Nowa twarz horroru. Clive Barker na początku XXI wieku.

Autor: Michał Protasiuk
31 lipca 2006

Co ma wspólnego Clive Barker i wykres funkcji sinus? Wbrew pozorom odpowiedź jest prosta. Wystarczy przeanalizować częstotliwość wydawniczą tego artysty w Polsce. Pierwszy wysyp nadszedł wraz z otwarciem się rynku księgarskiego. Do rąk czytelników trafiły wówczas niezapomniane Księgi krwi, Wielkie sekretne widowisko i wiele innych. Dobra passa wydawnicza Barkera skończyła się w połowie lat dziewięćdziesiątych. Później spragnieni fani byli karmieni sporadycznie: Everville (1998) i Imajica (2002). Ten zadziwiający cykl wydawniczy nie ma sobie równych, w porównaniu do innych tuzów horroru. I tak na przykład Stephen King od początku lat dziewięćdziesiątych wydawany jest z niezmienną prawie regularnością, zaś powieści twórców pokroju Grahama Mastertona czy Guy N. Smitha największą popularność mają zdecydowanie za sobą i ze świecą ich teraz szukać w księgarniach (nie licząc taniej książki). Tymczasem popularność Barkera wyłamuje się ze stereotypowych zachowań i faluje, jak nie przymierzając, funkcja sinus.

Drugie apogeum wydawnicze miało miejsce w roku 2003. Ukazała wówczas książka dla dzieci Abarat oraz niemal równocześnie dwie opasłe powieści: Wąwóz kamiennego serca i Galilee. Pierwsza część niniejszej recenzji dotyczy ostatniej ze wzmiankowanych wyżej pozycji.

To jednak nie wszystko. Nie należy zapominać, że Clive Barker to artysta multimedialny. Nie tylko pisze powieści i sztuki teatralne, ale także maluje obrazy oraz reżyseruje filmy. Widać jednak repertuar tradycyjnych form uprawiania sztuki wydał się Barkerowi zbyt wąski i wraz z początkiem nowego tysiąclecia zadebiutował w nowej dla siebie roli: jako scenarzysta gry komputerowej. Mowa tu o grze Clive Barker's Undying, o której więcej w drugiej części tekstu.

"GALILEE" CZYLI OBIECANKI CACANKI

Galilee to powieść nietypowa jak na Barkera. Jej narratorem jest Edmund Maddox Barbarossa, urodzony w roku 1811. I choć akcja powieści toczy się przeszło 180 lat później, Edmund wciąż jest żywy i poruszając się na inwalidzkim wózku postanawia spisać dzieje swojej rodziny. Tu kryje się sekret jego długowieczności. Rodzina Barbarossa nie jest bowiem zwykłą rodziną. Pani domu Yaos Cesaria Barbarossa nie dość, że romansowała z trzecim prezydentem Stanów Zjednoczonych, Thomasem Jeffersonem to podobno pamięta czasy Jezusa (choć nie jest z Nim spokrewniona) oraz świetność starożytnej Samarkandy.

Skąd się wzięły siły, które sprawiają, że rodzina Barbarossów dysponuje niemalże boską mocą? - nie wiadomo i celem Barkera nie jest bynajmniej udzielenie odpowiedzi na to pytanie. Jego przede wszystkim interesują dzieje życia najstarszego syna rodziny, tytułowego Galilee. To syn marnotrawny, który wyrzekł się rodu i żegluje samotnie jachtem po oceanach świata, z rzadka zawijając do portów. Równolegle toczy się druga opowieść. Poznajemy w niej dzieje amerykańskich milionerów, Gearych. Jak nietrudno się domyślić, obie historie mają wspólną płaszczyznę. Jest nią Rachel Pallenberg, żona młodego Gearego. która po kłopotach w małżeństwie odnajdzie szczęście w ramionach Galilee Barbarossy. Wkrótce też okaże się, że dzieje tych dwóch rodzin splątane są mocniejszymi węzłami, niż ktokolwiek przypuszczał. Konfrontacja jest nieunikniona.

