Fragment książki "Zatrute życie"


1

- Saniu, to do ciebie!
Dziewczyna drgnęła i pośpiesznie zamknęła portmonetkę. Ledwie zdążyła rzucić ją na stół, skąd ją wzięła, a do pokoju zajrzał Fiodor:
- Jakaś madame do ciebie. Będziesz rozmawiać?
- A kto to taki? - Sasza czuła, jak płoną jej policzki. Nigdy w życiu nie szperała w cudzych kieszeniach i portmonetkach... I oto przytrafiło się jej coś takiego w dwudziestym ósmym roku życia. Ale chłopak, jak się zdaje, niczego nie zauważył. Wzruszył ramionami:
- Nie pytałem, kim jest. Wymieniła twoje nazwisko. Podejdziesz, czy mam powiedzieć, że cię nie ma w domu?
Sasza weszła do kuchni i podniosła słuchawkę. Głos kobiecy, który usłyszała, nie był jej znany.
- Chciałabym mówić z Aleksandrą Mordwinową.
- To ja, Mordwinowa. A pani, przepraszam...
Nie zdążyła jednak dokończyć zdania. Kobieta stanowczo jej przerwała:
- Nie zna mnie pani, zresztą ja pani też. Znajomi powiedzieli mi, że przyjmuje pani obrazy do restauracji. Czy tak?
- Tak w ogóle... - Sasza zająknęła się. Od samego rana zaprzątały ją odległe myśli. Najmniej obchodziła ją praca.
- Więc tak czy nie? - z poirytowaniem spytała kobieta.
- Mogłabym wziąć - niezdecydowanie potwierdziła Sasza. - A co takiego pani ma?
Ale kobieta, nie wdając się w szczegóły, powiedziała, że przyjedzie za godzinę, przywiezie obraz i wtedy porozmawiają o wszystkim. Na koniec wyraziła dość dziwne życzenie:
- Tylko mam prośbę, aby przy naszej rozmowie nie było osób postronnych.
Sasza bąknęła ,dobrze" i rozmówczyni wyłączyła się. Dziewczyna odłożyła słuchawkę. Po minucie złapała się na tym, że nadal stoi w tym samym miejscu, bezmyślnie gapiąc się w okno. Tak, bezmyślnie. Było jej tak przykro, że nawet własnych myśli zaczęła się bać. A powodem tego wcale nie był telefon.
- No i kto to dzwonił? - spytał Fiodor.
Nie odpowiedziała mu, nadal gapiła się w okno. Słyszała, jak Fiodor szpera na półce z naczyniami, nalewa sobie wody z kranu, łapczywie pije, głośno odstawia filiżankę i wychodzi. Słysząc te dźwięki, nagle poczuła coś zupełnie nowego - to była nienawiść! W tej chwili Sasza tak bardzo go nienawidziła, że pragnęła tylko jednego - aby sobie poszedł. A chłopak jakby usłyszał jej niemą prośbę, bo po chwili zatrzasnęły się drzwi wejściowe. Nie powiedział, kiedy może go oczekiwać, nie poinformował, dokąd idzie... Dziewczyna pomodliła się w duchu, żeby w ogóle nie wracał. I zaraz zlękła się tego pragnienia.
Sasza poznała Fiodora półtora roku temu. Było to w Pitrze, kończyła studia na Akademii Sztuk Pięknych i szykowała się do powrotu do domu, do Moskwy. A Fiodor dopiero co zaczął studia na wydziale rzeźby. Przyjechał z Archangielska i już na pierwszym spotkaniu pochwalił się Saszy, że w jego rodzinie wszyscy z dziada pradziada zajmowali się snycerką w morsowej kości. Zupełnie tak jak w przypadku sławnego rodaka Fiedota Iwanowicza Szubina. Teraz Sasza wiedziała, że wtedy skłamał, ale wybaczyła mu. Czy w końcu to takie ważne, kim byli jego przodkowie, jeśli on sam, bez wątpienia, ma talent.
Poznali się w stołówce studenckiej, siadając przypadkowo przy jednym stoliku. Gdyby nie przypadek, wątpliwe, czy wiedzieliby w ogóle o sobie:
różne specjalizacje, różne lata studiów, a i mieszkali w różnych częściach miasta. Fiodor na Półwyspie Wasilewskim, w akademiku. Sasza zaś nie dość, że nie mieszkała w akademiku, ale też starała się w ogóle tam nie bywać. Niewygoda, brud, ciasnota, karaluchy, ciągłe popijawy...
Wynajmowała pokój na Fontance. Rodzice przysyłali jej pieniądze. Sasza raz po raz nosiła się z zamiarem dorabiania na życie, sprzedaży swoich obrazów na Newskim... Szybko jednak rezygnowała - mają przecież tam mnóstwo swoich artystów. Po co zajmować się sprawami bytowymi, jeśli i bez tego można przeżyć? Fiodor, słysząc te rozważania, w pełni je popierał:
- Mrowie ludzi nie wiadomo z czego żyje, a ma się nie najgorzej! Nie umiera!
On sam też ,nie wiadomo z czego" żył. A już z Archangielska, z całą pewnością, nie przysyłali mu ani kopiejki. Teraz Sasza miała dokładne wyobrażenie o tamtejszych warunkach. Stara ,historyczna" rudera na Sołombale*. Zbutwiałe ze starości deski podłogowe. Ojciec, były rybak, który dawno stracił ludzkie oblicze na skutek pijaństwa, teraz był na rencie inwalidzkiej. Matka - wysuszona kobieta z powiększoną tarczycą i wyłupiastymi, rozwścieczonymi oczyma. I żona... Tak, dziecko i żona. Ale w ciągu pierwszych tygodni ich znajomości ani o żonie, ani o dziecku nie było mowy. A w ogóle, zdaniem Fiodora, rodzinne miasto było cudem
nad cudami, obiecywał Saszy, że na pewno tam się wybiorą. Razem. W tym czasie już wszystko robili razem. Razem mieszkali w pokoju na Fontance, razem kupowali pierożki z ziemniakami i żurawiną, razem chodzili do kina i do muzeów. Fiodor był młodszy od niej zaledwie o rok, ale Sasza odnosiła się do niego nieco protekcjonalnie, prawie po matczynemu. Nawet związała się z nim bardziej z litości niż z miłości. Z miłością, jak myślała wcześniej, był koniec.
Pierwszą miłość przeżyła w Moskwie, w ostatniej klasie szkoły średniej. Drugi romans na pierwszym roku studiów. Zakończył się on załamaniem nerwowym, aborcją i utratą pięciu kilogramów. Po tym wszystkim Sasza miała jeszcze kilka bardziej lub mniej poważnych sympatii, ale już przynajmniej bez takich następstw. I akurat niedługo przed poznaniem Fiodora dziewczyna postanowiła dać sobie spokój z tymi wszystkimi głupstwami i całkowicie zająć się nauką i samą sobą. Ostrzygła się, zafarbowała na kolor miedziany swoje naturalnie kasztanowe włosy. Pierwszy raz w życiu kupiła sobie szminkę. Choć wydaje się to dziwne, wszystkie plastyczki prawie nie używały kosmetyków. A jeśli już je stosowały, to z takim iście rosyjskim rozmachem, że aż strach było patrzeć. Sasza przygotowywała pracę dyplomową, snuła plany na przyszłość i niewiele uwagi poświęcała chłopcom. Ale Fiodor...
