2. fragment książki "Achaja", tom 1


Ilustracje: Dominik Broniek

Rozdział 3

Wielki książę Archentar oszczędnym, ściśle określonym przez etykietę ruchem ręki, zaprosił gości do stołu. L`ath i Meredith zasiedli po obu stronach gospodarza, pilnując, żeby żaden z nich nie zrobił tego szybciej niż drugi. Potem jednak atmosfera znacznie się rozluźniła. Poseł poprosił o możliwość obsługiwania go przez własne niewolnice - tylko one wiedziały, co wolno mu jeść, a czego nie. Na nim też, jako na gościu honorowym, spoczywał ciężar nawiązania rozmowy. L`ath wiedział, co najbardziej interesuje gospodarza.
- A jak tam, panie gospodarzu, sprawy waszego handlu - powiedział. - Doszły mię słuchy, że poprzez zmniejszenie ceł, odebraliście lwią część obrotów Państwom Wschodu.
- Lwią część? - mruknął Archentar. - Doprawdy przesada.
- Nooooo... Ale nowy zaciąg ogłosiliście.
- Powiedziałeś panie - Archentar skinął głową - że handel ma wpływ na armię - spojrzał na Mereditha - czy niczego nie pomyliłem?
- Tak, panie gospodarzu. Jeśli upadnie handel, Państwa Wschodnie nie będą mogły płacić żołdu. Wojsko obróci się przeciwko zubożałym władcom, bowiem ich siłą, ich jedynym źródłem bogactwa, jest handel...
- Czy możesz to wytłumaczyć, panie - wtrąciła Asija - przecież to bogate kraje, jak słyszałam...
- Właśnie - L'ath uśmiechnął się do dziewczyny - jak upadnie handel, zabraknie większości dochodów tych państw.
- Dziwne - nie mogła zrozumieć Asija - to państwo ma dochody i straty jak jakiś handlarz? Przecież oni są zbyt bogaci, żeby stracić wpływy i... - przez chwilę szukała odpowiedniego słowa - ... i dochody.
- Taaaak - cesarski poseł nie mógł się powstrzymać, żeby nie wetknąć Asiji szpilki. - Bogactwo Państw Wschodu bierze się z ich bogactwa, zaiste.
- Ale armia i handel? - skrzywił się Meredith. - Czy to nie przesada łączyć te sprawy? Bogactwo bierze się z ziemi.
- To w takim razie, dlaczego Linnoy utrzymuje port w D'ei? To malutka, zagubiona w morzu skała, gdzie nic nie rośnie. Wszystko trzeba dowozić morzem. Utrzymanie portu kosztuje majątek. Po co im to?
Nikt się nie odezwał. Utrzymywanie portu w D'ei było powszechnie uważane za fanaberie starego księcia Linnoy, ale nikt nie odważył się powiedzieć tego głośno, na oficjalnej uczcie. Nawet wtedy, kiedy nie było w pobliżu nikogo z poddanych Linnoya.
- Żeby kontrolować pobliskie cieśniny - odezwała się nagle Achaja. - Trzymają port, żeby mogły stać tam wojenne okręty. Bez ich zgody nikt nie sforsuje cieśnin pomiędzy morzami.
- To bzdura - wtrąciła Asija. - Przecież każdy wie, że Linnoy nie pobiera ceł ani opłat za przepływanie cieśnin. Zresztą, nawet gdyby je brali, to i tak wpływy nie pokryłyby kosztów utrzymania portu - przypomniała sobie dyskusje na dworze jej ojca.
- Co ty na to, moja panno? - Meredith zwrócił się do Achai.
- Robią tak, bo więcej zysków mają z handlu niż z opłat i ceł. Cieśniny to złoto z gór, to nasze zboże i wełna, to wyroby rzemieślników zachodu, bydło z południa i żelazo z północy. Cały handel odbywa się teraz w miastach Linnoya. Wystarczy, że ktoś spróbuje założyć faktorię w pobliżu cieśnin, on je od razu zablokuje i mamy drugą "Wojnę Wiatrów", w której małe księstewko pokonało olbrzymią tyranię, odcinając jej w końcu dopływ wszystkich towarów.
- Milcz, głupia - syknęła Asija, zdenerwowana zbyt długą wypowiedzią pasierbicy.
- Pani - Meredith lekko pochylił głowę. - Czuję podziw dla pani wychowawców.
- A więc czujesz podziw głównie dla pani Asiji, która uczy mnie, nie szczędząc wysiłków.
L'ath i Meredith tylko cudem powstrzymali się od parsknięcia śmiechem. L'ath położył nawet dłoń na ustach, jakby obawiał się, że nie będą posłuszne jego woli. Meredith, bardziej opanowany, krzywił wargi i skupił wzrok na swoim kielichu wina, jakby nagle odkrył tam coś interesującego. Nawet Archentar poczuł znowu coś, jakby szacunek dla córki, która potrafiła znieważyć Asiję, oficjalnie wypowiadając pochlebstwo. To dziecko naprawdę było żywe, inteligentne i bystre. A może... może uchronić ją od wojska... może ją obrać następcą? Archentar nie mógł mieć najmniejszego pojęcia, że decyzja, którą on sam uważał za drugorzędną w życiu może mieć tak ważne skutki dla świata. Nie miał pojęcia, bo nie mógł mieć, że właśnie w tej chwili, w jego głowie, waży się los całej znanej cywilizacji, całej historii w jej najbardziej istotnym węźle. Archentar nie był jednak kimś, kto zmienia raz powzięte decyzje. Tym samym, nie wiedząc o tym, odrzucił daną mu możliwość zmiany losu. Historia nie zapamiętała go, nie odnotowała w swoich annałach, nawet jako starego, uczciwego i ponad wszystko, ponad los własnej rodziny, oddanego państwu człowieka, za jakiego chciał we własnych oczach uchodzić. Archentar zapadł w nicość dokładnie w chwili, kiedy odrzucił myśl o zapobieżeniu służbie wojskowej Achai i postanowił jednak, gnany swoim fałszywym poczuciem przesadnej sprawiedliwości, skarcić córkę.
1 - Achajo - wmówił sobie jako dodatkowe usprawiedliwienie, że robi to także, by ochronić córkę od zemsty swojej żony - resztę uczty spędzisz na stojąco.
Achaja wstała szybko, pochylając głowę. Meredith spojrzał spod oka na gospodarza. Nawet L'ath uniósł w zdziwieniu brwi. Etykieta nie pozwalała jednak na najmniejszy nawet komentarz dotyczący surowości obyczajów gospodarza.
- Panie... - stary kucharz podszedł do stołu i ciężko opadł na kolana. Był bardzo ociężały i coraz trudniej było mu stosować się do wymogów obyczaju. Ale był też mistrzem. Mistrzem, któremu darowywało się nawet większe uchybieniai który mógł liczyć na spokojną starość, kiedy obdarowany majątkiem, a może nawet własną wioską, osiądzie gdzieś, wśród dóbr swojego pana.
- Dobrze, zaczynaj - książę klasnął w ręce.
Jedzono w milczeniu. Dziewczęta przy stole rzucały tylko ukradkowe spojrzenia na niewolnice, które pojawiły się razem z kucharzem i zaczęły usługiwać L`athowi. Obie były przestraszone. Niewolnice były praktycznie nagie. Każda z nich miała na sobie tylko rodzaj fartuszka. Nie uszło to również uwadze Archentara. On też był poruszony i chociaż słyszał o niewolnicach cesarstwa, zastanawiał się, jak zapytać o takie zhańbienie kobiet, żeby nie obrazić gościa. Z kłopotu wybawił go sam L`ath.
