Kreowanie sensu

Autor: Łukasz "Gustav" Śmigiel
22 stycznia 2010

Georg Simmel stwierdził kiedyś, że „człowiek nie może żyć z siebie samego, ponieważ jego wnętrze nie tworzy żadnych wartości”. Tę myśl dopełnił, choć zapewne nieświadomie, Heinrich Rickert w eseju „Człowiek i kultura”, oświadczając, że „dopiero w odniesieniu do rzeczywistości, której nie pozostawiamy samej sobie i jej własnemu rozwojowi, lecz którą w pewien sposób „pielęgnujemy”, możemy mówić o sensie pełnym treści i wartości bytu”. Oba cytaty w sposób najprostszy z możliwych dają odpowiedź na pytanie o sens ludzkiego istnienia.
Odpowiedź na podstawowe pytanie filozofii, które, jak żartobliwie zwykło się mówić, brzmi „dlaczego?”, nie leży przed nami na chodniku. Sens życia to zbiór wyznawanych przez nas wartości oraz bardzo specyficzne podejście do otaczającego świata. Na szczęście wartości, o których pisze Simmel oraz zdolność „pielęgnowania” rzeczywistości, o której wspomina Rickert, jesteśmy w stanie wykreować sami. Stwarzanie samego siebie i naszego wnętrza jest niezbędne do tego, by zrozumieć sens istnienia. Proces ten nie należy jednak do najłatwiejszych.

Dziwność Świata...

Wyobraźmy sobie typową sytuację stresu przed egzaminem na studiach. Została niecała godzina, ostatnie dwa tygodnie poświęciliśmy na wyczerpującą naukę. Wsiadamy do autobusu i nagle dochodzimy do wniosku, że to wszystko, co przesuwa się za zabrudzoną szybą, jest nierealne.
Jeśli zdarzyło nam się coś takiego, nie panikujmy. Nie jest to żaden „błąd matrycy” (odwołań do filmu „Matrix” trudno uniknąć, ale postarajmy się w naszych rozważaniach zapomnieć o nim chociaż na chwilę), wręcz przeciwnie, możemy sobie pogratulować, doświadczyliśmy bowiem niezwykłego uczucia, które nazwać można „dziwnością świata”. Nie ma powodów do obaw, nie zwariowaliśmy. Uczucie „dziwności” wywołały zapewne stres i fakt, że przez dwa ostatnie tygodnie wyczerpującej umysłowej pracy nie koncentrowaliśmy się na świecie, lecz na przyziemnej niekiedy nauce.
O stanie „dziwności świata” bardzo interesująco pisze Witkacy w książce „Narkotyki. Niemyte dusze”, a temat ten nasuwa też powieść Philipa Jose Farmera „Gdzie wasze ciała porzucone”. Historia tam pokazana przedstawia się następująco:
Po śmierci ludzie trafiają na dziwną planetę (sztuczną asteroidę?), przeciętą w poprzek niekończącą się rzeką. Spotkać tam można takie persony, jak Homer, Wilhelm Zdobywca, Herman Göring , czy chociażby plemię Apaczów. Umrzeć po raz kolejny w nowym świecie nie sposób, zawsze się do niego wraca. Naturalnym jest, że pierwsze pytanie, które nasuwa się bohaterom, brzmi – po co to wszystko? Co my tu robimy? Jaki jest sens tego wszystkiego, czy też... Dlaczego? Zaczyna się poszukiwanie odpowiedzi.
Nie chcę zdradzać, jakie jest ostateczne zakończenie powieści, ale jednym z bardziej sensownych rozwiązań, które się w książce przewijają, jest hipoteza zakładająca przeprowadzenie na ludzkości socjologicznego eksperymentu. Ktoś umieścił bohaterów w „niby świecie” i obserwuje ich poczynania.
Spójrzmy jednak na to zagadnienie z innej strony i załóżmy, że aby stać się obiektami takiego eksperymentu, wcale nie musimy umierać i przenosić się do alternatywnego świata. Załóżmy, że eksperyment przeprowadzany jest tu, na miejscu, bo (wracając do „dziwności”): czy istnienie takiego tworu, jak nasz świat, nie jest czymś zastanawiającym i niesamowitym? Nie byłoby to niesamowite, gdyby takich „Ziemi”, jak nasza, istniało kilka, ale na razie wiadomo, że jest tylko TA, jedna, jedyna.
