Wywiad z Wawrzyńcem Podrzuckim

Autor: Kalina Śmigielska
28 kwietnia 2010

KŚ: Od wydania pierwszej części trylogii „Yggdrasill” – „Uśpione Archiwum” – minęło siedem lat, właśnie ukazał się najnowszy tom – „Mosty wszechzieleni”. Jakie uczucia towarzyszą tej premierze? Spełnienia czy żalu, że to już ostatnia część?

Wawrzyniec PodrzuckiWP: Przede wszystkim uczucie ulgi, że mam to już za sobą i mogę wreszcie spokojnie zająć się pisaniem czegoś nowego.:)

Ile czasu łącznie zajęła panu praca nad trylogią?

Podsumujmy: "Uśpione archiwum" około roku, "Kosmiczne ziarna" jakieś sześć, siedem miesięcy i mniej więcej tyle samo w przypadku "Mostów". Komuś może się ten rachunek nie zgadzać, więc wyjaśniam, że powyższe wyliczenie obejmuje tylko fizyczną stukaninę w klawisze. Do tego doliczyłbym czasochłonne grzebanie w źródłach, wyrzucanie do śmieci dopiero co napisanych fragmentów, muzę, która nadzwyczaj często brała sobie wolne, etc. A także okres intensywnej działalności naukowej, kiedy praktycznie w ogóle nie zaglądałem do tekstu.

Wiele osób pisząc o panu podkreśla fakt, że zajmuje się pan mikrobiologią. Czy jest to uzasadnione? To znaczy, czy gdyby nie był pan naukowcem, ta powieść by nie powstała?

Yggdrasill #3 - Mosty wszechzieleniMoże powstałaby, lecz na pewno nie taka. Oczywiście, bycie naukowcem sensu stricto nie jest warunkiem ani koniecznym, ani tym bardziej wystarczającym do stworzenia arcydzieła gatunku, i sam mógłbym podać z tuzin przykładów, które to ilustrują. W pisaniu rzetelnej SF bardzo jednak pomaga. Po pierwsze, człowiek nawykły do pracy w środowisku, które narzuca wysokie intelektualne standardy, nie będzie popełniał w swoich powieściach czy opowiadaniach aż tylu formalno-merytorycznych błędów, czy też, mówiąc potoczniejszym językiem, nie zarżnie skądinąd fajnego tekstu makabrycznymi babolami. Wyrobiona przez lata dyscyplina umysłowa działa w naszym, to jest naukowców, przypadku jak ręczny hamulec, za który łapiemy odruchowo na pierwszy sygnał, że cienka czerwona linia pomiędzy gadaniem z sensem a pociskaniem totalnych bzdur może zostać przekroczona. Inny plus to umiejętność korzystania z fachowych źródeł wiedzy. I tu znowu zastrzegam, że nie trzeba być pracownikiem naukowym, by tę umiejętność posiadać. Nie znam natomiast nikogo, kto byłby jej pozbawiony i zarazem cokolwiek znaczącego na polu naukowo-badawczym osiągnął. To jest rzecz absolutnie niezbędna. I wyjątkowo przydatna dla wszystkich piszących bądź chcących pisać dobrą i mądrą fantastykę naukową. Bo ostatni człon w nazwie tego rodzaju prozy nie jest sobie tylko ot, tak doczepiony, żeby ładniej wyglądało i poważniej brzmiało.

Czy może pan wytłumaczyć czytelnikom, czym dokładniej się pan zajmuje (w pracy zawodowej)?

Chodzi o to, czym jest biologia molekularna? Najkrócej mówiąc, jest to gałąź nauk biologicznych, która próbuje odkryć i wyjaśnić podstawowe mechanizmy odpowiedzialne za fenomen zwany życiem. Jak działa DNA, jak funkcjonują geny, co dzieje się na najniższym, cząsteczkowym poziomie w każdej żywej komórce. A nieco bardziej praktycznie - jak np. walczyć z wirusami, dlaczego zabija nas rak, co zrobić, żeby pomidory były smaczniejsze i w jaki sposób zmusić bakterie do produkcji biopaliwa albo oczyszczania radioaktywnych ścieków.
Moja przygoda z czynnym uprawianiem nauki powoli dobiega końca, chociaż naukowcem pozostanę zawsze, jest to bowiem bardziej cecha charakteru i sposób patrzenia na świat, niż zawód. Ale ponad dwadzieścia lat w laboratorium to jak dla mnie wystarczająco długo. Czas ustąpić miejsca młodym strzelbom, a ja sobie teraz wreszcie popiszę. :)

Gdyby musiał pan wybrać, nazwałby się pan naukowcem czy pisarzem?

