Tomasz Pacyński

Autor: Greg K1ler

Życie pisarza w trzynastu, bynajmniej nie pechowych, odsłonach




Urodzony w 1958 roku, tworzy od pięciu lat.

GK: Czym jest dla Ciebie fantastyka?

Tomasz Pacyński: W tej chwili sposobem na życie. W bardzo wielu aspektach, od życia zawodowego, poprzez działalność, jak to się kiedyś mówiło "w czynie społecznym" (myślę tu o Fahrenheicie, który jest przedsięwzięciem non-profit), aż do aspektów zupełnie towarzyskich - wielu z moich przyjaciół wywodzi się z tegoż środowiska, podziela zainteresowania.

Większość mojego życia kręci się wokół fantastyki, i wokół literatury w ogóle. Fantastyki literackiej, powiedzmy od razu, film mniej mnie interesuje, zaś komiksu nie znam i nie rozumiem.

A nawet kłócić się lubię na tematy okołofantastyczne.

Dlaczego zacząłeś pisać właśnie w obrębie tego nurtu?

Bo na tym nurcie się wychowałem. Moje pierwsze samodzielne (a i wcześniej te niesamodzielne) lektury to właśnie fantastyka. Verne, Umiński. Później też, a i obecnie uważam, że o ile mainstream, zwłaszcza polski, ma dla mnie niewiele do zaoferowania, to fantastyka zaczyna powoli wypełniać dostępne nisze ekologiczne - o czym zresztą niżej.

Wydaje mi się, że znam gatunek, a przynajmniej znałem - bo siłą rzeczy, przy dzisiejszej podaży, otwarciu na tłumaczenia, nie jestem już na bieżąco. A i fantastyka się zmieniła, stała się zbyt obszerna, by móc ogarnąć choćby to, co się w Polsce ukazuje. Stała się zbyt różnorodna, są w tej chwili jej dziedziny, których nie tknę nawet trzymetrowym kijem.

W każdym razie - lubię i czytać, i pisać, dobrze się w tym czuję. Jeśli nie pisałbym fantastyki, to pewnie technothrillery, coś mocno militarnego. Zresztą wcale nie jest powiedziane, że nie będę.

Ale zawsze to będzie literatura choć po trosze rozrywkowa - bo też ta jej funkcja wydaje mi się szczególnie bliska. A jednocześnie wcale nie przeszkadza przekazywać treści ważnych i istotnych. Nie znoszę literatury o niczym, pięknej (podobno, bo nie jestem w stanie docenić) formy, za to bez treści.

Czy istnieje utwór (ewentualnie temat), który zawsze chciałeś napisać, ale ktoś uczynił to wcześniej? Skomentuj wybór.

Och, wiele. Co i rusz mam niemiłe wrażenie, że czytam coś, co sam powinienem napisać. Co gorsza, czasem nieskromnie zupełnie uważam, że napisałbym to lepiej...

Ale myślę, że nie o to pytałeś. Oczywiście, są takie utwory, które prócz szczerej zazdrości budzą we mnie podziw, równie szczery. I to są takie niedoścignione ideały, co "chciałbym", ale pewnie "nie poważyłbym się". Mam takie wrażenie zwłaszcza wtedy, kiedy nie zastanawiam się "jak ja bym to zrobił", tylko jestem przeświadczony, że szedłbym tym samym tropem. I wolę się nie zastanawiać, do jakich doszedłbym rezultatów.

I wiesz, naprawdę nie chciałbym tu konkretyzować. W końcu to bardzo osobiste.

Czy posiadasz jakąś powracającą nieustannie ideę, pomysł, temat, który chcesz jeszcze opisać, lecz na razie brakuje Ci dystansu, doświadczenia życiowego, warsztatu?

Mam. Ale nie powiem... W każdym razie - bez konkretów, bardzo nie lubię mówić o planach.

Wiesz, na brak doświadczeń życiowych już nie mogę narzekać, tak się złożyło, że dane mi było żyć w ciekawych czasach, i to w dodatku dość długo. Jeśli chodzi o tę moją ideę, czy może nawet obsesję, skoro tak nieustannie wraca - problem jest nie tyle w dystansie, warsztacie czy doświadczeniach, ale raczej w ogromnej masie materiałów, które musiałbym poznać, żeby w ogóle zabrać się za temat. Zgoda, to właśnie możemy nazwać dystansem - jakieś tam mierzenie sił na zamiary. Sił w bardzo szerokim zakresie, nie wspomniałeś na przykład o stabilizacji zawodowej - idee fixe ma to do siebie, że potrafi angażować czas bez reszty, ze szkodą dla tzw. spraw bieżących, pod którymi to sprawami kryją się rzeczy prozaiczne, jak rachunki do zapłacenia.

