Do małej, ale czystej łazienki w starym, przerażającym domu, w którym dziś rano zamieszkała. Przemyła twarz wodą i wytarła się dokładnie, tak, aby nikt niczego nie zauważył. Zawahała się jeszcze przez moment, ale w końcu wyszła na korytarz.

     Przeszła przez pełen ludzi, ale nienaturalnie cichy dom. Szerokimi, drewnianymi schodami, na górę, później długim korytarzem i kolejnymi schodami, tym razem węższymi i skromniejszymi. Weszła do pokoju na drugim piętrze, który od dziś miała dzielić z dwoma innymi dziewczętami. Stanęła przy oknie i zapatrzyła się w dal. Na nieruchome, ociekające deszczem miasto.

autor ilustracji: Lessa

     To dziwne, ale nigdy wcześniej nie zwróciła uwagi na otaczającą ją ze wszystkich stron ciszę. Cały jej świat był tak przerażająco cichy. Cichy, czysty, sterylny, pusty. Uporządkowany. Dotychczas jej to nie przeszkadzało, bo przecież miała w nim swoje miejsce. Była najstarszą córką powszechnie szanowanej i dość zamożnej rodziny i to na niej spoczywał obowiązek troszczenia się o rodową posiadłość, a w przyszłości także o rodziców. W praktyce musiałaby tylko znaleźć odpowiedniego mężczyznę, to on zająłby się wszystkim. Jej młodsza siostra wyjechałaby do domu męża i stałaby się członkiem jego rodziny. To najmłodsze siostrzyczki zostały oddane do szkół, aby w jakiś sposób przysłużyć się państwu. W końcu to dzięki państwu ich rodzina mogła czuć się bezpiecznie. Wszystko było takie proste. Wszystko uległo zniszczeniu w dniu, w którym urodził się chłopiec. Rodzice znaleźli prawo, wedle którego to syn powinien zostać i opiekować się nimi, gdy sami nie będą w stanie zadbać o siebie. Elaya stała się niepotrzebna.

     – Pani dyrektor chce cię widzieć. – Karcący głos wyrwał ją z zamyślenia. Odwróciła się od okna i napotkała pełne dezaprobaty spojrzenie jednej ze swoich współlokatorek, Kronji.

     Elaya wzdrygnęła się lekko. Spuściła głowę i bez słowa ruszyła w stronę drzwi, jednak tuż przed wyjściem zatrzymała się niepewnie. 

     – Ale... Gdzie ja ją znajdę?

     – W jej gabinecie. – Kronja przewróciła oczyma. – Naprzeciw wejścia.

     Elaya stała jeszcze chwilkę, ale współlokatorka zajęła się swoimi sprawami, całkowicie ignorując młodszą koleżankę. Elaya lekko skinęła głową i odeszła.

     Przejście przez ten dom napawało ją niewyobrażalnym wstrętem. Czuła, że każdy nerw, każdy mięsień ma napięty. To miejsce było tak nienaturalnie ciche. Jakby na coś czekało. Jakby przez wieki było pętane, a teraz miało się uwolnić. Podobnie jak to coś, co spało wewnątrz niej.

     Dziewczęta, które Elaya mijała po drodze nie zwracały na nią najmniejszej uwagi. Wszystkie takie same, ubrane podobnie, zachowujące się niemal identycznie. Szły z nisko opuszczonymi głowami, całkowicie zatopione w swoich myślach. Były jakby częścią tego domu. Elaya naśladując je, też spuściła wzrok, najwidoczniej tak właśnie trzeba robić. W milczeniu przeszła przez cały dom, ale gdy już miała zapukać do drzwi pani dyrektor, przeszedł ją nagły dreszcz. Nie było to nieprzyjemne uczucie. Nie było tak obce, jak ataki, które miała, odkąd opuściła dom rodziców. To było raczej jak pobudzenie wszystkich zmysłów, jakby po raz pierwszy odetchnęła świeżym powietrzem. Coś, co zupełnie nie pasowało do tego uśpionego miejsca. Odwróciła się, instynktownie wyczuwając, skąd dobiegają te impulsy.