- Przepraszam, widzę, że widok niewolnic wzbudza pogardę.
- Ależ...
- Wiem, jakie są zwyczaje Królestwa Troy. U nas także się je szanuje. Wiem też, że żadna kobieta nie może chodzić półnago.
- One są całkiem nagie - wtrącił Meredith.
- Tak. Ale to niekobiety. To niewolnice. Nie ludzie - cierpliwie wyjaśniał poseł. - To tak jakbyście panie dopuścili do stołu psy. One również nie noszą szat.
- A... - Archentar czuł, że czerwienieją mu policzki. - Dlaczego tak dziwnie wydymają usta?
- Och, to takie zabezpieczenie. Każdej niewolnicy wypala się na pośladku znak jej stanu. W usta wkłada się im specjalny knebel, który sprawia, że nie mogą rozewrzeć szczęk ani poruszyć językiem. One nawet nie mogą nikogo poprosić o pomoc.
- Straszne - mruknął Meredith.
- To tylko niewolnice.
Obie dziewczęta przy stole były przerażone. Asija jednak po pewnym czasie przemogła się. Nie mogła nawet powstrzymać uśmiechu, wyobrażając sobie Achaję w takim stroju, z zakneblowanymi ustami. Szczególnie, że księżniczka nic sobie nie robiła z kary stania przy stole. Manewrowała tym nowomodnym widelcem z taką wprawą, jak stary wojownik włada mieczem. Nawet najmniejszy kąsek nie spadł na stół.
Po chwili główny kucharz ponownie pojawił się w jadalnej sali. Tym razem pochylił się, nie zadając sobie trudu, żeby choć udać, że chce przyklęknąć.
Archentar, który lubił go, nawet nie dlatego, że sam był żarłokiem, ale z powodu wpływu, jaki miały na gości świetne posiłki, uśmiechnął się do niego. Podniósł rękę i w sali zapadła cisza.
- Znajdź w piwnicy najlepsze wino! - polecił zgodnie z nakazem etykiety.
Wino stało przygotowane od dawna w kuchni. Kucharz jednak musiał je przynieść osobiście. Kiedy pojawił się z powrotem z wielkim dzbanem, Archentar wskazał córkę. Obyczaj nakazywał, żeby pierwszy kielich wychylił ktoś najmniej znaczny przy stole. W tym celu zawsze, w każdej uczcie towarzyszyło rodzinie, oficjalnym gościom i przyjaciołom domu kilku tak zwanych "ubogich krewnych" - ludzi, którzy nigdy nie mieli prawa zabierania głosu, których ignorowało się i traktowało jak powietrze, a ich jedynym zadaniem było kosztowanie pierwszych kielichów (by nikomu choćtrochę bardziej znacznemu nie przypadł w udziale ten poniżający obowiązek), branie na siebie winy za zbyt głośne czknięcia czy pierdnięcia oficjalnych gości (tak, tak... każdy przecież pamięta, jak uporczywe wiatry księcia Linnoy podczas uczty doprowadziły do prawie dwudziestoletniej wojny pomiędzy jego księstwem, a tyranią Symm). Ci ludzie często nie byli nawet prawdziwymi krewnymi. W krańcowych przypadkach można było wynająć kogoś ze zubożałej szlachty, a nadworny heraldyk robił z nich krewnych jednym pociągnięciem pióra. Teraz jednak Archentar wskazał na swoją córkę. Chciał ją ukarać za to, że perfidnie tak dobrze radziła sobie, nawet stojąc? Za jej wcześniejszy ostry wobec macochy język? Ale była to kara zbyt sroga. Meredith zesztywniał zaskoczony,nawet L'ath spojrzał na dziewczynę, żeby upewnić się, czy to na pewno córka gospodarza. Asija stłumiła uśmiech.
Kucharz, z reguły mało czuły na wymogi etykiety, podszedł do dziewczyny tak denerwująco powoli, że dosłownie chwile dzieliły go od chłosty. Achaja jednak dzielnie podniosła swój kielich. Kucharz, nie zważając na tuszę, nalewał go na klęczkach. Meredith i Asija zamarli w bezruchu, kiedy dziewczyna podnosiła wino do ust. Meredith, dlatego bo ją lubił i nie chciał, żeby nieopatrzna skarga z jej ust doprowadziła do jeszcze większych upokorzeń w jego obecności, Asija przeciwnie, licząc na to, że tamta popełni jakiś błąd, co da jej możliwość natychmiastowego zareagowania.
Na twarzy księżniczki pojawił się jednak lekki uśmiech. Przez chwilę ważyła w głowie, na co może sobie pozwolić, a potem... Potem
podniosła kryształ do ust i wychyliła zawartość jednym wielkim haustem, odrzucając głowę do tyłu. To była jej zemsta na ojcu - niech przez moment goście sądzą, że ma córkę zajadłą pijaczkę.
Kucharz zzieleniał bardziej nawet niż sam Archentar. Książęce dziecko, a goli wino jak marynarz w porcie! Taka zniewaga! Taki policzek wymierzony gościom!? Takie splunięcie w twarz posła L'atha! Kucharz żegnał się z życiem, Asija nie mogła uwierzyć w swe szczęście, Lath zastanawiał się, czy może sam wypowiedzieć wojnę, czymusi czekać na decyzję cesarza...
- Och - powiedziała Achaja słodkim głosem - to wino jest tak znakomite i tak mocne, że upiłam się samym zapachem.
Z Archentara uszło powietrze. Asija przeciwnie, wciągnęła je z głośnym sykiem. Meredith zachichotał, a L'ath poczuł ulgę. Tak dobre wino, że upija sam zapach? Obraza zamieniła się nagle w komplement dla gości. Czarownik uśmiechnął się do dziewczyny. Ten brzdąc naprawdę jest sprytny. L'ath zaczął klaskać w dłonie. Był przekonany, że gospodarz ukartował to wszystko z córką. Ot, takie małe wytchnienie od nudy oficjalnych przyjęć. Jedynie kucharz, cudem uniknąwszy miecza, nie mógł napełnić pozostałych kielichów, bo drżały mu ręce.
Biesiadnicy, w przeciwieństwie do księżniczki, ledwie umoczyli wargi. Przyjdzie czas i na pijaństwo. Obyczaj jednak kazał zachowywać się bardziej konwencjonalnie, przynajmniej na początku.
- A wiecie Państwo - L'ath znowu podjął temat politycznej dyskusji, wiedząc, że w dalszym ciągu to na honorowym gościu spoczywa obowiązek podtrzymywania rozmowy. - Wiecie, że są krainy gdzie nie ma pojęcia honoru, ani godności, ani...
- Choćby kraje Północy - mruknął Meredith, wzruszając ramionami.
- A nie, nie. Oni tam swój psi i podły, ale honor jednak mają.
- Są kraje o jeszcze bardziej nikczemnych obyczajach? - zdziwił się Wielki Książę. Był odpowiedzialny za dyplomację Królestwa Troy, a jednak nie słyszał o większym prostactwie niż na Północy.
- A są, są - L'ath pogładził swoją równo przyciętą brodę. - Mówię o ChorychLudziach zza Wielkiego Lasu.
- Zachód? - mgliście kojarzył Archentar. - Stamtąd wyroby rzemieślnicze płyną i jeszcze... - nie mógł sobie przypomnieć co jeszcze.
- Wielki Las? Słyszałem, że tak naprawdę nie jest za wielki.
- O nie, panie czarowniku. Jest przeogromny, jest nieprzebyty.
- To jak docierają do nas towary?
