Pokochać barbarzyńców

Autor: Andrzej Zimniak
28 kwietnia 2008

Barbarzyńcy zwykle kojarzą się z ubranymi w skóry najeźdźcami, śmierdzącymi wilczą sierścią, którzy - wdziawszy rogate hełmy i chwyciwszy maczugi - atakują hordami z północy, paląc, gwałcąc i rabując. Ale można też klasyfikować inaczej, bo cóż czynią przybysze o nienagannych manierach, ubrani w garnitury i pod krawatami, którzy przychodzą cicho i spokojnie, ale za to pewnie jak na swoje, i wprowadzają własne, dla nas zupełnie nowe porządki? Nie biją ani nawet nie krzyczą, po prostu działają, i ani się spostrzeżemy, jak już jesteśmy zepchnięci w szary kąt. Czy tych nowych barbarzyńców trzeba przekląć, zaakceptować, czy może polubić? To pytanie ma sens dla nas, przedstawicieli starego porządku, lecz nie dla nich. Oni już są na swoim.

Zasiadając do pisania tego tekstu miałem chwalebny zamiar pokazać zmiany na polskim rynku fantastyki, które dokonały się w ciągu ostatnich dziesięcioleci. Wyszło oczywiście skromniej - w poniższym opracowaniu zawarłem garść luźnych opinii autora i zarazem czytelnika, refleksje nie pretendujące do wyczerpującej czy nawet obiektywnej oceny. Te uwagi dotyczą zasadniczo stanu obecnego i tylko nawiązują do poprzednich okresów.

Nowa optyka
Na samym początku chciałbym podkreślić, że moja wypowiedź nie ma nic wspólnego z biadoleniem i z nostalgicznym rozpamiętywaniem "dawnych dobrych czasów". Wszystko, co się dzieje, uważam za normalne - dla mnie świat nie wariuje, po prostu podążam długą ścieżką, więc jest oczywiste, że krajobraz po drodze się zmienia. Gdy słyszę malkontentów, zwykle przypominam im przypowieść o zapisie na papirusach, gdzie już 4000 lat temu ktoś sędziwy duchem obwieścił, że koniec świata bliski, bo dobre obyczaje i tradycja pośród młodzieży upadają. Dziś też nie brak narzekających, którzy twierdzą, że tak dalej być nie może, że niebawem świat wróci do jakiejś tam normy. Nic nie wróci, normy tworzą się na naszych oczach, pozorne niedorzeczności sumują się jak wektory, powstają wypadkowe, nowiutkie trendy. Rzeczywiście, historia kołem się toczy, ale to koło tak naprawdę jest spiralą, a poprawniej: helisą, wiodącą nas w trzeci wymiar. Nigdy nie wejdziesz ponownie do tej samej rzeki.
Ważne doświadczenie, o którym chcę napisać, zdobyłem w tramwaju. Nade mną stanęło dwóch młodych brodatych okularników i rozmawiali o fantastyce. Nadstawiałem ucha, wszak swojacy. Wyglądali na inteligentów i tacy byli naprawdę - język, sposób wysławiania się, brak kur-łączników. W podsłuchiwanej rozmowie podświadomie oczekiwałem odnośników do jakiejś filozofii, może Lema, nawiązań do plastyki Żwikiewicza, lęków Baranieckiego, kontestacji Zajdla, teodycei Huberatha. Może powiedzą coś o sensie (czy choćby bezsensie), o poszukiwaniu, o wartościach? Wytężałem słuch, ale słyszałem tylko że ta seria to owszem, ale tamta to nieee, a mnie to całkiem dobrze się czytało, ale ja wolę to i to... Z kontekstu wynikało, że mówią wyłącznie o fantasy, i nic dziwnego, wszak ona stanowi dziś trzon konwencji. Jednak z rozmowy nie wyłowiłem ani słowa o przesłaniu, puencie, języku. Czuło się, że ważna jest tylko owa dukajowa "miodność targetu". Potem, tak jakoś niepostrzeżenie zmieniwszy temat, młodzieńcy mówili już o grach, dokładnie w takim samym stylu: ten rodzaj jest super, jazzy, full wypas, ale tamten zupełnie nie, to nie to. Przynajmniej mieli jasny pogląd, co lubią, a czego nie, każdy z nich preferował inne utwory, ale obywali się bez słowa głębszej dyskusji czy wyjaśnienia. I tyle.
