"Pierwsza krew"


autor opowiadania: Jaszczur86

Gmach Biblioteki Uniwersyteckiej pełen był szelestu przewracanych kartek, stłumionych szeptów i nerwowych kaszlnięć. Martwe światło jarzeniówek wydobywało z półmroku sylwetki uczących się studentów. Co chwila któryś podchodził do regału, grzebał na półce, po czym wracał do swego stolika z opasłym tomem w ręku. Niektórzy przysypiali z książkami pod głową, zmęczeni do granic wielogodzinną nauką. Tylko jeden student nie mógł skupić się na czytanym podręczniku. Siedział w dziale "nauki historyczne" na samym końcu alejki między regałami. Wyglądał młodo, jednak wychudła twarz i przygarbiona sylwetka postarzały go. Często podnosił wzrok znad książki i wzdychał ciężko. Skup się na robocie, musisz to przeczytać, nikt cię nie wyręczy. - powtarzał sobie. Męczył się, usiłując zrozumieć czytany tekst. Pieprz ich, oni nie istnieją - starał się nie myśleć o swojej rodzinie, która doprowadziła go do początków depresji. Właśnie z trudem dobrnął do założenia Związku Etolskiego, gdy słodki głos uświadomił go, że nie jest sam. O w kubeł, tego jeszcze brakowało - zmełł w ustach przekleństwo, gdy do jego stolika dosiadła się Renata. Lubił ją, spędzali ze sobą wiele czasu, teraz jednak za wszelką cenę chciał być sam.

- Masz coś? - spytała, chodzili bowiem na te same zajęcia

- Nie - Hicks spojrzał mało przyjaźnie, Renata jednak jeszcze nie wiedziała, co się święci

- Bo z tymi Etolami, to ja sądzę, że... - urwała, zauważywszy jego nienawistne spojrzenie. Coś ci jest? - spytała łagodnie, lecz Hicks skrzywił się tylko i popatrzył jeszcze groźniej.

- Jeśli masz jakiś problem, możesz mi powiedzieć - zaofiarowała się. Akurat - pomyślał, nic nie mówiąc

- No widzę, że masz zły humor, powiedz mi, to ci ulży - w jej głosie pobrzmiewała troska - mnie wszyscy mówią - dodała.

- Nieważne, zostaw mnie!

- no, już, szybciutko! - ponagliła

- nie! nie znasz mnie, nie wiesz, kim jestem, co przeżyłem... Wszyscy mi tylko wbijają noże w plecy - nieświadomie wyrwało mu się

- nie martw się, mnie też, aż mi niewygodnie spać, bo wiesz, wystają mi z pleców - zrobiła znudzoną minę. Więc o co chodzi?

- czy sądzisz, że jestem wkurzony, bo mi się rozkleja opona w przednim kole od roweru? - ironicznie spytał

- to jesteś bardzo zrównoważony, mnie coś takiego by od razu wytrąciło z równowagi - usiłowała żartować. Więc o co chodzi? - wróciła do przerwanego przesłuchania.

- Jakim prawem? - oburzył się

- No, słucham!

- co jest, do cholery? - naleganie Renaty zaczęło drażnić Hicksa - kim ty w ogóle jesteś, że żądasz ode mnie takich zwierzeń?

- ja po prostu wiem, że ty mi chcesz o tym powiedzieć

- co, ty wiesz lepiej ode mnie, co ja chcę?

- wiele osób tak mówi, jak ty, a potem przychodzą do mnie się mnie o coś poradzić.

- nie chcę cię obciążać... - spróbował innego wyjścia

- Ale ja CHCĘ byś mnie tym obciążył. Potem ja z kolei ciebie czymś obciążę i będziemy kwita. No więc?

Hicksa zaniepokoiła jej wytrwałość i upór, z jakim usiłowała dopiąć swego. Uważaj, ona może od ciebie wyciągać zwierzenia - mówiła mu kiedyś przyjaciółka. Ani kroku w tył! - pomyślał sobie.

- Usiłujesz zdobyć mój zamek, a ja cię mogę oblać smołą!

- to się otrząsnę - odparła bez mrugnięcia okiem. Ja wiem, że ty mnie chcesz do tego zamku wpuścić, ja go wcale nie muszę zdobywać. Zresztą, dlaczego tak mówisz? czy my prowadzimy wojnę? - coraz bardziej nabierała rezonu.

Hicks postanowił uciąć tę jałową dyskusję.