- Morzem albo poprzez góry Północy. To podnosi cenę, wiem, ale przez las? Nie. Nie ma mowy.
Wielki Książę skinął głową.
- No, a dlaczego, panie pośle cesarski, nazywasz ich ludźmi bez honoru?
- Ach - L'ath rozsiadł się wygodniej i skosztował wina. - Posłowałem do Króla Hemenroy. Mój okręt zatrzymał się właśnie we wspaniałym porcie- twierdzy Hem, od samego imienia władcy nazwanym. Miałem już ruszać w głąb kraju, do stolicy, ale wstrzymano mię, mówiąc, że świadkiem wielkiej bitwy zostać mogę. Takoż następnego dnia, zgodnie z zapowiedzią zwiadowców z okrętów kaperskich, na redzie flota Chorych Ludzi się pojawiła. Aaaaa... jaka tam flota. Ot łodzie w dużej kupie i kilka, może, pomniejszych statków handlowych. Okręty miasta Hem uderzyły na nich, spustoszenie czyniąc. Nie minęło pół dnia, a wszystkie już były sczepione, dym niósł się ku niebu, a ja rozczarowany byłem, bo to nie żadna bitwa, jeno zwykła rzeź...
- I nie poddali się?
- Ha! - cesarski poseł uderzył ręką w stół. - Nie byłokomu się poddawać. Myślałem, już po nich. Wszystkie okręty spalone po abordażu... A Chorzy Ludzie miast w jasyr, to do wody skakali.
- To na brzegu ich połapali?
L'ath pokręcił głową.
- Słuchajcie panowie. Stałem na brzegu, w porcie na murach. Wszystko widziałem. Ci rozbitkowie do portu płynęli...
- Jak to? Wpław?
- A jakże. Siła ich dopłynęła do łachy, na którą łodzie kupieckie wyciągano. Chciałem iść już. Co będę się kaźni przyglądał, ale oni...- poseł znowu łyknął wina. - Oni, jak dopłynęli, to za miecze i tłum, co się tam zebrał, siec zaczęli.
Meredith, choć bywały w świecie, skrzywił się z odrazy.
- No to ich chyba wojsko raz dwa rozproszyło? - powiedział Archentar.
- Jakie wojsko? Toż wojsko na okrętach bitwę czyniło! Strażuderzyła i murowi. Ale tam tłum był, przestrach i krzyki... Nie doszli. Ciżba runęła do bram, a Chorzy Ludzie wśród nich. Dźgając kobiety na równi z innymi.
- Nie zamknięto bram?
-Jak? Ciżba uciekała do miasta. Jak unieść most, skoro dwustu chamstwa po nim biegnie? Przy kole nikt nie wydoli, a i liny się pourywają.
- A chorzy ludzie wśród nich?
- Jak mówię. Na ulicach się rozluźniło trochę. Straż przyparła kilku "topielców". Ale reszta... Tu do karczmy się wdarli, drzwi zamknęli i dawaj z rodziną karczmarza sobie poczynać. Straż szturmuje, a oni śmiechy sobie urządzają. To w końcu żołnierstwo z dymem karczmę puściło. To się dopiero ciżba obruszyła. I dawaj barwę straży lżyć, kamieniami obrzucać. A z takim uporem, że straż się cofnęła. Panowie oficerowie na zamek pobiegli, komendy wyglądać... Co czynić? A pan burmistrz właśnie w świątyni był. Ktoś go nożem dziabnął na schodach.
- Chorzy Ludzie?
- A któżby? Pan komendant straży jeno na konia zdołał wsiąść, jak go ktoś mieczem pomacał. I już we krwi leżał. Straż zbója, który to zrobił na strzępy rozerwała, jeszcze ubranie miał mokre. Ale co dalej? Kto ma komendę brać? A tu domy płoną. Chamstwo tumult czyni, w świątyniach kapłani pokotem leżą i nikt nie wie, kto ich do własnych bogów wyprawił. Ktoś rabuje domy, składy, kantory... Chorzy Ludzie czy zwykły gmin zamieszaniem rozzuchwalony? Wtedy do księcia, pod pałac, straż ruszyła - tam się najazdowi przeciwstawić. I nawet wydawało się, po krzykach i nawoływaniach sam książę na schody wychodzi... Ale nie... To jakiś cham z Chorych Ludzi, jeno w skrwawionym i rozdartym, książęcym płaszczu. Pije to swoje bezbarwne, cuchnące wino, pluje i urąga... i złorzeczy wszystkim,i wszystkiemu wokół. Straż się rzuciła, ale zdążył jeszcze krzyknąć, że bogactwa księcia teraz do każdego należą, bo nie ma już władzy w mieście Hem... Potem było tratowanie, i rabowanie, i palenie... ale nie Chorzy Ludzie to urządzili. Nie było już miasta Hem. Bramę chyłkiem opuszczałem to Chorzy Ludzie ogłaszali, że teraz już ceł nie ma, ani podatków, że każdy sobie panem być może. Potem swoją władzę ustanowili, a ze wzgórz jeszcze zdążyłem zobaczyć, jak opornych z murów zrzucają.
- Bitwę przegrali i miasto zdobyli?
L'ath smętnie skinął głową.
- Nie orężem tylko świństwem zdobyte. Nie ma u nich komendy, nie ma porządku. Ale jak wściekłe psy gryzą. Jak ucapią, życia nie stanie.
Z całego towarzystwa jedynie Achaja zwróciła uwagę na zmianę, jakiej poddał się język posła. Nadworny kronikarz i nauczyciel kaligrafii, wiele razy zwracał jej uwagę, żeby uważała na język, jakim ludzie mówią. Każdy niby mówi tak po prostu. Oczywiście inaczej chłopstwo, inaczej kupiectwo, a jeszcze inaczej panowie. Ale nie o to tu chodzi. Zupełnie inaczej ludzie mówią na co dzień, a inaczej zapisuje się to w kronikach. Jeśli ktoś nagle zaczynamówić "kronikarskim" językiem, to znaczy, że albo nie opowiada tego, czego sam doświadczył, albo owszem, ale było to dawno, zdążył podyktować wspomnienia, które kronikarze uwiecznili,a on sam potem je czytał, jak każdy inny... "I wiesz, księżniczko", mówił preceptor kaligrafii, "jeśli kiedyś ludzie zaczną pisać tak jak mówią, niczego nie zmieniając, to będą się dziwić, czytając nasze opowieści: jakim dziwnym językiem mówiliśmy... ".
Meredith pokiwał smętnie głową.
- Taaaak. Też już widziałem Chorych Ludzi. Ale kilkudziesięciu raptem.
- Gdzie to było? - zainteresował się Archentar. - Opowiedzcie o tym, panie czarowniku.
- Jeśli nie znudzę słuchaczy... - powiódł wzrokiem po wszystkich obecnych, ale nikt oczywiście nie zgłaszał zastrzeżeń. - Byłem na uroczystości odnowienia ślubów Tyrana Symm. Miasto Heberon, też port - zerknął w stronę posła.
L'ath uśmiechnął się lekko.
- Przecież Chorzy Ludzie go nie zdobyli.
- Ach, nie, nie... bronili nawet. Ale do rzeczy. Otóż dziwna to była uroczystość. Wojska Linnoya oblegały Heberon od roku. Dwudziestoletnia wojna miała się ku końcowi. Symm przegrywało już zaduszone biedą, ale... Tyran nie żałował niczego. Nigdy przedtem nie widziałem takiej uczty. Stosy wymyślnych potraw sięgały sufitów w Starym Pałacu. Goście, poselstwa z całego świata, wspaniałe szaty, książęta... samych służących było więcej niż gości. A pod oknami ciżba zabijająca się, by ogryźć wyrzucane resztki.
