Fragment #4 książki "Battlefield 3: Rosjanin"


Al-Sulajmanijja, granica irackiego Kurdystanu i Iranu
Część druga

Starzec siedział przykucnięty w drzwiach. Montes kucał obok niego, coś mówił, karabin zarzucił na ramię. Mężczyzna pokazał dziesięć palców, zwinął dłonie w pięści, potem znów dziesięć i jeszcze raz, a na koniec wykonał gest strzelania z karabinu maszynowego. Trzeba przyznać, że się starał.
– Mówi, że było trzydziestu, wszyscy uzbrojeni. Byli tu pół godziny temu. – Montes odwrócił się do starca. – Dziękuję panu.
– Dzięki, dalej sobie poradzę.
Black pochylił się nad mężczyzną.
– Byli z LWRO? – spytał po arabsku.
Starzec wzruszył ramionami.
– Miejscowi chłopcy?
Potrząsnął głową, chociaż mógł to być po prostu dygot, i wskazał zachodnią bramę targowiska.
– Dobra, chodźmy tam.

Brama wychodziła na wąską uliczkę, biegnącą między trzypiętrowymi budynkami. Blackburn usłyszał trzask zamykanych okiennic i płacz dziecka. W poprzek ulicy leżał na boku pikap z oderwanym przednim zderzakiem, jakby przesunął go tu w pośpiechu jakiś o wiele większy pojazd.
Black dał pozostałym znak, żeby szli pod ścianami.
– Duża przecznica, bez osłony.
W tej samej chwili usłyszeli warkot. Pojazd gąsienicowy. Blackburn przywarł do ściany na rogu i wyjrzał. Zobaczył, jak maszyna wyjeżdża z bramy, przecznicę dalej na poprzecznej, i skręca w lewo, odjeżdżając z prędkością patrolową.
Włączył radio.
– Transporter, bez oznaczeń, jedzie na północ, powoli, jakby był u siebie.
– Kawał żelastwa.
– Wywołaj go, spytaj, po której jest stronie.
– Zamknij się, Montes. Skręcamy w prawo, tam, skąd przyjechał.
Przebiegli ulicę dwójkami.
– Ruszać się!
– Cicho tu, jakby wszystkich wysiedlili.
– Albo dopiero co był tu szczurołap z Hameln.
– Nie podoba mi się to.
– Dobra, alert. Powoli, panowie.
Boczna uliczka, z której wyjechał transporter, przypominała wąską skalną szczelinę, wysokie budynki z nawisami pięter pogrążały ją w cieniu. Jej drugi koniec wychodził na niewielki placyk. Przy jego skraju, za stosem wiklinowych koszy, w głębokich drzwiach kuliła się grupka kobiet. Przywoływały żołnierzy machaniem i wskazywały w górę.
– Dobra, nie róbmy na razie tego, o co proszą nas te panie. Najpierw przejrzymy dachy.
Znieruchomieli, wpatrując się w dachy i zamknięte okiennice. Blackburn pierwszy zobaczył sylwetkę – w tej samej chwili ceglany mur obok niego eksplodował.
– Snajper! Kryć się, kryć się!
Obrócił się i zobaczył, jak Chaffin dostaje w ramię.
– Ranny. Zasłona dymna. Szybko!
Campo rzucił granat fosforowy, żeby osłonić ich przed snajperem, a Blackburn i Montes złapali Chaffina i wciąg­nęli go w drzwi – ale on nie chciał, szarpał się z gasnącą siłą.
– Postawcie mnie na nogi. Mogę strzelać. Puśćcie mnie, niech dopadnę tego skurwysyna.
– Spokojnie, żołnierzu.
Matkovic wrzeszczał przez radio.
– Pieprzony dym! Widziałem jeszcze trzech!
Rana krwawiła obficie, ale nie była głęboka. Blackburn pozwolił Chaffinowi wstać. Żołnierz zachwiał się, a potem wyszczerzył w uśmiechu.
– Dostałem w dupę, ale stoję. Puśćcie mnie do niego.
Przed nimi, w dymie, Matkovic opróżnił magazynek w kierunku dachu, z którego do Chaffina strzelał snajper. Przerwał ogień, zaczekał.