Yggdrasill #2 - Kosmiczne ziarnaOdpowiedź na to pytanie jest o tyle trudna, że odkąd pamiętam, chciałem być zarówno jednym, jak i drugim. Na kupno pierwszego mikroskopu naciągnąłem rodziców będąc w klasie szóstej, a pierwsze kilka opowiadań skrobnąłem tego samego roku na wakacjach (całe szczęście, że przepadły, bo chyba bym się dzisiaj ze wstydu spalił, gdyby je ktoś przeczytał). W młodych latach chęć zajęcia się pracą badawczą musiała być jednak we mnie silniejsza, skoro zdecydowałem się na studia biologiczne, a nie np. ASP czy polonistykę. Natomiast gdybym teraz miał dokonywać wyboru na podstawie ilości czasu, jaki poświęcam obydwu zajęciom, to przewaga byłaby po stronie pisania.

Jak zareagowali pańscy koledzy-naukowcy, kiedy dowiedzieli się o pańskich aspiracjach pisarskich?

Raczej, jak zareagowali na to, że napisałem powieść SF, bo o moich aspiracjach w tym kierunku żaden z nich wcześniej nie wiedział. Podam dwa wymowne przykłady. Jednym z nich niech będzie moja dawna szefowa z Instytutu Wistara w Filadelfii - naukowiec z dorobkiem, o jakim większość naszych profesorów mogłaby tylko pomarzyć. Otóż gdy przed paru laty napomknąłem jej o moich książkach, przyjęła tę informację z pełnym niekłamanego podziwu "Wow, Lawrence, so you've become a writer? That's fantastic, I've got to tell everybody!" („Zostałeś pisarzem? To fantastyczne, muszę powiedzieć o tym wszystkim!” - tłum. K.Ś.). A kiedy jeszcze dodałem, że za pierwowzór charakterologiczny jednej z bohaterek powieści posłużyła mi właśnie ona (tak, tak - mówię o Helen Bjorg), była w siódmym niebie. I przykład numer dwa, niegdysiejszy współpracownik z polskiej placówki badawczej. Ta sama wiadomość i diametralnie różna odpowiedź: "Ty lepiej pisz granty, a nie jakieś pierdoły".
I tak się rzeczy mają z tym odbiorem twórczości fantastyczno-naukowej przez moich kolegów. Co najmniej tolerancyjnie, o ile nie entuzjastycznie za Wielką Wodą, i - w większości wypadków - z wstydliwym pobłażaniem lub kompletną obojętnością w kraju ojczystym. W Ameryce pisanie SF nie jest dla doktora czy profesora żadną ujmą, przeciwnie, jest dowodem otwartego umysłu i wyobraźni, atrybutów równie niezbędnych dla prawdziwego odkrywcy, co zdolność logicznego myślenia. Jest to tam również traktowane jako sposób wyrażania poglądów zbyt spekulatywnych, by mogły trafić do oficjalnego obiegu informacji naukowej, czy nawet prac popularyzatorskich. A u nas, w naszym "och-jakże-poważnym-pryncypialnym-i-skostniałym-klubie-niezwykłych-dżentelmenów" - to jest, chciałem powiedzieć, środowisku naukowym? U nas ktoś taki jest traktowany trochę jak osobnik z defektem mózgu, do którego reszcie statecznej rodzinki wstyd się przyznać. Owszem, wyjątki się zdarzają, i prywatnie niejeden z moich laboratoryjno-uczelnianych znajomych pogratulował mi osiągnięć na literackiej niwie, jako blok jednak zachowują wobec takich "fanaberii" daleko idącą rezerwę i chłód.