- Przeginasz pałę - warknął - Nie zamierzam z tobą o tym rozmawiać, jesteś mi ani brat, ani swat - puściły mu nerwy - Mam osoby, z którymi rozmawiam o tych rzeczach, ale na pewno nie będę rozgrzebywał moich osobistych spraw przed TOBĄ! - podkreślił - a co, może zazdrosna jesteś? - dodał już spokojniej. - Nie, bynajmniej - Renata udawała, że tyrada Hicksa nie zrobiła na niej żadnego wrażenia. Właśnie dowiodłeś samemu sobie, jak wiele ona dla ciebie znaczy - pomimo odparcia grożącego niebezpieczeństwa Hicks czuł, że przegrał z samym sobą. Kto się czubi... - myślał, gdy Renata odpuściła sobie dalszą rozmowę i wstała od stolika. Uff, zwinęła obóz - choć powinien czuć ulgę, zaczął bić się z myślami. Cholera, nie powinienem tak jej traktować, jeszcze się obrazi... Ale tak bezczelnie włazić komuś z butami... Jej wszyscy mówią... Co ona, psycholog? - z powrotem zagłębił się w lekturze. Nie dane mu było jednak pracować w spokoju. Nie zdążył nawet dobrze wczytać się w tekst podręcznika, gdy aż podskoczył z oburzenia, widząc zbliżającą się do niego sylwetkę, łudząco podobną do Renaty. Nie, to chyba Tatiana - oszukiwał sam siebie, Tatiana była bowiem niższa i bardziej tęga, w dodatku lubiła pastelowe kolory, a Hicks wyraźnie dostrzegał czarną spódnicę Renaty. Przecież chyba... - odwrócił się gwałtownie

- Bezczelna! - wrzasnął - znidź naprzykrzona niewiasto z oczu moich prędzej, nie śmiej bawić dłużej, ani wracać więcej! - wycedził z sardonicznym uśmiechem.

- Tylko patrzę, czy nie masz czegoś nowego - rzuciła beztrosko i odwróciła się na pięcie. O ile przed chwilą Hicks miał jedynie małego moralnego kaca, o tyle teraz poczuł się naprawdę głupio. Może powinienem ją przeprosić? trochę przesadziłem... chociaż co to za człowiek, bez czci i honoru! co za tupet! - na chwilę wyzbył się wątpliwości -Jak karaluch, nie do zabicia - prychnął pogardliwie, choć nikt go nie mógł usłyszeć. Butem walniesz, a on jeszcze łazi - zanurzył nos z powrotem w notatkach.

Na ćwiczenia wpadł na moment przed rozpoczęciem zajęć.

- Uwaga, Hicks jest dziś wkurzony! - ostrzegła Renata zebranych.

- Ilu ich było? - żartobliwie spytał Sebastian. Powiedz, to już my im damy popalić! - Hicks uśmiechnął się słabo. Dysząc usiadł w rogu sali, jak najdalej od Renaty.

Humor poprawiła mu dopiero łacina. Magister Brzezińska-Kruk w cienkiej bluzce w kwiaty rozdawała sprawdziany, powiewając rozkloszowanymi rękawami. Piękna jak motyl - myślał, śledząc każdy jej krok. Nasyciwszy się jej wdziękiem wziął się za rozwiązywanie zadań. Skończył przed czasem. Jak dobrze człowiekowi robi małe "koło" z łaciny - tym archaicznym terminem Hicks nazywał sprawdziany pisemne, powszechnie, choć błędnie zwane kolokwiami. Lekcja to czytanie - przypomniał sobie zgryźliwe komentarze ćwiczeniowca, dr Marchewy - a kolokwium to rozmowa - mruknął sam do siebie, wychodząc z Instytutu. Hicks najchętniej pisałby te sprawdziany co tydzień, jednak reszta studentów nie podzielała tego poglądu, musiał więc kontentować się tym, co miał.

Wracając z uczelni, myślał gorączkowo - bezczelna, bezczelna, już ja jej dam - miotał się. Tak włazić z butami, co ona sobie myśli... Coś z tym muszę zrobić... - szukał wyjścia z sytuacji. A może... może jak się dowie, kim naprawdę jestem, jakie tajemnice skrywam pod tą kamienną maską, którą noszę, to sobie odpuści? Trzeba spróbować. Chyba, że się na mnie obraziła... - W końcu nie wiesz, co ona naprawdę czuje - mówił sam do siebie, jadąc swym rowerem przez wyludnione ulice - Może nie jest tak nieprzemakalna, na jaką wygląda?

***

Wykłady z cyklu "Biblia w kulturze" odbywały się we wtorki w auli "A" Auditorium Maximum. Gdy Hicks siadał na stoliku, do wykładu została jeszcze godzina, wyjął więc z teczki Biblię i usiłował czytać. Gwar wokół nie pozwalał mu się skupić, a poza tym ciągle nerwowo jednym okiem zerkał w stronę korytarza. Nagle ukłucie w okolicy serca oznajmiło mu, że z końca korytarza w jego kierunku zmierza Renata. Miał zbyt słaby wzrok, by ją dokładnie rozpoznać, tym bardziej nie był w stanie określić, czy patrzy na niego, czy też unika jego spojrzenia. Przeczucie go jednak nie zawiodło. Cały czas wpatrywał się w nadchodzącą postać. Gdy była wystarczająco blisko, że miał pewność, że to ona, nie wytrzymał. Momentalnie zeskoczył ze stołu i szybkim krokiem podszedł do niej. Ta zwolniła kroku.

- Możemy porozmawiać? - spytał łagodnie.

- Tak - odeszli kilka kroków dalej.