     Zobaczyła młodą dziewczynę, która bezczelnie przyglądała jej się z odległej części pokoju. Na ułamek sekundy ich oczy spotkały się. Przez tą krótką chwilę stały się jednością. Wiedziały o sobie wszystko, choć wszystko poza nimi dwoma przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Elaya wzdrygnęła się lekko. Natychmiast odwróciła wzrok, ale ta obca dziewczyna zapisała się zbyt głęboko w jej pamięci, by mogła kiedykolwiek o niej zapomnieć. Nieznajoma miała długie, bardzo jasne włosy i intensywnie zielone, błyszczące oczy. Siedziała wygodnie w wielkim skórzanym fotelu, trzymając nogi na szklanej ławie. Wyglądała, jakby nic, absolutnie nic nie miało dla niej znaczenia, ale uważnie obserwowała każdy ruch Elayi. Na jej ustach błąkał się drwiący, wszystkowiedzący uśmiech.

     Nie czekając ani chwili Elaya zapukała i weszła do gabinetu kierowniczki. Weszłaby nawet do jaskini smoka, byleby tylko nie przebywać z tą obcą w jednym pomieszczeniu.

     – Pani chciała mnie widzieć? – zapytała bez powitania. Jej słowa zabrzmiały wrogo, choć wcale tego nie chciała.

     – Elaya Blakszmidt, tak? – Starsza kobieta przyjrzała się jej znad okularów. Elaya, po raz trzeci tego dnia poczuła, że jest dokładnie lustrowana. Nisko opuściła głowę i zniosła to spokojnie. 

     – Usiądź. – rozkazała kobieta.

     Elaya na sztywnych nogach podeszła do wielkiego biurka, usiadła na skraju krzesła. Zbyt blisko tej nieprzyjemnej kobiety i zbyt daleko od wyjścia, by mogła czuć się komfortowo.

     – Czy wiesz, po co tu jesteś? – spytała kierowniczka po dłuższej chwili.

     – Tak – odpowiedziała niemal automatycznie Elaya.

     – Po co? – pytała dalej kobieta.

     Elaya zawahała się.

     – Żeby jak najlepiej przysłużyć się społeczeństwu. – odpowiedziała wreszcie. Tyle razy, będąc jeszcze w domu słyszała to zdanie. „Żeby przysłużyć się społeczeństwu.” Powiedział jej ojciec, kiedy dwie młodsze siostry wyjechały w nieznane, by nigdy już nie powrócić. „To dla dobra społeczeństwa. Powinnaś być dumna, że będziesz mogła zrobić coś pożytecznego.” Zbeształ ją, kiedy płakała, że nie chce opuszczać domu.

     – A co to, według ciebie znaczy? – spytała znowu kobieta.

     Elaya zrobiła zbolałą minę. Nie miała pojęcia. Nie wiedziała, co znaczą te słowa, ale szczerze ich nienawidziła. To przez nie zaczęły się wszystkie jej problemy. To przez nie zabrano ją z domu. Początkowo myślała, że naprawdę będzie robiła coś pożytecznego, że pojedzie do jakiejś pracy. Zamiast tego obcy ludzie zawieźli ją do szkoły. Przydzielono ją do klasy, w której były dzieci, w jej wieku. Takie, które, jak Elayę, odesłano, gdy pojawił się młodszy brat, albo takie, które straciły dom i rodzinę. Były jeszcze takie, które nic nie mówiły o swoim pochodzeniu, do takich nie wolno było za często odzywać. W szkole Elaya radziła sobie lepiej, niż większość dzieci. Umiała już pisać, czytać i liczyć, ojciec o to zadbał. Ojciec zawsze powtarzał, że jest mądrzejsza niż niejeden chłopiec i że każdy mężczyzna będzie dumny, mając taką żonę. Tym bardziej zabolało, kiedy zamienił ją na chłopca. 

     Skończyła szkołę w trybie przyspieszonym. Na koniec zdawała mnóstwo testów, wyników których nigdy nie poznała. Po kilku miesiącach spędzonych na nauce przeniesiono ją tutaj. Nikt nigdy nie wyjaśnił jej, dlaczego. Jak dotąd nie zrobiła nic, by „przysłużyć się społeczeństwu.”

     – Więc? – spytała ponownie kierowniczka, wciąż uważnie obserwując dziewczynę.

     – Nie wiem. – przyznała Elaya, jeszcze niżej opuszczając głowę.

     Kobieta westchnęła głęboko, przerzuciła kilka kartek, w końcu zaczęła czytać z jednej z nich.