Czy pańska szefowa będzie miała okazję przeczytać „Yggdrasill”? Czy powieść zostanie przetłumaczona na jakieś inne języki?

Yggdrasill #1 - Uśpione ArchiwumTo już nie jest pytanie do mnie, lecz do wydawcy. Osobiście nie miałbym nic przeciwko, ale jestem realistą. SF, zwłaszcza u nas, trudno określić mianem kury znoszącej złote jajka. A dobre tłumaczenie i późniejszy ewentualny marketing takiej powieści na konkurencyjnym i hermetycznym rynku anglosaskim to niewyobrażalne koszty z potencjalnie bardzo małą szansą na ich zwrot.

W jednym z wywiadów nazwał pan „Uśpione archiwum” pewnego rodzaju próbą, wprawką. Jak wobec tego nazwałby pan ostatnią część?

Kolejnym intelektualno-pisarskim ćwiczeniem, tyle że z poprzeczką ustawioną metr wyżej.

Czy według pana w życiu pisarza w ogóle może nastąpić taki moment, kiedy pisanie przestaje być „ćwiczeniem”?

Jasne. Może to nawet być moment, w którym pisarz po raz pierwszy siada do klawiatury. Siada i myśli: "Do tej pory zarabiałem pracując na taśmie w fabryce. Czyż jednak nie zarobię więcej pracując na taśmie we własnym domu?" A potem już tylko z górki, vide McLean, Ludlum, Grisham, Cohello, Harrison czy Bujold. Ci pisarze niczego już, poza brzuchem na siłowni, nie ćwiczą. Dotarli do swojego artystycznego plateau, osiągnęli rzemieślniczą biegłość, znaleźli złotą formułę wygrawerowaną na sztancy i żadna nowa twórcza gimnastyka nie jest im potrzebna do szczęścia. Stety czy niestety, ja do tej kategorii się nie zaliczam.

Między pierwszym a kolejnymi tomami powieści widać spore różnice. Czy fabuła była od razu tak zaplanowana, czy rozwijała się w trakcie pisania?

Na pewno ewoluowała i dojrzewała, co jest zrozumiałe w przypadku utworu pisanego tyle lat. Niemniej wszystkie trzy części są realizacją szkicu, który skreśliłem sobie w głowie na samym początku. Zdawałem sobie sprawę z tego, że mniej więcej od połowy tej historii stopień trudności znacznie wzrośnie, a końcówka może wyjść naprawdę "hardkorowa", jeżeli się nie postaram. Dlatego między innymi trzeci tom zajął mi o wiele więcej czasu, niż dwa poprzednie - musiałem się naprawdę napracować, aby uczynić go strawnym dla czytelnika, żeby nie odłożył książki ze słowami "Nic z tego nie rozumiem". Zarówno "Uśpione archiwum" jak i początek "Kosmicznych ziaren" są rozgrzewką dla czytającego, przygotowaniem do sporego wysiłku w dalszej części. Różnice między pierwszym a kolejnymi tomami na pewno są widoczne, ale bez tej rozgrzewki powieść byłaby zrozumiała najprawdopodobniej tylko dla nielicznych. Natomiast przemyślenie wszystkich koncepcji i zebranie ich w logicznie spójną, literacko poprawną i dającą się przyjemnie czytać całość w "Mostach wszechzieleni" - to właśnie było przedmiotem owego intelektualno-pisarskiego ćwiczenia.

Czy ma pan już jakieś nowe literackie pomysły?

Owszem, sporo. Ale dopóki tekst nie będzie u wydawcy, wolałbym nie zdradzać szczegółów. Mogę tylko zapewnić, że nie będzie to ani kolejny cykl, ani fantasy, ani tzw. mainstream. :)

Brzmi tajemniczo. Nie pozostaje mi zatem nic innego jak cierpliwie czekać. Dziękuję za wywiad.

Yggdrasill #3 - Mosty wszechzieleni

Autor: Wawrzyniec Podrzucki
Okładka: Przemysław Truściński
Wydawnictwo: Runa
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 3/2010
Liczba stron: 336
Format: 125x185 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-89595-60-7
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,50 zł


blog comments powered by Disqus