Wydawał jej się dużym dzieckiem - naiwnym, delikatnym, nieprzystosowanym do życia. Nawet w jego wyglądzie było coś dziecięcego: lekko zadarty nos, senne niebieskie oczy i ten wiecznie pytający uśmiech. I dziecięca niefrasobliwość. Pieniądze, jeśli je miał, wpychał do najbardziej dziurawej kieszeni, podczas mrozów wybiegał na ulicę bez czapki i szalika, wiecznie gubił gdzieś klucze, kurtkę, papierosy, zapalniczki... Ale, jakby to nie było dziwne, Saszy zupełnie ów fakt nie irytował. Sama odnosiła się prawie obojętnie i do porządku, i do pieniędzy. Cieszyła się, że spotkała pokrewną duszę. Z żadnym mężczyzną nie było jej tak beztrosko i wesoło. Fiodor był delikatny, troskliwy, chętnie podporządkowywał się jej, ale też, jak się wydawało, był całkowicie od niej zależny. Poza tym, przy całej swojej niepraktyczności, Fiodor zadziwiająco dobrze gotował. Sasza otworzyła usta ze zdumienia, kiedy w ciągu jednego wieczoru zakisił dwa wiadra kapusty, zasolił gorbuszę* i ugotował kapuśniak. Sama gospodarstwem prawie się nie zajmowała, ale tym razem była pod ogromnym wrażeniem. Posiłki przygotowywali na zmianę, a kiedy przekaz pieniężny od rodziców Saszy przychodził z opóźnieniem i nie było za co ugotować prawdziwego obiadu - ratowali się pierożkami z garmażerii. Razem chodzili na zajęcia, razem wracali. Kiedy Fiodor skończył swoje zajęcia wcześniej, czekał na nią naprzeciwko akademii na bulwarze, przy sfinksach. Koleżanki Saszy podśmiewały się trochę, lecz w duchu zazdrościły jej.
- Wszystko u was wygląda pięknie, tylko trochę za późno... - jakoś tak powiedziała do Saszy jedna z jej koleżanek z roku.
- Dlaczego ,za późno"? - zdziwiła się Sasza. Sądziła, że koleżanka zrobiła aluzję do jej wieku. Chociaż teraz, w dwudziestym szóstym roku życia, czuła się dużo młodziej niż w szesnastym. Niezwykle wypiękniała, co wszystkim rzucało się w oczy.
- No, dlaczego... - zjadliwie uśmiechnęła się tamta. - Za kilka miesięcy wyjedziesz do swojej Moskwy, a on musi tu jeszcze jakieś pięć lat się pocić. Chyba, że postanowiłaś na koniec wyszaleć się?
Słowa ,wyszaleć się" dotkliwie uraziły jej uszy. A więc tak to wygląda z boku? ,A jak może wyglądać? - zadawała sobie pytanie. - Rzeczywiście, tak samo jak się spotkaliśmy, tak samo się rozstaniemy..." Ale wystarczyło tylko poważnie pomyśleć, że niebawem przyjdzie się rozstać, a robiło się jej bardzo przykro. Sasza nawet nie wyobrażała sobie, jak bardzo przywiązała się do Fiodora. I strach było pomyśleć, że to właśnie może być miłość, z której przyjdzie zrezygnować...
Jednak Fiodor szybko uwolnił ją od tych mąk. Kiedy wspomniała, że niebawem będzie musiała wyjechać do Moskwy, zamyślił się przez chwilę i wkrótce oznajmił, że pojedzie razem z nią.
- Jeśli chcesz, oczywiście - dodał.
- A co ze studiami? - Sasza jeszcze nie dowierzała, że mówi serio.
- No, pomyśl... W Moskwie podejmę gdzieś naukę - odparł niefrasobliwie.
Saszę od razu ogarnęły wątpliwości i pytania. Jeśli Fiodor jedzie z nią, to nie będą mogli zamieszkać u jej rodziców. Jest tam zbyt ciasno, a poza tym, jak oni zareagują na przybysza? Trzeba będzie wynająć mieszkanie. Do tego konieczne są pieniądze, przecież trzeba jakoś zarabiać na życie... Kto się tym zajmie? Ona czy Fiodor?
A ponadto... Jeżeli już ich związek ma poważny charakter, to jak postąpić? Zalegalizować go i wziąć ślub czy żyć na kocią łapę? Poradziła się Fiodora tylko w tej ostatniej sprawie i od razu usłyszała odpowiedź, że chętnie weźmie ślub, ale można też żyć ,na kocią łapę". Nadeszło lato. Sasza pomyślnie obroniła pracę dyplomową, zapakowała kilka paczek ze swoimi rzeczami i odesłała je do Moskwy. A później razem z Fiodorem wsiedli w poranny pociąg i po ośmiu godzinach Sasza ujrzała w końcu swoich rodziców.
Jednak szczególnej radości na ich twarzach nie zauważyła. Oczywiście, matka objęła Saszę, ojciec ją ucałował... Ale oboje czuli jakieś skrępowanie. Bardzo im przeszkadzał Fiodor, który na krok nie odstępował Saszy i uśmiechał się swym utartym zwyczajem.
- Mówiłam wam przez telefon... To jest Fiedia - dziewczyna sama też uśmiechnęła się głupkowato.
Mimo wszystko rodzice wzięli się w garść. Dopiero późnym wieczorem, kiedy Fiodor udał się do łazienki, matka dopiekła jej swoim rozpytywaniem:
- A on co, na długo chce się tu ulokować? Wy tak na serio?!
- Tak - Sasza rzuciła okiem w stronę ojca, oczekując chociaż z jego strony wsparcia, ale ten najwyraźniej unikał jej spojrzenia. Sprawy wzięły zły obrót i dziewczyna po raz pierwszy zrozumiała, że Fiodor rzeczywiście jest tu niepotrzebny. - Ale przecież on będzie mieszkał w moim pokoju.
- Nie jesteś już maleńka - odezwał się ojciec.
- Co to za archangielska niespodzianka? Zdrowy chłop, kto go będzie utrzymywał?!
- Podejmie pracę! - broniła się Sasza.
- Gdzie go przyjmą bez zameldowania?
- No, dlaczego bez... - odparła niezdecydowanie. I runęła lawina. Matka, już bez zniżania głosu, zaklinała się, że ten chłopak zamelduje się tu chyba tylko po jej trupie! A ojciec dorzucił:
- Nie jesteśmy tak bogaci, żeby mu podarować pół mieszkania! Drugiego nie mamy!
- Ale dlaczego ,podarować"... - Sasza już płakała. - Nawet nie zauważycie....
- Nie zauważymy, jak poda o rozwód i wywalczy przez sąd mieszkanie! - uciął ojciec. - Nie, moja kochana, mieszkajcie razem, jeśli już tak chcecie... Ale my go nie zameldujemy. Sam z nim o tym pomówię. Niechaj nie robi sobie nadziei!
Fiodor zachowywał się nad podziw spokojnie. Mogłoby się wydawać, że nie czuł się dotknięty negatywnym stosunkiem jej rodziców. Ku zdziwieniu Saszy w dalszym ciągu przejawiał gospodarskie talenty. Przeszklił balkon bez niczyjej pomocy. Po tym fakcie ojciec nieomal zaczął go poważać, ale matka pozostała nieugięta. Albo nie rozmawiała z nim, albo cedziła przez zęby: ,proszę schować pościel", ,proszę sprzątnąć po sobie", ,proszę zamknąć okno" i temu podobne.
Po upływie miesiąca Fiodor wybrał się do Archangielska. Saszy nie zabrał ze sobą, zabrakło pieniędzy. Jego wyjazd sfinansowali rodzice Saszy. Dali pieniądze na bilet z wielką radością, mając nadzieję, że chłopak nie wróci. Ale nawet nie minęło dziesięć dni, jak Fiodor pojawił się w Moskwie i już oficjalnie, przy rodzicach oświadczył się Saszy. Ta odpowiedziała ,tak", starając się nie widzieć w tym momencie oczu matki. Ojciec już przestrzegał neutralności. Zdążył zauważyć, że przyszły zięć ma złote rączki, co znaczyło, że wykarmi siebie i żonę.
