"W otchłani Imatry" - recenzja książki


Jaki kraj, takie Morderstwo w Orient Expressie
 
Wstęp do W otchłani Imatry jest... niezwykły. Czytelnik od razu dowiaduje się, że coś takiego jak "rosyjski kryminał" przez bardzo długi czas było traktowane jako dobry dowcip, zwłaszcza w kręgach krytyków literackich i samych autorów. Z niewiadomych powodów (które pewnie lepiej rozumieją osoby obeznane z rosyjską kulturą) triumfy święciły przekłady autorów angielskich czy francuskich. Jak więc prezentuje się taka właśnie powieść napisana przez wschodniego autora, i to dość dawno, bo ponad wiek temu?
 
Rosyjski milioner, Jegor Worobiow, podróżuje z córką pociągiem zmierzającym do Sankt Petersburga, pieszczotliwie zwanego Piterem. Gdy mężczyzna próbuje przekazać dziewczynie tajemnicę jej pochodzenia, ginie w tajemniczych okolicznościach, a ona musi poradzić sobie bez ojcowskiego wsparcia w obcym jej mieście, w otoczeniu obcych ludzi. Jednak szereg kolejnych dziwnych wypadków, w tym znalezienie u stóp wodospadu Imatra ciała, skłania Metodego Kobyłkina, rosyjskiego Holmesa (lub, jeśli patrzeć na wiek, Poirota) do działania i odkrycia zabójców. Tym bardziej, że młoda dziedziczka z wielką fortuną stanowi łakomy kąsek dla mało przyjaznych typów.
 
Czym różni się stuletni kryminał od dzisiejszych powieści tego typu? W ogólnych założeniach niczym – to nadal historia, w której głównym celem detektywa (lub innego przedstawiciela prawa) jest znalezienie i ewentualne ukaranie przestępców. Jeśli jednak spojrzeć bardziej na tło opowieści, to różnice stają się znacznie wyraźniejsze – obecnie literaccy bohaterowie dosłownie idą po nitce do kłębka, w pełni wykorzystując techniki kryminalistyczne, psychologię czy nawet Internet. Kobyłkin nie ma takich udogodnień w swojej pracy – przez długi czas po prostu zbiera dowody i poszlaki, i dopiero na ich podstawie próbuje wyłuskać coś, co pozwoliłoby mu ująć sprawcę. Najzwyklejszy w świecie przypadek sprawia, że elementy układanki zaczynają tworzyć spójną całość – w dużo nowszych powieściach raczej ciężko doświadczyć takiego poczucia zagubienia i braku możliwości pchnięcia historii do przodu, niemalże kręcenia się w kółko. Powieściopisarze XXI wieku wręcz wymuszają na czytelniku nieustanne obcowanie ze zbrodnią – Ławrow zaś zdaje się zabawiać swoją powieścią niczym talią kart, by dopiero w decydującym momencie rozgrywki wyciągnąć asa z rękawa i zgarnąć całą pulę.
 
Wspomnianą stagnację w fabule widać także po konstrukcji powieści – znalazło się tutaj kilka scen, na pierwszy rzut oka zupełnie niezwiązanych z ostatnimi wydarzeniami w Sankt Petersburgu. Lecz tylko pozornie – wraz z odkryciem wspomnianej wcześniej tajemnicy Ławrow kładzie przed nami wszystkie karty, i to w sposób bardzo bezpośredni. Służy temu klasyczna do bólu scena zaczerpnięta ze schematu pod tytułem "zabił lokaj", w którym to na sam koniec bohater podsumowuje zebrane dowody, by wskazać winnego. Wydawałoby się, że lekturę książki można ograniczyć tylko do tych kilku kartek. Owszem, z pewnością jest to wyjście, ale w przypadku W otchłani... byłoby to zarazem zatracenie całej przyjemności z lektury ze względu na wcześniejsze "męczenie" czytelnika przez autora – konkretniej zaś przez podawanie jak na talerzu kolejnych scen, z których ten musi spróbować ułożyć sobie w głowie obraz całości.
 