- Ludzie? - zdziwił się Archentar. - Nie psy?
- Wszystkie psy dawno zjedzono w czasie oblężenia. Dziwna to była uczta. Wojska Linnoya szturmują mury, goście się bawią, tonąc w zbytku, a o krok dalej chamstwo wyżyna się, nie szczędząc kobiet ani dzieci, by wyssać choćby dawno ogryzioną kość. Straszna noc. Ogień na murach, krew pod oknami, muzyka wewnątrz pałacu.
- A gdzie Chorzy Ludzie? - spytał L'ath.
- Ano tyran zgromadził wiele osobliwości.Były dziwne ptaki, pawie, piękniejsze niż honorowa gwardia, były słonie - żeby je na sale wprowadzić musieli dwie ściany w pałacu rozebrać - dziwne kwiaty, które owady chwytały jak zwierzęta w paszczę. Byli i Chorzy Ludzie. Czterdziestu ich tyran sprowadził, płacąc ich władcy by huk dawali, czyniąc dym...
- Co dawali, przepraszam? - nie dosłyszał L'ath.
- Huk. Otóż wszyscy mieli ze sobą długie rury, muszkiety, czy jak im tam. I jak wszyscy naraz pod ścianą się ustawili, to huk i dym taki zrobili, że kawałki powały spadły na gości.
- No taaaak... - mruknął Archentar. - Może i dobrze, że Tyran Symm wojnę przegrał. Powałą gości podejmować? To i bez Chorych Ludzi da się uczynić.
- I taniej wyjdzie niż jadłem - roześmiał się L'ath.
- Takie zdania i wśród poruszonych książąt padały - ciągnął Meredith. - Ot, dali palbę, poszli i starczy. Niespodzianka się tyranowi niezbyt udała - czarownik przerwał na chwilę i pociągnął łyk ze swojego kielicha. - Następnego dnia rano wojska Linnoy mury zdobyły. Na ulicach gwałt, tumult i krzyki. Ogień z podpalonych domów i dym. Pałac zdobyty, żołnierze, ponoć leżących na podłogach gości, co do komnat nie doszli, nogami tratowali. Nie wiem, do portu biegłem, ale tam jeszcze większy zgiełk, wszyscy na statki, byle uciec, byle dalej, gwardia własny gmin mieczami cięła, by dać drogę swojemu władcy. Potem straż uderzyła i murowi. Ciżba legła w porcie pod mieczami własnych obrońców. Rzeź... No ale drogę otworzyli. Dostałem się na jakiś statek, płacąc kapitanowi tyle, że dwie wsie mógł za to kupić, chcemy odbijać wśród innych statków, ale na wodzie tłok, ścisk, jak na wiejskim jarmarku. A z okrętów wojennych Symm łucznicy strzelają, jak ktoś im w drogęwejdzie, nie ma litości. I patrzę, a wojska Linnoy już do portu wkraczają. Zwarci, w ordynku, żaden nawet raz kroku nie zmyli. Piękny to był widok, choć straszny w swej grozie. A z karczmy, co jej jeszcze nikt dotąd nie ruszył, Chorzy Ludzie wychynęli. Piękne kubraki, kolorowe spodnie, które wczoraj jako dziw oglądano, dziś w nieładzie, potargane, całą noc pewnie pili. Jeden rzyga pod ścianą, inni na widoku się załatwiają, ktoś głowę moczy w fontannie. A śmierdzieli tak, że ich na statku czułem - gorzej niż szewc po sutym obiedzie w amfiteatrze. Sam upadek i sama poruta. I ruszyli na nich książęcy wojacy. Sami młodzi chłopcy w jednakowych pancerzach, w hełmach z pióropuszami, równym krokiem do szturmu. Piękny to był widok, i ramiona i uda, lśniące w słońcu od namaszczenia oliwą, błyszczące nagolenice, tarcze i miecze. Ktoś tam zaczął zwoływać Chorych Ludzi, a oni niechętnie, chwiejąc się na nogach, swoją broń przygotowywali. Książęcy coraz bliżej,widać, że w mig rozniosą, ich dwustu, a szubrawców może czterdziestu...
- I co? - nie wytrzymał L'ath.
- Zebrali się jakoś. W cztery szeregi się ustawili, ale nierówne... nierówne... Tu chłopcy Linnoya, a tu pijane wieprze - Meredith pociągnął kolejny łyk. - I zrobili huk jeszcze raz. Pierwszy szereg zawrócił i ruszył w tył, drugą dziesiątkę odsłaniając. Tamci równieżwypalili i tak samo trzeci szereg. A książęce wojsko całe we krwi. Zaczęli żołnierze padać. I nie był to już ten piękny, wspaniały hufiec. Byli ludzie jęczący i ci co leżeli na ziemi, i... ci co uciekali jak dzieci.
- Co? - żachnął się Archentar. - W dwustu przed czterdziestoma uciekali?
- Jak mówię - czarownik pokiwał smutno głową. - Ostatni szereg Chorych Ludzi w plecy im palił.
- Nie może być. Dwustu doborowego wojska?!
- Eeeee... - włączył się L'ath. - Hufiec ściśnięty w portowej uliczce. Na polu raz dwa by im radę dali.
- Zapewne - zgodził się Meredith.- Ale to już nie byli ci ludzie, których widziałeś panie w mieście Hem. Pijani, szubrawcy... Ale komendę znali.
- I co dalej? - wyrwało się Asiji.
- Dalej już nic. Chorzy Ludzie dobiegli do mojego statku i o ratunek prosili. Kapitan ich wziął. Pewnie bał się, żeby w niego nie wypalili... I z portu jakoś wypłynęliśmy.
- Ha! - Archentar uderzył dłonią w stół. - Jednak uciekli.
- Prawda - zawtórował mu L'ath. - Jakich czasów jednak dożyliśmy. Żeby zwykły cham mógł z kuszy czy z... tego, jak mu... muszkietu w rycerza godzić. Nic, tylko upadek obyczajów i koniec kultury.
- Prawda, prawda - potwierdził Wielki Książę. - Na szczęście, ciągle nie ma to jednak jak uderzyć konnicą i pieszym wojskiem.
- Miecz i honor - dodał cesarski poseł. - Tylko to pozostanie godne dla mężczyzny na wieki. (...)

Rozdział 15

Pewnego dnia (nie wiadomo jakiego - Achaja dawno straciła poczucie czasu) zamiast niewolnika z poranną strawą, zjawił się w celi wysoki urzędnik. Delikatnie głaszcząc fałdy swojego bogatego stroju długo, spod przymkniętych oczu przyglądał się dziewczynie.
- Chodź - powiedział nareszcie cichym głosem, kończąc lustrację.
Dziewczyna czuła, jak krew uderza jej do głowy. Czarna rozpacz, osamotnienie, zaszczucie, nawet nuda przemijających, podobnych jeden do drugiego dni... To wszystko wyblakło teraz w jej głowie, ustępując miejsca uczuciu paraliżującego strachu.
- No już, już - urzędnik cesarstwa Luan lekko wydął wargi. - Nie zjem cię.