Młodzi przemieszkali z rodzicami aż do zimy. Fiodor zameldował się - i to nie po trupie teściowej, jak ona sama przewidywała, a najzwyczajniej, bez przestępstwa kryminalnego i uszkodzenia ciała. Sasza nacisnęła na ojca, ten na żonę i zaświadczenie o zameldowaniu podpisali ostatecznie wszyscy. Fiodor zatrudnił się w małym przedsiębiorstwie produkującym drewniane drzwi i okna. O żadnej nauce, o żadnej rzeźbie nawet nie było mowy. Za to zarabiał dostatecznie, aby w końcu wynająć osobne mieszkanie.
Dopiero teraz Sasza zrozumiała, co to znaczy wolność. Już nie była zależna od rodziców, mieszkała oddzielnie, była na utrzymaniu męża. I najważniejsze, poczuła się dorosła. Dręczyło ją tylko jedno - w żaden sposób sama nie mogła zarobić pieniędzy. Z Pitra nadeszły dwie skrzynie z jej studenckimi obrazami. Ani jednego z nich nie udało się Saszy sprzedać. Nie przyjmowano ich w salonach artystycznych. Nie było zainteresowania ze strony prywatnych kolekcjonerów. Stać na ulicy i samej sprzedawać obrazy.... Może Sasza zdobyłaby się na to, ale doskonale wiedziała, że w takim wypadku trzeba wystawiać coś prostszego, bardziej chodliwego. Chociażby zimowy pejzaż o zachodzie słońca - purpurowy niczym krew. Albo rzeczkę z brzózkami. Coś o tym napomknął jej też ojciec. Córka smutno odparła:
- Ty, tato, całkiem jak Chruszczow.
- A co Chruszczow? - obruszył się ojciec.
Sasza opowiedziała mu znany epizod o tym, jak przyprowadzono Chruszczowa na wystawę i pokazano mu płótno Falka. ,Co to jest? - pyta Nikita Siergiejewicz. - Naga Falka - odpowiadają oprowadzający. Gensek* skrzywił się: - Co to za jakaś naga Fulka tu namalowana... Czyż nie mógł ten malarz znaleźć ładniejszej baby? A, w ogóle, to namalowałby lepiej coś wzniosłego. Na przykład... las w zimowej szacie!"
Do ,lasu w zimowej szacie" Sasza zniżyć się nie zamierzała. Całą wiosnę pracowała z uporem, mając nadzieję, że wcześniej czy później obrazy znajdą nabywców. Ale żadnego zarobku nie było. Jedynie parę razy przez przypadek podrzucono jej pracę. Jacyś dobrzy znajomi rodziców otrzymali spadek. Oprócz wielu antyków odziedziczyli też obrazy. I żeby dać zarobić początkującej artystce, przynieśli do konserwacji kilka pejzaży z końca dziewiętnastego wieku. Obrazy były bardzo przeciętne, niewiele warte, ale i pracy z nimi też nie było wiele. Sasza zarobiła prawie trzysta dolarów, co bardzo ją podbudowało. Mogła zapłacić chociażby za swoje farby, płótna i blejtramy... Przecież malarstwo to niezwykle kosztowne zajęcie.
- To nic - pocieszał ją Fiodor. - Jakoś przetrzymamy.
Sasza uszczęśliwiona przytulała się do niego i zamykała oczy. Są już ze sobą od roku, była zdumiona, czy i dalej będzie jej tak dobrze?!
Gładziła jego ciemne-blond, bardzo gęste włosy i szeptała: ,Mój posłuszny chłopczyk, mój złoty chłopczyk... Odłóżmy trochę pieniędzy, pojedźmy do twoich rodziców. To niedobrze, że się jeszcze nie znamy".
Fiodor ze smutkiem uśmiechał się i mówił:
- Oni są całkiem prości... Wiesz, mogą coś nie tak powiedzieć.
- No, i co z tego?!
- Nie ,i co z tego". Nie znasz mojego ojczulka! - Fiodor, mówiąc te słowa, nie był już podobny do chłopczyka. Twarz jego jakby pociemniała, próbował zmienić temat rozmowy. Sasza już rozumiała, że życie w jego domu nie było słodkie. Ale czego on się teraz boi? Przecież został moskwianinem, przyjedzie do domu na prawach gościa. A gości się nie obraża. Lecz nie chciała rozstrajać go niepotrzebnie i więcej nie wspomniała o Archangielsku.
Za to Archangielsk sam przypomniał o sobie. Gdzieś na początku maja w ich wynajmowanym mieszkanku zadzwonił telefon. Sasza podniosła słuchawkę i usłyszała, że matka dziwnie uroczystym głosem zaczyna jej winszować.
- Co się stało? - przeraziła się Sasza. Wyraźnie słyszała w głosie matki czy to złośliwą satysfakcję, czy to jakąś histeryczną nutę...
- Ach, ,co się stało?" - tak samo nienaturalnie i prawie wesoło powtórzyła jej pytanie matka. - Właśnie przyszło do nas wezwanie z sądu ludowego. Czy nie zechciałby Fiodorek zapłacić alimentów?
- Co... Mamo, o czym ty? - zająknęła się na skutek zaskoczenia Sasza.
Za godzinę matka sama przyjechała do niej z nieszczęsnym wezwaniem. Przysłano je z rejonowego sądu ludowego, a informowało ono, że Agapow Fiodor Siergiejewicz winien zapłacić alimenty na korzyść Agapowej Wiery Wasiljewny w związku z takim postanowieniem archangielskiego sądu ludowego z dnia... Był podany jeden z tych wiosennych dni ubiegłego roku, kiedy Sasza i Fiodor byli tak szczęśliwi ze sobą.
- On jest rozwodnikiem. Wiesz chociaż, czy to chłopczyk, czy dziewczynka? Mój Boże, tylko alimentów nam jeszcze brakowało! A ja coś takiego przeczuwałam! Aleś ty głupia! Trzeba było choćby przed ślubem zajrzeć do jego paszportu*!
Matka ze złością przytrzasnęła dłonią wezwanie i grzmotnęła czajnikiem. Sasza siedziała, jakby była z drewna i niczego nie rozumiała. Myśli krążyły jakoś ociężale i nijak nie mogła ogarnąć tego, co się stało. Fiodor rozwiedziony? Ma dziecko? Ale dlaczego nic jej nie powiedział? Wydawało jej się, że nie mają przed sobą żadnych tajemnic, że mąż to jest właśnie ten człowiek, z którym może być szczera... Dlaczego zataił, że ma żonę i dziecko?!
Chwała Bogu, matka nie doczekała się, aż zięć wróci z pracy. Rozminęli się zaledwie o godzinkę. Fiodor długo dzwonił, a potem, otworzywszy drzwi swoim kluczem, zobaczył Saszę w takim samym położeniu, w jakim zostawiła ją matka - w kuchni przy stole, z wezwaniem w ręce.
- To co, dla ciebie to takie ważne? - zapytał gniewnie, dowiedziawszy się, co się stało.
- Tak... A jak myślałeś? - Sasza ledwie poruszała oniemiałymi ustami. - Naprawdę byłeś żonaty?
- Jak widzisz.
- Kiedy się rozwiedliście? I... dlaczego?
- Rozwiedliśmy się wiosną, kiedy ciebie spotkałem. Wysłałem do niej list i podałem do sądu. Zgodziła się na rozwód. A dlaczego? A dlatego, że między tobą i mną wszystko zaczęło się na serio - odciął się. - Co miałem zrobić? Oszukiwać ją? Rozwiodłem się i to wszystko.