Znałem te sprawy już przedtem, ale nie była to wiedza dostatecznie uporządkowana. Goszczę kilka razy w roku na konwentach, trzymam rękę na pulsie (chociaż zaraz, klienci moich prelekcji to ludek kombinujący, penetrujący, umysłowo nieraz upierdliwy, więc jeszcze są i tacy!). Czyli niby wiedziałem, ale dopiero wtedy w tramwaju trzepnęła mnie brakująca dawka prawdy: to nie na żarty JEST całkiem nowa jakość! Nie jakaś kontynuacja, nawiązanie, lecz zupełnie co innego, zjawisko kulturowe obiektywnie istniejące, czy ktoś chce i lubi, czy nie. Trudno obrażać się na pogodę czy na dwukilometrową górę, ona tam będzie niezależnie od czyjegoś chciejstwa. Więc: rzesza młodych ludzi, od kolebki naznaczonych niespecyficznym genem powinowactwa do fantastyki (to ci, którzy kochają niesamowitość zaprawioną szczyptą logiki), przychodzi na przygotowany teren, wkracza w dostępne dekoracje, ma to, co kultura teraz im oferuje. Gdybym ja, Zimniak z warszawskiej Ochoty, urodził się po raz drugi w tym samym miejscu, ale innym czasie - powiedzmy w roku 1990 - zapewne byłbym zapalonym fanem fantasy, grałbym w rolpleje i karcianki, a w weekendy nawalałbym się na miecze w jakimś starorycerskim klubie. O Lemie wiedziałbym tyle, że kiedyś był taki nudziarz, a o Zajdlu bym pamiętał, bo kiedyś dostała go Brzezińska.
Ścieżka naszego czasu wiedzie przez taki, a nie inny krajobraz, i jest to ścieżka jedynie dostępna. Góra stoi przy niej i nic jej nie ruszy, ale obok są też odmienne, mniejsze, acz również urodziwe wzniesienia, i każdy może harcować, gdzie chce. Na moje prelekcje przychodzą ludzie, którzy nie węszą za miodnością, a przynajmniej nie tylko. Takie enklawy istnieją. I niech Moc będzie z nimi, bo dzięki nim można stwierdzić, że dywersyfikacja jednak jest faktem.