Czy, idąc dalej – wszystkie teorie dotyczące Wielkiego Wybuchu, rozwoju życia na Ziemi i ewolucjonizmu (zakładającego pochodzenie człowieka od małpy), nie brzmią nieco naiwnie? Skąd mamy pewność, że cała historia ludzkości nie jest wyssana z palca? Przecież nikt z nas nie był w starożytnej Grecji. Cała nasza wiedza w tej kwestii bierze się wyłącznie z zapisków i znalezisk (sfabrykowanych? podrzuconych?). Zdajemy się na to, co widzimy i czujemy, czyli na nasze zmysły, które przecież jakże łatwo jest oszukać. Informacje czerpiemy od innych, tych, którzy już wierzą w otaczającą nas rzeczywistość. Ufamy książkom i mediom, ponieważ tak robią wszyscy.
„Normalność” otaczającego nas świata jest nam wpajana od dziecka. Od początku naszego istnienia, jesteśmy uczeni zasad życia w społeczeństwie oraz posłuszeństwa wobec autorytetów (rodziców, nauczycieli, przełożonych itd.), a wszystko po to, aby w konsekwencji przestać dziwić się światu i przyjmować go takim, jakim jest. Przykładowo – nie popełnię samobójstwa, bo setki razy słyszałem, że pociąga to za sobą tylko ból i koniec ostateczny. Nikt nie jest w stanie opowiedzieć ludzkości, co jest potem, po śmierci. O ile naturalnie w ogóle coś jest... Dlaczego miałoby być? Dlaczego...
Nie popadajmy jednak w paranoję. Przywołanie uczucia „dziwności świata” to dopiero początek rozważań, poszukiwanie punktu wyjścia, czegoś, na czym można się oprzeć, aby iść dalej. Szukamy bowiem nadal odpowiedzi na pytanie, gdzie w tym wszystkim, co nas otacza, tkwi jakiś sens? Dziwność świata pozwala nam uświadomić sobie, że żyjemy. Zyskujemy dzięki niej poczucie istnienia. Sensownie jest bowiem przyjąć, że jesteśmy prawdziwi. A skoro tak, to prawa, które sami tworzymy i rzeczywistość nas otaczająca, przynajmniej ta społeczna, również są prawdziwe. Wiem doskonale, że za zastrzelenie kogoś na ulicy czeka mnie kara więzienia – sami stworzyliśmy tę zasadę, więc bezsprzecznie musimy jej podlegać.
W tym miejscu rozważań może się już pojawić pewne usatysfakcjonowanie, bo skoro to, co nas otacza, jest prawdziwe (a przynajmniej konsekwencje wobec braku podporządkowania się systemowi są prawdziwe), można się temu poddać i robić wszystko tak, aby żyć możliwie dobrze i wygodnie. Wielu ludzi właśnie takie rozwiązanie uważa za odpowiedź na pytanie „dlaczego?”, za odpowiedź na pytanie o to, jaki jest sens. Jest jak jest, więc po prostu żyjmy. Pozostawmy rzeczywistość samej sobie. Po co się temu wszystkiemu dziwić?