Podniosła się z trudem. On gestem wskazał jej drzwi. Przytknął do nosa perfumowaną chusteczkę, kiedy musiała przejść tuż obok. Dwóch niewolników zdjęło jej wojłokowe pokrowce na ręce. Po raz pierwszy od bardzo długiego mogła dotknąć swojej głowy, podrapać się... Bogowie! Jak strasznie może swędzieć niemyta skóra. Ktoś zdjął jej nawet kaganiec. Przykurczonymi palcami rozmasowała sobie twarz - mogła dotknąć swoich ust, nosa, oczu. Niewolnicy przygotowali kąpiel. Nie jakieś tam mycie, ale prawdziwą kąpiel. W zimnej, co prawda, wodzie, ale z prawdziwą oliwą, ze skrobaczkami i przygotowanym ręcznikiem. Bogowie! Nawet strażnicy oddalili się, żeby mogła zdjąć wreszcie tunikę (właściwie jej resztki) i zanurzyć się cała w dużej balii. Cztery niewolnice, kobiety okryte ledwie małymi fartuszkami, stały obok pilnując, żeby sobie niczego nie zrobiła. Ciekawe, co mogła sobie zrobić? Utopić się w balii? Przegryźć żyły? Wszechogarniająca rezygnacja opadła z niej jednak, przynajmniej w jakiś części.
- Co teraz będzie? -spytała, ale widząc smutny wzrok czterech kobiet przypomniała sobie, że nie mogą mówić. Lekkie igiełki strachu kuły ją coraz częściej, ale nie miała żadnych szans na udzielenie odpowiedzi. Niewolnice wytarły ją, ubrały w nową, czystą tunikę - najwyraźniej zdobyczną - była identyczna jak ta, w którą wyposażyła ją armia Troy. Strażnicy zbliżyli się, ale nie byli wobec niej brutalni. Gestem kazali jej iść w środku, pomiędzy nimi i Achaja po raz pierwszy od bardzo długiego czasu zrobiła więcej niż pięć kroków w linii prostej. Pięć kroków - tyle mniej więcej mierzyła jej cela. Nie oglądała się. Jeden ze strażników wskoczył na konia, pozostali pomogli jej zająć miejsce w siodle przed nim. Jej opiekun nie miał broni, pozostali jadący obok, przeciwnie, mieli miecze, sztylety, baty, sznury i sieci do łapania niewolnic. Uśmiechnęła się odruchowo. Nie chcą, żeby sobie zrobiła cokolwiek - w jej pobliżu nie może być ani sztyletu, ani noża. Natomiast, gdyby zdecydowała się na szaleńczą ucieczkę, reszta strażników dosięgnie ją z łatwością. Cóż za brak wyobraźni. Nawet, gdyby chciała, nie była zdolna do żadnego zdecydowanego działania po tak długim czasie spędzonym w celi. Rozpacz i strach zginął gdzieś w czeluściach upływających dni. Pozostała już tylko rezygnacja.
Achaja obojętnie patrzyła na mijane budowle. Nie wkraczali w obręb murów Syrinx, posuwali się obrzeżami miasta, ale nawet to, co znajdowało się na dalekim przedmurzu, stanowiło o wspaniałości stolicy Luan. Te wszystkie wspaniałe kolumnady, liczne i zadbane zagajniki dające schronienie przed prażącym słońcem, strumyczki, rzeki i kanały ze wspaniałymi, okładanymi marmurem mostami, te niesamowite rzeźby, często z wodą, a nawet fontannami ujętymi w kamień, malutkie winnice z jakby przyklejonymi do nich zajazdami, gdzie serwowano wino własnej roboty, te ryneczki, otwarte często patia bogatych domów. To wszystko stanowiło widok mogący porazićszaleńców podnoszących rękę na Syrinx. Takie bogactwo, taka potęga, największe miasto świata... Nawiasem mówiąc, Achaja nie mogła o tym wiedzieć, ale w tym czasie Syrinx nie było już największym miastem świata. To, które było, nie zachwyciłoby jednak nikogo z mieszkańców Luan czy Troy - płynące ulicami ścieki, wiecznie pełne nieczystości rynsztoki, walące się kamienice budowane byle jak, byle szybciej i więcej, nie mogły zachwycić nikogo z kręgu "oświeconej kultury morza". Na szczęście miasto, o którym mowa, leżało tak daleko i w tak niedostępnym miejscu, że nikt z ówcześnie żyjących nie miał go zobaczyć na własne oczy.
Tymczasem strażnicy zatrzymali się obok niewielkiego, wspaniałego swą wyrafinowaną architekturą pałacyku tonącego w zieleni sprowadzonych z dalekich krain drzew, krzewów i kwiatów. Ukryte w gąszczu jeziorka, szemrząca w fontannach woda, jakieś kładki, przejścia, wijące się wśród lśniąco białych kolumn ścieżki dopełniały obrazu niezwykle wytwornej rezydencji, której właściciel przedkładał uroki życia na wsi ponad miejski zgiełk stolicy. Wielki znak rodu na główną bramą pozwolił się dziewczynie zorientować czyja to rezydencja. Pamiętała cesarskiego posła L'atha bardzo dobrze. Wiedziała, że to człowiek o dużej kulturze, szanujący stare obyczaje - wiedziała, że zdoła się z nim porozumieć, jeśli tylko dopuszczą ją przed oblicze pana. Ale... Niby po co ją tu przewieźli? Układy? Wykup? Nie była naiwna. Plan rodziny jej macochy musiał być inny - nie mógł dopuszczać jej powrotu do Troy. A z drugiej strony, jeśli to ona właśnie była nagrodą za wysiłek cesarstwa, to przecież L'ath mógł mieć własne plany co do jej osoby, niekoniecznie zgodne z planami Asiji.
Tymczasem kazano jej zejść z siodła, posadzono na marmurowej ławeczce w cieniu rozłożystego drzewa, strażnicy kucnęli tuż obok. Nareszcie jednak mogła oczyścić zęby (choć własnym palcem, ale jednak). Jakiś służący przyniósł srebrną paterę z owocami. Rzuciła się na nie tyle z głodu, co dla odmiany od parszywej, niezmiennie tej samej karmy, którą serwowali jej w celi. Zrozumiała nagle, że nie dopuszczą jej przed oblicze cesarskiego posła. Ale to nie było ważne. Mogła jeść, mogła rozmasować sobie twarz, mogła choć tylko przy pomocy własnych rąk, jakoś ułożyć sobie włosy. Trudno powiedzieć jak długo czekali. Z wnętrza pałacyku czasem dochodziły stłumione, nierozróżnialne głosy, czasem szczęk naczyń, odgłosy krzątaniny. Zmierzchało już, kiedy na ścieżce, wśród egzotycznych drzew, pojawił się dziwny orszak. Najpierw szedł stary już, siwy człowiek, a za nim kilku chłopców, zapewne, sądząc po strojach, jego uczniów, którzy dźwigali fragmenty jakiejś drewnianej konstrukcji.
- Witaj księżniczko - siwy złożył jej dość staranny nawet ukłon. - Jestem Mistrz Anai.
Odruchowo skinęła głową, usiłując sobie przypomnieć, kiedy ostatnio tytułowanoją "księżniczko". Jaki to mistrz? Znowu poczuła strach, ale z pewnością nie był to mistrz umierania. Nie miał ani kaptura, ani opaski. Jego uprzejmość sprawiła, że odważyła się spytać:
- Co ze... - chciała powiedzieć; "co ze mną będzie?", ale w ostatniej chwili wydało jej się, że pytanie było zbyt obcesowe. - Co tu się dzieje? - zakończyła inaczej, jeszcze gorzej.
Mistrz uśmiechnął się i przysiadł obok niej na ławce. Dał znak swoim uczniom, którzy na małym placyku, wśród okrytych kwiatami krzewów, zaczęli montować drewnianą machinę.