Proces górotwórczy
Za kilka lat będzie jeszcze spokojniej, bo wejdziemy w okres dynamicznej równowagi. Po socrealistycznym okresie izolacji od świata, kiedy książka była towarem reglamentowanym, i po sejsmicznych zjawiskach transformacji wychodzimy na prostą. Już teraz mamy nakłady mniej więcej przedwojenne (myślę o okresie sprzed II Wojny Światowej), średnio 2-3 tysiące egzemplarzy, 5 tys. to sukces, 10 tys. - bestseller. Ostatnio słyszałem od poczytnego autora, że wydał książkę w 30 tysiącach egzemplarzy, co przyjąłem z niekłamanym entuzjazmem. Dokonałem szybkich obliczeń i wyszło mi, że książki kilku krajowych autorów mogą osiągać takie nakłady, a ok. 10 pisarzy (mówię o enklawie fantastyki - cokolwiek to dziś oznacza) wydaje w 10 tysiącach. Polscy autorzy przed kilku laty wdarli się na rynek przebojem, surfując na odbitej fali potransformacyjnej. Czytelnik zaraz po 1989 roku raz i drugi zachłysnął się zakazaną przedtem literaturą anglosaską, a potem dość szybko nastąpił przesyt - okazało się, że po odłowieniu diamentów pozostają otoczaki, a potem wydawcy zaczynają nerwowo importować żużel i szlam, który sprzedają w pozłacanych opakowaniach. (Oczywiście, jest też mnóstwo dobrej, nowej literatury anglojęzycznej, ale przecież "nie wszystko złoto..."). Na tym tle wyszło na jaw, że mamy sporą grupę dobrych rodzimych autorów, których naprawdę da się czytać! Jest też z czego wybierać, bo proza lokuje się na różnych obszarach konwencji, od fantasy, przez prozę przygodową, horror, gotyk, historie alternatywne i symulacyjne, fantastykę teologiczną, eksperymenty z filozofią i formą, aż po historyjki dla młodzieży. Cóż, brak w tym science fiction, ale taka jest dzisiejsza pogoda dla czytaczy. Jakie są tego powody? Mówiąc w dużym skrócie, nauką jako społeczeństwo jesteśmy rozczarowani, bo nie dała szczęścia powszechnego, częstuje nas zagrożeniami (prawdziwymi lub wymyślonymi), staje się niezrozumiała i hermetyczna, coraz dalsza od pojmowania intuicyjnego. Więc wracamy do dawnych, (ponoć) dobrych czasów, wycofujemy się w świat baśni. Rzecz jasna wymieniłem tylko jeden z wielu powodów odwrotu od fantastyki naukowej, ale ów powód ma swój znaczący udział. Wszystkich przyczyn i tak nie znajdziemy, ponieważ należałoby rozwiązać równanie socjologiczne o przynajmniej tuzinie niewiadomych.

Książka post-gutenbergowska i mamona
Zmieniając nieco temat zastanówmy się, co dalej będzie z książką? Książka - rozumiana jako zbiór zadrukowanych kartek - wciąż nie daje się wyprzeć z rynku. Ludzie lubią zagłębić się w fotelu i przewracać te kartki. Jednak do czasu, moi drodzy, do czasu. Właśnie kończy się dramat aparatów fotograficznych na chemiczne filmy - nastąpiła ich masowa eksterminacja. Piętnaście lat temu podobny los spotkał maszyny do pisania. Dziś czekamy na tani i wygodny w użyciu, mobilny nośnik elektroniczny, wzorowany na sztywnej kartce - i będą nowe książki, sczytywane z wewnętrznych stron okładek, bo tylko same okładki zostaną, z rozpłaszczonym gdzieś w rogu mikroprocesorem. Jednak, póki co, papierowa książka umocniła swoją pozycję, natomiast czasopisma gremialnie przemieszczają się do sieci. I nie dziwota - typowe dossier czasopisma, czyli wybór różnych kawałków, od newsów poprzez recenzje, publicystykę, literaturę aż po felietony, najłatwiej serwować w sieci, i najłatwiej taką na bieżąco aktualizowaną mieszankę z sieci przyswajać. Na dodatek zwykle za darmo!
