"Zbawcy mórz" - recenzja książki

Autor: Dawid "Fenrir" Wiktorski
Korekta: Patrycja Ziemińska
26 lipca 2013

Nie taka Afryka straszna, jak ją malują

Dla przeciętnego Europejczyka Czarny Ląd kojarzy się głównie z pustyniami, sawannami i lepiankami, w których żyją tubylcy. Od czasu do czasu w pamięci przewinie się jakaś wzmianka o oznakach cywilizacji czy wojnach między lokalnymi plemionami. Dla zachodnich korporacji ten kontynent to źródło taniego surowca i równie taniej siły roboczej, a dla bardziej majętnych wycieczkowiczów to safari i nielegalne sporty, takie jak polowanie na grubego (a przynajmniej gruboskórnego) zwierza. Jaki więc obraz Afryki serwuje nam Adam Leszczyński, autor Zbawców mórz?

Na wstępie warto zaznaczyć, że recenzowana książka to nie "czyste" reportaże, a raczej reportaże ze sporą domieszką eseju. Autor w jedenastu tekstach zabiera czytelnika w literacką podróż po państwach takich jak Somalia, Kongo, Malawi czy RPA, za każdym razem przybliżając nam typowy dzień z życia tubylców, a także wskazując na najważniejsze problemy. A te są naprawdę bardzo różnorodne, mimo istnienia problemu nadrzędnego – biedy i nędzy.

Problemy poruszane w Zbawcach mórz są... ciekawe – od znanych w sumie na całym świecie kwestii takich jak: wyzysk pracowników czy skrajna nietolerancja homoseksualistów, po problemy bardziej lokalne, jak na przykład... słonie. Te sympatyczne dla nas zwierzęta są dla kenijskich rolników wilkami w owczej skórze – niszczą zarówno uprawy, jak i zabudowania, czy wręcz zabijają farmerów. Do innych problemów Afrykańczyków należy między innymi malaria (autor dość szczegółowo wyjaśnia, dlaczego ta choroba zbiera tak duże żniwo, mimo iż medycyna już dawno dała sobie z nią radę) czy choćby AIDS, który nadal  jest śmiertelnym zagrożeniem.

Wszystkie problemy Afryki biorą się jednak nie z tego, że to kontynent dość ubogi pod względem surowców naturalnych (a jeśli te występują, to zyski czerpią wszyscy oprócz tubylców), lecz z powodu tego, że to kraina, w której nowoczesność zderza się z tradycją, jeśli tak można to określić. Dla Europejczyka normy i zachowania wielu plemion są niebywałe i nie do zaakceptowania – dla nich to tymczasem element lokalnego folkloru, część procesu walki o byt. Dochodzi wręcz do kuriozów, gdzie Somalijczycy nie nazywają piractwa piractwem, bo tego zabrania ich religia. Chociaż ta informacja i tak blednie w obliczu tego, że piraci początkowo... bronili wybrzeża. Leszczyński piętnuje podobne paradoksy z naprawdę dużą werwą i wprawą.

Co ważne jednak, reporter zdecydował się na rozmowy jedynie z najbardziej reprezentatywną grupą społeczeństw Afryki – grupą najniżej umiejscowioną zarówno pod względem finansowym, jak i wpływowym. Właśnie to sprawia, że Zbawców mórz czyta się wyjątkowo szybko i przyjemnie – mamy do czynienia z prawdą, a korupcja i problemy są widziane przez miejscowych przez pryzmat ich prostego, lecz szczerego sposobu myślenia. W książce autor nie znalazł miejsca na rozmowy z oficjelami czy klasą średnią – a to pozwala mieć wręcz pewność, że mamy do czynienia z prawdziwym obrazem Afryki, nie zaś jego dziwnym, wyidealizowanym odpowiednikiem.

Największym plusem recenzowanej pozycji jest język, jakim posługuje się autor. Nie zawiera on niepotrzebnych ozdobników i zarazem jest "miły dla oka" – doskonale widać, że Leszczyński wiedział, o czym chce pisać, i prawie konsekwentnie się tego trzymał. Dlaczego prawie? Dlatego, że dość często zdarzają mu się mniejsze lub większe dygresje, pośrednio z tematem związane, jednak z pewnością będące interesującym źródłem informacji dla czytelnika. I tak oto przy lekturze możemy dowiedzieć się, dlaczego idea mikrokredytów jest kiepskim pomysłem, mimo pozornego dobroczynnego wpływu na najbiedniejszą część społeczeństwa, jak i zorientować się, że afrykański robotnik dysponuje siłą nabywczą o połowę mniejszą, niż jego angielski odpowiednik w... czasach rewolucji przemysłowej. Naprawdę nie sposób się nudzić podczas lektury.

Zwykłe spojrzenie na afrykańską codzienność – to w wielkim skrócie Zbawcy mórz. Reporterskie opowieści przeplatają się tutaj z autorskimi przemyśleniami i informacjami z pozoru bardzo odległymi, jednak jeśli przyjrzeć im się bliżej, to blisko związanymi z obecnymi problemami w Afryce. Wydaje się, że główne kwestie, jakim przygląda się Adam Leszczyński, są nam (jako mieszkańcom Starego Świata) odległe – nic bardziej mylnego. Autor bada między innymi ideę "fair trade", tak bardzo reklamowanąj w Stanach Zjednoczonych, i obnaża nagą prawdę – wszystko to składa się na marketing, tak że niewiele brakuje, by całe przedsięwzięcie ocenić mianem picu na wodę. Nie licząc odrobinę kiepskiej korekty, naprawdę ciężko znaleźć jakieś wady Zbawców mórz – chyba, że za taką uznamy fakt, że ci po prostu za szybko się kończą, gdy czytelnik naprawdę ma ochotę na więcej i więcej.

Zbawcy mórz

Autor: Adam Leszczyński
Wydawnictwo: Wielka Litera
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 4/2013
Seria wydawnicza: Strefa reportażu
Liczba stron: 320
Format: 135x210 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788363387952
Wydanie: I
Cena z okładki: 34,90 zł



blog comments powered by Disqus