Puśćmy jednak jeszcze przez chwilę wodze fantazji i zastanówmy się, czy to, co nas otacza, można rzeczywiście uznać za „sens ostateczny”? Przecież całą kulturę, naukę, wszystkie rzeczy, które czynią nas ludźmi, człowiek stworzył na własne potrzeby – głupotą byłoby uznawać te zasady za „sens ostateczny”. Rousseau stwierdził, że „kultura jest naroślą na prawdziwej naturze rzeczy”. Jaka jest jednak ta natura? Przecież prawa i zasady, o których wspominałem, obowiązują nas tylko tu i nigdzie indziej. Co by się stało, gdybyśmy w te wszystkie prawa nie wierzyli i wrócili do natury? Do tak zwanego nasci – tego co wyrosło samo z siebie, bez udziału człowieka. Aż strach pomyśleć, że wtedy prawdopodobnie nie różnilibyśmy się za bardzo od zwierząt, bowiem to właśnie nauka, wielkie religie czy systemy, normy i dogmaty świadczą o naszym człowieczeństwie i odróżniają („wyróżniają”) ze świata fauny i flory, a zarazem konwencjonalizują, czy wręcz komplikują pewne odwieczne, naturalne prawa. Przykładem mogą być tu bliskie relacje międzyludzkie. To osiągnięcia nauki, psychologia, feminizm i instytucja małżeństwa uczyniły z prostego faktu „bycia z kimś” coś, co nazywamy obecnie „związkiem”. Bez całej wymyślonej przez ludzi otoczki, każde bycie razem sprowadzałoby się przecież do instynktu stadnego, iskania i przekazywania puli genowej (czyli „aktu miłosnego”). Czy więc mamy ślepo poddać się kreowanej przez nas samych rzeczywistości tylko po to, aby przestać grać rolę zwierząt i zacząć udawać formę wyższą, za którą powszechnie się uważamy? Zapomnieć o szukaniu głębszego sensu, przestać się zastanawiać i dziwić światu oraz zaufać filozofii, która mówi: „jest jak jest, trzeba korzystać”?
Ktoś pewnie zapyta: Po diabła o tym wszystkim myśleć, przecież jutro egzamin, wypłata, rozliczenie z fiskusem...? – Myślenie nie boli, ono rozwija, a o rzeczach ważnych myślimy ostatnio coraz mniej. Dziwmy się więc światu, póki możemy, to przybliża sens.

Użyteczność...

Tak oto, dzięki uczuciu „dziwności świata” doszliśmy do tego, że w poszukiwaniu sensu trzeba wyjść poza ogólnie przyjęte zasady życia w społeczeństwie i pielęgnować w sobie umiejętność zdumiewania się tym, co nas otacza. Jostein Gaarder w słynnej książce „Świat Zofii” pisze, że posiadamy tę zdolność od dziecka. Idący ulicą pięciolatek będzie żywo reagował na widok każdego psa. Będzie się mu dziwił. Z kolei jego rodzic nie zwróci na psa uwagi, bo widział w życiu setki takich zwierząt. Dziwność świata jest jedną z wartości, które powinniśmy w sobie nieustannie rozbudzać. Dzięki niej możemy bowiem nabrać dystansu do zjawiska, które stoi w opozycji do „sensu istnienia”. Chodzi tu o śmierć, która pozwoli nam odkryć drugą składową sensu życia. Ale po kolei...
Pewnej nocy obudziłem się nagle o 2.35. Pamiętam dokładnie, że była to akurat ta godzina. Specjalnie rzuciłem okiem na zegarek, aby sprawdzić, jak daleko jeszcze do chwili, w której, przyprawiając mnie o dreszcze, włącza się budzik.
Obudziłem się z wewnętrznym przeświadczeniem, że jest mi źle. Chociaż leżałem w ciepłym łóżku, w bezpiecznym domu, otulony miękką pościelą, uczucie wcale nie mijało. Przyssało się do mego żołądka, rozgościło w głowie i w ustach. Miało okropny, żelazowy posmak. Chwilę wcześniej śniłem o dziewczynie, którą, jak mi się zdawało, kochałem przez długie lata. Przypomniało mi się, jak którejś nocy rozmawiałem o niej z przyjacielem na cmentarzu, w pobliskim parku. Próbując wtedy zrozumieć, dlaczego wciąż odrzucała moje zaloty, krzyknąłem w przypływie złości, że „to wszystko i tak nie ma sensu”. Mój przyjaciel pomilczał przez chwilę, po czym dodał: „Ale gdybyś z nią był, gdyby cię zechciała, sens wszystkiego szybko by wrócił...”. Warknąłem, że fakt bycia z kimś nie ma znaczenia, jeśli chodzi o „sens”... Wiele godzin później, o 2.35 zrozumiałem jednak, że mój przyjaciel miał sporo racji.