Jak już o pieniądzach mowa, trzeba zauważyć, że pisarze stanowią grupę zawodową bardziej niż słabą. Jak zastrajkują tramwajarze, zatka się miasto, jak górnicy przestaną kopać węgiel, staną elektrownie, ale jak przerwą pracę np. adiunkci wyższej uczelni, studenci pójdą na piwo i na tym spór zbiorowy się skończy. Jak pisarze zechcą podwyżki, wydawcy uśmieją się w kułak i zamówią u tłumaczy nieco więcej importowanego tekstowego surowca. Szeroki napływ zdolnych debiutantów jest niewątpliwie ożywczy dla literackiego krwiobiegu, ale jeszcze pogarsza sytuację ekonomiczną, bo ci młodzi chcą publikować za wszelką cenę, a nawet bez jakiejkolwiek ceny. A propos: polscy tłumacze zarabiają więcej niż pisarze, bo ktoś musi sporą masę słownego zagranicznego surowca przełożyć na nasze. Żeby była jasność: mówię o średniej wysokości, nie o jakichś tam Sapkowskich Wierchach czy Dukajowej Wyżynie. Taka oczywiście jest straszna rynkowa normalność, i będzie nią tak długo, dopóki pisarze nie nawecują jakiegoś majchra. Może nim być ominięcie wszystkich wydawców i kolporterów i sprzedaż bezpośrednio przez sieć, ale z tym musimy poczekać na wspomnianą e-książkę na wysokim technologicznym poziomie, której spiracenie nie będzie się opłacać. Z drugiej strony aż skóra mi cierpnie na myśl o milionowej ofercie wirtualnej, od blogów i pleplaków pingpongowych, przez blockersowe kolokwializmy i hiphopowe wypasy, rzeźnickie epopeje i gotyckie majaki, aż po kroniki quasi- i semi-historyczne. W tym oceanie gdzieś w ciemnej głębi urosną perły, ale kto wskaże do nich drogę?
Wracając do honorariów autorskich - kiedyś inaczej bywało. Piszę te słowa bez nostalgii, bo jednak wolę wyzysk wynikający z wolnej gry sił niż ochronny klosz doglądany przez czerwonych mafiosów. Za realnego socjalizmu - tak, w tym zamierzchłym okresie już zdążyłem wydać kilka książek - nakład wynosił 30 tysięcy egzemplarzy, a za wynagrodzenie autor mógł żyć przez rok w umiarkowanym dostatku (wszak przez rok tę książkę pisał). Taka sytuacja wynikała z izolacjonizmu kulturowego i gospodarki nakazowo-rozdzielczej. Stawki były arbitralne, ale z grubsza stanowiły ekwiwalent dzisiejszego dochodu z analogicznego nakładu. Teraz, jak pisałem kilka akapitów wyżej, najlepsi także osiągają nakłady tego rzędu, i zjawisko nie ogranicza się do jednego Sapkowskiego! A więc zaczynamy cenić to, co nasze. Tak trzymać, panie i panowie!

Grzeszki i grzechy
Wezbrana rzeka, niosąca w rozbencwalonym nurcie wszystko, choć głównie szlam i pianę - oto dzisiejszy obraz sieci. Muszę przyznać, że najbardziej denerwuje mnie poziom dyskusji na licznych forach, dlatego szkoda mi czasu, by brać w tym udział. Brak punktów odniesienia, czegoś stabilnego, głosów ludzi, do których miałbym zaufanie i którzy ustawialiby w szeregi słowa ważące, bez owego rozkosznego i powszechnego ple-ple. Obserwujemy - nie tylko w fantastyce - interesujący trend ustalania prawd przez głosowanie, a wywodzi się to zjawisko ze wzrastającej rangi tzw. mądrości zbiorowej. Jeśli 100 internautów stwierdzi, że na pryszcze dobry jest napar z czerwonych mrówek, ową konstatację szybko nobilituje się do poziomu prawdy. A mnie - na przekór - marzy się portal profesjonalistów, miejsce, do którego nie miałaby wstępu czereda, mówiąc za Dukajem: "setek smarkaczy, którzy z wypiekami na twarzy wypisują na forach pod anonimowymi nickami wściekłe idiotyzmy". Portal mądrych recenzji, esejów i wypowiedzi uznanych autorytetów, którzy cenią sobie własne słowa, a czytelnicy wiedzą, że warto je czytać i można im wierzyć. Uznajmy, że moje dziwaczne pragnienie jest wołaniem o różnorodność właśnie - bo czemu wszystkie fora mają być identyczne?