- Przepraszam za to, jak cię wczoraj potraktowałem - zaczął

- nic nie szkodzi - odparła bez wahania - albo się zgrywa, albo jest naprawdę nieprzemakalna - przemknęło mu przez myśl

- wybacz, posunąłem się za daleko, nie powinienem używać tylu ostrych słów - kontynuował niezrażony

- naprawdę, nic nie szkodzi, po prostu zrozumiałam, że nie powinnam cię więcej pytać o te rzeczy.

Miała rację, skubana, teraz sam do niej przychodzę - Hicks postanowił jakoś zawoalować swoją porażkę

- wiesz, chciałbym ci udostępnić próbkę tego, czego byś się mogła ode mnie dowiedzieć. Przekonasz się, że to nie dla ciebie - za wszelką cenę usiłował nie przyznawać jej racji.

- Tak? - spytała z zaciekawieniem, bowiem Hicks zawsze mówił zagadkami.

- Był taki socjolog, co się nazywał Durkheim

- owszem - potwierdziła

- napisał on pewną pracę, przełomową dla socjologii, wiesz jaką?

- nie, nie przypominam sobie... - to po cholerę socjologię studiujesz na tym swoim "dwunastym piętrze"? to podstawy! - tryumfował w myślach

- ta praca to... Le Suicide! - obwieścił radośnie

- o mój Boże

- tak, tak, masz przyjemność z wielokrotnym niedoszłym samobójcą - wskazał na siebie. Więc ostrożnie! - rzucił jeszcze czując, że inicjatywa przeszła całkowicie w ręce Renaty.

- A niby dlaczego miałbyś ze sobą skończyć? chodź, wyjdźmy na dwór, skoro masz umrzeć, to równie dobrze możesz na zapalenie płuc - cięty dowcip był jej mocną stroną, teraz usiłowała zamaskować nim przerażenie wywołane niespodziewanym wyznaniem Hicksa. Z trudem siliła się na beztroski ton. Wyszli z budynku. Niebo przybrało ołowianą barwę, temperatura wynosiła kilka stopni powyżej zera. Powiesz mi, co ci dolega? - Renata na moment zdjęła swą ulubioną, przemądrzałą maskę.

Hicks milczał, wzdychając co chwila.

- Najchętniej bym skoczył z dużej wysokości. Szybko i bezboleśnie - nie odpowiedział na zadane pytanie.

- Ciekawe, co się wtedy myśli, jak się tak leci?

- ja bym myślał o osobie, która jest dla mnie ważna - zamyślił się.

- Nie rozumiem - Renata zaczęła jak zwykle - jeżeli ktoś znalazł swoją miłość, to bezsensem byłoby skakać z okna, choćby nie wiem co...

- nie, to znaczy, że nawet ta miłość nie jest w stanie mnie utrzymać przy życiu! - rzucił ni to gniewnie, ni to rozpaczliwie. Stwierdził, że nie może się już dłużej opierać. Renata pokonała go.

- Nie mam domu, nie mam rodziny, czuję się niepotrzebny i odrzucony - wyrzucał z siebie krótkie urywane zdania.

- Coś jeszcze? - nie mogła ukryć zaniepokojenia.

- Mój ojciec jest alkoholikiem. Po dwunastu latach wyniosłem się z tego burdelu zwanego niesłusznie domem, lecz tu, gdzie obecnie mieszkam, wcale nie jest lepiej. Czuję, że nie ma dla mnie miejsca na ziemi, a stąd jest tylko jeden krok, by sobie coś zrobić. I co, zdziwiona? - spytał zjadliwie.

- Sądziłam, że to jest coś mniej poważnego, ale muszę ci powiedzieć, że wielu ludzi ma takie problemy jak ty. Znam kilka osób, które chciały popełnić samobójstwo...

- ugh... - Hicksowi obiad wrócił do gardła. Nie mów, że się o mnie martwisz? - spytał, licząc, że zaprzeczy.

- Owszem, martwię się o ciebie, nie chciałabym, byś sobie coś zrobił.

- Przepraszam, nie powinienem ci o tym mówić. Teraz będę musiał zrobić to tak, byś nie zauważyła - wiedział, że kłamie, i gdy będzie musiał zrobić ten krok, nikt go nie powstrzyma.

- Nie przepraszaj, bo to nie twoja wina, że chcesz ze sobą skończyć. - na moment złagodniała.

- Wiesz, mam chyba początki depresji... - rzucił, usiłując się usprawiedliwić

- początki? - uśmiechnęła się - chyba galopującą!

- Nie bój się, mam jeszcze trochę czasu, nie zrobię tego teraz. Muszę najpierw skończyć moją książkę, by dać świadectwo. Potem niech się pali, niech się wali...

- A czy nie lepiej byłoby świadczyć swoim życiem? - spytała

Godny z ciebie przeciwnik - pomyślał z uznaniem, starając się nie używać słowa "wróg".

- Ja już się nacierpiałem, to, co przeżyłem, starczyłoby na czterdziestolatka. Mam dosyć, niech teraz inni się męczą - smutne oczy postarzały Hicksa o dobre dziesięć lat.