Dla czytelnika żyjącego na przełomie XIX i XX wieku książki w stylu recenzowanego kryminału nie były czymś nadzwyczajnym, wszak zapoznawał się z rzeczywistością, pośród której żył na co dzień. Jednak tak oczywiste tło zyskuje w oczach odbiorcy o wiele młodszego – W otchłani Imatry traktować można jak przybliżenie (z naciskiem na to słowo) obrazu rosyjskiego społeczeństwa z końca XIX wieku. Chociaż obraz ten nie jest zbyt szczegółowy ( jednakże to tekst diametralnie inny od, na przykład, Zbrodni i kary Dostojewskiego, w której to tytułowa zbrodnia odegrała istotną rolę w kształtowaniu późniejszych wydarzeń), to ciekawe mogą być wnioski wynikające z porównania typowego przedstawiciela rosyjskich wyższych klas z równie zamożnym Anglikiem czy Francuzem. Tych różnic prawie nie ma: stereotyp angielskiego dżentelmena jest obecny także w W otchłani Imatry – brakuje tylko charakterystycznego dla wyspiarzy zwyczaju picia popołudniowej herbatki. Z drugiej jednak strony autor skoncentrował się na wątku zbrodni, nie próbował czytelnikowi szczegółowo prezentować mentalności swoich bohaterów – ta zarysowana jest na tyle szczątkowo, że ciężko powiedzieć coś więcej na jej temat.
 
Za słabo zarysowaną mentalnością idzie także bardzo szablonowe wykorzystanie postaci przez pisarza. Trudno znaleźć równie stereotypową młodą dziedziczkę wielkiej fortuny, której ginie ktoś bliski – dziewczyna zupełnie nie wie, co robić i pozwala, co tu dużo mówić, na swobodne sterowanie sobą przez osoby trzecie. Podobnie ma się sprawa z Kobyłkinem – pośród zbrodni czuje się, o ironio, jak ryba w wodzie; to wręcz machina, nie człowiek z krwi i kości. Ciężko domyślać się, jak w chwili publikacji przyjmowany był przez czytelników taki chodzący ideał, dzisiaj jednak takie kreacje męczą – zwyczajnie brak w powieści bohaterów ze skazami, nie takich, od których prawość bije wręcz jasną łuną.
 
Kobyłkin to wschodni Holmes, który musi używać w pracy szarych komórek i dopatrywać się zależności i powiązań między najdrobniejszymi szczegółami, by z nich zbudować gotową układankę. Ciężko jednak nie zirytować się jego szlachetnością i prawością, mamy tutaj bowiem do czynienia ze "sztandarową" sylwetką detektywa (stylizowanego na angielskiego dżentelmena) – bez najmniejszej skazy, a jego największą wadą może być co najwyżej niewinny dowcip rzucony od czasu do czasu. Jednak chociaż tożsamość zbrodniarza zostaje odkryta nagle, dosłownie w jednej chwili, i nie istnieje tutaj coś takiego jak powolne dochodzenie do tego, kto zabił, to kontakt z książką jest przyjemny. A to głównie za sprawą swojej prostoty i faktu, iż autor skoncentrował się na zbrodni właśnie, bez wtłaczania w karty powieści niepotrzebnych wątków, czy wręcz budowania obok historii właściwej drugiego tekstu, opartego raczej na kanwie obyczajowej. W otchłani Imatry to na pewno nie pozycja wybitna – niemniej ciekawa, sprawnie napisana i z pewnością pozwalająca miło spędzić czas, a możliwość przeczytania książki bez najmniejszych zgrzytów 120 lat po premierze to chyba najlepsza rekomendacja. 

Metody Kobyłkin #1 - W otchłani Imatry

Autor: Aleksander Ławrow
Wydawnictwo: Dobre Historie
Miejsce wydania: Wrocław
Wydanie polskie: 12/2012
Tytuł oryginalny: Под волнами Иматры
Liczba stron: 248
Format: 125x200 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788363667986
Wydanie: I
Cena z okładki: 19,00 zł



blog comments powered by Disqus