"Dzienniki Kruka"


autor opowiadania:

- Dziesięć, jedenaście, dwanaście…. – Monety powoli opuszczały dłoń kupca i lądowały na kontuarze. W sklepiku było parno i duszno. Poza tym śmierdziało…nie wiem czym, pewnie samym kupcem. Rozejrzałem się jeszcze raz po półkach. Oczy żab, nogi pająków, skrzydła motyli. Na cholerę wujek potrzebuje takie gówna. Chociaż to akurat mały problem. Prawdziwy problem, to dlaczego wysłał do tej zatęchłej nory mnie, a nie jakiegoś brudnego sługę…bardziej by tu pasowali.
- Szesnaście, siedemnaście…
Nie wytrzymałem i strzeliłem go w pysk.
- Ile to ma jeszcze trwać starcze, nie mam całego dnia na siedzenie w tej dziurze.
Kupiec zatrząsł się…i rozsypał monety. W jego oczach zobaczyłem, że stracił rachubę. Tego było już za wiele. Jednym ruchem zgarnąłem całe srebro z kontuaru do sakwy.
- Wystarczy tego liczenia. Jeżeli nie będzie się zgadzało wrócę i…nie, lepiej przyślę kogoś, żeby nauczył Cię liczyć sprawniej.
Odwróciłem się na pięcie i wyszedłem. Starzec coś jeszcze mamrotał, kiedy wychodziłem, ale nie słuchałem go już. Skinąłem na zbrojnych, wsiadłem na konia i pojechałem w kierunku domu wuja.

Do wuja dotarłem wieczorem. Jako, że stąd do dworku było już niedaleko i droga była bezpieczna, odesłałem jednego ze zbrojnych, aby przekazał gdzie jestem. Wszedłem do domu wuja.
Dom przejmował grozą. Nienaturalna cisza i zapach dziwnych ziół, sprawiały wrażenie innego świata. Niekiedy można było mieć wrażenie, że Bogowie skrzętnie omijają wzrokiem ten kawałek ziemi.
- Wuju, to ja... – krzyknąłem – Mam twoje g...eee...zakupy.
Jedyną odpowiedzią był pisk jakiegoś gryzonia, który przemknął po podłodze. Zaniepokojony ruszyłem w stronę laboratorium wuja. Nigdy nie dowiedziałem się, co on tak naprawdę robił w tym swoim laboratorium. Jako dzieciak kiedyś wpadłem do tego pomieszczenia, w trakcie jakichś doświadczeń. Straciłem przez to dwa zęby. Wujek miał ciężka rękę i nie zastanawiał się, w co mnie uderza.
- Wuju...odezwij się...
Skrzypnęły drzwi i na korytarz wyszedł on. Niski i zgarbiony jak zwykle. Roztaczał wokół siebie zapach piołunu i czegoś jeszcze...jakby stęchlizny. W mroku korytarza jego oczy błyszczały szaleńczo. Żółte źrenice, pozostałość po jakimś wypadku, przewiercały mnie na wylot.
- Nareszcie Ścierwojadzie, myślałem, że znowu na dziwki polazłeś... – jego skrzekliwy głos powodował dreszcze
Skrzywiłem się słysząc te słowa.
- Wuju...prosiłem Cię, żebyś nie nazywał mnie Ścierwojadem, to obrzydliwe.
- Co ty tam wiesz młokosie o obrzydliwości...gówno wiesz. Dawaj coś kupił i oddawaj srebro...całe, bez krętactw gnoju, bo Ci skórę wygarbuje.
Rzuciłem mu sakwę. Złapał ją w locie i zajrzał do środka. Cmoknął z wrażenia.
- Sprytny gnojek z Ciebie...nie ma co. Udało Ci się utargować lepszą cenę u Starego.
- Lepszą cenę – nie zrozumiałem – O czym Ty...O szlag. Zabrałem za dużo srebra. A zresztą jego wina, guzdrał się jak stara baba pod pierzyną, a na dodatek pogubił się w liczeniu jak w pysk za opieszałość dostał.
Oczy wuja zwęziły się.
- Coś Ty powiedział? Uderzyłeś Starego w twarz i zabrałeś, co nie Twoje? Lepiej na siebie... – spojrzał na mnie z uwagą – Podejdź do światła.
Kiedy podszedłem do świecy stojącej przy drzwiach wuj złapał mnie za włosy i przyciągnął do siebie. Owionął mnie jego oddech i aż się skrzywiłem. Cuchnął trupem. A mnie nazywał ścierwojadem. Przyjrzał się dokładnie mojej twarzy i oczom.
- No Ścierwojadzie...doigrałeś się. Nieźle wkurzyłeś Starego. Naznaczył Cię. – wuj puścił moje włosy – Masz teraz dwa wyjścia. Albo pojedziesz do niego i będziesz błagał o wybaczenie, albo powiesisz się na pierwszym spotkanym drzewie, byle nie przy moim domu. Oszczędzi Ci to nerwów i cierpień. Jeżeli Stary Ci nie wybaczy, to też się możesz wieszać...
Żołądek zaczął mi się zwijać w nieprzyjemną kulę.
- Co to znaczy naznaczył – zapytałem niepewnie – Nie rozumiem... – zacisnąłem usta – Mam przeprosić? Ten bydlak będzie miał szczęście, jeżeli nie rozwłóczę jego flaków po całym jego sklepie...
Uderzenie było szybkie i mocne...jak zawsze. Opadłem na kolano i splunąłem krwią.
- Ty zasmarkany kretynie – zasyczał wuj nad moim uchem – To TY będziesz miał szczęście, jeżeli przeżyjesz kolejne dni. Naznaczony przez Starego jest trupem...jedyna nadzieja to błaganie o przebaczenie. Wracaj do niego natychmiast. Sam, a po drodze módl się do każdego z Bogów, aby Stary Ci przebaczył....
- Ale wuju...przecież ja jestem...
- Wynoś się gnoju. Natychmiast. Jedź do Starego i błagaj go na kolanach, albo spieprzaj zdychać gdzieś w samotności. Nie chcę Cię więcej widzieć.
Wybiegłem z domu wuja. Zbrojnemu kazałem spier.... i przekazać w domu, że wrócę później, może jutro. Wsiadłem na konia i popędziłem w stronę sklepu starucha.