- A czy nie pomyślałeś - Renata uwielbiała takie formułki - że to wszystko jest już za tobą, że teraz będzie z górki?

Złudne nadzieje 

Na korytarzach Instytutu Historycznego było pusto. We wszystkich salach odbywały się zajęcia, wśród grobowej ciszy kroki Hicksa odbijały się aż nazbyt wyraźnie. Krążył po całym budynku, wyraźnie nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Do wykładu z historii sztuki zostały mu jeszcze dwie godziny. Wszedł do toalety, po czym wrócił do lektorium, skąd przed chwilą wyszedł, nie mogąc skupić się nad podręcznikiem. Przy ostatnim stoliku pod oknem wypatrzył Renatę. Cholera, musiała niedawno przyjść - żałował, że nie spotkał jej, gdy wchodziła.

Podszedł do niej.

- Możemy porozmawiać? - spytał.

- Tak, ale jeszcze nie teraz i nie będę miała zbyt dużo czasu - powiedziała obojętnym tonem, ślęcząc nad otwartą teczką, zwaną przez wykładowców depozytem.

Oho, zaczyna się! - myślał, wracając do swego stolika. Cóż, Renata będzie musiała chwilowo zastąpić Elżbietę, trudno, niezbyt to szczęśliwe... - przypomniał sobie łzy wylewane w słuchawkę telefonu, jej spokojny głos i życzliwe rady. Ona by mi pomogła, ta, choć może i chce, to i tak nie da rady. Boże, takiego doła jeszcze nie miałem... - z przerażeniem skonstatował, w jakim jest stanie. Nie jej wina, że nie przeżyła tego, co ja. - Stanęła mu przed oczami twarz Elżbiety, zmartwiona i współczująca po tym, jak po raz pierwszy opowiedział jej o wszystkim. - Przepraszam, że ci o tym mówię, wiem, to dołujące - powiedział wtedy - nie szkodzi, może lepiej, że powiedziałeś to mnie, a nie jakiejś swojej koleżance z uczelni, która by nic z tego nie zrozumiała - ironio losu, pomyślał wtedy o Renacie: tak, ona, taka śmieszka, z pewnością nie zrozumie. Uśmiechnął się do wspomnień. Fakt, pomyliłem się w ocenie, sądziłem, że chce wydusić ze mnie zwierzenia, bo jest ciekawa, czy wręcz wścibska. O chęć pomocy bym jej nie podejrzewał - myślał, nawet nie udając, że czyta. Po pewnym czasie, szeleszcząc bufiastą spódnicą i zadzierając nadmiernie głowę Renata podeszła do niego. Ten automatycznie spojrzał na zegarek. Dwunasta. Za godzinę wykład. Czyżby już przeczytała wszystko na socjologię? - zastanawiał się, gdy Renata oświadczyła: Dobra, możemy iść.

Wyszli z lektorium. Powoli schodzili po schodach. Renata udała się w stronę szatni. Hicks stał, przestępując z nogi na nogę.

- Nie ubierasz się? - spytała z troską, był bowiem w cienkiej koszuli i obcisłych dżinsach.

- Dni moje krótkie, a zresztą i tak jestem permanentnie przeziębiony.

Udali się w stronę Szkoły Głównej.

- Nie martw się, pójdę do nieba, bo w piekle już byłem. Tak mówili żołnierze 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK - rzucił nonszalancko.

- No widzisz, skoro mogli to wymyślić nawet ci żołnierze, ty nie możesz być gorszy - starała się pocieszyć go za wszelką cenę.

Usiedli w Ozyrysie.

- Co by tu zjeść? - zastanawiała się Renata, studiując menu.

Hicksa przeraziły ceny. Wszystkie obiady kosztowały równo dziesięć złotych, dokładnie tyle, ile wynosił jego dzienny budżet, i tak wyśrubowany ze względu na niskie dochody jego rodziny.

Westchnął ciężko.

- Trudno, lepiej umierać z pełnym żołądkiem - nie opuszczał go wisielczy humor.

- O tak, zgadzam się z tobą w zupełności - Renata podjęła grę.

Jedząc rozmawiali, starając się nie dotykać sedna sprawy. Bomba jednak wisiała w powietrzu, a zdetonowała ją Renata.

- Dobrze, pośmialiśmy się, to teraz o poważnych sprawach - udawała wyluzowaną, jednak Hicks cały zdrętwiał. Postanowił mimo wszystko zagrać va banque.

- Nigdy jeszcze nie byłem tak słaby - zaczął niepewnie - teraz przed tobą czuję się niczym Priam u stóp Achilla - Renata wstrzymała oddech

- ja... ja cię proszę... - zaciął się - ...nie, błagam... zaopiekuj się mną! - wypalił w końcu.

Renatę zamurowało. Wbiła w Hicksa swe spojrzenie. Nigdy nie sądził, że potrafi tak patrzeć.

- Nie mogę - wykrztusiła po chwili - uwierz mi, choćbym chciała, nie umiem, brak mi że tak powiem narzędzi. Ja owszem, mogę cię wysłuchać...

