Fragment powieści "Pogrzeb czarownicy"


* * *

Trup był świeży, najwyżej wczorajszy. Debren znalazł go przy końcu schodów na drugie piętro. Bose stopy mężczyzny właśnie na schodach spoczywały i nietrudno było dopowiedzieć sobie resztę. Zwłaszcza że szczury dobrały się do mięsa, przynajmniej chwilowo ignorując różową kostkę mydła opartą o piętę nieboszczyka. Debren odczekał, aż ogoniaści biesiadnicy odejdą, schylił się, obejrzał podbicie stopy, a potem stopień. Mydło było suche, kamień i noga też. To akurat nie dziwiło lato. Dziwił brak białego nalotu na skórze i stopniu.

Obmacał szyję leżącego. Kość była zgruchotana dokładnie tam, gdzie trzeba: na styku z potylicą. Niby dobrze, w najsłabszym miejscu. Gorzej, że z przodu, na czole, spod krwi i pękniętej skóry bielała czaszka, a drewniany kołek, spinający kaftan na piersi, nie tyle pękł, co uległ zmiażdżeniu. Debren przewlókł go przez pętelkę, rozchylił koszulę, obejrzał wgłębienie pośrodku piersi. Sińca prawie nie było, krwi też, widocznie bosonogi umarł zaraz po tym, jak coś niewielkiego i tępego zgruchotało mu mostek. Ciekawe. Rana przy złamanym kręgu też trochę krwawiła, a obie wyglądały na śmiertelne. Jeśli to nie mydło i schody, ktoś się musiał bardzo spieszyć. Jeśli schody wszystko było w porządku. Strome, nic dziwnego, że spadał szybko.

Debren rozejrzał się po korytarzu. I na wszelki wypadek wyjął różdżkę.

Sprawdzał komnatę po komnacie. Nie było ich tak dużo: zamek do wielkich nie należał. Mebli też nie było wiele, a dobytek, jak we wczesnowieczu, trzymano głównie w kufrach, więc trudno było orzec, czy budynek mocno splądrowano. Pobieżnie na pewno: gdzieniegdzie walały się po podłodze porzucone przedmioty. Ale przypadkowe, niekiedy całkiem bezwartościowe, typowe dla szlaków, którymi uciekają zaskoczeni pożarem czy najazdem ludzie. Jakieś stare ciżmy, sukienka, pudełko z przyborami do szycia, miedziany kufel... Było co prawda i wyłamane wieko w zamkniętej na kłódkę skrzyni, lecz i tutaj pachniało przypadkowym przestępstwem: jako młotka włamywacz użył ciężkiego lichtarza, którym, sądząc po rudych śladach, nieźle się w dodatku pokaleczył.

Więcej zwłok Debren nie znalazł. Pomijając parę kocich, rozkładających się w jednej z zamkniętych izb. Na pół zmumifikowane resztki cuchnęły tak okropnie, że Debren cofnął się błyskawicznie, nie próbując sprawdzać, czy w łożu, pod baldachimem, nie mumifikuje się ktoś jeszcze. Usprawiedliwił się zresztą dość szybko, bo było to jedyne takie łoże w całym budynku. Bez wątpienia należało do gospodyni, a ona w nim nie leżała.

Dopiero po mijając trupa z przetrąconym karkiem pomyślał, że czegoś nie uwzględnił. Gachów mogło być więcej niż ten od siostry Indorów. Curdelia miała na sumieniu dużo grubsze grzechy; cóż stało na przeszkodzie, by umilała sobie wdowieństwo...?

Odepchnął tę myśl. Jeśli nawet, to jej sprawa.

Zecheniasza znalazł tam, gdzie należało zacząć: w kuchni. Mnich siedział obok pieca i krzywiąc się, gryzł gruby plaster sera.

- Sam nie wiem pokręcił głową na widok czarodzieja. Niby nie śmierdzi, ale coś mi w nim... Jak u ciebie ze smakiem, Debren?

- Marnie. Z węchem też. Debren stanął w progu, posłał mu pochmurne spojrzenie. Dlatego musisz mi wybaczyć głupie być może pytanie. Co jest w tej wodzie?