Jadąc cały czas się zastanawiałem, czemu tak się stało. Czy to dlatego, że go uderzyłem, czy za to srebro? Łzy napływały mi do oczu. Nie byłem pewien czy to łzy wściekłości, czy strachu. Dlaczego ja...do cholery? Jak dotąd moje życie było takie spokojne. Jestem szlachcicem, mam dostać ziemię i nagle takie gówno...

Była już noc, kiedy dojechałem do chaty Starego. Pewnie dlatego dość szybko zauważyłem płomienie. Serce niemal mi stanęło ze strachu. Jeżeli on nie żyje, to ja też...Zeskoczyłem z konia i pobiegłem do chaty. W środku wszystko było poprzewracane, gryzący dym wciskał się do oczu i płuc. Płomienie jeszcze nie ogarnęły całego budynku. Zacząłem się rozglądać dookoła. Nagle przez huk płomieni usłyszałem jęk. Rzuciłem się w tamtą stronę. Na podłodze leżał Stary. Jego koszula była ciemna i lepka. Krew...Wziąłem go delikatnie pod ramiona i wyciągnąłem na zewnątrz. W środku zaczęły pękać butelki i słoje ze specyfikami, które Stary sprzedawał. Płomienie zaczęły zmieniać kolory, dym stał się jeszcze gorszy do zniesienia. Nie tylko gryzł w oczy i gardło, ale zdawał się oplatać szyję i dusić.
Kiedy byliśmy już na zewnątrz, ułożyłem go na trawie. Stary otworzył po chwili oczy i spojrzał na mnie. Jego twarz wykrzywił dziwny grymas. Odkaszlnął, a z jego ust pociekła krew.
- Nie wiem, na kim Bogowie się mszczą przysyłając Cię tu w takiej chwili. – powiedział – Ale nie mogę teraz wybrzydzać – zakaszlał znowu – Znajdź mojego wnuka...porwali go. Zaopiekuj się nim, bo ja nie dam już rady. – skrzywił się z bólu.
- Ale ja… - wymamrotałem oszołomiony – Wuj mówił, że jestem przez Ciebie naznaczony, poza tym nawet nie wiem jak Twój wnuk wygląda.
Stary chwycił mnie za głowę. Przez chwilę pociemniało mi w oczach…potem ujrzałem małego chłopca o jasnych włosach i roześmianej buzi, który gonił porwany wiatrem latawiec.
- Ma na imię Eryk – usłyszałem szept starego – Dopóki będziesz go szukał naznaczenie będzie słabsze, odejdzie, gdy go znajdziesz i dasz to, czego ja już nie mogę. Jednak, jeżeli spróbujesz mnie oszukać… - zakaszlał ciężko – Jeżeli tylko o tym pomyślisz, Twoja dusza stanie się pokarmem demonów, a ciało siedliskiem robactwa…pamiętaj o….
Jego głowa opadła ciężko. Skonał. Zostałem sam przy płonącej chacie. Okolicę rozświetlały różnokolorowe płomienie. Czułem, że nikt tu nie przyjedzie…nikt nie zobaczy, co się stało. Może za tydzień, albo później. Westchnąłem ciężko.