     – Posiadasz ogólną wiedzę i nie jesteś głupia. Tak przynajmniej stwierdzili nauczyciele. Może nie jesteś geniuszem i nie ma dziedziny, w której byłabyś szczególnie uzdolniona, ale można cię wiele nauczyć. Niestety... Bardziej interesują cię bezsensowne dyskusje o niczym, niż materiał, który powinnaś opanować. I bardziej przejmujesz się sobą, niż dobrem ogółu. – Kierowniczka przestała czytać i spojrzała Elayi głęboko w oczy. – Jesteś tu, by zastanowić się nad swoim zachowaniem. Kiedy już będziesz gotowa, wrócisz do szkoły i powtórzysz testy. Wtedy nauczyciele zadecydują, do czego nadajesz się najlepiej.

     Elaya zacisnęła zęby. Co właściwie zrobiła źle?

     – Mam nadzieję, że dobrze mnie zrozumiałaś. – ciągnęła kobieta. – Jesteś tu, by nauczyć się, jak żyć. Kiedy stąd wyjdziesz, będziesz zupełnie inną osobą, będziesz myślała i zachowywała się tak, jak powinna myśleć i zachowywać się osoba w twoim wieku. I nareszcie zaczniesz robić to, do czego zostałaś stworzona. Możesz odejść.

 

     „Do czego zostałaś stworzona.” Idąc po schodach Elaya ciągle powtarzała te słowa. Została stworzona jako najstarsza, jako przyszła głowa rodu. Miała wyjść za mąż, zajmować się rodzinną posiadłością, a w przyszłości opiekować się rodzicami. Mimo tylu przeciwności, nadal wierzyła, że taki scenariusz może się spełnić, że wszystko wciąż jeszcze może być po staremu. Właśnie to niemądre przeświadczenie ciągnęło ją ku klęsce. Będąc w szkole ciągle nie mogła zrozumieć decyzji rodziców. Bez przerwy zastanawiała się, dlaczego los był dla niej tak niesprawiedliwy, dlaczego rodzice ją zdradzili. Przecież zawsze starała się jak najlepiej spełniać ich oczekiwania, nie była winna temu, że była dziewczyną. Szukała zrozumienia u innych, którzy, według niej, przeżywali to samo, ale oni patrzyli na nią jak na wariatkę. „Tak już jest i ty nic na to nie poradzisz.” Powtarzali. Przestała mówić o tym, co czuła, odsunęła się od grupy. Wtedy to po raz pierwszy poczuła w sobie kogoś obcego. Kogoś, kto myślał inaczej, niż cała reszta. Kto nie chciał się dopasować.

     Elaya weszła do swojego pokoju. Kronja nie obdarzyła ją nawet spojrzeniem. Druga współlokatorka uśmiechnęła się na powitanie, ale też się nie odezwała. Elaya z westchnieniem pochyliła się nad swoimi bagażami. Od rana nie zdążyła się rozpakować, choć może udałoby jej się to, gdyby tyle nie myślała. Teraz powinna wziąć się w garść. Czuła, że nie będzie miała tu lekkiego życia, ale przynajmniej wiedziała, co robi źle i mogła to zmienić. Za bardzo koncentrowała się na sobie i swoich potrzebach. Na roztrząsaniu przeszłości. Sytuacja, w której się znalazła przerażała ją, ale zamiast użalać się nad sobą, powinna stawić czoła przeznaczeniu. Skoro znalazła się właśnie tutaj, a nie w innym miejscu, to być może tak właśnie miało być. Dość już czasu zmarnowała na bezsensowne rozmyślania. Tu i teraz postanowiła, że od dzisiaj, już na zawsze stanie się osoba odpowiedzialną, że nie będzie uciekała od obowiązków i...

     Nagłe kłucie w podbrzuszu wyrwało ją z tego snu o normalności. Zgięła się w pół, udając, że podnosi coś z krzesła. Nie wydała żadnego jęku, by nikt nie zauważył, że coś jest nie tak.

     Z miejsca, gdzie poczuła pierwszy kurcz zaczęło rozchodzić się uczucie całkowitego rozluźnienia, niebytu. Takie, jakie ogarnia człowieka zaraz przed omdleniem. Osunęła się na kolana, oddając się temu błogiemu wrażeniu. Wszystko inne przestało mieć znaczenie. Jakby była zupełnie sama na nieskończonej przestrzeni, a wokół nie było nic.

     Kronja wyszła z pokoju, głośno trzaskając drzwiami i wyrywając tym Eleyę z błogiego stanu.