Kiedy dym się rozwiał, Blackburn zobaczył, że snajper składa się wpół i spada z dachu jak bandyta w westernie. Ciało uderzyło o bruk trzy metry od stojącego w drzwiach Matkovica, ale ten nie zareagował. Stał nieruchomo i wpatrywał się w placyk. To, jak stał z opuszczoną bronią, powiedziało Blackburnowi, że żołnierz widział coś, co niełatwo przyjdzie mu zapomnieć. Nie odrywając wzroku od placyku, przywołał Blacka.
– Chyba znaleźliśmy to, po co przyszliśmy.
Dwaj martwi marines leżeli rozciągnięci u wylotu uliczki. Jeden, bez hełmu i połowy twarzy, musiał być najbliżej eksplozji granatnika. Drugi, z wielkim, czerwonym kraterem na piersi, zadumanym wzrokiem wpatrywał się w rozpalone niebo. Blackburn pochylił się, zerwał im nieśmiertelniki i schował je do kieszeni.
– Co za pojebany dzień.
– Black, uważaj!
Matkovic pierwszy wbiegł na placyk. Wszędzie walały się trupy i fragmenty ciał. Stryker leżał na boku, z opuszczoną rampą i płonącymi oponami, wszystkie osiem kół miał powykręcane pod dziwnymi kątami. Obok stał szkielet czegoś, co mogło być małą ciężarówką albo autobusem. Karoserię unicestwił wybuch ładunku, który przewoziło auto. Z wnętrza strykera dobiegało wolne, rytmiczne pojękiwanie.
Matkovic wzywał już helikopter przez radio, starał się panować nad gniewem, kiedy głos po drugiej stronie dopytywał o szczegóły, w końcu jednak wybuchł.
– Po prostu tu kurwa przylećcie, na wczoraj, dobra?
Odwrócił się do Blackburna.
– Sprawdzę, co w środku strykera.
– Stój – Blackburn powiedział to, nie wiedząc jeszcze dlaczego.
Na placyku znajdowało się kilka innych uszkodzonych pojazdów, w tym dwa minibusy bez szyb, naszpikowane odłamkami. Black wycofał całą drużynę, przeszedł w prawo, aż za strykerem zobaczył drugi samochód, nissana pikapa. Podobnie jak pozostałe był zniszczony, nie miał okien i świateł, wszystkie blachy powgniatane. Jednak coś było z nim nie tak.
Opony. Wciąż napompowane. Powinny być porwane w strzępy. Matkovic popatrzył na Blacka, potem na pikapa. W oknach zaczęli pojawiać się cywile, patrzyli w dół, na plac. Matkovic zamachał rękami w powietrzu, jakby płynął żabką.
– Z powrotem do środka! – wrzasnął po arabsku.
Black przesunął się jeszcze dalej w prawo, lustrował, jak tylko mógł, ziemię dookoła pikapa, wypatrywał drutów detonatora.
Ktokolwiek to ustawił, teraz z pewnością czeka, by wokół transportera zebrało się jak najwięcej Amerykanów, zajmujących się zabitymi i rannymi. Kobieta, której spod zakurzonej, szarej burki widać było tylko duże, piwne oczy, przyglądała się Blackowi zza straganu z owocami; była młoda, w jego wieku, może młodsza. Powoli, rozmyślnie powędrowała wzrokiem w stronę okna na piętrze budynku w południowej pierzei, potem z powrotem spojrzała na niego i zniknęła w cieniu drzwi swojego domu. Black jeszcze raz rozejrzał się po bruku. Plac był zasłany kawałkami cegieł, metalu i ciał. Między nimi dojrzał kabel, wijący się do budynku, który wskazała oczami kobieta.
Cała drużyna stała i czekała. Wiedzieli, co robi Black. To był plus służenia ze sobą na tym zadupiu tak długo – praktycznie czytali sobie w myślach. Black wiedział, że będzie mu tego brakowało, kiedy to wszystko się skończy, kiedy wróci do domu. Gdzie indziej mógłby stworzyć z kimś tak bliską relację, takie porozumienie? Z kobietą? Z rodziną? Na coś takiego był już za bardzo posrany. A może w tym, co robi, stał się za dobry i dlatego zaprzepaścił szansę na normalne życie. Po kolei, powiedział sobie, skup się.