- Ale macie dziecko? Jedno czy...
Fiodor niechętnie odkrył i tę tajemnicę. Dziecko jest. Chłopczyk pięcioletni, nazwany na cześć dziadka Siergiejem. Okazało się, że Fiodor ożenił się zaraz po wojsku. Żona w tym czasie była już z nim w ciąży i wkrótce po ślubie urodziło się dziecko.
- Ale dlaczego to ukrywałeś? - z bólem zapytała Sasza.
- No, chociażby dlatego, żebyś niepotrzebnie nie była zazdrosna - Fiodor już zrozumiał, że Szasza nie da wziąć się na krzyk i zaczął mówić, jak zwykle, łagodnie. - Przecież nie kochałem żony. Można powiedzieć, nigdy nie kochałem. Wiesz, jak wiara po wojsku się żeni? Można oszaleć przez te dwa lata bez bab, no i... Rzuca się na pierwszą napotkaną. To głupie, oczywiście. A ja kocham tylko ciebie!
Bliżej nocy Sasza już nieco doszła do siebie. Oczywiście, nie było radości z powodu takich nowin, ale wydawało się jej, że zrozumiała zamysł męża. W istocie, po co miała się męczyć i być zazdrosną, po co myśleć o tym, że rozbiła czyjeś życie? Przecież i tak niczego by to nie zmieniło. Tylko jedna rzecz nie dawała jej spokoju, więc podzieliła się z Fiodorem swoimi myślami:
- A dlaczego wezwanie do alimentów przyszło dopiero teraz? Przecież rozwiedliście się rok temu?
I tu mąż prawdziwie ją poraził. Znów zobaczyła to ponure, jakby obce, bezwzględne oblicze. I usłyszała kilka okropnych wyzwisk. Nakląwszy się, Fiodor ze złością dodał:
- Ona, ta suka, obiecała mi, że nie poda o alimenty. Przecież jej... powiedziałem, że później przywiozę pieniądze. Ale nie, nie wytrzymała...
- Fiedieńka... - wymamrotała Sasza.
Zobaczył jej oczy i ucichł. Rozebrał się, bez słowa odwrócił się do ściany i zasnął. Sasza nie spała do samego rana.
Fiodor zaczął płacić alimenty. Poszedł do sądu, powiedział, że nigdzie nie pracuje i nie posiada książeczki pracowniczej. Wyznaczono mu alimenty w wysokości jednej czwartej średniej pensji. Było to dużo mniej, niż płaciłby ze swojej faktycznej wypłaty. Sasza była zdziwiona, okazało się, że w tym człowieku było dużo więcej pragmatyzmu, niż jej się wydawało. Teraz nie był wcale podobny do tego naiwnego, prowincjonalnego chłoptasia. Zrobił się ordynarny, stawał się to gwałtowny, to skryty. Czasami Sasza nawet bała się do niego odezwać, tak zapadał się w siebie. Czuła, że szczęście uchodzi pomiędzy palcami jak woda albo miałki piasek. Starała się je utrzymać, lecz wszystko działo się jak w koszmarnym śnie - ani sił, ani woli, ani nadziei. Dziewczyna próbowała znaleźć zapomnienie w pracy, ale i tu sprawy w żaden sposób nie posuwały się do przodu. Często pracując nad kolejnym szkicem nagle zamierała i opuszczała pędzel. Jaki jest sens w staraniach, jeśli ten obraz i tak nikomu nie będzie potrzebny? Nikt go nie kupi. Niepotrzebny wydatek pieniędzy, marnowanie płótna i farb.
Słabe więzi rodzinne dobił sierpniowy spadek rubla. Po tygodniu w przedsiębiorstwie, w którym był zatrudniony Fiodor, przeprowadzono radykalną redukcję etatów. Jego, jako najmłodszego i najmniej doświadczonego, zwolniono w pierwszej kolejności. W tych samych dniach została również bez pracy matka Saszy.
Nie odłożyli nic a nic. Większa część wypłaty Fiodora szła na czynsz za mieszkanie. Reszta do czysta rozchodziła się na wyżywienie i inne niezbędne rzeczy.
- No i pięknie - szyderczo zauważyła matka, dowiedziawszy się o tym. - Niczego innego nie oczekiwałam. Cóż, teraz wszyscy siądziemy ojcu na karku. A jeżeli jeszcze i jego zwolnią... Nie wiem, co zrobimy. Choć się powieś!
Jednak Fiodor przejawił zaskakującą praktyczność. Przede wszystkim spotkał się z właścicielką mieszkania i oznajmił jej, że nie mogą płacić dotychczasowej ceny za wynajem. Jeśli zgodzi się otrzymywać tysiąc rubli za miesiąc, pozostaną. A jeśli nie, od razu się wyniosą. Niechaj spróbuje znaleźć innych lokatorów. I właścicielka przystała na nowe warunki.
- A skąd weźmiemy ten tysiąc? - żałośnie pytała Sasza.
- Na razie pomieszkamy na krechę, a dalej zobaczymy - odpowiadał Fiodor. Ja z twoimi rodzicami mieszkać nie mogę! Dość tego, nie jestem przecież chłopaczkiem! Niech najpierw nauczą się szanować innych. Dla Saszy wszystko to było nowe: i te rozmowy, i te skrajne potrzeby finansowe. Chciała choć trochę poprawić sytuację. Biegała po znajomych, którzy zajmowali się sprzedażą obrazów. Ale wszyscy narzekali na kryzys i nikt, jak i wcześniej, niczego od niej nie kupował. Dziewczynie udało się tylko znaleźć jedną pracę i było to znów restaurowanie. Antykwariaty, pomimo skoku kursu dolara, na początku nie podniosły cen i wielu ludzi ulokowało pieniądze w antykach. Sasza odrestaurowała kilka rosyjskich martwych natur z ubiegłego stulecia i zapłacono jej w walucie.
- Och, żeby tak dalej! - cieszyła się. - Na swoje obrazki już nawet nie liczę... No i Bóg z nimi! Żeby tylko można było jakoś zarobić!
Ale później przez dwa miesiące nie było żadnych zamówień. Fiodor zatrudnił się w hurtowni spożywczej jako stróż za jakieś marne grosze. Sasza kilkakrotnie wyczuła od niego alkohol. Ale nie miała sił, aby robić mu wymówki. Widziała, że jest kompletnie udręczony, totalnie ze wszystkiego niezadowolony i stara się na nią nie patrzeć. ,A jeżeli mu się znudziłam? - myślała ze strachem. - Rzuci mnie i wyjedzie... Chociaż nie. Bo i dokąd miałby wyjechać?! Do swojej zgniłej izby?!"
Do tego czasu Fiodor już całkowicie odkrył przed nią wszystkie nieciekawe strony swojego archangielskiego bytowania. Dowiedziała się, że legendę o przodkach rytownikach w kości wymyślił dla upiększenia życiorysu. Jeżeli w ogóle w jego rodzinie było cokolwiek dziedzicznego, to chyba jedynie alkoholizm. Sasza dowiedziała się, że była żona Fiodora mieszka razem z jego rodzicami, w tej samej izbie, gdyż jest całkowitą sierotą i nie ma dokąd pójść. Ta młoda kobieta z pewnością ma gorzkie życie. Ale mimo to Fiodor mówił o niej zawsze z nienawiścią.
- Dlaczego tak jej nienawidzisz? - zapytała kiedyś Sasza. - Co ona ci zrobiła? Przecież to ty złamałeś jej życie, a nie ona tobie!