Powyższe streszczenie może wzbudzić u czytelnika lekki niepokój: „Co to jest, romans jakiś, czy co?". Wbrew oczekiwaniom nie będę zaprzeczał. Galilee to dziwna powieść i nie poddaje się łatwo klasyfikacji. Na pewno najwięcej w niej elementów sagi rodzinnej i właśnie romansu. Wtrąceń fantastycznych jest niewiele i stosując "brzytwę Lema" z łatwością otrzymamy powieść godną recenzji na łamach "Przyjaciółki", a nie "Innych Planet". Podczas lektury miałem zresztą wrażenie, że Barker bez przerwy wodzi mnie za nos. Z wypiekami na twarzy przewracałem kolejne strony, licząc wciąż na zaskakujący zwrot akcji, misterną woltę, niespodziewaną puentę. Tymczasem nic z tego i akcja urywa się jakby w pół zdania, wyczekiwany finał nie nadchodzi, a w głowie czytelnika pozostają znaki zapytania. "Żadna opowieść nie ma początku, jak i żadna opowieść nie ma zakończenia" -pisał Barker w Kobiercu (cytat z pamięci), by w Galilee doprowadzić to twierdzenie do ekstremum. Stąd biorą się tytułowe obiecanki-cacanki. Cierpliwości - zdaje się mówić autor spomiędzy wersów powieści. - Cierpliwości, już niedługo dostaniesz, czego oczekujesz - podczas lektury wciąż słyszałem jego głos. Tymczasem przewróciłem ostatnią kartę książki, ujrzałem spis treści, a w uszach dźwięczał chichot. Barkera.

Jedno jest pewne: Galilee to nie horror. Próżno szukać tu rozrywanych hakami ciał, gwoździ wbijanych w czaszkę; nie uświadczymy nawet paktów z diabłem. Równie mało trafione wydaje się porównanie do Faulknera, jakie sugeruje wydawca na IV stronie okładki. Jedynym punktem zbieżnym z twórczością autora Wściekłości i wrzasku jest miejsce akcji, czyli południe Stanów Zjednoczonych.

To co odróżnia tą powieść od wcześniejszego dorobku Barkera, jest prędkość akcji. Zdania płyną tu leniwie, dużo miejsca zajmują opisy szczegółów, mnożą się retrospekcje, narracja często ma charakter szkatułkowy. To zupełnie przeciwieństwo poprzednich powieści Barkera, gdzie fabuła jest gęsta niczym londyńska mgła i każdemu zdaniu należy poświęcić dużą uwagę, gdyż łatwo możemy przeoczyć śmierć głównego bohatera.

Tak jak Galilee nie poddaje się łatwo klasyfikacji, tak nie poddaje się łatwo interpretacji. Jedyną wykładnią, jaką odważę się zaproponować jest potraktowanie Galilee jako opowieści o człowieczeństwie bogów. Temat nienowy i obecny w kulturze co najmniej od starożytnej Grecji (choć specjaliści od mitów pewnie mnie poprawią). Że rodzina Barbarossów pretenduje do miana bogów, nikt nie powinien mieć wątpliwości (zwracam uwagę na imię głównego bohatera). Tylko, że są to bogowie bardzo ludzcy: tak samo kochają, zazdroszczą, nienawidzą, aż w końcu porzucają boskie powłoki, by stać się ludźmi. Taki klucz podaje Barker na ostatnich stronach powieści, chociaż nie potrafię zagwarantować, że jest to trop prawdziwy.

Trudno jednoznacznie ustosunkować się do tej powieści i wartościować ją w kategoriach dobra / zła. Powiedziałbym raczej: intrygująca, frapująca, niezwykła. Lecz czasami też męcząca i rozwlekła. Jeśli komuś nie przeszkadzają wypunktowane wcześniej uwagi, powinien po nią sięgnąć.

"UNDYING" CZYLI WSZYSTKO W JEDNYM

Patric Galloway od młodości był ekspertem w dziedzinie okultyzmu i zjawisk nadprzyrodzonych. W 1917 roku, podczas jednej z bitew I wojny światowej został porażony energią wyemitowaną przez zielony kamień. Życie uratował mu wtedy Irlandczyk. Jeremiah Covenant. Sześć lat później Patric otrzymuje od niego dramatyczny list. Jeremiah choruje na tajemniczą chorobę, a w jego posiadłość jest areną niewytłumaczalnych wydarzeń. Patricowi nie pozostaje nic innego jak wsiąść na statek płynący na Zieloną Wyspę, by nieść pomoc przyjacielowi.

Tak zaczyna się gra. - Ten dom potrzebuje księdza - usłyszymy za chwilę od służącej i wejdziemy po stromych schodach w poszukiwaniu pokoju Jeremiaha. Kilka kroków później natkniemy się na ducha i zacznie się robić naprawdę strasznie.