Powoli wycofał się z placyku, zapamiętał dobrze budynek, a potem rozejrzał się za podejściem od tyłu. Kiedy zniknął w uliczce, szybko skręcił w przejście biegnące za domami. Oczyszczał już tyle podobnych budynków, że mógł z łatwością domyślić się topografii okolicy, chociaż nigdy tu nie był. Boczne wejścia z zaułków były bardzo powszechne. Schody zazwyczaj biegły bokiem, a główne pomieszczenia piętra, najczęściej największe, rozmieszczone były wzdłuż całej frontowej ściany. Z tego domu, z parteru, dobiegała muzyka. Black wszedł przez otwór z zasłoną: kuchnia, dwie czyste szklanki po herbacie na suszarce i radio, grające te piskliwe dźwięki. Sięgnął do niego i bardzo, bardzo powoli rozkręcił regulator. Przyszło mu do głowy, czy nie zdjąć butów. Uznał, że nie. Na schodach leżały dwa trupy, kobieta i dziewczyna. Obie postrzelone w głowę – dowód, że był na właściwym tropie. Nie zatrzymał się, ale przez to, co zobaczył kątem oka, jeszcze go mdliło. Na palcach wszedł po schodach. Słyszał łomot krwi w żyłach, adrenalina blokowała wszystkie impulsy prócz tych, które były potrzebne do wykonania zadania.
Na szczycie schodów, tuż przed wejściem do pokoju, przystanął. Zobaczył akumulator samochodowy, kable, szczęki klamer, jedną zapiętą, drugą w pogotowiu. Ale nic poza tym. Ledwie zdążył się zorientować, że pomieszczenie jest puste, kiedy powalił go cios w kark. Runął na ziemię, o centymetry mijając głową akumulator. Upadając, zdołał przekręcić się na bok i sięgnąć po nóż KA-BAR; M4 był zbyt nieporęczny w zwarciu. Napastnik stał w cieniu, rozmyta plama tkaniny. Kiedy skoczył do akumulatora, Blackburn wbił mu nóż głęboko w udo – trafił w tętnicę. Rozległ się przeszywający, piskliwy wrzask. Zbyt piskliwy jak na mężczyznę. Chłopiec?
Black podniósł się z trudem na kolana, a jego przeciwnik runął na podłogę obok niego. To nie był mężczyzna ani chłopiec, ale dziewczyna, brocząca rzeką krwi spod swojego szalwar kamiz, wijąca się jak wyciągnięty na brzeg marlin, jakby nie zdawała sobie sprawy, że się wykrwawia. Z trudem łapała powietrze, mimo to wyrzucała z siebie potok arabskich słów. Blackburn rozumiał tylko „plugawa świnia” i „piekło”, ale przekaz był jasny. Nie przestawała się szamotać, ślizgając się we własnej krwi. Jeśli chciał ją uratować, miał na to jakieś dwadzieścia sekund.
– Pozwól mi sobie pomóc. Albo umrzesz.
Ile już razy to mówił, ile razy odrzucano jego pomoc? Przyjechali tu, żeby pomagać, ale nie zawsze tak to wyglądało. Kiedy wyciągnął ku niej ręce, odtrąciła je.
– LWRO?
– LWRO zniszczy was wszystkich. Już po was. Po was.
Próbowała powtórzyć to jeszcze raz, ale nie zdołała. Blackburn bezradnie patrzył, jak uchodzi z niej życie.

Battlefield #3 - Rosjanin

Autor: Peter Grimsdale, Andy McNab
Tłumaczenie: Przemysław Bieliński
Wydawnictwo: Insignis
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 4/2012
Tytuł oryginalny: Battlefield 3: The Russian
Rok wydania oryginału: 2011
Liczba stron: 400
Format: 140x210 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-61428-67-1
Wydanie: I
Cena z okładki: 9,99 zł


blog comments powered by Disqus