Jeśli więc nie zabrałem się jeszcze za realizację, to głównie z tego ostatniego powodu. Chociaż, odpukać, jawią się na horyzoncie niejakie szanse, że już niedługo się zabiorę.

W czym upatrujesz przyszłość fantastyki? Czy uważasz, że za kilka, może kilkanaście lat straci ona rację bytu?

Nie sądzę, by straciła. Przede wszystkim, tak naprawdę, cała beletrystyka jest fantastyką, tu granice są bardzo rozmyte, a może w ogóle nie istnieją. Science fiction to zaledwie drobny wycinek, podgatunek, chociaż tak naprawę wszystko się od niego zaczęło.

Dzisiejsza fantastyka jest nieporównywalna do tej z czasów amerykańskiego "złotego wieku", czy nawet tej z lat sześćdziesiątych-siedemdziesiątych. Cały czas ewoluuje, co więcej, dokonuje się na naszych oczach coś, co można określić biologicznym terminem "radiacji adaptatywnej". Gatunek zaczyna zdobywać kolejne nisze ekologiczne, a osiedlając się w nich, zaczyna przekształcać, aż powstają nowe gatunki. Zarazem sami autorzy dokonują prób, które określić moglibyśmy "pozagatunkowymi". Przykład? Proszę bardzo, choćby "Rozpoznanie wzorca" Gibsona. Fantastyki, tej klasycznej tam tyle, co kot napaskudził. A jednak jakieś związki dostrzegamy, książka jest uznawana przez czytelników jako fantastyczna.

Owszem, są też usychające gałęzie. Wydaje mi się, że typowa, tolkienowska fantasy wyczerpała już swój potencjał. Ale za to mamy zjawisko polegające się na dryfie fantasy w kierunku powieści historycznej, historii magicznej, czy alternatywnej.

Zarazem ta twarda fantastyka, która trzyma się ostro zakreślonych granic gatunku, ma się nieźle. Tu jako przykład podam Richarda Morgana, moje największe odkrycie ostatnich lat jeśli chodzi o import. Okazuje się, że i cyberpunk, gatunek jak dla mnie okrutnie ubogi, w dodatku wynaturzający się w kierunku płyciutkiego i wtórnego "Matrixa" może zawierać coś nowego, zaskoczyć. Nic nie tracąc jednocześnie z walorów rozrywkowych - co, o czym często zapominamy, jest podstawową racją bytu literatury, bądź co bądź, popularnej.

Na pewno więc o tę rację bytu nie należy się obawiać. Fantastyka będzie inna, i nie sposób przewidzieć nawet jaka. Ale jest tak różnorodna, posiada taki potencjał, że nie grozi jej los choćby westernu, który najpierw zjadł własny ogon, potem konia, aż nie pozostał nawet kapelusz z szerokim rondem. By znów sięgnąć do analogii ewolucyjnej - jest na to zbyt plastycznym gatunkiem.

Gdybyś miał wskazać utwór, który popełniłeś, ale teraz się go wstydzisz, który byś wybrał?

Chyba nie jest tak źle, żebym aż musiał się wstydzić. Nie, nie ma chyba utworu, który chowam gdzieś głęboko do szuflady, żeby ludzkie oczy go nie widziały, albo wykupuję chyłkiem nakład. A już na pewno nie z powodów zasadniczych, czyli powiedzmy sprzeniewierzenia się jakimś zasadom, raptownej zmiany światopoglądu. Nigdy chyba nie pisałem koniunkturalnie, nie próbowałem się podłączać do tematów "słusznych i na czasie" - mam ten luksus, że nie jestem chociażby komentatorem politycznym, stąd i mniej powodów do wstydu za własne nietrafione prognozy. Pod wszystkim co napisałem, mogę się i dziś podpisać i nie odczuwam ani wewnętrznej potrzeby odszczekiwania, ani tłumaczenia, że przecież nie to miałem na myśli.

Inna sprawa to kwestie warsztatowe. Owszem, są rzeczy nieudane, które, jeśli już muszę, czytam teraz z niejaką przykrością. Obecnie bym je pewnie lepiej napisał, albo nie napisałbym wcale. Ale tu sprawa jest stosunkowo prosta, nie dam się raczej namówić na edycję "dzieł wszelakich", wolę selekcjonować.

Czy uważasz, że najlepsze lata w Twojej działalności artystycznej są już za Tobą? Innymi słowy, czy dzieło Twego życia można znaleźć na półkach księgarskich?