- Hę? W wodzie?

- Twojej. Tej z beczki.

Zecheniasz odłożył ser i odwzajemnił mu się spojrzeniem niewiele mniej ufnym od tego w wydaniu Debrena.

- Niby dlaczego miałbym ci powiedzieć?

- Niby dlaczego miałbyś nie mówić?

Z korytarza dobiegł terkot drewnianych kół. Albo zapas wina w piwnicy był naprawdę skromny, albo Wilbandowi spieszyło się do czegoś. Szybko się uwinął.

- Receptura jest tajna oświadczył chłodno mnich. Nie czerpię z tego zysku, ale nie myśl, że innym pozwolę czerpać. Znam ja takich. Marnych podróbek narobią, za pół ceny naiwnym sprzedadzą, a potem nie wiadomo gdzie takiego szukać, jak do reklamacji dziewka z brzuchem przybiega. Nic z tego.

- Rozumiem mruknął Debren. Logiczne wyjaśnienie. Przyjmę je, o ile mi równie logicznie wyjaśnisz, czego tu naprawdę szukasz.

- Żarcia błysnął zębami Wilband, wjeżdżając do kuchni. Jak to mnich. Cóż im z przyjemności pozostało?

- Bluźnisz ofuknął go Zecheniasz. A ty, Debren, pleciesz. Już zapomniałeś? Grzebać tu mieliśmy...

- Wiedźmę i pogankę, co Machrusa z szynkarzem myli, trunki na wodę podmieniającym. Martwą w dodatku, jak to przy pogrzebie. Nie mów mi, że ktoś tak jak ty zapracowany poświęci dwa dni albo i więcej, by takiej posługę oddawać. Przed zgonem rozumiem. Ale po? Nic już dla niej zrobić nie mogłeś.

- Każdemu się modlitwa nad grobem należy.

- Ale nie twoja. Przez chwilę mierzyli się chmurnymi spojrzeniami. Wilband, tuląc do piersi zakurzony gąsiorek, przyglądał im się zaniepokojony z dołu. Nie łżyj, bracie. Muszę wiedzieć, o co ci naprawdę chodzi.

- Grozisz mi? Zecheniasz prawidłowo odczytał ton.

- Coś jest w tej wodzie powiedział spokojnie Debren. Nie umiem szybko stwierdzić, co. Może i nie trucizna, ale muszę założyć, że jednak trucizna. I opróżnić dziewczynie żołądek. Tudzież dokonać paru innych zabiegów, jeszcze mniej przyjemnych. Jest słaba, to ją może nawet... Więc nie przeciągaj struny.

- Co?! Gąsior stuknął o posadzkę, ale Wilband chyba nawet tego nie zauważył. Otruł ją?!

- Podurnieliście?! zdenerwował się zakonnik. Na stos ją mogę bez trudu posłać! Po co miałbym...?!

- Teraz możesz, gdy za dużo wygadała. Ale nie, kiedy się tu wybieraliśmy. A poza tym... Na spaleniu czarownicy Kościół nic by nie zyskał. Ani Udebold. Za wiele nadużyć przy polowaniach na czarownice popełniono, więc już nawet u nas, na Zachodzie, nic władzy duchownej nie może z majątku skazanej skapnąć. Krewny też miałby problem, gdyby Curdelia z dymem poszła. Musiałby przed sądem dowieść, że majątek nie był diabelskiego pochodzenia, a to trwa, kosztuje... Więc owszem, znalazłby się motyw, by właśnie skrycie, trutką.

- Łeb rozwalę. Warkot dobiegł z dołu, ale chyba nie tylko dlatego skojarzył się Debrenowi z psim. Także wściekłość Wilbanda była psia, szczera i spontaniczna.

Na wszelki wypadek wszedł szybko między nich.

- Biorę ją na klientkę powiedział. Wiesz, co to znaczy. Odtąd wszystko, co zlecenia tyczy, tajne jest i do grobu zabrane będzie. Wiedzy przy robocie uzyskanej nie wolno mi wykorzystać. Więc możesz śmiało...