Co do czasopism papierowych - upatruję ich szansę, oczywiście na pewien okres tylko, w specjalizacji, w niszowości, a więc w działaniu zupełnie odwrotnym niż niedawne zapędy "Nowej Fantastyki". Sieczka wszystkiego jest w sieci, wręcz się z niej wylewa, a czytelnik w adresowanym do niego tradycyjnym piśmie mógłby spokojnie zapuścić się w swoje ulubione plenery, w zdefiniowane krajobrazy. Może więc wydawać kilka siostrzanych pism o węższych specjalizacjach niż jedno uniwersalne? Tutaj znów ważna wydaje mi się fachowość - redaktorzy, także ci zasłużeni selekcjonerzy, powinni rozważyć zorganizowanie "stajni" znanych i cenionych autorów literatury, zresztą jest to pomysł nienowy, na zachodzie mający swoją tradycję. Same nazwiska stanowiłyby magnes, a finalny poziom byłby (domyślnie) lepszy. Pewnie, że wtedy należałoby płacić sporo i regularnie, no i owi selekcjonerzy nie mieliby radochy przy płukaniu złota i współudziału w kreowaniu twórców, w ogóle mniej mieliby do powiedzenia. Po prawdzie nie dziwię się, że tego nie chcą.

Inwazja humanistów
Kiedyś pojęcia były ostre: istniała fantastyka naukowa jako osobna konwencja o wyraźnych granicach, i nikomu nie przyszło do głowy, żeby zaliczać do niej np. Homera. Potem u jej boku wyrosła młodsza siostra - fantasy. Niektórzy twierdzą, że istniała już dawniej, że jedynie została odnaleziona w mitach, legendach, baśniach i odzyskana dla fantastyki, a Tolkien nadał jej współczesną formułę. Klasyczna sf pod koniec XX wieku też zmieniała oblicze, eksperymentowała, zrezygnowała z nachalnej dydaktyki i próbowała sił w obszarach inner space, fali myśli, psychologii odniesionej do warunków ekstremalnych, a także np. w dekoracjach space opery. A potem nadwątlone mury padły jeden po drugim i teren imperium zalały hordy barbarzyńców.
To nie miało być określenie pejoratywne. Ci barbarzyńcy to nie półdzikie bestie, których żądne krwi watahy ruszyły siać zniszczenie i unicestwiać wszystko, co się rusza. Jak wspomniałem na wstępie, dla zastanego układu barbarzyńcami są wszyscy, którzy ten ład rujnują, choćby mieli nienaganne maniery i działali w smokingach i białych rękawiczkach. Co fantastyczni barbarzyńcy dali fantastyce?
Na początek należy dookreślić zjawisko. Granica konwencji została zaatakowana z obu stron - od wewnątrz napierali sfrustrowani fantaści, przynajmniej większość z nich, bo ich marzeniem była ucieczka z getta do prawdziwej, tzw. WIELKIEJ literatury. Do tej grupy należało sporo pisarzy i krytyków, a także czytelników. Z zewnątrz najeżdżali twórcy rekrutujący się z mainstreamu, ale manewrowali wolniej, bez pośpiechu - oni ćwiczyli na dziewiczych (dla nich) poligonach, harcowali w awangardzie próbkując nową konwencję, albo zwyczajnie węszyli sukces kasowy. Paradoksalnie, w wielu przypadkach barbarzyńcy w ogóle nie musieli najeżdżać naszego terytorium, wystarczyło że pracowali u siebie, w mainstreamie. Od pewnego czasu modne stały się elementy fantastyczne, którymi inkrustuje się utwory typowo głównonurtowe, albo pisze się całe "realistyczne historie równoległe". Przykładem tego ostatniego nurtu może być "Ultra Montana" Horwatha. Czy to jest fantastyka? Moim zdaniem nie, bo nie korzysta z przynależnych do fantastyki archetypów, rekwizytów, nastroju i biblioteki pomysłów, nie odwołuje się do ciągłości konwencji. Z drugiej strony tak, można taką literaturę włączyć do fantastyki na tej samej zasadzie, co horror, który już się był dobrze u nas zaaklimatyzował. Takie działanie też prowadzi do rozmycia granic, bo jak rozejrzymy się z pozycji swojego getta (może lepiej: enklawy), rozpoznamy w głównym nurcie znajome kształty. Więc niemal wszystko można zaanektować, ale - uwaga: jak masz wszystko, to tak jakbyś nie miał nic. Gdy wyjrzysz za okno, cały świat jest twój, ale nic z niego nie masz.