Widzisz, nie sądzę, żeby ktokolwiek o sobie mógł i chciał coś takiego powiedzieć. Zawsze gdzieś tkwi ta szczypta optymizmu, że można lepiej, i że będzie lepiej. Że jeszcze nie powiedziało się ostatniego słowa. Oczywiście, są pozycje, które lubię bardziej od innych, które są dla mnie ważniejsze. Ale, chociaż stary jestem, wolę myśleć, że tę najważniejszą jeszcze napiszę - a może właśnie teraz ją piszę? Ale też takie wybory istnieją w dwóch kategoriach, autorskiej i czytelniczej, nie muszą się wcale pokrywać, i, jak uczy historia literatury, często się nie pokrywają.

W każdym razie chciałbym, żeby czytelnicy docenili "Wrzesień", książkę dość osobistą i bardzo mi bliską.

Czy masz literacki autorytet? Czego zdołał Cię nauczyć?

Oczywiście, bo czymże byłoby życie bez autorytetów? I jeśli już mówimy o tych żyjących, znanych mi osobiście - bo ci, siłą rzeczy, mają wpływ największy, nie te posągi na wysokich cokołach - to AS zajmuje poczesne miejsce. To on odkrył przede mną fantasy, wcześniej tego gatunku nie lubiłem, ani nie ceniłem, nie przepadam za nim zresztą nadal. Ale proza ASa była odkryciem, trochę na zasadzie "jak wiele można z tego zrobić". Jak wiele uczynić właśnie dla gatunku, na jakie nowe tory go pchnąć.

Na pewno też Gieno Dębski, pierwszy przyjaciel w tym światku i pierwszy Pan Pisarz, do którego mówiłem "ty". Facet, któremu się chciało poza wszystkim robić Fahrenheita i Srebrny Glob, i który pokazał mi właściwy stosunek do marności tego świata.

I wreszcie - niesprawiedliwie i nieładnie, że w tym miejscu - Anna Brzezińska. Na końcu, bo tu dotykamy też spraw praktycznych i przyziemnych, nie tylko jej prozy.

A czego się od niej nauczyłem - to poza właśnie czystą praktyką, całą procedurą przygotowania książki do druku, pracą z redakcją - przede wszystkim tego, że można i warto starać się, żeby tekst był lepszy. Za co bardzo dziękuję, bo też zdaję sobie sprawę, jakie to niewdzięczne zadanie. Starego psa trudno uczyć nowych sztuczek.

I - tak zupełnie serio - bardzo wiele Ani zawdzięczam.

Internet - użyteczne narzędzie promocji czy zabójca papieru?

Niewątpliwie to pierwsze. Jak wiesz jestem dość zaangażowany w promocję literatury w sieci, nie robiłbym tego bez wewnętrznego przekonania, że po pierwsze ma to sens, a po drugie nie jest zagrożeniem.

Kino nie zabiło teatru, płyta CD opery. Nie sadzę, aby z literaturą miało być inaczej. Zresztą już nawet w tej chwili - nie czytam drukowanej prasy codziennej, korzystam z wydań w sieci. Ale nie oznacza to przecież, że dziennikarstwo chyli się ku upadkowi. Internet to tylko medium, zawsze pozostaną jeszcze treści, które za jego pośrednictwem będzie się upowszechniać.

A w tej chwili sieć jest potężnym narzędziem promocyjnym. Szczególnie dla fantastyki, gatunku, który potrafi integrować wokół siebie środowisko czytelników. Jest olbrzymim ułatwieniem dla debiutantów - sam zresztą debiutowałem w Fahrenheicie, potem kontakty sieciowe, w ten sposób nawiązane przyjaźnie, pomogły mi w dalszych próbach. Myślę tu o olbrzymim, bezinteresownym wsparciu, którego doświadczyłem ze strony Giena Dębskiego czy Andrzeja Ziemiańskiego, oraz wielu innych, których trudno tu wymieniać. To oni pomogli mi nawiązać kontakty. Myślę, że dla debiutujących te kilka-kilkanaście lat wcześniej wszystko było o wiele trudniejsze.

Nie należy też zapominać, że internet jest znakomitym narzędziem dystrybucyjnym, istotnym zwłaszcza w naszych polskich warunkach.

Jak myślisz, które z Twoich cech charakteru pozwoliły Ci na stanie się znanym i lubianym?

A jestem? Widzisz, jeśli jestem lubiany, to dlatego, że mam tylko jedną wadę. Ale za to niestety bardzo dużą. Mianowicie jestem za dobry. Ale rozumiem, że tak bardziej serio to pytanie dotyczy mojej pisaniny, a nie mnie jako takiego.

Za cholerę nie wiem. Więc może odpowiem pytaniem na pytanie - a ty mnie lubisz? (Hmm! A nie będę kontrowersyjny mówiąc: tak? - przyp. GK)

Jakich manieryzmów lub niedoskonałości nie tolerujesz we współczesnej literaturze fantastycznej? Co należałoby napiętnować?

