Marcin Przybyłek

Autor: Greg K1ler

Życie pisarza w trzynastu, bynajmniej nie pechowych, odsłonach




Urodzony w 1968 roku, tworzy od 30 lat (jeśli uwzględnić rysowanie, malowanie, granie na syntezatorze, komponowanie). Pisaniem zajął się w 1986 roku.

GK: Czym jest dla Ciebie fantastyka?

Marcin Przybyłek: Fantastyka to miejsce albo zbiór wielu lokacji, w których czuję się o wiele lepiej niż w tzw. prawdziwej rzeczywistości. Jestem przekonany, iż za jakiś czas możliwe będzie czasowe interaktywne przebywanie w takich światach (grach), a trochę później także "przenosiny" na stałe. Za Kazimierzem Dąbrowskim uważam, że celem człowieka przyszłości będzie urealnianie marzeń i odrealnianie rzeczywistości. Nie musi on być przywiązany jak niewolnik do jednej odmiany środowiska, zwłaszcza gdy tęskni za kniejami pełnymi smoków czy kosmosem rodem z Wing Commandera.

Dla mnie fantastyka  to przede wszystkim świat za sto i więcej lat, ale chętnie czytam też fantasy i wszelkie inne możliwe odmiany przekazów zrywających ze standardową rzeczywistością.

Dlaczego zacząłeś pisać właśnie w obrębie tego nurtu?

Od czasu do czasu nachodzi mnie wielki żal, że dane mi będzie uczestniczyć tylko w jednym, liniowo przebiegającym, życiu. Że nie spotkam tylu osób, nie wezmę udziału w setce przygód, nie dane mi będzie zasmakować miliardów obcych, aż do śmierci, sytuacji. Dlatego zacząłem prowadzić alternatywne życie w świecie, który odpowiada mi o bardziej od "teraźniejszego".

Można powiedzieć, iż jestem "pozytywnie nieprzystosowany": tu czuję się średnio, "tam" doskonale, świat przyszłości - oto "moje miejsce".

Czy istnieje utwór (ewentualnie temat), który zawsze chciałeś napisać, ale ktoś uczynił to wcześniej? Skomentuj wybór.

Może odpowiem nie do końca na temat, ale stylistyka, estetyka Gwiezdnych Wojen są mi bardzo bliskie. Mam wrażenie, że gdybym był na miejscu George'a Lucasa, moje wybory co do wyglądu miast, pojazdów, urządzeń, co do brzmienia silników, laserów, mieczy, byłyby bardzo podobne. Nie chciałbym ich napisać, bo treść wyzuta z oprawy traci na atrakcyjności, ale z pewnością pragnąłbym wykreować świat o podobnej, "bardzo mojej" urodzie.

Być może istnieją książki podejmujące tematy, które sam będę roztrząsał. Na szczęście ich nie znam, w związku z czym wena twórcza nie zostanie zablokowana.

Czy posiadasz jakąś powracającą nieustannie ideę, pomysł, temat, który chcesz jeszcze opisać, lecz na razie brakuje Ci dystansu, doświadczenia życiowego, warsztatu?

Swego czasu napisałem spory kawałek powieści "Spaceman story" rozgrywającej się wyłącznie w kosmosie, ale przerwałem prace, gdy wpadłem na pomysł gamedeka. Teraz zebrane tam pomysły (dotyczące zachowań ludzkich i pewnych technicznych rozwiązań) są świetnym źródłem zasilającym przygody Torkila.

Pewna część fabuły trzeciego gamedeka odbywać się będzie w próżni. Przestrzenie międzygwiezdne fascynują mnie i intrygują. Niestety, moja wiedza, kiedyś całkiem spora, teraz skurczyła się do niewystarczających rozmiarów. Rozpocząłem poszukiwania źródeł i kontaktów z ludźmi, którzy chętnie odpowiedzą na kilka/naście prostszych i bardziej skomplikowanych pytań.

W czym upatrujesz przyszłość fantastyki? Czy uważasz, że za kilka, może kilkanaście lat straci ona rację bytu?