Chata dogasała. Usiadłem pod drzewem. Byłem wykończony. Skończyłem grób. Stary był już bezpieczny…na tyle na ile może być bezpieczny trup. Przynajmniej nie zeżre go nic, co mieszka w tym lesie. Popatrzyłem jeszcze na dogasające płomienie. Wsiadłem na konia i pojechałem do domu. Wiedziałem, co mam zrobić.

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ

Powietrze było aż gęste. Upał dawał się we znaki wszystkim stworzeniom. Mężczyźni napełniali bukłaki. Mały chłopiec popychany i kopany oporządzał konie. Śmiechy i okrzyki zachęty zagłuszyły dźwięk śmierci. Dopiero kropelki krwi, które bryznęły na twarz jednego z mężczyzn dały sygnał, że coś jest nie w porządku. Kiedy ciało mężczyzny ze strzałą w gardle upadło na ziemię zaczęli działać. Zaczęli krzyczeć. Wzywali do pokazania się. Eryk uderzony w plecy wpadł do rzeki. Nie uśmiechałem się Powoli, starając się nie poruszać liśćmi nałożyłem kolejną strzałę na cięciwę. Okrzyki mężczyzn znowu zagłuszyły nadlatującą zgubę. Trafiony zakręcił się wokół własnej osi, co utrudniło im ocenę, z której strony nadeszła zguba. Dwóch leży. Zostało czterech. Dwóch debili stanęło na bliźniaka. Plecami do siebie. Tak samo też padli na ziemię, połączeni strzałą, która przebiła im gardła.

Zostało dwóch. Jedną strzałę nałożyłem na cięciwę, drugą chwyciłem w zęby. Zeskoczyłem na ziemię. Kiedy tylko dotknąłem stopami podłoża wypuściłem strzałę. Trafiła w serce. Został jeden. Podniósł miecz i ruszył w moją stronę. Nałożyłem trzymaną w zębach strzałę na cięciwę. Wymierzyłem i strzeliłem. Upadł. Złapał się za przebitą stopę i zaczął krzyczeć. Zerknąłem w stronę rzeki…Eryk przycupnął przy kamieniu i patrzył na to, co się działo.

Założyłem kolejną strzałę.
- Pierwszym waszym błędem było wejście do domu Starego – powiedziałem strzelając mu w drugą nogę. Założyłem kolejną strzałę.
- Drugi błąd to splądrowanie jego domu – kolejny strzał, tym razem w rękę i kolejna strzała na cięciwę – Trzeci błąd, to zabicie Starego – druga ręka – Ale największym błędem, było wzięcie Eryka.
Spojrzałem w oczy mężczyzny, który łkał z bólu i ze strachu. Czuć było od niego ten smród, który towarzyszy takim sytuacjom. Już się nie kontrolował.
- Za te błędy właśnie zapłaciliście…a Ty spłacasz ostatnią ratę. – Otworzył usta do krzyku, jednak nie krzyknął. Puściłem cięciwę…charknął i znieruchomiał. Białe lotki ostatniej strzały wystawały spomiędzy jego zębów oznajmiając światu, że spłacił dług.

Odgarnąłem włosy z twarzy i usłyszałem dziecięcy głos.
- Czy jesteś demonem Panie, czy mnie też zabijesz, a potem pożresz?
Odwróciłem się do Eryka.
- Nie Eryku. Jestem człowiekiem. Człowiekiem, któremu Twój dziadek dał szansę odmiany swojego życia. Podejdź tu, jeśli możesz…Nie bój się.
Eryk niepewnie podszedł do mnie. Zdjąłem z szyi medalik, który przegapili u Starego bandyci.
- To teraz powinno należeć do Ciebie Eryku. – podałem mu go.
Przyjrzał się dokładnie, po czym spojrzał na mnie.
-Mój dziadek…czy on?
- Niestety Eryku, Twój dziadek nie żyje…przykro mi.
Eryk zaczął płakać. Po chwili się uspokoił.
- Co teraz ze mną będzie Panie?
- Nie jestem żadnym Panem. Jestem Kruk. A co z Tobą będzie…no cóż. Pojedziesz ze mną. Mam jeszcze resztę długu do spłacenia.