     Rumieniąc się ze wstydu Elaya wstała z podłogi i skończyła pakowanie. Potępiła siebie za to, na co sobie pozwoliła. Stanowczo zabroniła sobie nawet myśleć o jakichś dziwnych rzeczach. Przecież musiała nauczyć się żyć w tym domu, musiała spełnić oczekiwania, jakie stawiał przed nią los. Zdecydowanie odtrąciła od siebie to, co czekało w jej wnętrzu. Bo przecież nic dobrego nie mogło z tego wyniknąć.

     Czuła w sobie narastającą pustkę. Nie pamiętała, co robiła przez resztę dnia. Nie wiedziała nawet, ile czasu minęło. Obudziła się dopiero w odległej części domu, w małym pokoju do cichej nauki. Twarzą w twarz z jasnowłosą dziewczyną. Eleya drgnęła, nie pozwalając, by opanowało ją to dziwne uczucie, jakiego doznała, gdy zobaczyła obcą po raz pierwszy, przed gabinetem pani dyrektor. Jasnowłosa lekko wciągnęła powietrze i skrzywiła się z niesmakiem.

     – Chciałam z tobą porozmawiać, ale widzę, że jest już za późno. – powiedziała. Szybko podeszła do drzwi, jakby chciała jak najprędzej opuścić pokój.

     – Za późno na co? – zatrzymała ją Elaya. Dziwne, z jednej strony bała się tej niesamowitej dziewczyny i nie chciała przebywać z nią w jednym pomieszczeniu, a jednocześnie coś w środku rwało się do obcej, łaknęło jej towarzystwa.

     – Za późno. Śmierdzisz. – Nieznajoma skrzywiła się jeszcze bardziej.

     Elaya cofnęła się przed obelgą, której nie zrozumiała. Co znowu zrobiła źle?

     – Posłuchaj, – jasnowłosej najwyraźniej zrobiło się żal młodszej koleżanki. – jeśli będziesz dusiła w sobie to, co chce wyjść, uśmiercisz część siebie. To zginie i będziesz nosiła w sobie gnijącego trupa. W tobie, we wszystkim, co będziesz robiła i mówiła, będzie tylko jad i trucizna. Już teraz śmierdzisz jak zdechły robal. Jak martwe dżdżownice na zewnątrz. Całe to miasto nimi śmierdzi.

     Elaya rozejrzała się zdumiona, a jasnowłosa wykorzystała ten moment i wybiegła z pokoju. Pozostało tylko uczucie nowości, świeżości, odrodzenia. Elaya nie pozwoliła, by te emocje przedostały się do jej świadomości. Nie mogła sobie na to pozwolić.

     Zupełnie zdezorientowana wróciła do swojego pokoju i usiadła na łóżku, którego jeszcze nie nazywała swoim. Czuła lęk. Coś z nią było nie tak, nie była całkowicie normalna. Ze wstrętem powąchała swoje dłonie, nigdy wcześniej nie zwracała uwagi na zapachy. Nie miała pojęcia, jaki zapach mają dżdżownice, czy rzeczywiście nimi śmierdziała? Dlaczego tylko ta obca zwróciła na to uwagę? I skąd ona wiedziała, że Elaya dusi coś w sobie? Co to za miejsce, w którym wszyscy wiedzą o niej więcej, niż ona sama wie o sobie?

     – Co my tu właściwie robimy? – zapytała swoich współlokatorek, nie mogąc wytrzymać przytłaczającej ciszy.

     – O co ci chodzi? – Warknęła Kronja, kończąc nie zaczętą rozmowę. Wróciła do swoich zajęć, ale po chwili zaczęła mówić, coraz bardziej trzęsącym się głosem. – Czy musisz to robić? Czy musisz zadawać takie pytania? Ty i tobie podobni. Czego ode mnie chcecie? Nic wam nie zrobiłam. Dlaczego chcecie mnie zniszczyć do końca? Potraficie tylko niszczyć. 

     Po tych słowach dziewczyna wybiegła z pokoju. Elaya zdążyła jeszcze zobaczyć, że oczy błyszczały jej od wstrzymywanych łez.

     – Nie powinnaś tak z nią rozmawiać. – odezwała się druga współlokatorka. – Buntownicy zniszczyli jej rodzinny dom.

     Zanim Elaya zdążyła zapytać, kim są buntownicy, dziewczyna wybiegła w ślad za przyjaciółką.