Z piętnowaniem to byłbym ostrożny. Zwłaszcza manieryzmów, zbyt na to wpływa indywidualny odbiór.

Prędzej powiem cokolwiek o niedoskonałościach, oczywiście załączając potężne zastrzeżenie, że to tylko moje zdanie, nie są to jakieś prawdy uniwersalne. Otóż nie lubię niewyeksploatowanych pomysłów. Niekiedy znakomitych, ale niewykorzystanych do końca. Cóż, są autorzy o olbrzymiej inwencji. Ale też na tej inwencji czasem się kończy, wydaje się, że można zrobić coś więcej, a nawet znacznie więcej.

I tego nie znoszę. Wolę solidną prozę nawet bez fajerwerków pomysłów, mniej innowacyjną, ale, jakby to ująć, rzetelną. Która nie sprawia wrażenia, że autor przysiadł na chwilę jako ta pszczółka i za chwilę poleci na inny kwiatek, który ładniej pachnie.

Druga rzecz, której nie lubię, wiąże się z pierwszą w jakiś sposób. Bo też zasadza się na pomyśle, często istotnie błyskotliwym. Ale potem ogranicza do stworzenia świata, systemu, który pozostaje martwą dekoracją, służy samemu sobie. Taka scena, której nie zaludnią autorzy, a zaledwie statyści; pieczołowicie stworzone i opisane uniwersum, w którym nie ma już miejsca na nic innego. Nie widzę, przykro mi, racji istnienia takich światów. Nawet wymyślonych. (Ja zauważam to w światach Jacka Dukaja. Ale to tylko i wyłącznie moje prywatne zdanie... - przyp. GK)

Dlatego nie lubię Tolkiena, którego precyzyjnie wykoncypowany, spójny świat zaludniają predefiniowane kukiełki. Dobre lub złe, zależy z której szufladki wyskoczą. I dlatego kocham prozę ASa, który dał swym bohaterom nieprzewidywalność, namiętności, rozterki i trudne wybory, a też i nieodzowną szczyptę szaleństwa. A "ontologiczna spójność światów" niech się idzie chędożyć.

Jaki czynnik przez lata motywował Cię do nieustannego warsztatowego treningu? W jakim stopniu były to pieniądze?

Kasa jest środkiem, nie celem. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć neoliberalnego imperatywu bogacenia się, liberałów uważam za biednych, niedowartościowanych ludzi, którym życie przecieka przez palce. W kwestii pieniędzy zgadzam się z Lechem Jęczmykiem, a pewnie i Panem Bogiem - "co Pan Bóg sądzi o pieniądzach? Wystarczy popatrzeć, komu je daje".

Są więc, powtarzam, środkiem, nie celem. Potrzeby mam niewielkie, i bardziej, wzorem Sneera, cenię sobie swój wolny czas - polecam wszystkim odczytywanie pierwszych stron "Limes inferior". Aczkolwiek wydawców uprasza się o niewyciąganie zbyt daleko idących wniosków z tych "niewielkich potrzeb".

Szczerze mówiąc nie bardzo potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Skoro nie pieniądze, to w takim razie co? Tym bardziej, że "nieustanny warsztatowy trening" jakoś nie pasuje do mojego powszechnie znanego lenistwa... Może chęć nie tyle dorównania, co choć zbliżenia się do Mistrzów? Taka szczypta zdrowego zarozumialstwa, oni potrafią, to może i ja...

Na zakończenie, powiedz jeszcze, czym byłbyś mile zaskoczony w naszym fantastycznym półświatku?

Mile? Chciałbym zostać mile zaskoczony czymkolwiek. Niestety, ostatnie wydarzenia "okołozajdlowe", publikacje i publiczne (bo sieciowe, a także i drukowane) wypowiedzi, skłaniają mnie raczej do przekonania, że niestety nie istnieją granice, których nie da się przekroczyć. Jeśli więc spodziewam się zaskoczeń, to raczej tych z gatunku niemiłych. Zresztą, źle mówię. To już nie zaskoczenie, to niestety norma.

A jeśli to pytanie zawiera w sobie zawoalowaną sugestię, bym powiedział, czego sobie życzę, to miałbym kłopot. Moje życzenia oscylują obecnie pomiędzy trzymaniem się jak najdalej od tego wszystkiego (wzajemność mile widziana) a chęcią wrzucenia granatu do latryny - pod warunkiem, że na sąsiednich dziurach będą siedziały wybrane przeze mnie osoby.

Podyskutuj o tym artykule na forum!



blog comments powered by Disqus