Fantastyka będzie się rozwijała zgodnie z fascynacjami, tęsknotami i marzeniami twórców, zmieniała równolegle do przemieniającego się świata. Pisarze będą pisać o dylematach, dramatach, miłościach, opisywać bohaterów rozwijających się i staczających tak, jak robią to od setek lat. Oprawa zaś najprawdopodobniej odpowiadać będzie modom, kaprysom i talentom piszących.

Jestem przekonany, że urośnie ilość gatunków, podgatunków i "podpodgatunków" fantasy i sf. Jak na przykład nazwać świat gamedeka? Cyberpunk, czy może "gamepunk"? Albo wręcz "gamedec-fiction"?

Przypuszczam, że zgodnie z zasadą "pieniądz rządzi światem", korporacje zajmujące się kreowaniem rynku zainwestują w rozwój konkretnych fantastycznych krain. Obserwujemy to już dzisiaj. Mamy książki, gry i filmy dziejące się w świecie Dungeons & Dragons. Są też takie, które powiększają uniwersum Warcrafta. Przykłady można mnożyć. Spodziewam się  rozwoju tych inwestycji: powstaną filmy, seriale, będą MMORPG'i, turnieje z pokaźnymi nagrodami. Dojdzie do tego, że "profesjonalny mag" będzie mógł utrzymać się "pracując" wyłącznie w VR (Tak jest już teraz - w internecie można zakupić konta z W3 albo przedmioty / postacie do Diablo 2. Za bajońskie sumy. A to nie wszystko... - przyp. GK). Będzie też konkurencja, przepychanki rynkowe i ciche, finansowe wojny. Stąd już tylko krok do powstania profesji gamedeka.

Myślę, że popularna będzie zarówno fantasy jak i s-f, a być może także trzeci i czwarty, nie wymyślony albo nie wyodrębniony jeszcze rodzaj twórczości fantastycznej.

Fantastyka, moim zdaniem, nie straci racji bytu, bo ludzie raczej nie przestaną marzyć.

Gdybyś miał wskazać utwór, który popełniłeś, ale teraz się go wstydzisz, który byś wybrał?

Jeśli uznać listy za utwory, to z pewnością mógłbym się wstydzić egzaltowanych do granic wytrzymałości epistolograficznych miłosnych wyznań z okresu młodzieńczego. Nie pamiętam dokładnie co w liceum pisywałem do obiektów westchnień, lecz mam wrażenie, że były to treści, z jakich dzisiaj (maskując skrępowanie) śmiałbym się w głos. Nie chcę w ten sposób umniejszać szczerych uczuć do dziewcząt, które bardzo kochałem, ale teraz wiem, iż przekazy były mocno przesadzone. Cóż, fascynacja romantyzmem. A zresztą, czego tu się wstydzić? Po prostu taki byłem i już.

Pierwszy, napisany wspólnie z przyjacielem, utwór o Indiańcach i Żółtkach do dzisiaj mnie bawi, a powieść "Copulopolis", którą popełniłem już samodzielnie, wciąż zaskakuje lekkim piórem i nieskrępowanymi skojarzeniami. Im dalej, tym lepiej, chociaż tekstów nigdy nieopublikowanych jest całkiem sporo.

Czy uważasz, że najlepsze lata w Twojej działalności artystycznej są już za Tobą? Innymi słowy, czy dzieło Twego życia można znaleźć na półkach księgarskich?

Oczywiście nie. Dzieło mojego życia wciąż jest przede mną. Każdy następny tekst jest lepszy od poprzedniego. Uczę się i rozwijam. Jestem bardzo zadowolony z tomu II ("Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw", wyjdzie prawdopodobnie w czerwcu 2005), ale mam wrażenie, myślę, że słuszne, iż "trójka" będzie jeszcze ciekawsza.