Undying to gra z gatunku FPP. Skrót ten tłumaczy się jako First Person Perspective, co oznacza, że obserwujemy świat gry z perspektywy kierowanego przez nas bohatera. Z jednej strony jest to gra zręcznościowa, lecz z drugiej trzeba też nieco pomyśleć. Nacisk bowiem został położony na aspekt "detektywistyczny". Z porozrzucanych wiadomości, ze strzępów pamiętników, z toczonych rozmów, powoli wyłania się obraz prawdziwej historii rodziny Covenant. Historii, która nie powinna stanowić niczyjej chluby.

Nie wiem. jakie są wymagania formalne recenzji gry komputerowej, ale powinienem chyba wspomnieć o grafice i muzyce. Będąc zupełnym laikiem w tej dziedzinie, grafikę oceniam na rewelacyjną. Uwagę zwracają urozmaicone lokacje. Dużo czasu spędzamy na terenie posiadłości Covenantów, lecz przyjdzie nam też odwiedzić katakumby rozciągające się pod rodzinnym grobowcem, spenetrować ruiny irlandzkiego opactwa, a nawet przenieść się do innego wymiaru. Również muzyka to prawdziwa perełka. Zwłaszcza operowy motyw, pojawiający się na ekranie tytułowym, który słyszymy potem w kulminacyjnej scenie.

Osobom spragnionym odpowiedzi na pytanie "czy jest tu jakiś quest'?" odpowiadam, że quest jest i to nie jeden, ale pięć (tyle ile rodzeństwa miał Jeremiah plus przyjaciel rodziny). Każda z części utrzymana jest w innej konwencji, charakterystycznej dla innego rodzaju Barkerowskiego (i nie tylko) horroru. "Elizabeth quest" to klasyczna gotycka opowieść grozy, gdzie roi się od szkieletów i wilkołaków, nie znajdująca chyba pierwowzoru w twórczości Barkera. "Aaron quest" przenosi nas w klimat dalekiego wschodu: piraci, orientalna magia, opowieści z tysiąca i jednej nocy. To chyba oznaka fascynacji kulturą Azji (część akcji Galilee rozgrywa się w Samarkandzie). "Kessinger quest" otwiera bramę do innego wymiaru. Prowadzące donikąd schody, wiszące w powietrzu bramy... Kolejny "Aaron quest" to Barker w najczystszej postaci! Historia malarza, którego pragnieniem było tchnąć życie w obrazy, z powodzeniem mogłaby znaleźć się na łamach Ksiąg krwi. Tytułowy Aaron to również typowy "bohater Barkerowski". Przeniesiony żywcem z atlasu anatomicznego, kości i mięśnie, żywcem obdarty ze skóry. Do tego dochodzi świst haków i każdy wie, że niedaleka droga prowadzi od Aarona do Cenobitów. Wreszcie historia ostatnia "Betheny quest" rozgrywa się w świecie Wiecznej Jesieni. Zawsze uważałem, że Barkerowi najsłabiej wychodzi mariaż literatury grozy z fantasy (vide Imaijca), więc ostatni quest mam za najsłabszą część gry.

Uważam Undying za najlepszą grę, w jaką kiedykolwiek grałem. Być może dla wielu będzie to opinia myląca, gdyż w dziedzinie gier komputerowych jestem zupełnym profanem i nie znam prawie innych tytułów z wyjątkiem tego jednego. Co nie przeszkadza mi gorąco polecać wszystkim właśnie Undying.

l tak wyłania się obraz Clive'a Barkera na początku nowego tysiąclecia. Obraz artysty zmęczonego starą konwencją. Twórcy otwartego, poszukującego i nie oglądającego się na schematy. Nie wszystkie podejmowane eksperymenty są do końca udane, należy jednak docenić odwagę (proszę porównać z zachowawczą postawą S. Kinga). Zatytułowałem artykuł "Nowa twarz horroru", lecz widać teraz, że horror to dla Barkera zbyt mało, a jego nowa twórczość rozsadza łamy gatunku. On jeszcze nie raz zadziwi czytelników, jestem tego pewien.

Clive Barker, Galilee, wyd. Zysk i Ska, Poznań 2003.
Clive Barker's Undying, EA Games 2001.

Recenzja pochodzi z fanzinu "Inne Planety" #14.

Inne Planety - 14 - (/2004) zima

Wydawnictwo: Klub Fantastyki "Druga Era"
Tytuł: Inne Planety
Data wydania: 11/2004
Liczba stron: 72
Format: A5
Papier: matowy
Druk: cz.-b.
Materiały powiązane:




blog comments powered by Disqus