Kameralna fantasy? - recenzja książki "Gdzie księżniczek brak cnotliwych"


W trzecim tomie przygód kształconego na uniwersytecie maguna Debrena z Dumayki, któremu los płata figle najróżniejszego autoramentu i ciężaru, potwierdzenie znajduje wyraźna już w Pogrzebie czarownicy tendencja: objętość książki pęcznieje, jednocześnie zaś ilość zawartych w niej ksiąg-opowieści ulega zmniejszeniu. Tym samym dokonał autor rzeczy na swój sposób niebywałej: napisał liczącą ponad 500 stron powieść, która tak naprawdę jest zamaskowanym opowiadaniem. Ktoś dobrze zaznajomiony z konwencją fantasy, po lekturze Gdzie księżniczek brak cnotliwych ma prawo być zdumiony. Kilka setek stron nie przynosi bowiem ani szerokiej panoramy świata, ani wielu wątków, nie imponuje również mnogością postaci. Akcja rozwija się właściwie w jednym miejscu - na terenie pewnej oberży, zagarniając czasem we władanie okoliczne lasy i jeden most. Debren i kompania (czyli: Lenda, Zbrhl, właścicielka oberży i jej mąż oraz pewien (właśnie tak) papuga) usiłują zwyciężyć klątwę sprzed dwustu lat i w ramach tych usiłowań walczą z gryfem, zmutowanymi nietoperzami, chłopami z pobliskiej wsi, przede wszystkim jednak z własnymi uczuciami, z mniej lub bardziej uciążliwymi tajemnicami - i z historią. O ile bowiem Baniewicz nie rozpieszcza nas różnorodnymi wizjami przestrzeni, miast szerokiej panoramy świata serwując czytelnikowi coś na kształt pojedynczego obrazka, o tyle sfera czasowa prezentuje się bardziej imponująco: sporo tu retrospekcji, wspominania różnych "historycznych" faktów i innych konstrukcyjnych wzbogacaczy-opóźniaczy. Właściwa akcja nie przekracza jednak jednej doby - i to też jest ewenement w dziedzinie opasłych tomiszczy przynoszących historie spod znaku magii i miecza. Tym bardziej, że w tak krótkim czasie fabularnym dane będzie czytelnikowi doświadczyć dosyć szerokiego wachlarza nastrojów: od rozbawienia do wzruszenia. Czy gdzieś po drodze pojawi się zniecierpliwienie czy nuda - to już odmienny problem. Daje to, mam nadzieję, jakieś wyobrażenie o charakterze opowieści. Teraz wypada rozstrzygnąć, czy zarysowany wyżej sposób konstrukcji świata przedstawionego przynosi efekt w postaci interesującej lektury? Czy cała ta kameralność scenografii i bardzo krótki - jak na rzecz o takiej objętości - odcinek czasu okazują się wadami?

Sprawa nie jest prosta. Niewątpliwie na gruncie literatury fantasy - skłonnej przecież do kreowania monumentalnych fabuł, niestroniącej od takowych bohaterów, niejednokrotnie eksploatującej motyw konfliktu w wielkiej, często wręcz kosmicznej skali - książka Baniewicza jest zjawiskiem ciekawym i oryginalnym. Przestaje być takim w chwili, gdy uświadomimy sobie, że to przecież tak naprawdę tylko opowiadanie. Cholernie długie, ale jednak opowiadanie, a nie powieść. Pewnie, można by się o gatunkową klasyfikację wykłócać, tyle że niewiele będzie z tego pożytku dla czysto użytkowej oceny tekstu. Mimo tego warto przyjrzeć się konsekwencjom tego genealogicznego pomieszania.

Ograniczenie przestrzenne powoduje, że właściwie cały ciężar odpowiedzialności za czytelniczą atrakcyjność opowieści spada na tych kilku chroniących się w przeklętej oberży bohaterów. I to ich interakcje stanowią sedno tekstu. Zagadka klątwy i bezpośrednie zagrożenie ze strony gryfa oraz chłopstwa, niebezpiecznego, bo często występującego w większych ilościach i na dodatek wchodzącego w konszachty z kościołem (co przejawia się przede wszystkim oblewaniem czego się da święconą wodą), oczywiście mobilizują bohaterów do działania, ale jeszcze bardziej mobilizują ich do gadania. W efekcie dialogi zdominowały całą opowieść. Nie jest to złe rozwiązanie, jako że dialogi wymyśla Baniewicz całkiem zgrabne: żywe i barwne. Jak łatwo się jednak domyślić, duże zagęszczenie rozmów znacznie podnosi ryzyko uwypuklenia schematyzmu w ich budowie. I doceniając rzemieślniczą sprawność i swobodę, które wyczuwa się w dialogach, stwierdzić trzeba,że w dalszych partiach opowieści nie zdołał autor obronić się przed wspomnianym zagrożeniem: rozmowy trzymają równy poziom, ale im dalej postępujemy z lekturą, tym bardziej stają się one przewidywalne, chwilami nawet nużące - po prostu schemat coraz wyraźniej daje o sobie znać. Zwłaszcza ciągłe dygresje w wypowiedziach bohaterów, chociaż niejednokrotnie humorystyczne, w pewnym momencie zaczynają irytować, tym bardziej, że nieraz pojawiają się w chwilach zupełnie ku temu nieodpowiednich, by nie rzec - nieprawdopodobnych. Niepokoić może też odrobinę chyba harlequinowy charakter niektórych rozmów, ocierających się niemal o literacką tandetę. Niemal - granica nie zostaje jednak przekroczona. Chociaż to zapewne kwestia indywidualnej czytelniczej wrażliwości. I tolerancji.