- Zamknij się! - nagle wyrwało mu się, wrzasnął i poderwał się z krzesła. - Co ty z tego rozumiesz, podła suko! Jeszcze będziesz mi tu prawić morały?! Zdechnij, udław się!
Po tej obrzydliwej scenie Sasza trzęsła się jak w febrze i długo nie mogła się uspokoić. Mowy nie było o żadnych przeprosinach. Jak mogła przejawiać do męża pretensje, jeśli wciąż sama nie potrafiła zarobić na życie? A Fiodor, chociaż niewiele zarabiał, jednak przynosił pieniądze do domu. I od biedy można było jakoś przeżyć, ale wczoraj...
Wczoraj w mieszkaniu rodziców Saszy pojawił się komornik. Poinformował, że ma pełnomocnictwo do przeprowadzenia spisu, wyceny i sprzedaży majątku na korzyść Agapowej Wiery Wasiljewny.
- Jaki spis? - matka Saszy tak zgłupiała, że nawet nie była w stanie się sprzeciwić.
- Zgodnie z prawem, jeśli alimenty nie są płacone przez pół roku, trzeba sporządzić spis majątku - wyjaśnił komornik, całkiem jeszcze młody człowiek o pryszczatych policzkach i podgolonym karku.
- Przecież on płaci! - wtrącił się ojciec Saszy. - Proszę poczekać, zadzwonię do niego...
Ojciec Saszy żadnej jasnej odpowiedzi od Fiodora nie usłyszał. Fiodor zdziwił się, pomyślał, pomilczał i kazał pogonić tego natręta komornika, gdzie pieprz rośnie. Ale to wcale nie było takie proste. Młody człowiek już zabrał się do pracy. Wszedł do pokoju i przyssał się wzrokiem do telewizora.
- Spiszemy! - powtórzył zdecydowanie.
- To płacił on te alimenty czy nie? - rozpaczliwie pytała matka Saszy. Wyjaśniło się, że Fiodor zapłacił alimenty zaledwie za pierwsze trzy miesiące po otrzymaniu rozwodu. A więc do chwili obecnej powinien zapłacić więcej niż za rok. Nie zajmowano się nim wcześniej z tej prostej przyczyny, że jego sprawa przechodziła od jednego komornika do drugiego, a raz nawet zaginęła.
- Mamy bardzo dużą płynność kadr, zarobki niewielkie - objaśnił młodzieniec, starannie przyklepując druczek do telewizora.
- Wy co, sprzedawać będziecie nasze rzeczy? - spytała matka, dopiero teraz zorientowawszy się, co się dzieje.
- Będziemy, na korzyść żony i dziecka.
- Ale przecież to nasz własny telewizor! - krzyknęła kobieta. - Myśmy go kupili.
- A tego to ja już nie wiem - obojętnie odparł młodzieniec. - Jeżeli możecie przedstawić dokumenty, że sprzęt jest wasz, to proszę...
Spisał też wieżę muzyczną, lodówkę i poszedł, zostawiając radę, aby niepoprawny dłużnik jak najszybciej pojawił się w sądzie i uregulował należność. Jeszcze dziś albo jutro. Bo pojutrze może być już za późno.
- Co za hańba, co za koszmar! - krzyczała matka, wezwawszy do telefonu Saszę. Fiodor odmówił rozmowy z nią i uprzedził żonę, że jeżeli jej rodzice zjawią się u nich, po prostu nie wpuści ich do mieszkania. - U nas w domu wszystko oblepione pieczęciami! Doczekaliśmy się! Chyba zwariowałaś! Z kim ty się związałaś?! Jego syn ma dopiero pięć latek, więc wynika z tego, że jeszcze przez trzynaście lat będzie nachodzić nas milicja, żeby nasze graty spisywać?! Niech się wymeldowuje stąd do diabła, ot co! Jak najszybciej się z nim rozwiedź! Nie macie dzieci!
Możecie i tak mieszkać! Boże, o czym ja myślałam, kiedy zgodziłam się zameldować tego potwora!
Sasza rozpłakała się i odłożyła słuchawkę. Tymczasem Fiodor zapinał już kurtkę, szykując się do wyjścia.
- Nic nie chcesz mi powiedzieć? - zapytała go Sasza.
Niczego nie powiedział. Trzepnął drzwiami i wyszedł. Wrócił po północy podpity, w milczeniu rozebrał się i położył. Sasza nie wiedziała, jak mu się spało. Ona, co się ostatnio często zdarzało, w żaden sposób nie mogła zasnąć. Gorycz podchodziła pod samo gardło, dusiła ją, wyciskała łzy z oczu. Było jej żal i siebie, i rodziców. Sasza nawet nie zadawała pytania, dlaczego Fiodor tak potraktował sprawę alimentów. Zresztą nic by jej nie odpowiedział.
A może wyzwałby ją. ,Trzeba coś wymyślić - Sasza z niepokojem przewracała się z boku na bok. - Nie można tak żyć, już tyle jesteśmy dłużni właścicielce mieszkania... Trzeba jej zapłacić, trzeba znaleźć pieniądze na alimenty... Skąd je wziąć?"
Rankiem, mimo wszystko, postanowiła pomówić z Fiodorem, zażądać od niego, aby uregulował alimenty i nie mieszał w to jej rodziców. Fiodor wysłuchał jej i spokojnie odparł, że wszystko zapłaci jeszcze dzisiaj.
- Skąd masz tyle pieniędzy? - z niedowierzaniem zapytała Sasza. - Policzyłam, że jesteś dłużny nie mniej niż trzy miliony.
- No i zapłacę.
- Dzisiaj?
- Dzisiaj!
W tej chwili w kuchni zadzwonił telefon i Fiodor poszedł go odebrać. A Sasza rzuciła się do stołu, gdzie zostawił swoją portmonetkę. Otworzyła ją... Było tam zaledwie około stu rubli. Znów skłamał! Nawet nie miał zamiaru płacić długów! Tak, to był czarny dzień i kto wie, czy nie najczarniejszy w jej życiu. I nawet to, że jakaś nieznana kobieta miała dać jej pracę, zbytnio Saszy nie ucieszyło. Czy dużo można zarobić na odnowieniu obrazu? Wszystko jedno, i tak szybko nadejdzie dzień, kiedy znów zostaną bez grosza. Na dodatek coś jeszcze zaniepokoiło ją w tej nieoczekiwanej propozycji.
Teraz, kiedy Fiodor wyszedł, dziewczyna mogła nareszcie pozbierać myśli.
Spojrzała na zegar. Kobieta obiecała przyjść za godzinę, ale wyznaczony czas już minął. Spóźniała się, a może się rozmyśliła? Może to i nawet lepiej. Cóż to za dziwny warunek, żeby Sasza była sama w domu? ,A może obraz jest kradziony? - pomyślała dziewczyna. - Tego jeszcze brakowało!
Ale dlaczego w takim wypadku miałaby zwracać się do mnie? Do takich prac złodzieje mają specjalnych fachowców, którzy tylko tym się zajmują. Postronnych osób w to nie wciągają. A może ktoś chce mnie okraść?!" Myśląc to, prawie się roześmiała i nieoczekiwanie zrobiło jej się lżej. W tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi. Sasza wyszła do przedpokoju i zerknęła przez judasza. To, co zobaczyła, trochę ją uspokoiło. Na klatce schodowej stała niewysoka i na pierwszy rzut oka młoda kobieta, dobrze ubrana, z dużym płaskim pakunkiem pod pachą. Kobieta tylko podniosła rękę, żeby powtórzyć dzwonek, kiedy Sasza otworzyła drzwi.
- To ja niedawno dzwoniłam do pani - sciszonym głosem powiedziała nieznajoma, szybko obrzucając wzrokiem Saszę od stóp do głowy. - Można wejść?