- Tu w pałacu właśnie przyjmują poselstwo Troy - wyjaśnił. - Jest tam twój ojciec.
Dziewczynie na moment zaszkliły się oczy, poczuła, że nie może złapać oddechu. Chciała spytać, czy go zobaczy, ale sama mina siwego człowieka już z góry mówiła "wiesz, że nie".
- Poselstwo? - wydukała wreszcie.
- Taaak. Wojna skończyła się kilkadziesiąt dni temu - teraz rokowania.
- I jak?
- Jak zwykle - Anai uśmiechnął się znowu. - Troy zajęło dwa ważne porty w nabrzeżnym pasie. Ustalono już, że jeden oddadzą w zamian za roczny pokój. My jednak chcemy dwa.
- Więc znowu wojna?
- Nie sądzę - mistrz wzruszył ramionami. - I wy i my wydaliśmy już na wojnę za dużo pieniędzy. U was rosną cła, u nas podatki - Zrobił przy tym minę: "sama wiesz jak to wygląda, lepiej ode mnie". - Do następnego roku pewnie nic się nie stanie.
- To jak zamierzacie odzyskać drugi port?
Mistrz westchnął ciężko. Popatrzył na drewnianą konstrukcję, którą kończyli jego uczniowie. Przypominała wąski stół, a właściwie ławę, tyle tylko, że z dziwnym otworem z jednej strony oraz wypustami na obrzeżach.
- Ano... - pokiwał głową. - Ustalono, że masz krzyczeć pod oknami komnaty twojego ojca; "Oddajcie port Yach!"
Bogowie! Achaja niespokojnie popatrzyła na ukończone już dzieło uczniów mistrza. Bogowie!
- B... Będę krzyczeć - od dawna czuła, że jej wola jest już złamana. Poza tym nie była naiwna, żeby sądzić, że zdoła sama jedna przeciwstawić się potędze Luan. - Zrobię to, jak chcecie.
- Ano będziesz - Mistrz znowu pokiwał głową. Bez złości, bez współczucia, zupełnie obojętnie.
- Będę krzyczeć, co zechcecie - powiedziała Achaja, patrząc jak uczniowie przygotowują małe naczyńka. - Zrobię wszystko. Sama.
- A o tym, co będzie, to uradzili więksi niż my - Anai wstał, patrząc w stronę zachodzącego słońca. - Nie nam zmieniać ich wyroki.
- Ale... - dziewczyna czuła, że coś mrozi jej żołądek. - Ale ja to zrobię sama z siebie! Nie musicie...
- Chodź, dziecko. Twój ojciec, Archentar właśnie udaje się do swojej komnaty.
- Nie - Achaja rozpaczliwie chwyciła się ławy, ale zaraz puściła ją, wiedząc, że postępuje głupio. - Ale dlaczego macie mi coś robić, kiedy... kiedy ja przecież...
Mistrz popatrzył na nią z pobłażliwością. Znał takie widoki nie od dziś, ani nie od wczoraj. Nie był zacięty, nie był zboczony, wykonywał swoją dobrze płatną pracę i był w niej dobry.
- No chodź - mruknął.
2 - Ale... - Dziewczyna nie wiedziała, co może zrobić. Strach szarpał jej ciałem. Wstała sama, bo nie chciała narazić się oprawcom, może wtedy zrobią jej coś jeszcze gorszego. - Ale... czy to będzie bardzo bolało? - spytała nieśmiało.
Mistrz niechętnie skinął głową.
- Rozbierz się dziecko.
Podniosła ręce, ale zaraz opuściła je znowu.
- Nie... Ja... Nie, nie róbcie tego, ja przecież...
Jeden z uczniów podszedł do niej i zdarł z niej tunikę. Energicznie i sprawnie, ale nie tak, jakby chciał ją upokorzyć. Zasłoniła się dłońmi, ale Mistrz nie patrzył na nią tak jak mężczyzna na kobietę. Pochwyciła kilka spojrzeń uczniów, była naprawdę ładna, ale nawet oni nie zamierzali jej szykanować, ani zawstydzać. Dwóch z nich dość delikatnie, choć zdecydowanie ujęło ją za ręce. Czuła jak strach szarpie jej wnętrznościami. Miałaochotę wymiotować.
- No co wy... - powiedziała z trudem, przełykając ślinę. - Przecież zrobię, co chcecie!
Uczniowie położyli ją na plecach. Przywiązali jej ręce do specjalnych wypustów. Czuła zawroty głowy, wyobrażając sobie wszystko, co wiedziała o katach. Będą ją ćwiartować powoli. Zedrą z niej skórę. Będą obcinać jej wszystkie członki kawałek po kawałku. Rozetną brzuch i każą biegać, aż zaplącze się we własne wnętrzności. Uczniowie chwycili jej nogi, przemocą rozkraczyli i przywiązali w kostkach do drewnianej ławy, tak, że nie mogła się ruszyć. Oddychała coraz szybciej, ciemniało jej w oczach, nie baczyła już nawet na wstyd z powodu pozycji, której przyjmowanie w obecności mężczyzn nie przystoi żadnej kobiecie.
- Co... co ze mną zrobicie? - jej słowa były ledwie zrozumiałe. Prawie nie mogła rozewrzeć szczęk chwyconych kurczem.
- Ci którzy o nas decydują, nie kazali cię uszkodzić - mruknął Mistrz. - Wyjdziesz stąd w miarę zdrowa. No... - zastanowił się. - w miarę - powtórzył.
- Bogowie.
- Wstrzymaj się, zanim zaczniesz dziękować Bogom - przerwał jej Mistrz. - Lepiej się wstrzymaj.
Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale jeden z uczniów wsunął jej do ust szmatę nasączoną oliwą, kneblując zupełnie. On też postanowił się odezwać.
- Jedni wolą wiedzieć, co się z nimi dzieje, inni nie - wzruszył ramionami. - Bywa różnie.
Achaja kiwnęła głową na znak, że chce wiedzieć. Oczy wychodziły jej z orbit, kiedy tamten podniósł dwie miseczki.
- To kolce ostrokrzewu. Malutkie, jak wbić, to na skórze prawie nie ma śladu. Moczy się je w truciźnie. Spokojnie, ona nie zabija. Tylko boli, no... młoda jesteś, silna. Będziesz żyć.
Wziął jeden z kolców, sprawdził pod światło, potem umoczył w zawiesistej zawartości drugiej miseczki i wbił jej w lewą pierś. Poczuła lekkie ukłucie i dość mocne pieczenie. Szlag! To się da jakoś wytrzymać. Nie wiedziała, czy ma udawać, że ją bardzo boli, może oszczędzą, czy przeciwnie, udawać, że w porządku, żeby ich nie podniecać. Uczeń wbił jej drugą igiełkę, inny chłopak robił to samo z jej prawą piersią. Ale swędzi, zacisnęła zęby na szmatce. I... piecze. Kurczę! To się da jakoś znieść, na szczęście. Postanowiła się wykrzywić, żeby pokazać im, że boli. Uczeń, ten stojący po lewej, kiwnął jej uspokajająco ręką.
- Nie wysilaj się - mruknął. - Jeszcze nic ci nie jest.
Spojrzała pytająco, a on znowu machnął ręką.
- Trucizna rozpuszcza się powoli - wyjaśnił.