Historia się powtarza - skrzywił się Hicks. Ela mówiła to samo, szczęśliwie przestaliśmy o tym rozmawiać, bo byłoby źle... Szare oczy i wygięte w podkówkę usta Elżbiety przez moment nałożyły się na żabią twarz Renaty.

- ...ale nie wiem jak ci pomóc! Powinieneś iść do psychologa!

- o, tak kurwa najłatwiej - sarknął w myślach. Był kilka razy u różnych psychologów i miał ich serdecznie dosyć. Wybrał jednak bardziej dyplomatyczne wyjście z sytuacji.

- Nie zamierzam się uzależniać od terapii i nie dam sobie robić wody z mózgu - odparł najbardziej opanowanym tonem, na jaki go było stać. - Nie znoszę psychiatrów - dodał z przekąsem.

- Nie psychiatra, a psycholog - Renata zaczęła po swojemu - psychiatra zapisuje proszki...

- wiem, oglądałem "Lot nad kukułczym gniazdem".

- ...a psycholog pomoże ci zrozumieć siebie i przyczyny twoich problemów. Hicks umilkł. W łagodniejszych słowach to samo mówiła mu Elżbieta. Tyle, że jej posłuchałem, poszedłem, a potem... veni, vidi, fugi1 - gryzł się.

- Mogę pójść z tobą do psychologa - zaoferowała Renata, jakby wyświadczała mu wielką przysługę - TO mogę dla ciebie zrobić - podkreśliła - Naprawdę, nie mogę ci inaczej pomóc - sprawiała wrażenie bezsilnej.

Hicksowi znowu przypomniała się Ela. Nie wiem tylko, czego ode mnie oczekujesz, ja cię mogę wysłuchać, ale nie jestem psychologiem, nie mam kwalifikacji... - pamiętał którąś ich rozmowę.

- Nie nabierzesz mnie - wycedził przez zęby - muszę sam znaleźć w sobie dość siły, by żyć, lub skończyć ze sobą w możliwie szybki i skuteczny sposób - jego głos nabrał siły, a spojrzenie odzyskało na moment dawny blask.

- Wiem, jak należy sobie przeciąć żyły - z głupia frant powiedziała Renata, jakby mówiła o przepisie na ciasto - mówił mi lekarz, ten od nadgarstków. Zrobiła pauzę, uśmiechając się niewinnie

- Ale tobie nie powiem... - dodała z przekorą.

- To babska metoda - odparł z pogardą - Chciałbym, by moja śmierć była taka, jak całe moje życie. Zawsze uczciwie traktowałem ludzi, wymagając od nich szczerości i zdecydowania. Dlatego, gdyby życie definitywnie zaczęło mi ciążyć, to strzeliłbym sobie w łeb z dubeltówki jak Hemingway...

- uważaj, możesz nie trafić - wtrąciła. Powoli wracał jej humor po ciężkiej rozmowie.

- Jakieś proszki czy przecinanie sobie żył to metoda dla tych, co to jeszcze mają nadzieję i liczą, że ktoś ich uratuje. A ja mam serdecznie dosyć tego łez padołu - wpadł w melancholijny ton.

- Pamiętaj, zawsze lepiej w ciepłej wodzie. Mniej boli i szybciej... - nie wytrzymała, by nie wyjawić swego sekretu.

- Po co mi to mówisz, mnie wystarczy jeden nabój - myślał Hicks widząc Renatę z tym samym grymasem co zwykle.

- Strzał w serce jest wyjątkowo zawodną metodą. Van Gogh próbował i żył jeszcze dwa dni, strzelił sobie w niedzielę, zmarł we wtorek, czy jakoś tak. Potem jeszcze Hideki Tojo, zdążyli go osądzić i skazać... - fascynacja śmiercią ukazywała powagę stanu psychicznego Hicksa

- i ten, no, polski premier... - Renata weszła mu w słowo

- ...Walery Sławek - uzupełnił - zastrzelił się z Browninga, którego używał w młodości jako bojowiec PPS-u.

- właśnie - przytaknęła.

- Yoda to miał ładną śmierć - Hicks zmienił temat, by choć trochę rozładować atmosferę - on po prostu zamknął oczy i zniknął, połączył się z Mocą - w jego głosie słychać było prawdziwy zachwyt. Też bym tak chciał - rozmarzył się

- to może lepiej, że tak nie masz. - Renata szykowała się do dłuższej przemowy - Najgorzej mają ci, których śmierci nikt by nie zauważył. Może dzięki temu, że obawiasz się, jak zareagują inni, jeszcze żyjesz. Ja bym sobie nigdy nie darowała, gdybyś sobie coś zrobił! - powiedziała nagle

- dobra, poczekam, aż nasze drogi się rozejdą - odparł pół-żartem, pół-serio.

-To poczekasz, aż skończę studia i wyjdę z murów uniwersytetu - podjęła grę.

- I wtedy "bum!" - kontynuował Hicks

- ja się odwracam, a to tylko ty strzelasz do gołębi - weszła mu w słowo.