- Proszę - Sasza cofnęła się, przepuszczając kobietę, i zamknęła za nią drzwi. - Proszę przejść do pokoju.
Dopiero teraz, jak należy, obejrzała gościa. ,Dobrze ubrana" - tak można było powiedzieć bez przesady. Saszy rzucił się w oczy czarny żakiet obszyty sobolami, znakomite rękawiczki z cienkiej skórki, brylantowe kolczyki. Dama rozsiewała wokół siebie obłok świeżych, wiosennych aromatów. Twarz kobiety była bardzo profesjonalnie pomalowana, więc jej dokładnego wieku Sasza nie potrafiła określić. ,Najpewniej jest po trzydziestce - Sasza starała się nie oglądać jej zbyt nachalnie. - A może i pod czterdziestę. Kiedy ma się pieniądze, wiek nie jest tak istotny..."
Tymczasem dama z pewną odrazą rozglądała się na boki. Stała pośrodku pokoju, jakby nie mogła się zdecydować, czy ma przejść dalej, czy siąść. Mieszkanie nie było posprzątane. Ostatnio Sasza zupełnie zapuściła gospodarstwo domowe.
- O, tutaj - wskazała gościowi fotel.
- Dziękuję - ta rzuciła okiem na fotel, ale nie ruszyła się z miejsca. - Lepiej niech mi pani da nożyczki.
Otrzymawszy je, dama zręcznie rozcięła sznurek, którym obwiązana była paczka, zdjęła z niej warstwę papieru, następnie rozmotała płócienną tkaninę...Wszystko to rzucała na podłogę pod swoje nogi. W rękach trzymała najzwyczajniej oprawiony obraz niewielkiego formatu, mniej więcej trzydzieści na pięćdziesiąt centymetrów.
- Proszę popatrzeć! - dama przybliżyła obraz do okna. - Podejmie się pani czy nie?
Sasza podeszła i spojrzała na obraz przez ramię kobiety. Pierwsze, co zauważyła - obraz jest w złym stanie. Nie wiadomo, czy to artysta sam nieumiejętnie położył lakier, czy też zaufał komuś niedouczonemu, ale owa gęsta, byle jak naniesiona warstwa lakieru pociemniała, popękała i całkowicie zeszpeciła płótno. Szczególnie ucierpiał dolny lewy róg obrazu. Prawie niczego nie było można tam dojrzeć. Cały obraz namalowany był w bardzo ciemnych, martwych tonacjach. Był to pejzaż przedstawiający jakieś wiejskie siedlisko pod niskim, burzowym niebem w letni dzień tuż przed zmierzchem. Zarośnięty staw, pochylony drewniany dom, ścieżka pomiędzy krzewami malin... Tylko maliny czerwieniały jak ogniki. Cała reszta zlewała się w jedną nieprzerwaną szarość i żółć.
- No, jak? - zapytała dama jakimś dziwnym ochrypłym głosem. I w tym krótkim zdaniu Sasza wychwyciła najważniejsze: obraz musi być tej damie bardzo drogi. Sama zaś nie znajdywała w nim nadzwyczajnych wartości. W każdym razie płótno bardzo psuł barbarzyński lakier.
- To można poprawić - autorytatywnie powiedziała Sasza.
- Podejmuje się pani? Na kiedy pani to zrobi?
Dama przez cały czas nie wypuszczała obrazu z rąk, jakby bała się z nim rozstać. Przyciskała szorstką ramę do swego sobolowego żakietu, a jej ręce lekko drżały. Rękawiczek jednak nie zdjęła. Teraz, kiedy Sasza z bliska zobaczyła jej twarz, była przekonana, że dama jest chyba jednak po czterdziestce. Ale była piękna, taka uroda nie przemija prędko. Lekko śniada, czarnooka, smukła, cała jakby wyrzeźbiona, wypielęgnowana - dama zachowywała się bardzo naturalnie, niczym nie zdradzając swego wieku. W tej kobiecie nie było niczego przypadkowego. Wyglądała jak skończone dzieło sztuki.
- Na kiedy? - niecierpliwie zapytała kobieta po raz drugi.
Sasza jeszcze raz spojrzała na obraz i wzruszyła ramionami:
- No, powiedzmy, za jakieś trzy dni. Zdejmę lakier, przesuszę, odtłuszczę, pokryję od nowa...To nie zajmie wiele czasu.
- Nie, proszę poprawić nie tylko lakier - w porę zreflektowała się kobieta. - Widzi pani, tu jest ciemna plama - i wskazała na dolny lewy róg płótna. - Chcę, aby przywróciła pani obrazowi jego pierwotny wygląd.

- Oczywiście - Sasza z lekka wzruszyła ramionami. - To się rozumie samo przez się. Tak, zrobię wszystko za jekieś trzy dni... nie, dla pewności, cztery.
- Znakomicie, niech będzie nawet tydzień - dama w końcu wypuściła obraz z rąk, stawiając go na parapecie. Strzepnęła rękawiczki, otworzyła torebkę i wyciągnęła z niej portfel. - Oto zadatek, dwieście dolarów. Kiedy pani skończy, dodam tyle samo. To panią urządza, mam nadzieję?
Sasza nie wiedziała, co odpowiedzieć. Suma nie była zbyt wygórowana, ale też i nie mała. Ogólnie uznany konserwator wziąłby więcej. Ale teraz, kiedy wszystkie ceny i wartości zmieniły się... Jeszcze w sierpniu mogłaby się potargować. Teraz była zadowolona i z tego.
Ale dama odebrała jej milczenie jako brak zgody i wyciągnęła jeszcze jeden papierek:
- Dobrze, trzysta dolarów, a kiedy pani skończy, jeszcze trzysta.
- Zgadzam się - Sasza wzięła pieniądze, złożyła je i wsunęła do kieszeni dżinsów. - Proszę zostawić swój telefon, za tydzień do pani zadzwonię. Dama znów poszperała w torebce i wyciągnęła z niej złożoną kartkę papieru. Rozłożywszy ją, poprosiła Saszę o podpisanie umowy. Po przeczytaniu tego dziwnego dokumentu Sasza zdumiała się - dama wyceniała obraz na dziesięć tysięcy dolarów. I w przypadku utraty lub bezpowrotnego uszkodzenia obrazu restaurator był zobowiązany do zwrotu jego wartości.
- Ależ to niewspółmierne! - odpowiedziała Sasza. - Czyje to płótno? Dlaczego pani je tak wysoko wyceniła? Przynajmniej, kto jest autorem?
I tu dama zadziwiła ją jeszcze bardziej.
- Kto jest autorem, nie musi pani wiedzieć - rzuciła. - W Rosji ten obraz właśnie tyle jest wart! A na Zachodzie nawet więcej. Można go sprzedać, a potem powiedzieć, że został skradziony. Podpisuje pani umowę? Jeśli nie, zabieram obraz.
Sasza nawet wzięła do ręki długopis, ale zaraz go odrzuciła:
- Proszę wybaczyć, ale nigdy nie pracowałam na takich warunkach! No, załóżmy, że nagle mnie rzeczywiście okradną?! Co wtedy zrobię? Powieszę się? Jestem i bez tego w długach, to mieszkanie nie należy do mnie. Skąd wezmę takie pieniądze?
- Rozumiem, pani się targuje - oczy damy błysnęły jakoś dziwnie. W jej rękach znów pojawił się portfel. - Proszę! - podała Saszy jeszcze dwa studolarowe papierki. - Pięćset przed, pięćset po - wyrecytowała. - Nie wiem, komu w Moskwie płacą więcej. I to jeszcze za taką bagatelną pracę!