Każdy z nas szuka sensu i odpowiedzi na magiczne pytanie „dlaczego?”. Problem polega na tym, że większość ludzi jest na tyle pochłonięta życiem, że nawet nie zdaje sobie sprawy ze swoich poszukiwań. A przecież wielu, intuicyjnie, odnajduje sens życia w prokreacji lub, ujmując to w bardziej romantyczny sposób, w realizowaniu się w drugim człowieku (i właśnie dlatego mój przyjaciel miał sporo racji). Podobnie jak w przypadku wspomnianego przy okazji „dziwności świata” życia w społeczeństwie, realizowanie się w drugim człowieku nie jest zapewne sensem ostatecznym. To raczej jedno z pośrednich rozwiązań, które pozwalają nam zapomnieć o największym przekleństwie – o fakcie, że czegokolwiek byśmy w życiu nie zrobili i tak umrzemy.
Tak jest, wszyscy, bez wyjątku, prędzej czy później, boleśnie lub przyjemnie. Z tego faktu zdałem sobie sprawę o wspomnianej 2.35. Kiedy się to zrozumie, nagle wszystko przestaje mieć sens. Poszukiwania odpowiedzi na pytanie „dlaczego?” zostają przerwane. Równie dobrze można usiąść w kącie i czekać bezczynnie na koniec (o uczuciu tym, zwanym śmiercią „interwalną” więcej dowiedzieć się można chociażby z „Księgi żałoby i śmierci” Mariana Wańczowskiego). Wspaniałomyślna Natura, aby uchronić nas od szaleństwa, dała nam jednak prokreację i dzięki łączeniu się w pary, zakładaniu rodzin, kolejnym miłosnym wzlotom i upadkom nie myślimy o śmierci i możemy „normalnie” egzystować. Pytanie tylko, czy to faktycznie sens, którego szukamy...?
Idźmy więc dalej. Jeżeli nie mamy szczęścia w miłości, nie rozpaczajmy. Naprzeciw naszym potrzebom wyszedł bowiem także „system”, cywilizacja – skoro nie potrafimy odnaleźć sensu w drugim człowieku, system pozwoli nam się zrealizować w pracy. Od ósmej do dwudziestej, pięć dni w tygodniu, od weekendu do weekendu, od urlopu do urlopu. Nie ma tu czasu na myślenie o śmierci czy o sensie, bo i kiedy o tym myśleć, gdy w głowie mamy tylko zarabianie pieniędzy, wydawanie pieniędzy i walkę o to, by dalej je zarabiać i wydawać lub by zarabiać ich jeszcze więcej. To jednak także tylko pozorny sens, zasłona stworzona przez drugą (po prokreacji) siłę napędzającą do życia nasz świat.
Trzecią siłą, która pomaga nam w zapominaniu o śmierci, czyli może nam wskazać ewentualny sens, jest oczywiście religia. Prawie każda, niezależnie od miejsca, w którym powstała, obiecuje za życie zgodne z jakimiś zasadami i etyką, drugie życie – wieczne, a ludzie, którzy w to wierzą, przestają się bać (przynajmniej na chwilę). Aby nie myśleć o śmierci, można więc realizować się również poprzez wiarę i religię, choć jest to taka sama osłona chroniąca nas przed szaleństwem, jak dwie poprzednie.
Wygląda na to, że teraz powinienem podać czwarte, naprawdę „sensowne” rozwiązanie, ale nic z tego. Czwartej drogi nie ma. Prócz tego, co opisałem, nie ma już nic. Żadnego sensu. Jeżeli jutro zginiemy – ty, czy ja, reszty świata to nie obejdzie. Nic się nie zmieni. Być może poruszeni będą przez jakiś czas nasi bliscy, ale prócz nich i ewentualnego zaangażowania osób postronnych w postawienie naszego nagrobka, nic niezwykłego się nie stanie. Jeżeli więc nie byliśmy dotąd użyteczni dla drugiej osoby (miłość), użyteczni dla systemu (praca) albo dla religii (etyczne postępowanie, wiara), nasze życie uznać można za bezsensowne. Przypomnę tylko, że nie chodzi tu nawet o sens wszechrzeczy, ale o malutki, mikro-ziemski sens. A zamyka się on w jednym słowie – użyteczność. Nasze wnętrze musi tworzyć jakieś wartości, jak pisał Simmel. Możemy być tylko użyteczni. Ale nawet bycie użytecznym wcale nie jest takie proste. Jest bowiem pewna subtelna różnica w realizowaniu się w drugim człowieku, którego czasami się bije, a kochaniu kogoś tak mocno, że można za niego oddać bez mrugnięcia okiem własne życie. Inna jest użyteczność maklera, który codziennie sprzedaje i kupuje tysiące cyferek, a inna kompozytora, który pisze eversong taki jak „November Rain” i dzięki temu daje chwile szczęścia milionom ludzi na całym świecie.