DWA DNI PÓŹNIEJ

Eryk dość długo modlił się przy grobie dziadka. Na szczęście polecenia, jakie wydałem w domu zostały wykonane podczas mojej nieobecności. Pogorzelisko zostało uprzątnięte, a grób wzmocniony. Kiedy Eryk wstał, wsiedliśmy na konie i ruszyliśmy w kierunku mojego domu.

Kiedy dojechaliśmy była już noc. Obudziłem stajennego i kazałem mu zająć się końmi. Potem wziąłem Eryka do domu. Był onieśmielony. Prawdopodobnie po raz pierwszy widział taki dom. Trzypiętrowy dworek mógł budzić u takiego chłopaka podziw. Zaprowadziłem go do pokoju gościnnego i tam położyłem spać, sam poszedłem do siebie.

Rano zanim wstał odbyłem poważną rozmowę z rodzicami. Poprosiłem ich, aby potraktowali Eryka jak syna. Dopiero teraz opowiedziałem im całą historię. Matka płakała, ojciec wyglądał na zszokowanego. Zdołał tylko wydukać, że jest ze mnie dumny. Na koniec powiedziałem im, że wyjeżdżam. Nie wiem na jak długo. Nie wiem czy wrócę.

Potem poczekałem, aż Eryk wstanie i wytłumaczyłem mu wszystko. Przedstawiłem mu jego nowych rodziców. Był przestraszony, ale oni wyglądali na zadowolonych. Moja matka wzięła go za rękę i coś zaczęła mu mówić na ucho.

Ucałowałem rodziców, potargałem Erykowi włosy, wskoczyłem na konia i odjechałem. Starałem się nie oglądać za siebie. Patrzyłem przed siebie. Wyruszyłem, aby znaleźć nowy dom. Dom, który będzie do mnie pasował. Naznaczenie zmieniło mnie nie tylko z zewnątrz, ale dotknęło również mojej duszy. Zabrałem ze sobą tylko to, co niezbędne. Trochę jedzenia, miecz i nieodłączny łuk. Ojciec chciał mi wcisnąć sakiewkę ze sporą ilością platyny, ale odmówiłem. Po drodze chciałem wstąpić do wuja, ale zrezygnowałem. Wolałem jednak nie widzieć się z tym starym wariatem.

Pojechałem za to jeszcze raz na grób Starego. Zatrzymałem się tuż obok i spojrzałem na kamień nagrobny.
- Dziękuję Ci starcze, za pokazanie mi drogi. Nie martw się o wnuka. Będzie miał wszystko, czego zapragnie. Jest w dobrych rękach. Oni będą go kochać jak własnego syna. Ja zrobiłem to, o co prosiłeś…mam nadzieję, że Ty też.
Po tych słowach odwróciłem konia i ruszyłem przed siebie. Nie wiedziałem, czy gdzieś znajdę swoje miejsce. Za sobą usłyszałem jeszcze jak wiatr układa się w słowa…
- Jesteś wolny…

