Fragment #3 książki "Do światła"


Wybrany

 

– Wstań i otrzyj twarz!

Twarde słowa zabrzmiały tak nieoczekiwanie, że Gleb aż się wzdrygnął. A w następnym ułamku sekundy uświadomił sobie, że słyszał już ten gruby męski głos. Całkiem niedawno.

Odwrócił się z przestrachem.

Przed nim stał ten sam stalker, ogromny, obcy. Jak się okazało, przez cały czas był obok, obserwując scenę poniżenia. Gleb nie ośmielił się nie usłuchać stalkera i dlatego podskoczył jak oparzony.

Nazywali go chyba Taran.

– Czego się boisz bardziej, chłopcze? Że cię pobiją czy że zostaniesz bez swojej zabawki? – Taran świdrował Gleba złym, nieustępliwym spojrzeniem, tak że ten nie śmiał odwrócić wzroku. To TWOJA rzecz. Należy TYLKO DO CIEBIE. I DO NIKOGO INNEGO.

Stalker cedził ciężkie frazy, jakby uderzał siekierą, i z każdym wymówionym słowem w chłopcu, zamiast dopiero co odczuwanej rozpaczy i strachu, budziła się determinacja. Palce same zacisnęły się w pięści i Gleb, szczerząc drapieżnie kły, rzucił się nagle na tłuściocha. Jego ciało zadziałało instynktownie. Wczepiwszy się obiema rękami w tłuste włosy prześladowcy, chłopiec z całej siły uderzył go czołem w twarz. Grubas odsunął się, zasłonił rozbite usta rękami i przeraźliwie wrzasnął. Zapalniczka upadła na beton peronu. Gleb podniósł ją i nienawistnie spojrzał na świtę: który jeszcze połasi się na jego skarb? Jednak koledzy Grubasa nie odważyli się z nim zadzierać. Chwilę później nie było po nich nawet śladu.

Taran obserwował obojętnie, jak Gleb klapnął na ziemię, przyciskając do piersi cenny drobiazg. Coś dziwnego było w tym dziecku. Na pierwszy rzut oka był to zwykły nastolatek, jakich dziesiątki biegają po stacji. Brudne, rozczochrane włosy, zapadłe policzki. Podkrążone oczy. Umorusany od stóp do głów. Nieco zadarty nos. Jednym słowem, nic nie wyróżniało go spośród rówieśników. Nic… oprócz sprytu w nad wiek dojrzałym spojrzeniu. I jeszcze coś – w jego brązowych oczach nie było zmęczenia i rezygnacji, które przebijały w spojrzeniu większości mieszkańców kolejki podziemnej.

Stalker niechętnie się odwrócił i podszedł do ogniska. Rozbłyski płomieni nierównym blaskiem oświetlały siedzących w kręgu ludzi. Wśród rzeszy znajomych Gleb zauważył nowe twarze. Ciekawość pomogła mu zapomnieć o niedawnym wzburzeniu i, z zapalniczką schowaną w kieszeni poszarpanych spodni, zbliżył się do ognia.

Przybysze wyróżniali się porządnymi ubraniami i dziwnymi szerokimi pasami, z których zamiast broni zwisały wszelkie możliwe narzędzia – młotki, obcążki, śrubokręty… Dziwna para najwyraźniej przybyła z Technolożki.

O tej stacji Gleb słyszał wiele zadziwiających historii. Mówią, że wszędzie tam jest jasne światło i mnóstwo najrozmaitszych urządzeń i maszyn. A świńskich farm i poletek prawie wcale. Całą żywność mazuty kupują od innych stacji w zamian za broń i różne potrzebne w gospodarstwie maszyny.

Gleb od razu rozpoznał dowódcę. O ten… z bródką i surową twarzą.

Zakasłał i wymieniwszy przelotne spojrzenia z siedzącym obok Nestorem, zwrócił się do stalkera:

– A więc to ty jesteś Taran?

Stalker zignorował pytanie, wyciągając dłonie do przyjemnego ciepła ogniska.

– Nie przyjąłeś naszego zaproszenia. Dlatego przyszliśmy tutaj. Jeśli góra nie chce do…

– Po co jestem potrzebny Aliansowi? – szorstko przerwał Taran.