Z drugiej strony, kiedy czytam opowiadania w "jedynce", też mi się podobają. Zgrabne i niosą niebanalny, ponadczasowy przekaz. Kto wie, może za dziesięć lat, kiedy seria o Torkilu liczyć będzie 9, coraz lepszych odsłon, stwierdzę, że najlepszy był pierwszy tekst? Te w "Granicy rzeczywistości" są tak dopracowane, że dopatruję się w nich metaprzekazów. Ale to już taka moja cecha - wszędzie doszukuję się czegoś więcej.

Czy masz literacki autorytet? Czego zdołał Cię nauczyć?

Pierwszym autorytetem był prof. dr hab. Tadeusz Kobierzycki. Co prawda uczył pisania prac naukowych, ale dzięki niemu poznałem czym jest komunikatywny przekaz.

Drugi to Piotr Pieńkowski ze Świata Gier Komputerowych. Dobijałem się do niego dwa lata z różnymi propozycjami, ideami. W końcu zaakceptował pomysł krótkich anegdot, które nazwał "Grao Story" (ja myślałem po prostu o "Grao") i zmusił mnie do szlifowania warsztatu bardzo sprytnym zabiegiem. Co miesiąc miałem pisać piętnaście tekstów, wybierał z nich trzy, cztery, bo tyle mieściło się na połowie strony. Nauczył kondensowania treści, skracania narracji, wypłukał z głowy chęć rozwodzenia się (jeśli tam była). Podał doskonałą receptę, z której korzystam do dziś: napisać, poprawić, odstawić na trzy dni, przeczytać na głos, poprawić i tak kilka razy. A poza tym ciąć, ciąć, ciąć.

Przyszedł czas Maćka Parowskiego z Nowej Fantastyki, który nie ma litości w cyzelowaniu stylu. Uczy nieakcentowania ego bohatera, by czytelnik sam mógł się nim poczuć. Pokazuje, jak usuwać powtórzenia i intensyfikować przekaz. Był i jest największym strażnikiem mojego nazwiska: opowiadanie "Gamedec. Prośba" odsyłał dwa razy twierdząc, iż musi mnie chronić przede mną samym.

Uważam, że sporo można się nauczyć czytając mistrzów słowa. Fascynują mnie umiejętności Marcina Wolskiego i Marka Oramusa. Ci autorzy, według mojej optyki, już nie piszą, ale raczej stwarzają przekaz za pomocą werbalnej zabawy: obracają słowa i związki frazeologiczne w niemal dowolny sposób, przydając znanym określeniom nowych znaczeń. Robią to z wyczuciem i wdziękiem. Mam nadzieję, że kiedyś, dzięki prostemu zjawisku naśladownictwa, uda mi się osiągnąć ten stopień wtajemniczenia.

Internet - użyteczne narzędzie promocji czy zabójca papieru?

Internet to w dzisiejszych czasach fantastyczne narzędzie: źródło informacji, pomocy, dobre medium reklamowe i promocyjne. Życzę portalom i wortalom rozwoju i sukcesów. Myślę, że niedługo pojawią się e-zety - ramki, w których będziemy mogli czytać e-przekazy nawet w tramwaju czy pociągu (na razie rzecz dosyć rzadka). Wtedy internetowe gazety - w sumie tańsze, bo codziennie nowe w starej ramce - wyprą pisma papierowe. Ucieszą się zapewne lasy i knieje przerabiane na tony magazynów. Wizja ta może się jednak rozbić o typowo ludzką cechę, czyli niechęć płacenia autorom za przyjemność lektury. Hakerzy i crackerzy mogą zyskać na popularności. Z drugiej strony, kto wie? A nuż homo sapiens poniecha - chociaż w tej dziedzinie - matactwa? W końcu drugą silną cechą człowieka jest lenistwo, więc jeśli e-zety będą tanie, nikomu nie będzie się chciało kombinować...

Nie uważam jednak, by prezentacja w sieci książek, sporo droższych od dzienników czy tygodników, była dobrym pomysłem. Tu pokusa ominięcia procedury zakupu mogłaby być zbyt kusząca.