- Komercyjnie nie wolno popisał się znajomością niuansów Zecheniasz. Ale dla dobra inszego klienta, bez własnej korzyści wprost uzyskanej, to owszem. I tu haczyk tkwi. Ja ci recepturę zdradzą, a ty ją potem darmo stosować będziesz, i jeno swoje usługi drożej policzysz, tak? Znamy się na takowych...

- Odsuń się, Debren! Wilband błysnął zębami i obuchem młota. Już ja z niego prawdę...

- Jest moją klientką uprzedził mnicha Debren. To mnie stawia w sytuacji bez wyjścia. Muszę teraz wyjść, inaczej mówiąc. I poczekać na nowiny, które Wilband dostarczy. Tego chcesz?

Zecheniasz pobladł. Miał oczy i znał się na ludziach.

- Zostawiłbyś mnie z tym szaleńcem? Sam chyba szalony jesteś! Debren cofnął się o pół kroku w stronę drzwi. No dobrze, niech wam będzie, nieszczęsne ofiary cielesnej chuci... Widzę, że obu ta nierządnica wokół palca sobie oplotła. Psiakrew, powinienem z wami... Cholerna kotwica. Diabeł ją, ani chybi, tak przemyślnie zamocował. No, nic. Beczka prawie pełna, zneutralizuje się. Nie takie przypadki leczyłem.

- Rąbnę go zaproponował Wilband. W paluch.

- To woda powiedział szybko Zecheniasz. Mówiłem: chutliwość okrutnie wzmaga. Umówiłem się z Udeboldem, że Kościołowi źródełko zapisze, a sam się studnią zadowoli. Bo to ze studni wodę czerpią, źródło, to co fontannę zasila, jeno po większych deszczach ożywa.

- Po co ci to źródełko? zmarszczył brwi Debren.

- Kleryków chcecie testom poddawać? zainteresował się Wilband. Ostateczny sprawdzian? Coś jak walenie misjonarza pałą?

Zecheniasz rzucił im ponure spojrzenie.

- Ale przypominam: to tajemnica zawodowa. Jak który słowo piśnie... Potrzebuję tej wody, by na obu kierunkach działać. Moje dotychczasowe zabiegi wielce są skuteczne, wszelako, gdyby to do wojskowości porównać, jeno tarczę stanowią. Zapobiegają mianowicie stratom. Ale by ród ludzki maksymalnie rozmnożyć, trzeba i mieczem się posłużyć. Nie starczy odstręczać od miłowania tych, co w danym momencie miłować nie powinni. Jest mnóstwo takich, co powinni, a tego nie czynią.

Milczeli przez chwilę. Debren skinął w końcu głową na znak akceptacji, podszedł do pieca, nie sięgając po krzesiwo przypalił hubkę.

- Ta woda... Wilband podniósł gąsior, nie patrząc postawił w skrzynce narzędziowej. Naprawdę działa?

- Widzisz ten szczyt? wskazał okno Zecheniasz. Ten za przełęczą, drugi czubek góry Dopschpick, co się w staromowie na Dwuczubek przekłada? Wyższy jest ciut od tego, ale nie dlatego taki goły. Las rósł tam jak i wokół zamku. Jeno go wycięto.

- Na czubku? uśmiechnął się sceptycznie Debren. Dołem dziką puszczę pozostawiając?

- Mało ekonomiczne przyznał mnich ale nie o zysk szło, a o moralność. Ojciec Krutza, pobożny wielce, tak się przeraził wpływem źródlanej wody na zamkową czeladź tudzież syna, że kazał las wyrąbać. Majątek poszedł z dymem, bo górą tylko cięli i zwozić nie było jak. Ale poziom wód gruntowych udało mu się obniżyć i źródło, co biło tak, iż fontannę poczęto budować, potem już jeno słabo ciurkało, a i to po większych deszczach.

- Czyli albo to kretyn podsumował Debren albo woda faktycznie mocno... hmm... lecznicza.

- To drugie, zaręczam ci. Ode Dopschpickowie zawsze z zamku żyli, bo wiosek nigdy więcej niż trzy nie mieli, a i to marnych, jak to w górach. Więc postawili na usługi obronne i brali dotacje cesarskie za utrzymywanie fortalicji na marimalskiej granicy. Łatwy grosz, jak kto już zamkiem w dobrym miejscu dysponuje. Ale trzeba było się wykazywać odpowiednim poziomem ufortyfikowania, a do tego i zaopatrzenie w wodę się zalicza. Więc gdy hrabia zaczął las rąbać, wojsko komisję przysłało, by zasadność decyzji sprawdzić. I co? I najlepsi w Rzeszy eksperci, w tym podskarbidusigrosz, co tylko patrzył pretekstu, dotacji nie obniżyli, a nawet hrabiego pochwalili.

- Nie sprezentował im przypadkiem, starym prykom, paru baryłek cudownej wody? uśmiechnął się Debren.

- Nie kpij. Nawet jeśli, to za poważna była sprawa, żeby... Czytałem uzasadnienie. Logiczne jest jak cholera. Otóż, powiada komisja, przy oblężeniu załoga pić będzie to, co pod ręką, by od murów za daleko nie odchodzić. Znaczy: wodę z sadzawki. Zwłaszcza że studnia w lochu, loch w budynku, a budynek można zapalić, machinami tu i tam zburzyć. Czyli od zdrowej wody załogę odciąć. I co wtedy? Załoga miast o wojowaniu, o babskich zadkach zaczyna myśleć. Wyobraź sobie konsekwencje. Nieliczne niewiasty, w tym rodzina hrabiego, niechybnie splugawione. Walki o kolejność plugawienia, trupy, animozje. Dowódca, co rodziny bronił, usieczon. A zza murów Marimalczycy, którzy w czym jak w czym, ale w sztuce miłosnej wszystkie inne nacje na głowę biją, swymi wyuzdanymi dziewkami kuszą. W pół dnia oblężenie by się skończyło. Z braku obleganych.

- O tym nie pomyślałem przyznał Debren. I westchnął. Psiakrew, ile to człek musi wiedzieć, by skutecznie wojnę prowadzić. Nic dziwnego... a ty dokąd?

- Zupy miałem nagotować rzucił przez ramię Wilband. A tu woda stęchlizną jedzie. Świeżej nabiorę.

Debren skończył rozpalanie ognia pod kuchnią, pomyślał chwilę i sięgnął po pokrywę beczki. Ciepła woda przyda się hrabinie nie tylko pod postacią zupy. Do mycia także.

Zaklęcie nadal działało, więc niewiele mógł orzec na temat stęchlizny. Ale beczka, o dziwo, okazała się sucha. Wzruszył ramionami i poszedł obejrzeć spiżarnię.

* * *

- Nie wiem przyznała Curdelia. Może i posłałam za nim pchnięcie. Nie pamiętam. Spałam, obudzili mnie znienacka... I marnie się czułam. Indory głupie nie były: jak padało i w sadzawce błoto stało, nie przyłazili. Ale teraz susza. Osłabłam. Ponoć bez picia człowiek więcej jak trzy dni nie przetrzyma. A ja w dużej mierze człowiek jestem dodała nieco ciszej.

- Nie całkiem jednak pokiwał głową Zecheniasz. I mnie się widzi, że się w tobie, córko, nieludzka natura odezwała i odruchowoś go, jako pchłę, dajmy na to, ubiła.

- Z pchłami westchnęła, drapiąc się po głowie tak łatwo mi nie idzie. Co ja bym dała, by to cholerstwo...

- Przez okno mogłaś trafić zastanawiał się Debren, oceniając kąty. Tylko późno jakoś. Dobiegł aż na piętro. No i nie wiem, po co pchał się na drugie.

- Okna wzruszyła ramionami. I, dyskretniej nieco, podrapała się pod pachą. Włosów, gdy je rozpuściła spod chusty, okazało się zadziwiająco wiele, insekty miały gdzie się ukrywać i skąd urządzać wypady. Z tyłu ściana domu to zarazem zamkowy mur. Dołem okienka są maleńkie, człek nie przelezie. Jak chciał przez dom uciekać, to właśnie górą.

- To ma sens przyznał Debren. Jeno mnie to mydło martwi.

- Mydło też ma sens mruknął Wilband. Pamiętaj, co jej chcieli zrobić.

Curdelia uniosła szklankę, wypiła resztkę wina, uśmiechnęła się błogo. Z rozpuszczonymi włosami jeszcze bardziej przypominała dziecko, względnie dziecięcą lalkę, i pewnie dlatego Debren nie miał serca odbierać jej gąsiora. Choć akurat dziecku powinien.

- Przeceniasz Indorów wzruszyła ramionami. Tacy subtelni to nie byli, by się podmywać, nim niewiastę...

- Nie pij może, pani bąknął nieśmiało Debren. Wilband nic nie powiedział: pochylił się niżej nad otwartą pokrywą przekładni swego samojazdu. Czy jak mu tam.

- Bez obaw. Curdelia napełniła kolejną szklankę. Mój dziadek był krasnolud, w dodatku leloński. To i głowę mam mocną.

- Leloński?

- Babkę w czasie wojny do Oszwicy wywieźli. Z całą rodziną. Mówiła spokojnie; wino, mimo mocnej głowy, chyba działało. Rodzina zginęła, ale jej się udało zbiec. Uciekała przez góry, na południe, bo młodziutka jeszcze była, głupiutka, a zapamiętała z opowieści, że Ziemia Przyrzeczona, bo tak Pazrel wtenczas zwali, gdzieś na południu leży. No i ją zamarzającą w tych górach krasnoludy znalazły. Po północnej stronie jeszcze, więc można rzec, że lelońskie. I tak dziadka poznała.

- Miała szczęście zauważył Debren. Gór u nas niewiele, to i krasnoludów mało. A już z Oszwicy zbiec... no, no. Mało komu się udało.

Wieżyczka strażnicza runęła, kawałek częstokołu łamiąc. Zamieszanie się zrobiło no i babcia jakoś...

- Wieżyczka? Wilband drgnął, syknął z bólu, trafiony w palec własnym dłutem. Drewniana taka? Zimą?

- Pewnie, że nie murowana. Łyknęła wina. Kto by tam murował? Kwestia pazrelicka miała być w rok czy dwa rozwiązana.

- Ale lelońską i insze Zecheniasz rzucił kose spojrzenie kamieniarzowi dłużej byście rozwiązywali. Kupę ludu do wymordowania ten wasz Dolfler przeznaczył.

Wilband zignorował zaczepkę. Wpatrywał się w dziewczynę szeroko rozwartymi oczami.

- SiSman z wieżyczki resztkami jadła rzucał? Z więźniów szydził? Popatrzyła na niego zdziwiona znad uniesionego naczynia. Sikał na skórki słoniny i je w dół...?

- Skąd wiesz? opuściła powoli szklankę.

- Dwóch ich na górze siedziało? Tych z SiS? A głodny tłum nie wytrzymał, po skórki skoczył?

- Skąd...? Chyba lekko zbladła.

- W książce wyczytał wzruszył ramionami Zecheniasz. Wehrleńskiej, ani chybi, skoro tak moich rodaków szkalującej. Bo to głównie Lelończycy wtenczas w Oszwicy siedzieli. Ależ z was podła nacja, Wilband. Niby to od przeszłości i Dolflera się odcinacie, niby to młodzież prawdy uczycie, a tu w podtekście proszę, jakie treści się przemyca: że ci z Zachodu to tępe bydło, co nie w patriotycznym porywie, a dla jakichś obeszczanych skórek świńskich...

- Rzucali skórki przerwała mu Curdelia. Babcia też po nie skoczyła, nie po wolność. Nawet nie wiedziała, jak i kiedy ją tłum zepchnął, akurat w wyrwę po wyłamanym palu. Wcale nie chciała uciekać. Jeść chciała.

- Nie rzucali. Wilband siedział bez ruchu, nie zwracając uwagi na krew, lejącą się z palca na drewniane zębatki rozbebeszonej skrzyni przekładniowej.

- Wiem, co mówię. Babcia mamie sto razy...

