"Poseł z przypadku"


autor opowiadania: Boombel

POSEŁ Z PRZYPADKU
CZYLI
JAK ZŁODZIEJ ZOSTAŁ AMBASADOREM

ROZDZIAŁ 1

Wiodłem sobie żywot spokojnego złodzieja, na tyle ile żywot złodzieja może być spokojny. Takim co to kradnie dla przyjemności nie dla zysku, zwłaszcza jeśli chodzi tu o elfa, którym jestem w stu procentach. Na początku te proporcje były odwrotne ale na szczęście niezbyt długo. Moje nietypowe podejście do pracy sprawiło, że znalazłem się w czołówce tego fachu. Pewnie dlatego pewnego dnia zostałem wezwany przed oblicze króla Leaffalla. (Pewnie z sympatii.) Wielu znajomych mówiło, że widywali go w gildii chociaż drugiej strony mogą to być tylko plotki.

Władca nasz wysłał mnie z listem do kalifa Alhadima - władcy Syrakuz pustynnego kraju. Najstarszego i obecnie najsilniejszego państwa ludzkiego. Pięknego, pustynnego kraju, posiadającego bogatą tradycje i skarbce. Wiele razy słyszałem, a kilka razy miałem okazję trzymać w moich pięknych palcach wyroby z tamtych stron. Były to pięknie, jak na ludzką robotę, wykonane przedmioty ze złota i srebra z mnóstwem drogich kamieni. Aby tam dotrzeć musiałem ominąć wrogie nam państwo, które zagarnęło nasze ziemie wiele lat temu. Od tamtego czasu sieje nienawiść do elfów wśród sąsiednich państw i podburza je do wojny z nami.

Podróżowałem wzdłuż Wielkiej Rzeki na południe do Emiratu Zachodniego. Emirat Zachodni należał dawniej do Syrakuz a jego odłączenie się to jedyna znana mi porażka tego państwa.

Droga przez Emirat była spokojna. Wielkie połacie traw napełniały mnie lekkim niepokojem ale zawsze w okolicy rosły potęrzne baobaby lub zagajniki akacjowe. Tak bliski towarzystwo drzew pomogło mi szybko oswoić się z otwartymi przestrzeniami stepów. Spotkałem tam kilka koczujących rodzin u których skorzystałem z gościnności. Mimo że nie znałem języka to świetnie się z nimi dogadywałem. No cuż machając rękoma można dogadać się nawet z trolem. Gorzej było w miastach, które zpowodu trudności w "porozumiewaniu" się zaczełem omijać.

W krótce opuściłem Emirat Zachodni i skierowałem się na południe, w kierunku stolicy Syrakuz - Asztad. Wkrótce step porośnięty trawą z całym swoim bogactwem ptaków, motyli drapierzników i całą chmarą różnego rodzaju robactwa, przerzedził się i ustąpił miejsca pustyni, jałowej, pozbawionej życia pełnej piasku krainie. Szybko zatęskniłem ze rodzinnymi lasami i deszczami. Tutaj im dłużej jechałem na południe tym upał stawał się bardziej nie znośny. Zapasy wody kończyły się szybko i dzięki bogom spotkałem rodzinę pustynnych koczowników. Pozwolili mi uzupełnić zapasy wody i byli tak mili, że nawet nic nie powiedzieli kiedy napełniłem sobie juki zapasami ich owoców kiedy opuszczałem ich obóz przed świtem. Żałuję tylko, że nie mogłem pożegnać się z nimi ale nie miałem ani chwili czasu do stracenia. Miałem przecież ważną misję do wypałnienia.

Byłem już wiele dni w drodze, skończyły się owoce, a upał był tak wielki, że aż złote monety, które wydał mi karczmarz  z noclegowni ,do której nie chciał mnie wpuścić, zrobiły się miękkie jak masło. Zrobiłem to, co zrobiłby każdy na moim miejscu. Zrobiłem sobie przerwę w podróży. Rozbiłem prowizoryczny namiot, zdjołem buty i ułożyłem sie wygodnie w cieniu. Nie dane było mi jednak odpocząć bo zza jednej z wydm wyłoniła się spora grupka jeźdźców w niebieskich strojach. Ludzie tu ubierają się w obszerne szaty. Ich kolor i wzór wyszyty na nich jest charakterystyczny dla rodu, o czym dowiedziałem się później. Jeden z nich podjechał do mnie, na szczęście zdążyłem przed tym ubrać buty. W końcu nie wiedziałem co to za jedni.

Jeździec na czarnym koniu zbliżył się do mnie ostrożnie, zwracając uwagę na moje ruchy. Dłoń trzymał na rękojeści szabli, dzięki czemu mogłem dostrzec zdobiony jelec szabli z czeronym oczkiem na końcu. Pozostali jego towarzysze zatrzymali się o jakiś rzut kamieńem gotowi do szarży. Nieznajomy stanął poza ewantualnym zasięgiem broni, zdją chuste z twarzy odsłaniając krutką zadbaną brodę.

-- Kim jesteś ? - zapytał
-- Jestem posłańcem od króla elfów i wiozę jakiś list dla waszego władcy.
-- Ten szlak jest niebezbieczny. - powiedział lekko uśmiechając się pewnie na widok mego ubrania - Jedź do wieczora tym szlakiem, rano skręć na wschód. Jedź tak przez dzień a następnego rana skręć spowrotem na południe. W ten sposób unikniesz rozbójników. - odwrócił się i znikną wraz z towarzyszami za najbliższą wydmą.

Nie lubię otwartego konfliktu z innymi rabusiami więc podążyłem wskazaną trasą. <...>

 

Przytoczony powyżej fragment większej całości jast przykładem tego jak nie należy, a nawet nie wolno,  pisać. Autor kusi się na ukazanie szerokiej panoramy świata, w którym rozgrywają się awanturnicze przygody elfa-złodzieja. Niestety nie potrafi dobrze posługiwać się słowem. Sposób myślenia, mówienia bohatera, prowadzenie narracji jest nieudaną próbą dorównania dobrym dokonaniom prozy fantasy. Autorowi radziłabym zacząć od nauki pisania krótkich, prostych zdań układających się w większe sensowne jednostki narracyjne. Jakiś czas potem może się pokusić o fantastyczną epickość.

Edyta



blog comments powered by Disqus