W efekcie granice padły i do fantastyki można hurtem zaliczyć prawie wszystko, co nie należy do literatury typowo realistycznej. Fantastyką jest obecnie horror, thriller, baśnie, potasowana albo tylko silnie zrekonstruowana historia, rozbita i na powrót poskładana rzeczywistość, opowieści spirytystyczne, historyjki o duchach i wampirach, hipotezy religijne i klerykalne dreszczowce. Mógłbym jeszcze długo wyliczać, ale przecież wiadomo, o co chodzi.
Na marginesie tych ogólnych rozważań należy odnotować zjawisko, które można nazwać superpozycją konwencji. Otóż główny nurt, jak pisałem, inkrustuje się fantastyką, takie elementy stają się modne. Z drugiej strony nasze sztandarowe pismo, "Nowa Fantastyka", według krytycznej opinii większości internautów, weksluje w kierunku głównonurtowej prozy obyczajowej. Czyżby ujawniał się zadawniony kompleks niższości? A może należałoby jednak ponownie obejrzeć się za fantastyką, choć jest to mniej modne, ale za to bardziej oczekiwane przez niszowych czytelników?
Na pewno rozmycie granic skutkowało zastrzykiem świeżej krwi. Podobnie jak wędrówki ludów prowadzą do wymieszania puli genów i w efekcie jej wzbogacenia, tak postmodernistyczna mieszanka nurtów, stylów i rekwizytów zwiększyła wachlarz możliwości. Teraz (w obrębie fantastyki, wszak stale o niej mowa) nie trzeba już straszyć dobrze obmyślaną i logiczną wizją futurologiczną lub egzystencjalną, straszy się za pomocą dowolnych środków dla samego czystego straszenia. Dawniej należało dbać o prawdopodobieństwo, teraz ostatnie pęta dawniej nakładane przez ścisłowców opadły. Dziś można snuć dowolne opowieści historyczne, zarówno te prawdziwe po wzbogaceniu ich o wymiar legendy, jak i te całkiem zmyślone, dla niepoznaki umieszczone w drobiazgowo odrobionych quasi-prawdziwych realiach.
Ogólnie można powiedzieć, że nastąpiła masowa inwazja humanistów na strefę dotychczas zajmowaną głównie przez ludzi związanych z naukami ścisłymi - zarówno autorami, jak i czytelnikami. Obecnie znakomita większość pisarzy fantastyki brzydzi się całką i nie ma bladego pojęcia o fizyce, natomiast doskonale zna historię, celtyckie legendy i potrafi wyliczyć wszystkie detale uzbrojenia średniowiecznego rycerza. Gdy ostatnio goszczę na konwentach, mój referat zwykle jest jedynym (albo w najlepszym razie jednym z dwóch - trzech) wystąpieniem tzw. "naukowym", natomiast wszystko inne, czyli kilkadziesiąt spotkań, należy bez reszty do stuprocentowych humanistów. Kiedyś bywało akurat odwrotnie. Jeśli ktoś z mojej wypowiedzi wnioskuje, że nie lubię humanistów, jest w błędzie - ich nie da się nie lubić, wszak bez nich świat byłby stechnicyzowaną pustynią, wyjałowioną z wszelkiej intelektualnej emocji. Chodzi tylko o opis następującego zjawiska: jeszcze dwie dekady temu science fiction miała naukowy rdzeń, oglądany i badany z pozycji humanisty, zaś dziś ten rdzeń wysechł, wyparował, wydeletował. Dla nastolatków, stanowiących gros czytelników fantastyki, taki stan rzeczy jest obiektywnie istniejący, a więc zwyczajny i oczywisty, choć nawet oni wyczuwają, że niestabilny - ewolucja postępuje dość szybko i nie wiadomo, co będzie za kilkanaście lat.

