Kto kocha małego brata


Ile jeszcze, proszę literackiego koleżeństwa, brudnymi rękami chcecie napisać książek o tym, że świat jest zły? Krew mnie zalewa gdy czytam wynurzenia kolejnego durnia, który najpierw zębami i pazurami, w czasie ustawowym i po godzinach budował system współczesnego korporacyjnego feudalizmu, a teraz skamle i publicznie użala się nad sobą, że młodość sobie zmarnował, że życie wyprano mu z sensu do schizofrenicznej bieli, a świat wokół podły...

Czarę pogardy napełnioną obficie przez Zwał Shutego, Gangrenę Kornagi, małoduszne powiastki Sowy, Sieniewicza i kogo tam jeszcze, przelało mi Pokalanie Piotra Czerwińskiego. Tak, pamiętam, że w Lampie 6/2005 posłałem Czerwińskiego na leczenie psychiatryczne, ale załóżmy, że się mylę i Pokalanie nie jest zapisem klinicznym przypadłości umysłu, lecz kreacją literacką. Doprawdy, lepiej dla Czerwińskiego abym się nie mylił! Choremu należą się troska i współczucie oraz bezpieczeństwo od Lewandowskiego. Jeżeli więc casus Czerwińskiego nie jest przypadkiem medycznym, lecz jednak literackim, to ja mu radzę żeby szybko i skutecznie ześwirował, albowiem jak cytował był PDW jako motto Parnasu Bis: Nie ma litości dla skurwysynów!

Nie jednemu Czerwińskiemu nie współczuję ani trochę! Przez jednego skurwiela z drugim i trzecią, przez ostatnie 15 lat wokół mnie rosną coraz wyższe i gęściejsze mury, które z roku na rok coraz trudniej omijać. Każda nowa umiejętność, którą nabywam, wliczając w to doktorat z filozofii, okazuje zaledwie wystarczająca aby kolejny znaleźć ser w labiryncie szczurzych autostrad, w którym kreatywne sługusy najpierw gorliwie zamurowują wszelkie szczeliny, nisze, przejścia dla pieszych i boczne ścieżki, a potem narzekają, że nie ma gdzie ukryć się przed galopującym peletonem. Nie dość, że muszę co miesiąc bardziej naharować się by przeżyć w tej matni (a lat i wypalenia stale przybywa), to jeszcze ludzie, którzy mi tę gimnastykę zafundowali chcą teraz robić za moje bratnie dusze... O nie, dziękuję pięknie, do kurwy nędzy!

Uczciwe kurwy bardzo przepraszam. W ciągu ostatnich 10 lat nabrałem ogromnego szacunku dla prostytutek, które w przeciwieństwie do rzeczników prasowych i innych pracowników public-relations sprzedają dupy, a nie twarze i z reguły nie czynią swego rzemiosła publicznie. Co więcej, nie dają dup na niby, nie biorą zasiłków, nie kradną moich podatków. Przede wszystkim zaś nie udają, że są kimś innym.

Jakim prawem osądzam? Prawem wolnego człowieka, który do czterdziestki pozostał sobą i z niczego nie zrezygnował, zwłaszcza z samorealizacji, pomimo braku stałej roboty i obciążenia rodziną. Tak, przyszła pora by o tym powiedzieć. Może po to, byście wiedzieli czym się różni prawdziwy nonkonformizm od medialnej zabawy w licencjonowanego buntownika a'la Shuty.


Na Wilka Starego obława

Zapewniam, że można mieć żonę, dwie córki i nie mieć żadnego etatu, żadnego zasiłku dla bezrobotnych, żadnych kredytów, wygranych na loterii, a mimo to żyć po swojemu. Trzeba tylko wziąć się w garść i zaraz robi się romantycznie. Przykładowo, przez sześć lat byłem tzw. jedynym żywicielem rodziny, moja kobieta siedziała w domu najpierw z jedynką, potem z dwójką drobiazgu. Ja co dzień wychodziłem w miasto, najpierw z maszynopisem, potem z dyskietką w teczce, a jak wracałem z wierszówką mówiłem, że "przyniosłem mamuta". Byłem i ciągle jestem wystarczająco dobrym myśliwym ze szklanej dżungli żebyśmy nie musieli biedować. Owszem, czasem kosztem dzikiej harówki - bywało, że obsługiwałem na raz jedenaście redakcji, w porywach trzy dziennie i był tydzień, kiedy ukazało się dziewięć moich tekstów, każdy w innym piśmie. Wychodziłem z domu o siódmej rano, wracałem po dwudziestej pierwszej i czułem się jak mężczyzna.