Żeby ich wzięła nagła zaraza! O co chodzi? Kątem oka zobaczyła jak Mistrz siada z powrotem na marmurowej ławeczce. Więc jeszcze się nie zaczęło? Czuła, że jest całkiem mokra od potu. Kurczę! Brudna noga! Śmierdząca pacha! Przeklinała teraz całym swym wątłym zapasem przekleństw. Smarki! Plwocina!!! Przed bardziej ordynarnymi, które słyszała w wojsku jakoś się wzdragała, zresztą... i tak nie słyszeli. Uczniowie dopiero teraz zaczęli wiązać ją mocniej. W łokciach, kolanach, udach... Aha, stąd te otwory w ławie... Ktoś zaciągnął sznur na jej brzuchu z całej siły, przymocowując dziewczynę do śliskich desek. Bolało bardziej niż igiełki w piersiach.
- Mocniej - powiedział Mistrz. - Żeby sobie nie złamała kręgosłupa!
Chłopcy dociągnęli sznur aż straciła oddech, ale dopiero teraz ogarnęło ją przerażenie. Złamać kręgosłup? Przecież... Nagłe uderzenie bólu sprawiło, że walnęła głową w tył. Szybko podłożono jej miękką poduszkę i usztywniono kark kilkoma szmatami. Dwóch pomocników chwyciło ją za ramiona, przyciskając do ławy. Bog... Och! czuła,jakby wbijano w nią rozpalone żelazo! Jak boli! Jak boli!!! To... szarpnęła się, prawie zrywając więzy. Nie, nie... Przecież coś tak strasznego nie powinno nawet istnieć! Jej oszalały umysł łapał się wszystkiego, byleby zaprzeczyć temu, co się z nim działo. Potworne pieczenie zdawało się rozrywać ja, na strzępy. Jakby zanurzono ją w ogniu, coraz gorętszym, coraz bardziej palącym... Ślizgała się na mokrych od jej własnego potu deskach usiłując wyć, wyć, wrzeszczeć, ryczeć... Knebel pozwalał jedynie na zduszone jęki. Nieeeee!!! Musi im pokazać, jaki to straszny ból. Muszą skończyć, muszą skończyć! Nieeee! Tego się nie da wytrzymać! Jak im to powiedzieć?!!! Nie, nie, nie... Oni tymczasem wbijali jej w piersi kolejne igiełki. Chciała się wywinąć, chciała się ruszyć, jakoś uciec, najchętniej wyłamałaby plecami deski, żeby się usunąć, ale powstrzymywały ją więzy i ramiona oprawców... Bogowie! Odda wszystko za chwilę oddechu! Poczuła coś ciepłego na udach. Co jej tam robią?!!! Nie... Po prostu zsikała się z bólu. Niech nie wbijają więcej!!! Przecież już tego nie wytrzyma. Zaraz umrze! Zaraz umrze! Jak im powiedzieć, że zaraz umrze!!! A oni wbijają coraz to nowe igiełki! Ludzie... Usiłowała wypluć knebel, ale uczniowie przymocowali go szmatą. Oddychała spazmatycznie nosem. Zaraza! Przecież się udusi. Powietrza... no nie wbijaj, zarazo, no co mi robisz?!!! Czy oni nie rozumieją, że zaraz umrze? Tego się nie da wytrzymać!!! Jak oszalała spojrzała w dół. Jej piersi przypominały teraz dwa jeże, myślała, że zemdleje, ale piekący, świdrujący gdzieś pod czaszką ból sprawiał, że nie mogła zemdleć. Poczuła skurcze, bolało ją całe ciało, czuła gorączkę i coraz bliższe szaleństwo. Uczniowie przestali wbijać, zaczęli teraz kręcić igiełkami, które już tkwiły w jej ciele. A dotąd wdawało jej się, że nie może już być większego bólu... Usiłowała się zmusić, żeby popaść w szaleństwo. Usiłowała się zmusić, by umrzeć. Chciała stracić przytomność, złamać sobiekręgosłup, rozwalić czaszkę, zrobić cokolwiek...
Uczniowie zaczęli usuwać igiełki, jedna po drugiej. Byli sprawni i szybcy. Ktoś wyjął jej knebel. Achaja nie wrzeszczała wbrew pozorom. Dyszała ciężko, czując, jak znowu sika sobie po nogach, tym razem z powodu ulgi. Miała wrażenie, że deski polano wodą, ale nie, to był jej własny pot.
Wieczór już zapadł. Gdzieś wokół rozbrzmiewały cykady, z najbliższej drogi dochodził zgłuszony turkot kół jakiegoś wozu, gdzieś szczekał pies... Gwiazdy... Tuż nad nią, na niebie świeciły gwiazdy! Jak długo to trwało? Bogowie, pić! Pić!!!
Uczniowie byli przygotowani. Kiedy tylko spojrzała przytomniej, przytknęli do jej ust naczynie z wodą. O mało się nie zakrztusiła, przytrzymali jej głowę. Gdyby mogła mówić, zażądałaby wiadra, a nie jakiejś małej miseczki, ale oprawcy i tym razem mieli rację. Po chwili osłabła i opadła na śliskie deski, dysząc ciężko.
Mistrz podniósł się z ławki.
- No co,córko? Jesteś gotowa?
- Przecież... - głos wiązł w zaciśniętym od płaczu gardle. - Przecież krzyczałabym i bez tego - szepnęła.
- Nie zrozumiałaś mnie, dziecko.
Mistrz podszedł bliżej, przyjął z rąk uczniów dwie miseczki, jedną z kolcami, drugą z trucizną i stanął pomiędzy jej rozkraczonymi nogami.
- Masz krzyczeć: "Oddajcie port Yach". W mocy Archentara jest to uczynić, on odpowiada za dyplomację Troy. Zrozumiałaś mnie?
- T... tak... - właśnie miała spytać, czy już ma zacząć krzyczeć kiedy Mistrz, stojąc dokładnie pomiędzy jej rozkraczonymi nogami, wbił pierwszą igiełkę.
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! - szarpnęła się, o mało nie zrywając więzów. Tym razem była już bardziej podatna na truciznę niż poprzednio. - Nie... Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! - wbił drugą igiełkę. - Ja... Nie, ja... Ach... - przypomniała sobie. - Oddajcie port Yach!!! - krzyknęła czującjak zdziera gardło. - Oddajcie... aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! port w Yach!!! Nie,nie, nie... Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! Wystarczy, proszę! Aaaaaaaaaaaaa!!! Oddajcie port w Yach!!! Oddajcie port, ratunku, kurwa, oddajcie ten pieprzony port, psia wasza mać, port oddajcie psy! Nie!!! Aaaaaaaaaaa... nie, nie, nie... Proszę! No proszę! Oddajcie im ten zasrany port!!! Aaaa... - zaczęła płakać. - Wiecie, co oni ze mną robią?... Oddajcie im port... oddajcie port w... w... no zapomniałam, gdzie...
- W Yach - podpowiedział jeden z uczniów.
Książę Archentar, obecny w komnacie odległej może o dwadzieścia, może o trzydzieści kroków, poderwał się z łoża już na pierwszy krzyk.
- A cóż to takiego?
Dwóch służących zgięło się w ukłonach.
- Krzyk, panie!
- Pasy z was drzeć każę! Kretyni!
- Tak, panie!
- Dowiedzieć się... - przerwał, bo otworzyły się drzwi i wbiegli jego towarzysze z poselstwa.
- Wielki Książę!
- Co tam?
- To... - mówiący, choć szlachcic bał się powiedzieć prawdę. Nikt nie lubi posłańców przynoszącychzłe wieści. Ale rozległ się drugi krzyk i Archentar zrozumiał, że zna ten głos.
- Panie! To wasza córka! - odezwał się ktoś bardziej odważny, a może bardziej głupi niż pozostali.