Reasumując: widzę sens i możliwość zastąpienia gazet e-zetami. Co do książek - nie jestem pewien, lubię je jako przedmioty. Co do zabójstwa papieru - nie uważam, by był znowu takim wspaniałym wynalazkiem. Zbiera się na nim kurz, wycinane są drzewa. Co do netu - jego rozwój jest nie do zahamowania. Człowiek wejdzie w sieć, sieć wejdzie w człowieka.

Jak myślisz, które z Twoich cech charakteru pozwoliły Ci na stanie się znanym i lubianym?

Jestem komunikatywny, chętnie i bez trudności przełączam uwagę na rozmówcę: słucham, pytam i interesuję się nim, a nie jego sobą. Nawet pisząc mam wrażenie, że robię to nie "dla" czytelników, ale "do" nich. Łatwo komunikuję uczucia: jeśli ktoś mi się podoba - mówię o tym, lubię chwalić, zawsze konkretnie i szczerze. Doceniam trud i pracę innych ludzi. Na głos, nie w cichości ducha.

Jakich manieryzmów lub niedoskonałości nie tolerujesz we współczesnej literaturze fantastycznej? Co należałoby napiętnować?

Zupełnie nie toleruję złego stylu. Zdarzało się, iż odkładałem opowiadanie przeczytawszy zaledwie dwa, trzy zdania, bo widziałem, że dalsza lektura mi zaszkodzi, negatywnie się zainfekuję. Nawet jeśli tekst ma ciekawą fabułę, przekaz, głębię, to traci urok, gdy napisany jest niedbałym stylem rojącym się od potknięć i niezgrabności. Zadaniem  autorów i dobrych redaktorów jest poprawianie języka opowieści, aż stanie się przyjemna w czytaniu, nie tylko poprawna. Warunek sine qua non walki o "równouprawnienie" literatury ze znakiem "f" to doskonała forma. Lekarstwem na tą dolegliwość wydaje się być szeroko pojęta wytrwałość: praca nad tekstem trwa długo i należy to po prostu zaakceptować. Pierwsze pisanie to zaledwie czubek góry lodowej. Czas poświęcony na obróbkę powinien być wielokrotnie dłuższy.

Jaki czynnik przez lata motywował Cię do nieustannego warsztatowego treningu? W jakim stopniu były to pieniądze?

Chcę być tak dobrym pisarzem, jakim tylko mogę się stać. Ambicje mam nad wyraz rozdmuchane, chciałbym, by moje nazwisko było znane na całym świecie. To właśnie te wizje, marzenia, by film oparty na mojej książce dostał przynajmniej jednego Oscara, i inne, coraz bardziej szalone pragnienia, są głównym motorem pisania. Pieniądze motywatorem nie są. Nie w tej branży, nie w Polsce i jeszcze nie teraz. Zarabiam prowadząc firmę szkoleniową, którą, mam nadzieję, kiedyś zamknę i poświęcę się tylko twórczości pisarskiej.

 Na zakończenie, powiedz jeszcze, czym byłbyś mile zaskoczony w naszym fantastycznym półświatku?

Może gdyby twórcy "półświatka" przestali mówić o gronie wielbicieli s-f i fantasy jako o "getcie". To jakieś samoograniczające i jakby pożywka dla kompleksów. Jeśli będziemy się kreować na ludzi sukcesu, otwartych, inteligentnych, mających coś do przekazania (bo tacy w istocie jesteśmy), to właśnie tak zaczniemy być postrzegani.

Ucieszyłbym się również, gdyby nasi koledzy z półświatka hollywoodzkiego przestali rzucać szmirowaty cień na literaturę fantastyczną. Obraz "f" stał się synonimem płytkiej rozrywki i trylogia Jacksona, jako byt niemal jednostkowy, tego nie zmieniła. Wielka szkoda, że film, jako medium o wiele silniejsze, popsuł postrzeganie literatury tworzonej w wielu przypadkach przez wybitne umysły.

Podyskutuj o tym artykule na forum!



blog comments powered by Disqus