Jednak to było mi mało, więc do powyższego dołożyłem sobie jeszcze publicystykę aferową, w tym jedną rozpieprzoną w drobiazgi republikę kolesiów w Kielcach (Przegląd Techniczny 9/1998) z perspektywą dwuletniej odsiadki za zniesławienie wiszącą nade mną przez lat siedem. Ponadto, kariera literacka wraz z Nagrodą Zajdla za Notekę 2015, a kiedy wzięła mnie metafizyka, na własny koszt zaliczyłem sobie studia doktoranckie z filozofii, co dla absolwenta Polibudy nie było przedsięwzięciem oczywistym. (To była inżynieria chemiczna, nie chemia, zatryb wreszcie PDW!).

Formalnie byłem i jestem nie rejestrowanym bezrobotnym, ojcem rodziny, pisarzem, ściganym przestępcą, poszukującym doktorantem/doktorem oraz facetem, którego nie lubi Masłowska, w porywach wszystko na raz. Czy to z powodu ostatniej z wyliczonych zaszłości, za karę, mam uwierzyć Shutemu, że nie ma innego wyjścia jak w robocie lizać dupę cynicznej szefowej? Przytaknąć Czerwińskiemu, że jak przychodzi "prawdziwe życie" to nie ma przebacz, trzeba pokalać młodzieńcze ideały? Podzielić zdanie Kornagi, że jedyną stosowną reakcją na zło tego świata jest czynienie jeszcze większego zła i lizanie własnego gówna, by odreagować?

Zaprawdę po protestancku powiadam Wam: ci co swój los przeklinają, sprawiedliwą karę odbierają za swoje grzechy. Sami się skazali na piekła za życia, które teraz w swych książkach opisują. Byłbym skłonny nieszczęśnikom współczuć, lecz oni i mnie do swoich piekiełek usiłują wciągnąć i resztę świata na ich modłę przerobić, więc muszę wykonać zwrot zaczepny. Tym bardziej, że aby było bardziej bezczelnie ludzie ci kreują się na ofiary Systemu!

Zresztą, jaki on tam System ten system. Systemy to mieli Hitler i Stalin, a to jest co najwyżej systemik, ufundowany nie na zbrodni, lecz dobrowolnej składce podłości. Systemik ów od 15 lat uparcie ściga mnie poprzez swoich kadrowych funkcjonariuszy, takich jak podszyci autorską autobiografią bohaterowie Shutego i Czerwińskiego. Owi funkcjonariuszkowie systemiku co dzień usiłują zmusić mnie do używania zacinających się bankomatów i pisania tekstów, po przeczytaniu których ludzie stają się głupsi.

Shutemu mogę wybaczyć. Bankomatów bowiem nie używam nadal i pamiętam, że nie on sam ogłosił się "prorokiem nonkonformizmu", tylko jego egzaltowani wielbiciele oraz młode dziennikarki pragnące zaistnieć w druku zrobili z niego ów produkt medialny. Niewątpliwa sprawność języka literackiego stanowi minimalne uzasadnienie Paszportu Polityki. A że facet prywatnie ni cholery nie wie czego chce i po prostu konformistycznie poddaje się życiowym okazjom, raz idąc w kamasze, raz w japiszony, następnie siekąc się parówkami, a potem znów idąc w manekiny, no cóż, każdemu wolno być zagubionym we wszechświecie inflacyjnym. Ważne, że Shuty ma swoją wewnętrzną granicę skurwysyństwa, której nie przekracza. A mógł wszak w banku wytrwać, skutecznie podłożyć świnię pierwowzorowi Basi, zająć jej miejsce i dopieroż napisać czadową książkę o tym, jak to w finansowej korporacji jest źle...

Tak dochodzimy do przypadku Czerwińskiego. Mam wrażenie, że spotkałem faceta wiele razy, w wielu redakcjach prasowych, choć gdybym spotkał dokładnie samego Piotra Czerwińskiego, z pewnością bym go zapamiętał z racji niepowtarzalnego podobieństwa do Fantomasa. Musiałem więc spotykać jego mentalne klony na stanowiskach naczelnych, dyrektorów kreatywnych, sekretarzy redakcji, szefów działów, redaktorów odpowiedzialnych itd. - tak masowym Czerwiński jest reprezentantem systemiku.

Nie lubię tej armii klonów, bo nie dają mi żyć. Wciąż wkraczają w moje nisze ekologiczne i ograniczają godziwe możliwości zarabiania wierszówek. Szeregi tych Fantomasów gończych, zwierają się z roku na rok szczelniej. Istna obława z nagonką. W końcu pewnie mnie zagnają pod most, lecz jeszcze nie teraz. Dziś jeszcze Staremu Wilkowi służą kły, więc pożałują ogary, że poszły w las.

Słyszałem kiedyś takie życiowe prawo, że jak się robi coś, co człowiekowi nie podchodzi, należy przestać to robić i np. rzucić pracę lub rozwieść się z żoną, bo inaczej człowiek zaczyna gnić od środka. Narrator Czerwińskiego jest zaawansowanym w rozkładzie żywym trupem, któremu wewnętrzna zgnilizna dawno już wylazła na wierzch. Perwersyjnie podziwiam jego chart ducha. Ja, gdy puściłem parę głupich tekstów w piśmie dla panów, doznałem potem takiego psychicznego dyskomfortu, że raczej już więcej tego nie zrobię. Bohater Pokalania tymczasem całymi latami tłucze teksty, które go nie satysfakcjonują i jeszcze ma siłę pisać następne. Autor, jak zasięgnąłem języka, żyje podobnie. To nie lepiej wyjechać w Bieszczady i zająć się wypałem węgla drzewnego? Jak kogoś na tylnej okładce ogłaszają nowym Hłasko nawet by wypadało, ja zaś za węgiel do grila podziękowałbym szczerze.

Póki co, wychodzi sztywna reguła, że im kto ma mniej moralnego prawa do krytyki systemiku, tym czyni to z bardziej wyrąbaną w kosmos promocją i rozlicznym patronatem medialnym. Usłużni krytycy sączą peany po gazetach, a trendowy aktor czyta odcinki w radio. Nawiasem mówiąc, gdyby poczytał pół godziny zamiast trzech minut dziennie, trzeba by zamknąć stację. Cały systemik ładuje profesjonalną full promocję w produkt antysystemikowy... W porównaniu z tym przedsięwzięciem Shuty to harcerzyk!

Co więcej, w książce Czerwińskiego prócz prestiżowych twardych okładek znajdujemy informację: Copyright by Bertelsmann Media Sp. z o.o., zamiast jak Pan Bóg przykazał copyrightu na nazwisko autora. Czyżby więc rzecz powstała w godzinach pracy? Autor otrzymał służbowe zlecenie na bunt?


Dał nam przykład Janusz Zajdel

W tym kontekście objawieniem na miarę Kapitału Marksa, a uczciwszy proporcje: Kapitalikiem jawi się artykuł Sławomira Sierakowskiego Połknąć język i puścić pawia (Polityka, 11 czerwca 2005). Rzecz zasadniczo o Masłowskiej, ale Dorotę sobie daruję, przy poprzednich okazjach starałem się być miły i to się już nie powtórzy. Analizując Pawia królowej, Sierakowski demaskuje wewnętrzne mechanizmy systemiku. Rzecz odkrywcza, nawet jak na Politykę. Z prawdziwym zainteresowaniem czytałem o zawłaszczeniu języka: zarządcy mogą kontrolować nas wszędzie, wkraczać w najintymniejsze relacje. Rządzić kształtem naszej miłości i przyjaźni przez seriale w stylu "M. jak miłość", poradniki, pisma kolorowe i harlequiny, rządzić naszym czasem w pracy i czasem wolnym. Zniewolenie staje się przeźroczyste, a zatem idealne, bo jak mu się przeciwstawić, skoro nie da się go opisać, kiedy podrobiono nam język? A następnie: Kapitalistyczny totalitaryzm - który panuje nad nami przez media, reklamy, korporacje, uzależnioną od niego klasę polityczną (...) od kiedy opanował język, stał się dla nas przeźroczysty. (...) Nie wsadzają do więzień, tylko panują nad językiem. Etykietkują, rozbrajają i pozwalają istnieć. Wszelkie dyskursy, które zagrażają systemowi, są albo kupowane, albo skutecznie ośmieszane, albo gniją na marginesie.