 

     Elaya długo siedziała sama, starając się nie myśleć o niczym. Nie zauważyła, że ktoś wszedł do pokoju. Zareagowała dopiero na szturchnięcie w ramie. 

     – Weź swoje rzeczy. – powiedziała jedna z opiekunek.

     Elaya posłusznie zebrała świeżo rozpakowane bagaże. W milczeniu podążyła za wysoką kobietą do małego, jednoosobowego pokoiku.

     – Tu będziesz mieszkała – oznajmiła Elayi opiekunka. – Nie martw się, to nie za karę cię przeniosłyśmy. Chcemy cię chronić, a doszły nas słuchy, że nie dogadujesz się z poprzednimi współlokatorkami. Na razie nie jesteś gotowa, by mieszkać z innymi dziewczętami. Kiedy się tego nauczysz, dostaniesz taki pokój, jaki sobie wybierzesz. Nie będziemy cię więzić, możesz chodzić, gdzie chcesz, ale nie zadawaj niemądrych pytań innym dziewczętom. Jeśli coś cię trapi, przyjdź z tym do nas.

     Elaya wciąż tylko patrzyła. Kobieta lekko się zmieszała.

     – To przez te twoje pytania. – powiedziała, jakby się broniąc. – Zadajesz za dużo pytań. Za dużo myślisz, zastanawiasz się. To normalne u osoby w twoim wieku – dodała szybko – i już wkrótce ci przejdzie. Tu nauczymy cię, jak sobie z tym radzić. Większość dziewcząt, które tu przyjechała, była równie zagubiona, jak ty, a teraz odnalazły swoje miejsce.

     Opiekunka zamilkła, jakby czekała na potwierdzenie swoich słów. Elaya nie odezwała się. Nie chciała być niegrzeczna, ale nie miała pojęcia, co powiedzieć. Chciała o tyle rzeczy zapytać, ale nie ośmieliłaby się mówić o tych najważniejszych – o jasnowłosej dziewczynie i o dręczących ją atakach. 

     Stała więc milcząca, aż opiekunka z westchnieniem zamknęła drzwi. Stała tak jeszcze i dłużej, nie mając pojęcia, co robić dalej. Musiała przemyśleć tyle spraw, że po prostu nie wiedziała, od czego zacząć. Zrezygnowana przebrała się i położyła do łóżka, ale sen nie nadchodził.

     Czuła, jak coś w niej narasta. Z każdym uderzeniem serca czuła to coraz silniej. A przecież tak nie może być! Nie chcę, żeby tak było!

     Wstała, podeszła do okna. Nie zawsze ma się to, czego się pragnie. Nie zawsze jest się tym, kim chce się być. Kiedy była z innymi, chciała być taka, jak oni. Gdy zostawała sama i czuła w sobie narastającą energię, wtedy nie myślała o innych, wtedy nie myślała o tym, jaka chciałaby być. Tylko wtedy czuła, że zaczyna stawać się sobą, a przecież i to było tylko iluzją.

     Zdesperowana usiadła na łóżku, gotowa ostatecznie rozprawić się z tym, co ją męczyło. Jak na komendę wszystko w niej ucichło. Może nie zupełnie, ale teraz stało się nieuchwytne, podpływało na powierzchnię jej świadomości, ale gdy próbowała to uchwycić, uciekało. Poczuła w sobie złość. Podeszła do biurka i zaczęła bawić się długopisem, po chwili, czując, że głupio się zachowuje, ze złością odrzuciła go od siebie.

     Ponownie skuliła się na łóżku, zamknęła oczy.

 

     Coś. Coś delikatnego, nieuchwytnego. Coś, co jest we mnie. Dopiero teraz widzę, jak delikatne to jest. Rośnie powoli, a im silniejsze się staje, tym wyraźniej czuję, że to jest nieodłączną częścią mnie. Więzione przez tyle lat, przez obyczaje, przez narzuconą dyscyplinę. 

     Nie tu jest moje miejsce, tu mogę już tylko umrzeć, najpierw zabijając najdelikatniejszą cząstkę mnie. Nie mogę leżeć. To coś nie daje mi stać w miejscu. Zaczynam krążyć po pokoju. Coraz szybciej i szybciej. Muszę coś zrobić, muszę stąd wyjść, bo zwariuję. Jestem tu zamknięta. Czuję się jak dzikie zwierze trzymane na uwięzi. Czuję się, jak w klatce. Ograniczona powierzchnią. Nie mogę oddychać. Duszę się.

