"Wiosna w (prawie) czystej formie"

Autor: Ad'Ghe'Rheia

Pierwiosnki powolutku zwracają swoje zaspane twarzyczki ku słońcu, susząc listki w pierwsze ciepłe dni. Rozwijają się pączki na drzewach, wszystko budzi się do życia, topnieją śniegi... Poetyckie bzdury. Błoto takie, że zanim dojdę do domu, mam zachlapane całe glany, a spodnie to już na pewno prawie do kolan. Nie widzę w tym nic prześlicznego. Śnieg i tak pewnie spadnie za parę dni.

Przystanęłam. Środkiem ulicy śmignął samowar zaprzęgnięty w trzy króliki. Jeden z nich nosił kamizelkę i cały czas spoglądał na zegarek na łańcuszku. Zerwałam pączek z drzewa i ostrożnie nadgryzłam. Był już nieco przejrzały, w końcu pączki to owoce zimowe. Lukru było na nich tak dużo, że bezlistne gałęzie drzew zdawały się być pokryte lodowymi kulami. Ale dżem w środku był już bardzo smaczny. Truskawkowy.

Drzewo uśmiechnęło się do mnie przychylnie, mrugając okiem. Odpowiedziałam uśmiechem, choć, przyznam szczerze, trochę mnie tym zdenerwowało. Nie przywykłam do tak spoufalających się drzew. W ogóle za nimi nie przepadałam, bo były strasznie snobistyczne, ale zdążyłam się już przyzwyczaić do wierzb rosnących wzdłuż drogi. Stały się dla mnie martwym elementem krajobrazu i wolałabym, aby takimi pozostały. Owszem, to trochę niesprawiedliwe, bo drzewa bardzo mnie lubiły i zawsze pozwalały mi zrywać pączki. A nieładnie było je drażnić, szczególnie w pierwsze dni wiosny, kiedy stawały się trochę nerwowe.

Z zamyślenia wyrwał mnie głos Alfreda, machającego z przejęciem łapą w moją stronę. Alfred był smokiem i mieszkał w połowie drogi między szkołą a moją chatką. Od tygodnia był chory i musiał siedzieć w domu. Szkoda. Z ogromnym uśmiechem pozdrowił mnie i chyba chciał spytać, jak tam w szkole, ale strasznie się rozkaszlał. Nie był to miły widok, ponieważ strasznie się poparzył próbując zasłonić usta dłońmi i przy okazji podpalił firanki, więc tylko mu odmachałam i poszłam dalej, chrupiąc lepkiego od lukru pączka. Przydałby się do niego jakiś sos, może chili?

Zatrzymałam się niedaleko od domu Alfreda, nad brzegiem przepaści. Dziwne, wczoraj jej tu jeszcze nie było. Parę metrów od drogi wisiał sznurkowy most, a na nim stał troll i starał się wyglądać groźnie. Szło mu całkiem nieźle, mimo kilku niedociągnięć. Wyraźnie przeszkadzał mu zielony beret spadający co i rusz na oczy. No tak, czego te trolle nie zrobią, żeby tylko zarobić parę groszy; postawią przepaść pośrodku drogi i chcą, żebyś płacił za każde przejście przez most. Jeszcze żeby ta przepaść była jakaś porządna, a tu - kilkadziesiąt metrów długości, szerokości może z dziesięć. Całkiem głęboka, trzeba przyznać. Na dnie, wśród czerwonawego pyłu skakały króliki, cały czas uwiązane do rozbitego samowara. Bardzo powoli wyczołgiwał się z niego czerwony kot w fioletowe paski, drugą ręką przytrzymujący kapelusz z szerokim rondem. Wzruszyłam ramionami i obeszłam przepaść dookoła.

Troll chyba zorientował się, że wybrał trochę niefortunne miejsce. Zbiegł na dół, pomógł kotu wydostać się z pojazdu, po czym zniknął razem z przepaścią. Samowar leżał na drodze, rozbity, a biały królik w kamizelce biadolił, że teraz to już na pewno się spóźnią, i potrząsał złotym zegarkiem na łańcuszku. Ukłoniłam się kotu grzecznie. Odkłonił się, zamiatając drogę szerokim kapeluszem, i zabrał się do naprawy samowara.

Przyglądałam mu się przez chwilę, jednak zaczynałam się już spieszyć do domu. Ile czasu można wracać ze szkoły? Moje buty były już całkowicie ubłocone, a w dodatku zaczął padać deszcz. Deszcz był wiosenny, odświeżający, zielonobrunatny. Pachniał fiołkami.

Doczłapałam się do swojej chatki, zdjęłam płaszcz, przygładziłam długie, białe futerko na głowie. Zapadał już zmrok, więc zapaliłam świetliki i zabrałam się za odrabianie lekcji. Po chwili przed oknem przejechał kot w samowarze, i pomachał mi kapeluszem. Oczy mi się kleiły, ale jakoś dokończyłam pisać wypracowanie. Zasnęłam z głową na biurku, a moje sny rozkwitły białymi i różowymi stokrotkami na nie zapisanych kartkach papieru.

Wiosna...



blog comments powered by Disqus