Błaznowali przez chwilę jak dawniej, uciekając na moment od problemów. Te jednak szybko wróciły zaraz i Hicks pochylił się zrezygnowany nad stołem.

- Jezu, czuję się, jakbym miał ze czterdzieści lat - kręcił z niedowierzaniem głową. To, co przeżyłem, niejednego by załamało... - ciebie też - dodał zjadliwie w myśli.

- Ale przecież jesteś w sile wieku, wszystko przed tobą, wciąż możesz wszystko zmienić - Renata była w swoim żywiole, jakim było pouczanie innych - Człowiek w wieku czterdziestu lat podsumowuje swe życie i widząc, że nic mu do tej pory nie wyszło, może rzeczywiście się załamać. Zwłaszcza, że niewiele czasu mu zostało, by coś ze sobą zrobić. - gestykulowałą żywo, przejęta swą rolą.

A mówi to osoba nie mająca nawet dwudziestu lat - myślał ponuro Hicks

- Ech, co ja tobie będę tłumaczyć... - Hicks machnął ręką i zmienił temat. Młodą mam mamusię - popatrzył strasznie i wykrzywił twarz - dwadzieścia cztery lata, nikt takiej nie ma! - oznajmił spokojnie, smakując każde słowo. Renata wytrzeszczyła oczy. Naprawdę? - nie dowierzała. Zaczęła liczyć w myślach. Skoro Hicks ma dziewiętnaście lat... - Nie chwytasz? - Hicks nareszcie zapędził ją w kozi róg. JOASIA! - powiedział dobitnie, akcentując każdą sylabę - nigdy mnie nie zawiodła, zawsze udzieliła pomocy, mogłem z nią rozmawiać o rzeczach jakich bym nigdy nie poruszył z moją matką. Nie było dla nas tematów tabu, to ona zastępowała mi matkę przez pewien czas, nigdy nie opuściła mnie w potrzebie, to dzięki niej jeszcze żyję. Ma dwadzieścia cztery lata właśnie. Niedługo kończy dwadzieścia pięć, jest na ostatnim roku prawa, ale miała raz repetę. - Renata skrzywiła się. Hicks zawsze mówił zagadkami, ta jednak wydała się jej niesmaczna.

- rzeczywiście, Sfinks z ciebie - uśmiechnęła się słabo, nie wykazując chęci kontynuowania tematu. - Lepiej już chodźmy, zaraz zaczyna się wykład - ponagliła, wstając. Hicks ciężko podniósł się z miejsca


- Czy ty naprawdę nie dostrzegasz, że najczęstszą przyczyną samobójstwa jest bezsilność? pułkownik Dąbek zastrzelił się po kapitulacji Oksywia, Szmul Zygielbojm skończył ze sobą protestując przeciwko milczeniu aliantów wobec trwającej zagłady Żydów. A ja protestuję przeciwko temu, że nie mogę być tym, kim chcę być! - trzymał się resztkami cierpliwości. Uważam, że żaden człowiek nie ma moralnego prawa zabraniać bądź przeszkadzać drugiemu w dążeniu do lepszego życia! nie wiesz, jaka to tortura, gdy nie możesz przygotować się do egzaminu czy na kolokwium nie dlatego, że ci się nie chce, lub cię boli głowa, tylko dlatego, że nie masz ku temu warunków - przerwał, by złapać oddech - Rozumiem, jestem chory, trudno, dopust Boży. Wolałem pójść na piwo? moja wina, i tylko moja. Ale jeżeli nie przygotuję się do zajęć dlatego, że mój ojciec chce sobie obejrzeć film, albo moja babcia uzna, że musi sprzątać akurat w tej chwili, no to ja nie widzę wyjścia... - mówił to wielokrotnie Elżbiecie, teraz Renata miała wejrzeć wgłąb jego duszy.

- Studia to dla mnie walka o lepsze jutro, by nie skończyć jak mój ojciec czy moi debilni koledzy z gimnazjum! przeszkadzanie mi w nauce powinienem traktować jako sabotaż wysiłku wojennego, tylko brak mi aparatu wykonawczego... Wiesz dobrze, czym to groziło w Związku Radzieckim czy III Rzeszy. Pod mur! - wrzasnął.

- Bezsilny, ślepy żal mnie zżera, gdy ktoś niweczy mój wysiłek... - zakrył twarz dłonią, by Renata nie widziała jego łez.

- Proszę, przytul mnie - szepnął ledwie słyszalnym głosem. Renata objęła go.

- Ciii, już dobrze, jestem przy tobie - nie wiedziała, co powiedzieć. Przytuliła go mocniej, czując, że drży.


***

Wykład profesora Ziółkowskiego dłużył się Hicksowi niemiłosiernie. Co chwila spoglądał w stronę ławy, w której wraz ze Stasiem siedziała Renata. Zależało mu, by porozmawiać z nią bez świadków. Wiedział, że tego dnia odbędą się zapisy na objazdy naukowe, akurat wtedy, gdy on ma łacinę. Dawało mu to wymarzoną okazję do krótkiej rozmowy.