Mazut, zaskoczony, urwał w pół słowa, ale szybko się zorientował i ciągnął dalej:

– Domyślny jesteś, stalkerze… Tak, reprezentujemy Alians Primorski i mamy dla ciebie zlecenie.

– Nie potrzebuję zleceń.

– Dobrze. – Brodacz zasępił się. – To nie praca… Potrzebna nam twoja pomoc, Taranie. To bardzo ważne dla Aliansu… Dla wszystkich.

– Czego konkretnie chcecie? – Stalker popatrzył na mazuta jak na wyjątkowo natrętną muchę.

– Tu nie możemy powiedzieć wszystkiego… Ale dotyczy to pewnej ekspedycji… Uznaliśmy, że jesteś najlepszym kandydatem i zdołasz przeprowadzić oddział…

– Dokąd? – Taran znów przerwał.

– Eee… – Brodacz zrobił głębszy wdech. – Do Kronsztadu.

Stalker wstał w milczeniu i ruszył w stronę wyjścia ze stacji. Delegaci poruszyli się nerwowo.

– Naboje, stalkerze! Tyle, ile zdołasz unieść!

Mieszkańcy z zainteresowaniem przysłuchiwali się daremnym namowom gości.

– Jedzenie! Lekarstwa! Broń!

– Ochłoń, mazucie – rzucił przez ramię Taran.

– To twoje ostatnie słowo?

– Spadaj na drzewo. – Taran odwrócił się, rzuciwszy mazutowi gniewne spojrzenie.

– To raczej jego ostatnie słowo – skomentował, uśmiechając się półgębkiem Pałycz.

Brodacz przygasł… Zamyślił się, a po kilku sekundach nagle się ożywił.

– Alians potrafi okazać wdzięczność. – Dowódca gorączkowo dobierał słowa. – Dowolna cena, Taranie! Wszystko, czego zechcesz!

Stalker zatrzymał się.

– Wszystko?

– Wszystko, co jest w mocy Aliansu!

Powoli, niczym w strasznym śnie, stalker podniósł rękę…

– O, tego dzieciaka.

Palec zatrzymał się, pokazując wprost na Gleba…

Chłopiec osłupiał. Przerażenie przebiegło mu po ciele kłującym dreszczem. W ustach mu zaschło. Gleb usłyszał jakby przez warstwę waty, jak mazuty szepczą z naczelnikiem stacji. Nikanor wymachiwał rękami, a jego okrzyki stawały się coraz głośniejsze, aż chłopiec usłyszał wyraźnie:

– Jak wam w ogóle przez gardło przechodzi taka propozycja! Dziesięć kilo świniny za dzieciaka! Kto to widział?! – Nikanor popatrzył w kierunku zamarłego Gleba i pospiesznie odwrócił wzrok. – Tyle, ile sam waży. I basta!

Gleb jak przez mgłę pamiętał to, co się działo później. Łzy piekły oczy… łzy żalu i strachu. Niczym w niemym kinie, przed wzrokiem chłopca przesuwały się sceny, jedna bardziej niedorzeczna od drugiej… Staruszek Pałycz rzuca się z oburzeniem po peronie między Nikanorem a mazutem, groźnie wygarniając to jednemu, to drugiemu. Chroma dziewczynka beczy u matki na rękach, patrząc z przestrachem na Gleba. Nikanor ze spuszczonym wzrokiem omawia z mazutami szczegóły transakcji… A potem nad chłopcem zawisła postać stalkera:

– Wszystko słyszałeś, chłopcze. Twoi współmieszkańcy to szajs, powietrze to szajs, a i twoja praca, jak słyszałem, to kompletny szajs. Nie ma tu czego szukać. Idziemy.

Gleb otarł łzy postrzępionym rękawem, ostatni raz obrzucił spojrzeniem sklepienia rodzimej Moskiewskiej i powlókł się za Taranem, całym sercem czując, że nie będzie już powrotu do dawnego życia.

Metro #5 - Uniwersum Metro 2033: Do światła

Autor: Andriej Diakow
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Wydawnictwo: Insignis
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 6/2012
Liczba stron: 328
Format: 140x210 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-61428-69-5
Wydanie: I
Cena z okładki: 34,99 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus