Jak złapać wielką rybę - spotkanie z Davidem Lynchem

Autor: Senshu
3 listopada 2007

Przed budynkiem słynnego Trinity College (najstarsza i najbardziej renomowana uczelnia w Irlandii) tłumy ludzi. Spotkanie ma się rozpocząć o 18.45, ale fani Davida Lyncha ustawiają się w kolejce już godzinę wcześniej. Bilety są darmowe, ale ilość miejsc ograniczona. Ze względu na duże zainteresowanie na spotkanie przeznaczono dwie sale. W pierwszej reżyser pojawi się osobiście,  w drugiej uczestnicy będą mogli oglądać przebieg spotkania na wielkim ekranie. Niestety, nie udało mi się dostać do głównego pomieszczenia, ale twórca Inland Empire pojawił się w sali projekcyjnej, aby osobiście przywitać się ze wszystkimi przybyłymi.

Po krótkim powitaniu podekscytowani fani Lyncha zaczęli prześcigać się w zadawaniu pytań. Dotyczyły one głównie jego twórczości filmowej, upodobań filmowych, ulubionych aktorów. Niewielu z pytających natomiast nawiązywało do medytacji transcendentalnej, o której główny bohater spotkania zamierzał mówić najwięcej. Okazało się, że większość przybyłych nie jest zainteresowana rozmową na temat książki W pogoni za wielką rybą, w której Amerykanin opisał swoje rozważania na temat medytacji transcendentalnej właśnie.

Lynch jednak nie poddał się bez walki, przyjechał przecież z misją szerzenia wiedzy na temat medytacji i zachęcania innych do jej praktykowania. Idea jest piękna, ale słynny reżyser powinien raczej wynająć kogoś do jej propagowania, bo jemu nie szło to najlepiej. Na pytania odpowiadał nieskładnie, powtarzał się, nie dochodził do żadnej konkluzji. Wciąż nawiązywał do swojej pierwszej żony, która była przy nim gdy zaczął medytować. Podobno była ona zadziwiona pozytywnymi zmianami jakie zaszły w Davidzie już po dwóch tygodniach praktyki. Lynch utrzymuje, że medytację można porównać do jazdy windą, w której ktoś odciął kabel podtrzymujący kabinę. Wsiadasz i lecisz, a to, co tam spotykasz to szczęście, spokój i harmonia. Wystarczy po prostu wejść do tej windy, czyli usiąść w ciszy i spokoju, a potem wszystko będzie  się działo samo. Niestety, mimo iż Lynch długo wyjaśniał, w dalszym ciągu nie za bardzo wiadomo czym jest to tajemnicze samodzianie się.

Lynch zachęcał wszystkich do przynajmniej dziesięciominutowej medytacji dziennie. Przekonywał, że dzięki temu zmieni się życie każdego człowieka, który tego spróbuje,  tak jak zmieniło się jego. Stał się spokojny, wyciszony, pełen współczucia i zrozumienia dla innych istot ludzkich. Niestety, nie potwierdził tego swoim zachowaniem: gdy padło pytanie od jednej z uczestniczek, czy wierzy on w medytację, reżyser oburzył się straszliwie i wykrzyknął, że nie ma w co wierzyć, to się po prostu robi.

W moim odczuciu Lynchowi wydawało się, że przemawia do ciemnego ludu, biedaków, którzy tkwią  w ignorancji, którym trzeba objaśnić podstawowe pojęcia.  Najbardziej niepokojące było dla mnie to, że Lynch przemawiał z pozycji guru, człowieka, który wie. Mowił w taki sposób, jakby chciał do czegoś przekonać,  jednak w efekcie odnosiłam wrażenie, że próbuje przekonać sam siebie. Po kilkunastu minutach słuchanie go stało się męczące. Nie była w tym osamotniona - ludzie zaczęli wychodzić, jeden po drugim, dyskretnie rozczarowani.

Podczas spotkania sprzedawano wspomnianą już wcześniej książkę W pogoni za wielką rybą Lyncha (polska premiera miała miejsce 30 października), z której dochód ma być przeznaczony na rozwój fundacji zajmującej się propagowaniem medytacji w szkołach. Reżyser  opowiada w niej głównie o korzyściach jakie w swojej pracy twórczej osiągnął dzięki 32-letniej już praktyce medytacyjnej. Opisuje między innymi, jak to zanurzając się w medytację jest w stanie złapać pomysł na film - stąd tytuł książki. Lynch mówi, że rzecz w tym aby złapać wielką rybę, tą właściwą ideę. Po książkę sięgnęłam z jednego powodu: aby się przekonać czy to osoba Davida Lyncha wpływa na odbiór tego, co chce przekazać, czy rzeczywiście jego idee są podane niefortunnie. Niestety obawiam się, że książka była w pewnym sensie kontynuacją spotkania w Trinity College.

Książkowy Lynch jest dla mnie jak Paulo Coelho – wiem, że ma dobry pomysł, wiem, że wielu ludziom on się spodoba, trafi do nich, być może zmieni ich życie, jednak forma jest przeraźliwie uboga. I podobnie jak w przypadku Coelho mam odczucie, że pisarz/autor/twórca traktuje mnie jak półgłówka, któremu trzeba czarno na białym wytłumaczyć pewne znaczenia.

Davidowi Lynchowi zabrakło wiary w to, co mówi, a tym samym zabrakło mu wiary w to, że inni go zrozumieją. Jakkolwiek pomysł popularyzowania medytacji uważam za pożyteczny, tak nie jestem przekonana, czy sam Lynch jest odpowiednią do tego osobą. Być może dla reżysera jest to coś w rodzaju działalności charytatywnej, tylko że on nie wysyła ryżu do Afryki jak Angelina Jolie – zamiast tego zajmuje się uświadamianiem ludzkości z poczuciem, że robi coś pożytecznego.

20 października 2007 r., Trinity College, Dublin, Irlandia


blog comments powered by Disqus