Dziękuję państwu, reszta w przyszłym tygodniu - wykładowca pospiesznie zwijał mapę. Hicks wstał gwałtownie i obejrzał się na grupkę otaczającą Renatę. Przyłączył się do nich, wyczekując sposobności, by poprosić Renatę na stronę.

Ale burdel - kręcił nosem, gdy weszli na trzecie piętro. Korytarz przypominał przychodnię lekarską, pełen jęczących i narzekających studentów. Jedni spali, oparci o ściany, inni usiłowali coś czytać, czekając na swoją kolej. Dziekanat, czyli najgorzej działająca instytucja każdej uczelni - klął w myślach.

Pamiętajcie, nie ważne gdzie, ważne z kim! - komenderował Wiśnia - co wybieramy? - Lublin - posypały się zewsząd głosy. Ale małpy - Hicks nie był w najlepszym nastroju. A ty, jedziesz z nami? - dopiero teraz Wiśnia zauważył Hicksa - jadę - zachrypiał tamten bez przekonania. Przynajmniej znam tych ludzi, choć niektórych z najgorszej strony - myślał ponuro. Może powinienem jechać gdzieś, gdzie nikogo nie znam? poznać nowych ludzi? wyjść z tego grajdołka? - wahał się. Czuł, że Renata i jej towarzystwo zaczyna go mierzić. Stał oparty o ścianę, nie spuszczając oka z miejsca, gdzie jego zdaniem powinna stać Renata. Zwaliły się kałmuki na kobitę, aż jej nie widać - margał. Gdy w tłumie ukazało się małe okienko i mógł nawet zobaczyć fragment twarzy Renaty, Hicks wykorzystał sytuację. Pędem przebił się w jej kierunku, torując sobie drogę łokciami. May we talk? - spytał, siląc się na kurtuazję. Renata wstała i odeszli parę kroków. Możemy odejść trochę dalej? - tu nas nie usłyszą - Hicks wolałby wprawdzie, by ich nikt nie widział, nie chciał jednak na siłę forsować swego.

Chciałbym, byś się o mnie nie martwiła, bo trochę ze mną lepiej - pospiesznie wykładał swą sprawę wiedząc, że czas go goni - Zacząłem spisywać powody, dla których warto żyć - Och naprawdę? to sukces! - wpadła w egzaltowany ton. Może to nie świadczy o mnie najlepiej, ale przynajmniej mnie uratowało. Po prostu doszedłem do wniosku, że jest jeszcze wielu ludzi, którym trzeba by dopierdolić, więc nie mogę ze sobą skończyć tak od razu - Rozumiem, też mam wrogów - Można powiedzieć, że wrogowie mnie uratowali. Nie mogę dopuścić, by zabili mnie moimi własnymi rękoma! Jak się nie ma po co żyć, można żyć na złość innym - zrobił paskudną minę. Tylu ludziom muszę jeszcze dokopać, zanim odejdę... -rozmarzył się. Spadaj stąd! - rzucił w stronę przechodzącego Wiśni, momentalnie wróciła dawna czujność. Spokojnie, nie do was idę - oddalił się pospiesznie. Chciałbym cię jeszcze o coś zapytać. Mówiłem ci o Katiuszy - Tak, pamiętam, i co w związku z tym? - W poniedziałek wyjedzie do pracy do Anglii... - słowa z trudem przechodziły mu przez gardło - mówiłem ci, jak wiele dla mnie ona znaczy... - zaciął się - Martwię się o nią... a do tego wiem, że jak wróci, będę musiał jej wyznać, co do niej czuję. Boję się i stawiam zakład o mój rower - dla Hicksa była to świętość - że mnie odrzuci w mniej lub bardziej gwałtowny sposób. Jeśli nie, dostaniesz moją "Zuzannę" z pełnym wyposażeniem. - Nie chcę się z tobą zakładać - odparła - bo to ma nie być zakład, który możesz wygrać, lub przegrać. A co do szans powodzenia, to owszem, jest ryzyko, że ona powie "jest mi bardzo miło, ale... wiesz, rozumiesz..." - mam to jak w banku - Hicks wiedział, że porywa się na rzecz niemożliwą - Ale na tym polega cała sztuka, że pomimo tego odrzucenia utrzymuje się znajomość. To jest trudne, wiem - ja tam bym uciekał na Spitsbergen - a właśnie nie, ja raz tak miałam z pewnym chłopakiem... - Dobra - Hicks miał dosyć tej demagogii - a kiedy to zrobić? przed Egzaminem - oboje wiedzieli, że chodzi o egzamin z historii starożytnej - już po, jeśli zdasz, będziesz optymistycznie nastawiony - tak, tak, and justice for all... - rady Renaty Hicks uważał w najlepszym wypadku za pobożne życzenia. Słuchał ich jednak, wiedziony przyzwyczajeniem przechodzącym niekiedy w uzależnienie. - Łatwiej też ci będzie znieść porażkę. A jeślibyś oblał, to spróbujesz szczęścia z nią, może chociaż TO ci się uda - zrobiła pauzę i dyskretnie zerknęła za siebie. Ponad jej głową Hicks widział Stasia, Wiśnię i kilka nieznanych sobie osób. Hałastra wzywa - pomyślał pogardliwie. Dobra, ja muszę - Renata wskazała na kłębiącą się za jej plecami grupę studentów. A ja lecę na łacinę - Hicks nie krył ulgi. Momentalnie odwrócił się i wpadł do sali nr 8. Brzezińskiej jeszcze nie było, jednak na swym zwykłym miejscu siedziała już Ewa Górska, nie licząc kilku innych osób. Tatiana rozsiadła się na stole i szczebiotała o tym, co będzie robiła na objeździe. Hicks wyjął skrypt i udawał, że się uczy, w rzeczywistości myślał gorączkowo. I weź bądź tu mądry. Jedna lepsza od drugiej. Klaudia mówiła, że Katiusza na pewno nie powie "z nami koniec", nawet, jeśli nie odwzajemni uczucia... No tak, jest zbyt łagodna, ale zawsze może przestać mieć dla mnie czas... - ciężkie przeżycia wyćwiczyły Hicksa w odnajdywaniu ukrytych motywów ludzkich zachowań i przewidywaniu możliwych reakcji na określone zachowania. Znam ja te numery... - mruknął do siebie głosem znudzonego konesera.