Sasza wzięła pieniądze, jeszcze raz przeczytała umowę i podpisała ją. W rubrykę ,wykonawca" naniosła swoje imię, nazwisko, otczestwo* i dane paszportowe. W rubryce ,zamawiający" nie było nic wpisane.
- Wpiszę swoje dane później - dama złożyła umowę i schowała ją do torebki. - No cóż, powodzenia.
Skierowała się do wyjścia, lecz Sasza zatrzymała ją:
- A jaki jest pani telefon?
- Sama zadzwonię do pani - rzuciła i niecierpliwie szarpnęła ramieniem.
- No, proszę pozwolić mi wyjść, i tak już jestem spóźniona.
Zamknąwszy drzwi, Sasza zorientowała się, że nie zna nawet jej imienia. ,Ależ historia... - Sasza wciąż jeszcze nie mogła przyjść do siebie po tej wizycie. - Przecież ona nawet się nie przedstawiła. Niby żadna prostaczka, po prostu bogata kobieta. Moje imię zna i to jej wystarczy... Dlaczego?"
Sama nie pojmowała, czy poczuła się urażona takim zachowaniem, czy też rozbawiły ją dziwne maniery klientki. ,Za to doskonale wie, o co jej chodzi, i bardzo fajnie targowała się na moją korzyść!" - Sasza wyjęła z kieszeni nominały, przeliczyła, a nawet je powąchała i obejrzała pod światło. Ale dolary były najprawdziwsze, żadnego fałszerstwa nie dostrzegła. Dziewczyna wróciła do pokoju i włożyła pieniądze do kartonowego pudełka, stojącego na rogu stołu. Tu przechowywała dokumenty, notatniki, a także pieniądze na życie. ,Teraz można zapłacić alimenty, ale gdzie jest Fiodor? - pomyślała rozdrażniona. - Diabli by go wzięli, kiedy potrzebny, zawsze gdzieś się szwenda. Obym go nie oglądała! Już wyobrażam sobie jego zdziwienie, kiedy dam mu pieniądze i wyślę go do sądu! Niechaj tylko po tym spróbuje podnieść na mnie głos!" Później jej myśli przyjęły całkiem inny kierunek. Zrobiło jej się żal takich pieniędzy. No, ale cóż było robić? Przecież cierpią przez to jej rodzice, a do tego nie wolno dopuścić. ,I dlaczego zawsze trzeba myśleć o innych? - dręcząc się, zapytała Sasza. - Tysiąc dolarów!
Nieskomplikowane zamówienie, a później taka forsa! O Boże, ja w życiu takich pieniędzy nie widziałam. Mogłabym przynajmniej kupić sobie przyzwoity kostium... Perfumy. Niedługo skończę dwadzieścia osiem lat, a ciągle jeszcze biegam w dżinsach, jak podlotek!" Dzisiaj szczególnie dotkliwie odczuła Sasza swoją pospolitość, kiedy obok niej stała ta wystrojona, wyperfumowana, zadbana kobieta. Przecież była ona dużo starsza od Saszy, a o wiele efektowniej wyglądała!
- Dobrze, popatrzymy - nie wiadomo do kogo powiedziała Sasza i odwróciła się w stronę obrazu. - Mimo wszystko, tysiąca dolarów tak szybko nie stracisz.
Przeniosła obraz na duże sztalugi, zapaliła górne światło i uważnie obejrzała płótno. Przede wszystkim zwróciła uwagę, że odwrotna strona płótna jest pokryta gęstą warstwą burego kurzu. Najpierw dziewczyna sądziła, że płótno ma taki kolor. I dopiero kiedy się wybrudziła kurzem i kilkakrotnie kichnęła, zrozumiała, w czym rzecz.
- I ta dama przyciskała go do siebie - fuknęła dziewczyna. - Boże, w jakiej szopie musiało wisieć to arcydzieło?
Ostrożnie przetarła obraz wilgotną szmatką od frontu i od spodu. Lekko podsuszyła, a następnie z trudem zdjęła ramę. Rozeschnięte drewno lekko trzasnęło.
- Przynajmniej w tej szopie było sucho - burknęła Sasza. - Inaczej wszystko by przegniło. Może nawet było tam zbyt sucho. Ach, ci bogaci kolekcjonerzy! Powieszą obraz byle gdzie, a później się dziwią, że niszczeje!
Zamyśliła się, jak postąpić dalej. Wykonać kopię, czy ograniczyć się do kilku fotografii?
W końcu machnęła ręką, kolor i tak jest nieciekawy, więc jeśli nawet zdjęcie go nie odda, nie będzie tragedii. Dobrze pamiętała o zasadach swojego akademickiego wykładowcy, który uczył techniki i technologii malarstwa. ,Zanim przystąpicie do restauracji obrazu, postarajcie się wykonać jego kopię - mówił do studentów ma"tre*, łysy różowy człowiek. - Czy to wiadomo, co się może zdarzyć? Potem będziecie mogli w razie potrzeby wszystko odtworzyć".
Sasza wyciągnęła swego kodaka, zwyczajną ,mydelniczkę", z którą prawie nie rozstawała się w Pitrze. Dała więcej światła, ustawiła odpowiedni kadr i zrobiła kilka zdjęć płótna. Następnie przystąpiła do zasadniczej pracy. Jeszcze raz dokładnie obejrzała obraz, rozpoznała fakturę. Obraz był namalowany olejną farbą, sądząc po oznakach gęstą, prawie nierozcieńczoną. W rogu, jak się jej wydawało, był umieszczony podpis - czarny zawijas. I data. Sasza wzięła lupę i jeszcze raz dokładnie obejrzała to miejsce, raz po raz psiocząc na tego, kto tak fatalnie położył lakier.
Pożółkły lakier przeszkadzał w dokładnym rozeznaniu obrazu. W końcu udało się jej ustalić, że w rogu czarną farbą naniesione zostały dwie cyfry - ,76". Podpis nie dał się rozszyfrować.
,O Boże! - Sasza nie wierzyła własnym oczom. - Obraz z siedemdziesiątego szóstego roku! Ma zaledwie dwadzieścia dwa lata, a wygląda... Włoskie, nawet z piętnastego-szesnastego stulecia, lepiej się zachowały! Oto jakie ma znaczenie fakt, że ludzie przez całe dziesięciolecia uczyli się mieszać farby, zanim dopuszczano ich do pracy! A u nas wszystko jest takie proste! Farby sprzedawane są w dowolnym sklepie. Zupełna chemia, dlatego wszystko żółknie, ciemnieje, wychodzi z tego Bóg wie co..." Ponarzekawszy jeszcze nieco, Sasza nałożyła gumowe rękawiczki, wzięła lateksową gąbkę, nasączyła ją rozpuszczalnikiem, lekko odcisnęła i przystąpiła do pracy. Przeciągnęła gąbką raz, drugi. Lakier był naniesiony tak grubą warstwą, że nie dało to żadnego efektu. Ale Saszy wydało się, że farby stały się jaskrawsze. ,Mimo wszystko sympatyczna robota - pomyślała, dokładniej przyglądając się obrazowi. - Ciekawe, kto to malował? Madame tak się zachowywała, jakby chodziło o Wrubla czy Chagalla. To któryś z naszych, radzieckich. A może emigrant? Miejscowość na pewno jest nasza, rosyjska. Wygląda na Rosję środkową albo rejon podmoskiewski".