- Achaja? Żyje? - zza okien dobiegło wołanie, żeby oddać port w Yach, kończące się wrzaskiem pełnym bólu.
Większość osób w komnacie przymknęło oczy. Niektórzy z przerażenia, niektórzy w strachu wobec perfidii władcy Luan, a niektórzy w obawie przed gniewem własnego Wielkiego Księcia. Ten jednak popatrzył na nich zupełnie przytomnie.
- Co za dzicz - syknął. - Co za chamstwo!!! - był z siebie dumny, że tak szybko zdołał się opanować i to w obecności swoich ludzi. Niech opowiedzą o tym, niech mówią wszem i wobec, jakie ma mężne serce. - I z tą dziczą się układamy?
- Tak panie, tak - większość osób bała się jednak podnieść głowę.
Archentar wiedział, że jeśli ma przejśćdohistorii, musi teraz coś powiedzieć. Musi wymyślić jakąś maksymę,która zapadnie ludziom w pamięć, która będzie ozdobą kronik i kanwą ludowych przysłów. Krzyk torturowanej dziewczyny za oknami nie pozwalał jednak mu się skupić. "Zostawcie mnie, będę rozpaczał w samotności"... Nie, banalne. "Zostawcie mnie!" I już. Nie... To nic nie znaczy. "Zostawcie mnie, będę rozważał sprawy własne i królestwa...". Nie, za bardzo nadęte. A poza tym, lepiej powiedzieć "sprawy własne i królestwa" czy "sprawy królestwa i własne"? Nie, całość do niczego. "Zostawcie mnie z moim honorem i moim dzieckiem"? Eeeeee...
3 - Zostawcie mnie - powiedział wreszcie. - Z królestwem Troy i moim bólem na szalach wagi.
Ujdzie. Patrzył, jak towarzysze i służący w milczeniu opuszczają jego sypialnię. Bogowie! Ktoś włożył rękę w ogień i już pamiętają go przez wieki. Ktoś rozdarł szaty własną piersią, broniąc dostępu do króla i jego imię jest w każdej kronice! Nawet Cheelos, choć cham z gminu, podpalił własny gród i pamięta się go po dzieńdzisiejszy! A on sam? Oczami wyobraźni widział już siebie na obrazach zdobiących salę tronową w Troy. Czyż jakikolwiek bard mógł wymyślić wspanialszą intrygę. Oto Wielki Książę samotny w swojej sypialni... tfu!, jakiej sypialni! Jak to brzmi? Siedzący przy stole z ważnymi pismami! Albo jeszcze lepiej. Na balkonie! Z widokiem na kaźń. Rozdarty, słyszący krzyk torturowanego dziecka i... wybierający miłość do Troy! Już widział siebie na jednym z najwspanialszych obrazów. Tak, jeśli chodzi o obraz, to najlepiej będzie przedstawić siebie na balkonie, bo jak inaczej ktoś, kto oglądałby obraz, mógłby zobaczyć kaźń? A rzeźba? Hm... Rzeźba powinna przedstawiać samego Wielkiego Księcia. Tytuł dopowie resztę. Ale lepiej dodać trochę ekspresji. On sam, hm... najlepiej ze sztyletem w ręku, niby to godzący w siebie... "Miłość czy honor?" Świetny tytuł, trzeba zapisać. Nowy krzyk rozdarł ciszę. Bogowie! Żeby ktoś widział, jak on pięknie cierpi. Miłość czy honor?Oczywiście honor. Przez tysiąclecia będzie się mówić: "poświęcił wszystko dla Królestwa jak Archentar". Przecież cierpiał autentycznie. O mało nie rozpłakał się, przywodząc sobie samemu na myśl własne poświęcenie. Czyż można kogoś bardziej doświadczyć?
Uczniowie przecięli więzy, podnieśli Achaję i posadzili obok ławki pod drzewem. Skuliła się naga, obejmując rękami. Najpierw dyszała ciężko, potem zamarła, starając się nie ruszać byle tylko nie zwrócić niczyjej uwagi. Mistrz sam sprawdził jej gardło, długo i uważnie. Dali jej pić soku z wyciśniętych winogron z dodatkiem oliwy i niewielkiej ilości wina. Drżała przez cały czas i, mimo nocy, było jej strasznie gorąco.W głowie kręciło się, ale usiłowała to przemóc, usiłowała być czujna i obserwować wszystko z boku. Serce waliło jak młotem, bo... nie wiedziała czy to koniec!
- No... - Mistrz podrapał się w brodę. - Chyba już odpoczęła. Głosu nie straci.
Bogowie! To nie koniec!To nie koniec! To nie koniec! Szybkie spojrzenia na boki. Rozbić głowę o ławkę? Ułamać gałąź z najbliższego drzewa i się przebić? Przegryźć żyły? Co można sobie szybko zrobić? Wydłubać oczy?
- No chodź.
Wstała tak szybko, jak tylko mogła. Jakby zupełnie pozbawiono ją własnej woli. Teraz spełniała każdy rozkaz oprawców jak wierny pies, nie chcąc brakiem gorliwości, choćby w iluzoryczny sposób, narazić się komukolwiek. Jeśli pokaże, że chce im służyć, że zrobi wszystko, absolutnie wszystko, co zechcą, to może...
Mistrz patrzył z boku obojętnie. Znał to zachowanie. Wiedział, co dzieje się w głowie dziewczyny, znał ten widok, nie raz, nie dwa razy i nie dziesięć obserwował podobne sceny. Złamał dziewczynę. Ale nie był to powód do dumy. On łamał wszystkich. Wiedział też, że teraz, za drugim razem nie trzeba nawet skazańca wiązać.
- Połóż się - wskazał jej drewnianą konstrukcję. - Tym razem na brzuchu.
Achaja rzuciłasięna ławę jak pies, bez namysłu i od razu. Bogowie! Człowiek w chwili zagrożenia zawsze woli leżeć na brzuchu. Ma wtedy wrażenie, że jest bardziej bezpieczny, mniej odsłonięty niż w pozycji na wznak.
- Rozkracz się - uczniowie podsunęli dwie nowe miseczki.
Co on jej może zrobić z tyłu? Może będzie mniej bolało. Może... Myliła się.


Kiedy rano, kompletnie osowiała, tkwiła skulona przy swoim drzewie, coś się w niej przełamało. Właśnie wstawało słońce. Słyszała szum wody w licznych strumykach i fontannach, świergot ptaków, ciche nawoływania służby. Bogowie! Jak pięknie! I jak strasznie groźnie wyglądało to wszystko. Nagle z przerażającą jasnością zdała sobie sprawę, że jest na świecie absolutnie sama. Że nikt jej nie pomoże, nie ma co liczyć na jakiegokolwiek drugiego człowieka. Może żyć, może też umrzeć. W jakieś niezmiernie małej cząstce zależało to od niej samej. Nie, nie zmieni wyroków Bogów, nie potrafi uchronić się przed cierpieniem, nie potrafi obronić się przed jakąkolwiek większą od niej samej siłą. Ale też... Zrozumiała, że nie ma najmniejszego sensu czekanie na szczęśliwy traf, na to, że ci którzy powinni jej cokolwiek dać, dadzą jej to, ochronią, ukierunkują. Jest sama. Maleńki, drżący byt w oceanie wrogiego wszechświata.
Gdyby tylko potrafiła się podnieść. Gdyby tylko nie bała się aż strasznie...

Achaja #1 - Achaja, tom 1

Autor: Andrzej Ziemiański
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 12/2002
Seria wydawnicza: Bestsellery polskiej fantastyki
Liczba stron: 624
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-89011-05-0
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,99 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus