Recenzja książki "Magia krwi"

Autor: Dawid "Fenrir" Wiktorski
Korekta: Bool
30 grudnia 2011

W ostatnich latach miłośnicy fantasy nie mogą „narzekać” ani na różnorodność, ani na wysoki poziom powieści z tego gatunku (oczywiście, jest trochę wyjątków od reguły). Rynek wydawniczy został opanowany przez debiutantów, którzy wręcz kopiują ze znanych dzieł, nie starając się wnieść do książki nic swojego. Jak jest z „Magią krwi”, rzekomo jednym z najważniejszych debiutów ostatniego roku?

Fabuła nie jest w „Magii krwi” niczym świeżym – po raz kolejny widzimy historię młodego władcy, Calipha, który nagle staje w obliczu zagrożenia wojną i rychłej porażki. Musi on nie tylko zapoznać się z mechanizmami funkcjonowania królestwa, ale także z działaniem machiny wojennej, która zostaje wprawiona w ruch przez jednego ze zdrajców.
Jednak walka o władzę stanowi tylko motor napędowy dla drugiej, zdecydowanie bardziej ważnej historii: tajemniczej, niezwykle potężnej księgi „Cisrym Ta”, poszukiwanej przez młodą wiedźmę. Do użycia woluminu niezbędny jest właśnie Caliph.

Podział fabuły na dwa wątki nie jest jednak zabiegiem udanym – wątek Calipha jest spójny i klarowny, a także trzymający w napięciu, jednakże historia wiedźmy jest wręcz zbiorem chaotycznych, mało powiązanych ze sobą scenek, które bardziej nużą, niż zachęcają do dalszej lektury.

Czym jest tytułowa magia krwi? Elementem, który na pewno odróżnia debiutanckie dzieło Anthony’ego Huso od innych książek tego typu. W jego powieści magia nie jest bowiem tajemniczą energią czerpaną najwyraźniej z powietrza, lecz z krwi właśnie. Nie da się ukryć, że pomysł ten stworzył przed autorem wiele nowych możliwości, jednak postawił też bariery, które trzeba uwzględnić przy projektowaniu swojego świata (czerpanie magii z krwi nie jest możliwe w każdej sytuacji i w nieograniczonych ilościach, rzecz jasna). Wyraźnie widać też, że magiczna energia jest tylko dodatkiem do fabuły, nie zaś jej głównym fundamentem, który pozwala głównym bohaterom wyjść cało z każdej opresji.

Świat „Magii krwi” to jednak nie fantasy, jakiego można by się spodziewać – najwięcej w nim steampunku (maszyny parowe i różne ciekawe wynalazki), który – co ciekawe – nie zdominował zbyt wielu aspektów życia codziennego, a na dodatek łączy się z rozwiązaniami technologicznymi charakterystycznymi raczej dla dwudziestego pierwszego wieku („plantacje” mięsa są chyba najlepszym na to przykładem). Co więcej, magia, steampunk i nowoczesna technologia raczej się nie zazębiają, a jedynie współgrają ze sobą, stawiając bohaterów przed wieloma niecodziennymi wyzwaniami. Nie trzeba jednocześnie wspominać, że wraz z nowymi możliwościami sposób prowadzenia wojny został przeniesiony na płaszczyzny inne niż zwykła rąbanka. W „Magii krwi” wyraźnie widać też siłę dyplomacji i podstępu, które dają lepsze efekty niż stosy trupów na polu walki.

Jakość wydania książki jest standardowa, czego nie można jednak powiedzieć o korekcie – w tekście jest wiele literówek, czasami wręcz błędów ortograficznych, chochliki pojawiają się nawet w nazwach własnych – element zdecydowanie do poprawy przez wydawnictwo.

Można zastanawiać się, czy „Magia krwi” faktycznie jest najważniejszym debiutem roku, jednak nie da się ukryć, że Huso całkiem sprawnie połączył trzy odmienne światy w jeden, dzięki czemu nawet dość schematyczna fabuła zyskała sporo nowego uroku. W „Magii krwi” wyraźnie widać potencjał, jaki drzemie w tym autorze, pozwalający z optymizmem wyglądać jego kolejnych książek.

Magia krwi

Autor: Anthony Huso
Tłumaczenie: Jarosław Skowroński
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 11/2011
Tytuł oryginalny: The Last Page
Seria wydawnicza: Prawdopodobnie najlepsze książki na świecie
Liczba stron: 656
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788376489797
Wydanie: I
Cena z okładki: 42 zł



blog comments powered by Disqus