     Przerażona przystaję. Zginam się w pół i obejmuję głowę ramionami, ale zaraz prostuję się i podejmuję moją wędrówkę. Coraz wyraźniej czuję to w sobie, ale, co śmieszne, boję się coraz mniej. Ogarnia mnie jakaś irracjonalna euforia. Mam ochotę śmiać się i krzyczeć na całe gardło. Mam ochotę płakać i śpiewać jednocześnie. Coś rozsadza mnie od środka. Muszę Coś zrobić. Muszę!

     Powoli pozwalam temu mnie opanować. Bo to mnie fascynuje, przeraża, ale i fascynuje. Wiem już, że bez tego moje życie straci sens. Stanie się bezbarwne, bez smaku, bez zapachu. Bez tego równie dobrze mogłabym nie istnieć.

     W końcu nie wytrzymuję uwięzi. Nie będę tego dłużej tłumiła wewnątrz siebie. Nie będę zabijać siebie i nie pozwolę się tu więzić.

     Odrzucam ubranie, które każą mi tu nosić, które wszyscy tu noszą. Przebieram się w rzeczy, które przywiozłam jeszcze z domu. Od tak dawna ich nie wyciągałam, spodnie są już na mnie trochę za krótkie. Wkładam naszyjnik, który dostałam od matki i długie, wiszące kolczyki, rozpuszczam włosy. Stroję się, jakbym szła na spotkanie przyszłego męża. Nie, bardziej, bo wtedy próbowałabym spodobać się jemu, a dziś chcę być piękna tylko dla siebie.

     W końcu jestem gotowa. Zamaszystym ruchem otwieram drzwi i wychodzę z pokoju. Nikogo nie ma. Budynek spowija całkowita cisza. Jakbym była tu zupełnie sama.

     Przekradam się przez dom, czując resztki wyrzutów sumienia. Niepotrzebnie. Nikt nie pilnuje drzwi. Nikt mnie nie zatrzymuje.

 

     Deszcz pada nieprzerwanie od kilku tygodni. Powietrze jest wilgotne. Na razie nie ma wielkich, miękkich ślimaków. One wychodzą dopiero po deszczu. Ziemia usłana jest martwymi dżdżownicami. Podnoszę jedną i przybliżam ją do twarzy. Teraz znam już zapach dżdżownicy.

     Nie boję się tego, co jest we mnie. Nie boję się robić tego, co chcę. Nie obchodzi mnie, co inni o mnie pomyślą. Nie, to ostatnie zdanie nie jest raczej prawdziwe. Obchodzi mnie, co pomyślą inni. Bardzo cenię sobie moje więzi z otaczającymi mnie istotami, ale niech widzą mnie. Mnie całą, mnie prawdziwą. Nie to, co według mnie powinni widzieć.

     – Słyszę twój zew, chcesz być wolna. – jasnowłosa dziewczyna wyłoniła się z jakiegoś mrocznego zaułka. Eleya wzdrygnęła się, choć w jakiś sposób przeczuwała, że nieznajoma na nią czeka. Spojrzały sobie w oczy. W tym jednym spojrzeniu przekazały sobie to, o czym nie ośmieliły się mówić głośno. Lęki, nieszczęścia, niesprawiedliwość, brak zrozumienia, bunt, drobne radości, chwile euforii, uczucia, których nie da się opisać. Przyszłość i przeszłość, to, co do tej chwili robiły i to, co robić teraz mogą.

     To Eleya przerwała połączenie, uświadomiwszy sobie, że właśnie w tej chwili musi zadecydować o swojej przyszłości. Może wybierać, czy chce wrócić do pensjonatu, czy iść z jasnowłosą dziewczyną. Komu powinna zaufać? Ojcu, opiekunom i współlokatorkom, którzy przecież chcą dla niej jak najlepiej, czy tej zupełnie obcej dziewczynie, buntowniczce, czarownicy?

     Teraz uczucie wyzwolenia całkowicie ją opuściło. Została sama i sama musiała podjąć decyzję. A przecież była tylko małą, zagubioną dziewczynką i w tej chwili marzyła tylko o tym, by wrócić do jedynego miejsca, które znała. Albo po prostu odwrócić się i uciec.



blog comments powered by Disqus