Psychologię bohaterów stara się autor pogłębiać, co więcej, czyni to na tyle skutecznie, że ich wizerunki nabierają wyrazistości i budzą żywe emocje czytelnika - na tle konwencji fantasy okazują się konkretnymi indywidualnościami, nie zaś po prostu typami (chociaż znamiona pewnej typowości można w nich rozpoznać) czy, co gorsza, figurkami. Ba, na tle conanopodobnych herosów bohaterowie Baniewicza to niemal tytani indywidualizmu, budzący czytelnicze zainteresowanie. Jednak także w tej sferze w końcu uwidaczniają się ograniczenia metody i schemat zaczyna wyglądać spoza zasłony narracji. I mamy dłużyzny. Niewiele, ale jednak. Zresztą bez wahania można powtórzyć tu poprzednią uwagę o wrażliwości i tolerancji.

Na szczęście ostatecznie wszystkie zagadki zostaną przegadane i rozwiązane, tajemnice odkryte, rozsypane części układanki poskładane w całość. Wyczyny różnych feudalnych władców z mniej lub bardziej zamierzchłej przeszłości, knowania demokratów - nabiorą sensu; sekrety Ledny i pięknej Petunki oberżystki ujrzą światło dzienne (no, może niekoniecznie dzienne); dzieje rodu Zbrhlów okażą się nie bez związku z przeszłością innych skupionych w oberży postaci, a niektóre z tradycji rodziny najemników - nietrwałe. Im bliżej końca, tym wyraźniej z chaosu rzuconych wcześniej faktów wyłania się porządek. Nie ma tu niefrasobliwych rozstrzygnięć, ot, może jeno odrobina nieprawdopodobieństwa w pewnych zbiegach okoliczności. I dzięki temu mamy do czynienia z książką konsekwentnie rozwijającą określony zamysł fabularny, nie zaś z tekstem, w którym różne, niechby nawet znakomite, pomysły miotają się bez ładu i składu. Na ostatnich stronach akcja raźno rusza z kopyta, gnając w stronę finałowych rozstrzygnięć. To prawda, że niektóre z nich można wcześniej - dużo wcześniej, na przykład na początku - przewidzieć, ale mimo tego trzeba oddać sprawiedliwość Arturowi Baniewiczowi, że nad wątkami, które powprowadzał - zapanował i, co więcej, pozamykał je wszystkie z niejaką gracją. No, prawie wszystkie, nie bez powodu przecież autor pracuje nad kolejną częścią.

Wypada zatem stwierdzić, że Gdzie księżniczek brak cnotliwych to książka udana, chociaż niewątpliwie nie dla każdego. Spokojny (czasami wręcz ślamazarny) rozwój akcji, spora, mimo wszystko, ilość fabularnych elementów, o których trzeba pamiętać, żeby bezkolizyjnie dotrzeć do finału, duża dawka naturalizmu (nie tylko w opisach, przede wszystkim w pewnych rozwiązaniach fabularnych) - wszystko to powoduje, że książka może zniechęcić, nawet odstraszyć. Ci jednak, których nie zniechęciły poprzednie części, powinni po nową rzecz, która wyszła spod pióra Baniewicza, sięgnąć, bo spośród dotychczasowych opowieści o magunie ta prezentuje się najlepiej. Zarówno fabularnie, jak i warsztatowo - nie znajduję tu owej niefrasobliwości w zaplataniu i rozwiązywaniu intrygi, którą wyczuć można było w tomach poprzednich. Znajomość Smoczego pazura i Pogrzebu czarownicy nie wydaje się absolutnie konieczna, niewątpliwie jednak bardzo pomaga, dużo tu bowiem odniesień do tego, o czym Baniewicz opowiedział wcześniej. A co będzie dalej? Czas pokaże.

Debren z Dumayki #3 - Gdzie księżniczek brak cnotliwych

Autor: Artur Baniewicz
Okładka: Tomasz Piorunowski
Wydawnictwo: SuperNOWA
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 6/2004
Liczba stron: 508
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 83-7054-164-X
Wydanie: I
Cena z okładki: 31,30 zł


blog comments powered by Disqus