------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Na początek uwagi techniczne: musisz bardziej dbać o uporządkowanie i schludność tekstu. Niemal wszystkie dialogi zaczynasz małą literą, choć są to początki zdań. Przejrzyj kilka książek i zwróć uwagę na to w jaki sposób tam jest to rozwiązane.

Zdarzają się czasem błędy stylistyczne, ale te mogą zdarzyć się każdemu. Jednak budowa tekstu wydaje się również dość chaotyczna. Przede wszystkim chyba żaden z bohaterów nie jest opisany. Nie mamy pojęcia o tym jak wyglądają, a myślę, że czytelnikowi należy się choćby krótki opis. Nie jest to najważniejsze, jednak bohaterowie tak czy inaczej wydają się na początku niedookreśleni. Pojawiają się nagle, tak jak Renata, która wydaje się być bardzo tajemniczą postacią. Nie wiemy, jakie relacje łączą ją z bohaterem na początku. Możemy się tylko domyślać, że są znajomymi z roku. Może przyjaciółmi? A może znali się jeszcze przed studiami? Podobnie jest z innymi dziewczynami, których imiona są wymieniane w tekście bez krótkiego choćby przedstawienia ich czytelnikowi. Wprowadza to zamieszanie, gdy czytający orientuje się nagle, że nie zna postaci, o której mowa. Nawet jeśli są to bohaterki drugoplanowe, dobrze jest coś o nich powiedzieć. Właśnie przez takie szczegóły świat, w którym toczy się opowieść staje się pełniejszy i bardziej wiarygodny dla czytelnika. Tymczasem wydaje się, że pomijasz wiele szczegółów, które rzeczywiście nie są istotne dla samej fabuły, ale ograniczają uwagę czytającego tylko do dwóch lub trzech postaci. Sprawia to, że są przez ten zabieg oderwane od tła.

Niedookreślone są również relacje pomiędzy Hicksem a Renatą (tu już przechodzę do aspektu fabularnego opowiadania). Zdaję sobie sprawę, że przedstawiony tekst to tylko wycinek całości, lecz szczerze przyznam, że trudno mi się połapać. W jednej chwili chłopak chce spotkać się z Renatą. Potem, podczas rozmowy odnosi się do niej z sarkazmem (jeśli nie werbalnie, to przynajmniej w myślach). Ciężko się zorientować do czego to zmierza. Możliwe, że główny bohater sam nie wie, co się między nimi dzieje, ma sprzeczne uczucia. Ale jeśli tak, należy to jakoś wyraźniej zaznaczyć.

Sam pomysł na opowiadanie może być dobry. Myślę, że jest w tym potencjał. Trzeba tylko ten tekst doszlifować. Musisz popracować nad tym, by zarówno Twoje opisy, jak i uczucia, czy reakcje bohaterów były bardziej przejrzyste. Nadaj im konkretny kierunek i konsekwentnie prowadź w tę stronę.

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Rzuciło mi się w oczy dużo porównań do obleganych zamków i generalnie działań wojennych. Jakoś wyraźnie ciągnie cię w stronę historii lub fantasy. Tytuły rozdziałów zaś, wraz z imieniem głównego bohatera (a może to ksywka, lecz jeśli tak, to nigdzie nie jest to zaznaczone) od razu kojarzą się z "Obcym". Zastanawiam się, choć to czyste spekulacje, czy nie czułbyś się dobrze pisząc coś również w tych właśnie klimatach. Nikt nie powiedział przecież, że piszący musi trzymać się jednego nurtu.

Przemek

1 łac. przybyłem, zobaczyłem, uciekłem - trawestacja słynnego powiedzenia Cezara veni, vidi, vici [przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem]



blog comments powered by Disqus