O pokupności dyskursu antysystem(ik)owego przypadki Shutego i Czerwińskiego świadczą jednoznacznie. Oczywiście, trzeba dodać do tego starą, dobrą polityczną poprawność, która zawsze może liczyć medialny piedestał, że wspomnę Lubiewo Michała Witkowskiego i Żydówek nie obsługujemy Mariusza Sieniewicza. Ja zaś jestem tym śmiesznym facetem z marginesu - bo nie ten wiek i nie ta płeć z nie tą orientacją, nie ten kolor skóry, a przede wszystkim nie to powołanie literackie, gdyż fantastyka, a nie główny nurt.

Tak, już słyszę ten rechot: odbierzmy Paszport Shutemu, promocję Czerwińskiemu i dajmy Lewandowskiemu... oraz słowo kompleksy odmieniane przez wszystkie przypadki. Mamże teraz na to odpowiedzieć: Nie, skąd, ależ ja wcale!, czy tak? Odpowiem: wcale bym się nie obraził, ba, poczułbym się słusznie doceniony. Jednakowoż (to z Mistrza i Małgorzaty) doskonale wiem na jakim świecie żyję, co wybrałem i jakie są tego wyboru skutki - takie m.in. że mogę sobie najwyżej pofantazjować o brutalnych kombinerkach (Bo kombinerki były brutalne), których nikt w prasie głównego obiegu nie zrecenzował, bo Mały Brat nie powiedział, że należy - w takich Nowych książkach wprost o rekomendację zapytali. Cóż, w sprawie mojej promocji nie było telefonów z góry. Tak, szkoda mi. I nie zarobionych pieniędzy i ludzi, do których nie mogłem przez to dotrzeć. Chwała Shutego, Czerwińskiego czy Sieniewicza nie jest mi jednak do życia niezbędna. Do wyjścia z kolejnego doła i dalszego robienia tego co robię w zupełności wystarczy raz na jakiś czas mejl lub post z wiadomością, że przesłanie dotarło do adresata. Ponieważ te otrzymuję, więc mógłbym żyć i dać żyć innym, gdyby nie wszystko co wyliczone powyżej.

Więc wojna! Wojna, bo nie ma Sierakowski racji, że systemiku nie widać i nie można znaleźć nań języka. Wspomnę tu tylko o zajdlowym koalangu i odeślę do Lampy 6/2004, gdzie pisałem o tym szerzej i miałem też zaszczyt nie docenić należycie shutowego Zwału. Zapewniam, że z zewnątrz widać systemik doskonale, równie dobrze jak widzi go Masłowska od środka, i że od czasu do czasu można znaleźć na gada kombinerki. Pan prezes Kiełb z Kielc, który za moim przyczynieniem musiał pilnie opuścić terytorium III RP, niech mi będzie świadkiem. Lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach... - dziadek Miłosz znów aktualny.

Rację ma Sierakowski, że nasz totalitaryzm nie jest marki orwellowski twardy, ale nie wyciąga z tego faktu należytych wniosków. Skoro miękki to nie zabija, skoro nie zabija, to musi słuchać. Systemikowe kneble nie są szczelne, bo to tylko systemik - można znaleźć obejścia i sączyć się szczelinami. Ignorowanie i drwina nie są skuteczne na dłuższą metę.

Istnieje autentyczny bunt i autentyczny nonkorformizm. Kiedyś były w polskiej szkole fantastyki socjologicznej, stworzonej przez Janusza Zajdla, teraz są gdzie indziej. Może w Lampie (z tej nadziei tu jestem), może gdzieś za granicą mojej wyobraźni, ale jestem o nie spokojny. Zawsze znajdą się ludzie, którzy zdecydują co systemik ma kupować by skanalizować nastroje, wręcz zmuszą go tych zakupów, a potem przewrotnie ocenią ich jakość. Gdyby się nie znaleźli, stosy makulatury krzyczeć będą, aż ktoś usłyszy. Zawsze więc znajdzie się jakiś Lewandowski, którzy jakiemuś Shutemu, Czerwińskiemu czy Sieniewiczowi powie, że jest hipokrytą i kabotynem i zawsze to do każdego nich dotrze. Zawsze.

Lampa - 16-17 - (7-8/2005)

Redaktor naczelny: Paweł Dunin-Wąsowicz
Okładka: Agata Nowicka
Wydawnictwo: Lampa i Iskra Boża
Tytuł: Lampa
Data wydania: 7/2005
Format: A4
Papier: matowy
Druk: cz.-b.
Cena z okładki: 8,99 zł



blog comments powered by Disqus