Solidnie nasączyła gąbkę rozpuszczalnikiem i starannie przetarła obraz od góry do dołu. Nastąpiła reakcja, ale bardzo powolna. Sasza westchnęła, odłożyła gąbkę, zdjęła rękawiczki i zapaliła, podchodząc do okna. Postanowiła przeczekać parę minut, żeby lakier się rozpuścił i można było zdjąć go ostatecznie. Dziewczyna paliła i patrzyła w okno. Chociaż listopad dopiero się zaczął, mróz trzymał nie na żarty. Na ciemnym niebie wisiał ogryzek ubywającego księżyca. Na podwórzu pod latarnią szalała zadymka śnieżna. Saszy przypomniało się, że Fiodor wybiegł z domu tylko w kurtce ze sztucznej skóry, nawet bez czapki. Pożałowała go. ,Gdzież on się teraz biedny podziewa? - pomyślała z pewną troską. - I nawet nie wie, że ja już rozwiązałam wszystkie problemy... Nie, tę damę po prostu Bóg mi zesłał!"
Zgasiła papierosa i wróciła do obrazu. Obejrzała go i ucieszyła się z rezultatu. Wyglądało na to, że lakier całkowicie rozmiękł. Powinno wystarczyć kilka pociągnięć gąbką, aby można było go zdjąć. Sasza znów założyła rękawiczki i zmoczyła gąbkę, przetarła płótno raz, potem drugi, trzeci... I krzyknęła, odskakując od sztalugi.
W profesjonalnym żargonie na to, co się stało, mówiło się: ,spalić obraz". Saszy nigdy nie zdarzyło się ani tego zrobić, ani zobaczyć, i dlatego była całkiem roztrzęsiona. Farby ciemnymi strużkami ściekały po płótnie, zbierały się na sztaludze i wolno skapywały na podłogę. Dziewczyna oprzytomniała, rzuciła się do płótna, ale nie wiedziała, co zrobić, jak zatrzymać ten proces. Zgarnąwszy na palec kroplę farby, z przerażeniem przyjrzała się jej, roztarła, powąchała.
- I co on zrobił najlepszego! - z rozpaczą w głosie krzyknęła. - Czym to on malował!
Gruba warstwa lakieru przeszkodziła jej wcześniej określić, jakimi właściwie farbami namalowany został obraz. Dopiero teraz zobaczyła, że nie była to wcale farba olejna! Pod lakierem skrywał się gęsty gwasz. Ta farba jest na bazie wody i nigdy nie pokrywa się jej lakierem. Ale również nie maluje się nią na płótnie! Saszy nawet nie mogło przyjść do głowy, że będzie miała do czynienia z tą zdradliwą farbą, inaczej nie wzięłaby do ręki rozpuszczalnika, w ogóle nie brałaby się za restaurację.
Do czasu zanim te wszystkie myśli wichrem przeleciały przez jej głowę, obraz był zniszczony nieomalże całkowicie. Pozostało z niego jedynie kilka żółtawych i szarych plam. Na dodatek jeszcze w rogu, gdzie dostało się mniej rozpuszczalnika, szyderczo widniał podpis malarza i rok powstania obrazu. I to właściwie było wszystko.
Powoli, ledwie władając palcami, Sasza ściągnęła rękawiczki, rzuciła je na podłogę. Farba wciąż jeszcze kapała, gwasz jakby cieszył się, że go wypuszczono na wolność spod niewoli lakieru. Ale dziewczyna nawet nie myślała o tym, aby jakimś sposobem utrwalić barwę. Katastrofa była nieodwracalna. Teraz cisnęły się do głowy całkiem inne myśli. Przypomniała sobie o zaliczce, o pieniądzach, którymi przed pięcioma minutami tak się cieszyła. A także o umowie... Umowa. Nawet nie miała dla siebie egzemplarza. Ale pamięta cały tekst. ,W przypadku utraty lub bezpowrotnego uszkodzenia obrazu..." Z całą pewnością uszkodzenie jest nieodwracalne. ,Skąd wezmę dziesięć tysięcy dolarów?!"
Przy tej ostatniej myśli Sasza oprzytomniała i postanowiła wziąć się w garść. Nie do pomyślenia nawet, żeby oddawać takie pieniądze. Nie tylko, że ich nie ma, ale nawet nie ma skąd pożyczyć! Przecież nie rzucę się rodzicom do nóg, przecież nie będę prosić, żeby sprzedali mieszkanie! I tak mają już dość zmartwień. Wpadają w rozpacz z powodu lodówki i telewizora, a tu mowa o mieszkaniu! Sasza poszła do kuchni i wyjęła z lodówki butelkę z resztką pieprzówki. Niedawno byli u nich znajomi i zostało trochę wódki. Sasza nigdy w życiu nie brała do ust wódki, najmocniejszym trunkiem, jaki piła, było wino. Ale teraz dziarsko pociągnęła prosto z gwinta.
Poczuła ogień w gardle, ale zmusiła się do jeszcze jednego łyka. Po minucie było jej gorąco. I chociaż to dziwne, poczuła się swobodniej. ,Drobiazg, namaluję tę dranicę na nowo" - w jej głowie zaświtało zbawcze postanowienie. Sasza ze zwątpieniem popatrzyła na butelkę. Na dnie pluskały resztki wódki, więc dopiła je do końca.. Teraz wszystko miała w nosie. ,Co tam, taki landszaft namaluję w ciągu godziny!" - z łoskotem odstawiła butelkę na stół i osunęła się na taboret. - Myślałby kto, wielki artysta... Nic strasznego! Dziesięć tysięcy dolarów! Co za oszustwo! A ja nawet nie wiem, kto to taki!"
Jakże wszystko stało się proste, wydawało sie śmieszne! Teraz nie wypominała mężowi, że wracał do domu pijany. To jasne, że jemu też nie było lekko. I jak tu winić go za to, że szukał zapomnienia chociaż na kilka godzin? ,Niech tylko wróci jak najszybciej! - powiedziała do siebie Sasza. - Zrobię kolację, posiedzimy jak dawniej, pogadamy... Opowiem mu wszystko. Tak dawno mu niczego nie opowiadałam! A jutro jak najwcześniej z rana oddam film do wywołania, zrobię ekspresowo odbitki... Po dwóch godzinach będę miała zdjęcia w rękach. Kupię potrzebne farby, to groszowy wydatek, gwasz jest tani. Użyję tego samego płótna, tylko je wyczyszczę. I namaluję obrazek od nowa! Pomyśleć tylko, do wieczora się z tym uporam! A jeżeli chodzi o lakier...Cóż, położymy i lakier, skoro tej durnej tak na tym zależy. Cieniutką śliczną warstwę. I niechaj idzie do diabła ze swoimi sobolami, brylantami i umowami! Żeby się chociaż znała na sztuce! Nawet nie zorientuje się, że obrazek jest całkiem nowy! Może jeszcze dorzuci trochę kasy za wyjątkowo udaną restaurację!" Sasza aż się zaśmiała, tak dobrze wszystko wymyśliła! Nigdy nie upijała się, a teraz w pojedynkę wypiła prawie pół butelki wódki. Kręciło się jej w głowie, paliły policzki, a ściany w kuchni lekko przepływały przed jej oczyma. Przegryzła kawałeczkiem sera, wypaliła papierosa, próbowała nalać sobie herbaty... Potem odstąpiła od tego zamiaru, z trudem przywlokła się do pokoju i w ubraniu osunęła się na łóżko. Teraz pragnęła tylko jednego, możliwie jak najszybciej zasnąć. Zapomniała o wszystkim: o nieszczęsnym obrazie, o pieniądzach, a nawet o tym, że chciała doczekać się powrotu Fiodora.

Zatrute życie

Autor: Anna Małyszewa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Miejsce wydania: Wrocław
Wydanie polskie: 8/2007
Liczba stron: 376
Format: 135x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-245-8518-2
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,90 zł


blog comments powered by Disqus