-------------------------------------------------------- 

 Stylowi, którym napisane jest opowiadanie nie mogę nic zarzucić. Może czasami zdarzy się jakieś potknięcie stylistyczne, lecz ogólnie piszesz moim zdaniem ładnie. Czyta się lekko i bez potrzeby brnięcia przez tekst.
 To, co dyskwalifikuje, niestety, opowiadanie jest jego warstwa fabularna. Opowiadanie pełne jest niedomówień i nie do końca wyjaśnionych wątków. Czytelnik zaczynając poznawać historię na pewno zastanawia się kim jest naprawdę stary kupiec posiadający tak niezwykłą moc, albo czym zajmuje się wuj głównego bohatera. Chce dowiedzieć się jak właściwie objawia się naznaczenie i co zmieniło się w wyglądzie fizycznym bohatera (i, skoro już o tym mowa, można było także choć pokrótce opisać jak wygląda). Nie odpowiadasz na żadne z tych pytań, co w rezultacie daje niezrozumiałą opowieść, w której zdarzenia następują po sobie, ale zdają się oderwane od siebie, a całość niespójna.
 Kolejny „grzech” to niektóre z rozwiązań fabularnych, które stosujesz. Napad na Starego (który dysponuje przecież potężną mocą, czemu więc nie obronił się?), porwanie Eryka (po co bandytom mały chłopiec? Więcej sprawi trudności podczas marszu niż pomoże), a wreszcie nagła zmiana wewnętrzna bohatera. W jednej chwili jest wściekły na Starca, w następnej jedzie go przeprosić, a tydzień później mści się za niego, jak gdyby byli przyjaciółmi od lat. Nie mówię, że nie jest to możliwe, jednak w opowiadaniu widzimy to jedynie dzięki zachowaniu bohatera, z zewnątrz. Nie starałeś się opisać tego głębiej, nie znamy jego myśli, motywacji, które każą mu zachowywać się tak, a nie inaczej. W rezultacie to, co robi może wydawać się chaotyczne i nielogiczne.
 Ponadto brakuje tu puenty, nie wiadomo, co chciałeś powiedzieć przez opowiadanie. Nie chodzi mi koniecznie o morał w stylu „nie powinniśmy bić wolno liczących sprzedawców”, lecz o jakąś treść, którą opowiadanie może ze sobą nieść. Nie jest to ani smutna, ani mroczna, ani wesoła historia. Nie daje do myślenia. Nie opowiada o człowieku czy o jakiejś sytuacji. Jest prosta. Proste historie nie są złe, lecz ta zawiera w sobie zbyt mało, by przyciągnęła i zapadła w pamięć. Sprawia wrażenie historii postaci do RPG (być może nawet nią jest), która jest ważna dla gracza i Mistrza Gry, ale czytelnikowi nie związanemu z grą nie powie wiele.
 Podsumowując, masz o wiele więcej do nadrobienia w sferze fabuły niż warsztatowo (początek naprawdę mi się podobał. Odliczanie monet i opis sklepiku jest dobrze zrobiony). Popracuj nad tym, by Twoje teksty miały w sobie coś więcej niż opis zdarzeń. Powodzenia!

Przemek

 

Pisząc ten tekst popełniłeś wiele grzechów początkującego pisarza, zarówno technicznych, jak i dotyczących fabuły.
Pierwszy grzech – nieumiejętne stosowanie znaków interpunkcyjnych, jak „...”, „?”, itp. Pamiętaj, że kropka jest końcem zdania i piszemy po niej dużą literą. To samo tyczy się wielokropków.

Drugi grzech –  często tam, gdzie należałoby podzielić jedno zdanie ze względu na jego długość, bądź merytoryczną różnorodność, ty tego nie robisz, natomiast zdania, które dużo lepiej prezentowałyby się jako jedność, ty rozdzielasz.
Przykłady:
„...Straciłem przez to dwa zęby. Wujek miał ciężka rękę i nie zastanawiał się, w co mnie uderza...”
Z tego powodu straciłem dwa zęby, gdyż wujek miał ciężką rękę i nie zastanawiał się gdzie uderza.
„...Nareszcie Ścierwojadzie, myślałem, że znowu na dziwki polazłeś...”
Nareszcie, Ścierwojadzie. Myślałem, że znowu polazłeś na dziwki...

Trzeci grzech – w wielu miejscach popełniasz błędy logiczne, w opowiadaniu są luki, wiele rzeczy nie jest wytłumaczone. Czym jest to Naznaczenie, którego Kruk tak bardzo się bał? Równie dobrze mógł być to zarówno pieprzyk na policzku, jak i opętanie. O pożarze chaty czytelnik dowiaduje się dopiero wtedy, gdy piszesz o gryzącym dymie. Wcześniej Kruk zauważa coś złego, ale ty nie informujesz czytelnika, co to takiego. A co spowodowało przemianę bohatera w dobrego człowieka? To też nie jest wyjaśnione.
To tylko kilka przykładów, a niestety, jest tego dużo więcej.

Po przeczytaniu całego opowiadania mogę stwierdzić, że sprawia on wrażenie powierzchownego, jest źle skonstruowany – bardzo rozbudowany początek, a cała reszta potraktowana „po macoszemu”, zupełnie nie wciąga czytelnika.
Na dobrą sprawę, ten tekst wygląda raczej na szkic opowiadania niż samo opowiadanie. Czeka cię jeszcze dużo pracy nad nim, ale nie zniechęcaj się, bo ciągłe poprawianie, to naturalna kolej rzeczy u każdego pisarza.

Anwyn



blog comments powered by Disqus