Gdybym mógł wybierać, naturalnie wybrałbym miłość na śmierć i życie oraz pisanie eversongów, ale pamiętajmy, że wspomniany makler nie musi być użyteczny tylko przy pracy z cyferkami. Może mieć także wspaniałą rodzinę, a z kolei jego syn może za parę lat okazać się właśnie twórcą eversongów. Sensem jest więc nie tylko użyteczność, ale użyteczność szlachetna, stawanie się lepszym człowiekiem. Dawanie z siebie czegoś innym, a nie poprzestawanie jedynie na wklepywaniu w komputer cyferek i spędzaniu wieczorów przy telenoweli. Czy zatem poprzez „użyteczność” znaleźliśmy nasz upragniony sens?
Nie do końca. Wszystko to bowiem nadal tylko oszustwa. Trzy drogi, które nie pozwalają nam myśleć o nadchodzącym końcu. Trzy drogi do użyteczności, dzięki której o śmierci przypomnimy sobie dopiero w momencie, gdy serce zabije nam po raz ostatni. Użyteczność to niewątpliwie druga składowa naszego „sensu”. Myślenie o śmierci prowadzi do jeszcze jednego wniosku.

Śmierć właściwa...

Wątpliwości bywają irytujące, ale to właśnie one zmuszają do myślenia. Podtrzymuję poprzednie przekonanie, że po uświadomieniu sobie nieuchronności śmierci wszystko, co robimy, traci sens. Nadal wierzę, że biorąc pod uwagę śmierć, tak naprawdę żadne z naszych działań nie ma sensu! To, że napisałem esej nie zmieni tego, że kiedyś umrę.
Od czasu wspominanej już, pamiętnej nocy z magiczną godziną 2.35, kiedy to wpadłem na olśniewający pomysł, że kiedyś umrę, minęło wiele miesięcy. Nie jest łatwo egzystować z powyższym przeświadczeniem, dlatego podświadomie szukałem przez ten czas czegoś, co ułatwiłoby mi codzienne zwlekanie się z łóżka. Pomogły wymienione powyżej trzy zastępcze drogi do znalezienia sensu w życiu, które zawierają się w słowie „użyteczność”. Przetrwałem dzięki nim kolejną depresyjną zimę, śmierć dwóch bliskich mi osób... Przeżyłem wspaniały wyjazd w Tatry i poznałem wielu niezwykłych ludzi.
Wątpliwości napędzane przez „dziwność świata”, dopadały mnie nieraz. Przypominam sobie zeszłoroczny, pierwszy dzień wiosny w Polsce. Było wspaniale. Nareszcie wyszło słońce. Jechałem ogrzanym jego promieniami autobusem. Tydzień wcześniej wysłuchałem wykładu o eksterminacji ludności żydowskiej. Dzień wcześniej czytałem książkę Jacka Baczaka o umieraniu w hospicjum, słyszałem radiowy reportaż o umierającej na raka dwuletniej dziewczynce i... prowadziłem mocno wiosenną audycję w radiu, pełną romantycznych utworów – A-ha, Stinga, Collinsa i Petera Gabriela... Dziwne...
Słońce w autobusie przyciemniło szkła moich okularów. Spojrzałem na prawo – piękny, zielony park. Żwirowane ścieżki, dopiero co odmalowane ławki, nawet wiewiórka na jednym z pni drzew zdawała się szczerzyć do mnie zęby w uśmiechu. Park był pusty... Odwróciłem głowę. Po lewej cmentarna brama, betonowe mury, szary kamień, pełno błota i... Mnóstwo ludzi! Setki zaparkowanych aut, tłumy na wąskich ścieżynkach... Dziwne?