Pięć minut do globalizacji
W rezultacie otrzymaliśmy upragnioną jedną literaturę, która dzieli się tylko na dobrą i złą - ten truizm stał się tak oklepany, że aż w końcu przestano go powtarzać. Wołanie o totalne literackie zjednoczenie przyniosło skutek - np. w wielu księgarniach nie ma już osobnych półek z fantastyką, choć ta literatura jest obecna, ale przytulona do działu sensacji. Być może już niedługo zabraknie osobnego miejsca także na sensację, bo każda książka będzie zawierała zarówno jakiś element sensacji, jak i fantastyki, a także po szczypcie podtekstów politycznych, światopoglądowych, erotycznych, odniesień historycznych i poprawnościowych. Padają podziały, w obrębie globalizacji kulturowej nadchodzi era unifikacyjnej globalizacji literackiej. Żeby była jasność: mówię o konwencjach i gatunkach, a nie o stronie merytorycznej. Nie zapominajmy o tym, że jak wlejemy litr wódki do morza, płyny połączą się w jedną wielką wodę, ale ocean wódki z tego nie wyjdzie - za to bezpowrotnie stracimy gorzałkę. Obawiam się, że nadchodzą czasy, w których możemy do końca (ale nie bezpowrotnie!) stracić konwencję zwaną fantastyką.
Co pozostaje do zrobienia? Po pierwsze: pokochać barbarzyńców, a więc zaakceptować rzeczywistość, którą wprowadzają, nawet jeśli ktoś nie całkiem się z nią utożsamia. Nie ma innego wyjścia - realny świat jest jeden i trzeba go polubić. Po drugie: wytrwale pielęgnować różnorodność. Nie dajmy wyschnąć ani jednemu strumykowi, chrońmy sadzonki, bo z nich w przyszłości mogą wyrosnąć nie tylko potężne drzewa, ale całe lasy. Wszak historia toczy się stale, czerpiąc ze wszystkiego, co jest dostępne.
Każdy z nas potrzebuje punktów odniesienia, swoich własnych latarni morskich, zwłaszcza w coraz bardziej złożonym dzisiejszym świecie. Unifikacja i standaryzacja, niechby i na wysokim poziomie, powoduje wzrost entropii, lecz jestem przekonany, że jest to zjawisko przejściowe i że za jakiś czas znów ustawimy książki na przeznaczonych dla nich półkach, i zawsze będziemy wiedzieli, w którym miejscu stoją nasze ulubione woluminy. Rzecz jasna, nie powinny to być z założenia półki lepsze i gorsze. Nie zapominajmy, że do absurdu można zredukować zarówno dowolność, jak i porządek - w pierwszym przypadku mamy anarchiczny brak reguł, w drugim taki ich nadmiar, że trudno złapać oddech.
Ponadto, niezależnie od preferowanej konwencji, każdy potrzebuje zarówno dni igrzysk, jak i okresu refleksji. Jeśli przewaga igrzysk lub refleksji definiuje epokę, to obecnie najwyraźniej wchodzimy w epokę igrzysk lub literackiej "miodności". Jednakże w każdych czasach znajdą się ludzie, wybierający refleksję, i o tym także należy pamiętać.

------------------------------------
Powyższy tekst jest zmienioną i uzupełnioną wersją artykułu, opublikowanego po raz pierwszy w Nowej Fantastyce 4/2007, 8-10 pod tytułem "Powrót tętna".



blog comments powered by Disqus