Przez chwilę miałem wrażenie, że nic z tego nie rozumiem. Zbliżały się Święta Zmartwychwstania, a wszyscy ludzie, jak oszaleli spieszyli do miejsca pełnego wspomnień o śmierci. Podczas Bożego Narodzenia ludzie robili dokładnie to samo. Wydaje się, jakby mieszkańcy tego kraju mieli za Boga – śmierć, wspomnienia i zmarłych.
I tu wracamy do poszukiwań sensu, których śmierć jest trzecią składową. Trzeba ją bowiem postawić tuż obok dziwności świata i użyteczności. Czy jednak należy z jej pomocą szukać sensu w sposób, w jaki robią to tłumy za cmentarną bramą w Boże Narodzenie i pierwszy dzień wiosny? Moim zdaniem nie.
W obliczu śmierci wszystko traci sens. Boimy się jej. Nie chcemy o niej zapomnieć nawet w Boże Narodzenie. Tymczasem, jeśli śmierć jest końcem istnienia, a więc nie ma czego się po niej spodziewać, to czemu się jej obawiać? Co zmieni przywiązywanie do niej tak wielkiej wagi?
To nie śmierć jest straszna, lecz umieranie – tak wynika ze wspomnianego wykładu o holokauście, tak wynika z książki Baczaka i z reportażu o dziewczynce, wyemitowanym w radiowej Trójce. Umieranie to wciąż jeszcze istnienie. Śmierć nie ma już z istnieniem nic wspólnego. Jestem pewien, że obie dość bliskie mi osoby, które ostatnio odeszły z tego świata, byłyby ze mnie bardziej zadowolone, gdybym zamiast sterczeć w cmentarnej kolejce po kwiaty, poszedł do zalanego słońcem parku, przysiadł na jednej z ławek, wziął trzy głębokie oddechy i przywołał kilka związanych z nimi chwil wartych wspomnienia...
„Gdybym w ogóle nie istniał, gdyby na niczym mi nie zależało, byłoby to bez znaczenia. Ale jestem i zależy mi. I to się liczy.”– Tak napisał niegdyś Thomas Nagel. Między innymi właśnie to zdanie pomogło mi dotrwać do kolejnej wiosny i później do kolejnych Świąt Bożego Narodzenia. Przestańmy bezmyślnie czcić śmierć! Ona ma nas gdzieś. Śmierć nie boli. Zamiast tego wykorzystajmy ją dla swoich celów, tak, aby pomogła nam w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”.
Kiedy uświadomimy sobie, że nie ma się co przejmować absurdalnymi niekiedy zasadami systemu społecznego, w którym przyszło nam żyć (stworzyli je przecież tylko ludzie!), kiedy damy się ponieść „dziwności świata”, która otwiera nam głowy i wreszcie, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że naszą siłą jest użyteczność względem innych i samodoskonalenie się, a śmierć to nic strasznego, bo po niej nie ma niczego – ani dobrego, ani złego, wtedy właśnie możemy poczuć się wolni! Możemy powiedzieć sobie, że w całym otaczającym nas bezsensie – systemie, prokreacji, religii, śmierci, odnaleźliśmy odpowiedź na magiczne pytanie „dlaczego?”.

Swego czasu stwierdzenie „już nigdy” wygrało konkurs na najsmutniejszy zwrot świata. Stańmy w opozycji do „już nigdy” i, biorąc sprawy w swojej ręce, powiedzmy, że „już zawsze” będziemy dziwić się światu, zawsze będziemy użyteczni dla innych i zawsze już na śmierć patrzeć będziemy bez strachu, z dystansem. Znając te trzy składowe szczęścia, jesteśmy w stanie tworzyć wartości, o których mówił cytowany już przeze mnie Georg Simmel i „pielęgnować” otaczającą nas rzeczywistość, o czym wspominał Heinrich Rickert.
Coraz bardziej popularna ostatnio psychologia pozytywna uczy, jak kreować własne szczęście. Dlaczego więc nie pójść krok dalej i na postawie powyższych wytycznych nie wykreować własnego życiowego sensu? No właśnie, dlaczego...?




blog comments powered by Disqus