- A dziadek mnie wszedł jej w słowo. Osobiście. Bo przeżył wtedy. Nie zadeptali go. Stąd wiem, że nie rzucał. Boebbels się tak zabawiał. Dziad podludnika Kolbancu. I to Boebbelsa tłum stratował, jak wieżyczka pod naporem runęła.

- Łżesz! poczerwieniał na twarzy Zecheniasz. To próba powstania była, zaplanowany zryw, a nie jakieś... Są pamiętniki sławnych kombatantów, co akcją dowodzili!

Nikt tam słoniny nie żarł!

- Może i nie zgodził się obojętnie Wilband. Nie odrywał spojrzenia od nieruchomego oblicza dziewczyny. Ciemno było, a skórki małe. Ale że Boebbelsa w połowie do kości obgryziono, nim wpadł SiS i więźniów w pień wyciął, to wiem na pewno. Dziadek mi nogę pokazywał.

- Boe... Boebbelsa? Debren przełknął z wysiłkiem ślinę. Cała trójka popatrzyła na niego jak na szaleńca, więc dodał pospiesznie: Koszmarne rzeczy w Oszwicy wyprawiano. Groty z ludzkich zębów próbowali eksperymentatorzy z SiS produkować, onuce z włosów...

- Dziadek z poboru do SiS trafił powiedział po chwili milczenia Wilband. Kawał chłopa był, i blondyn, a takich chętnie tam widzieli. Sam się nie pchał. Co się zaś nogi tyczy, to swoją pokazywał. Jak wieżyczka runęła na częstokół, uczepił się go i odsieczy doczekał. Ciżmy mu jeno zdarli i zjedli, a ktoś kawałek pięty odgryzł.

- Z twego dziadka łgarz był i fantasta rzucił chłodno Zecheniasz. Pewnie, dekownik jeden, sam sobie piętę okroił, by na front zachodni nie trafić. Ciżmy zjedli, dobre sobie. Słyszał to kto, by ciżmy jeść?

- Ja swoje zjadłam powiedziała cicho Curdelia. Co prawda nie tak szybko. Na pół kwietnia mi musiały starczyć. Przez jakiś czas nikt się nie odzywał. Wygląda na to, Wilband, że istnienie twemu dziadkowi zawdzięczam. Gdyby przypomniał kamratowi o trudnej sytuacji na froncie zachodnim i odwiódł od czynienia żartów...

Jakiś czas panowało ciężkie milczenie. Wózek miał spory prześwit, a Debren, jak zawsze przy Curdelii, siedział. Widział więc skapującą z trybów krew.

- Skaleczyłeś się powiedział w końcu. W kuchni czyste szmaty widziałem. Jedź, opatrz rękę. I zobacz, co z polewką. Na zasmażce, więc pewnie już doszła.

Wilband skinął apatycznie głową, pchnął silnik. Nic się nie stało. Wózek ani drgnął.

- Ja pójdę zaoferował się Zecheniasz.

Kamieniarz bez przekonania pociągnął dźwignię, potem pchnął. Nic. Szarpnął jeszcze raz. I znów, teraz już mocno.

- Czekaj mruknęła Curdelia. Podniosła zwierciadełko na ludzkiej piszczeli, wysunęła, próbowała zajrzeć za jego pośrednictwem do wnętrza skrzynki przekładniowej. Kąt był niedobry, uniosła więc ramiona. Błysnęła bielą pach, szarym nalotem włosów. Wychwyciła spojrzenie Wilbanda i szybko opuściła ręce. Za szybko: oberwał lustrem najpierw w nos, potem między nogi. Między nogi dużo lżej i przez solidne, skórzane spodnie. Ale to ten cios wywołał grymas bólu.

- Co chcesz zrobić? zapytał pospiesznie Debren. Zapachniało czymś, czym nie powinno, zwłaszcza że nadal nad dobrą ćwiartką ciasnego dziedzińca unosił się odór hrabiny i jej ofiar. Czuł go nawet przez blokadę powonienia. Przy oczach nie czarował. I martwiło go to, co widzi. Może ja...?

- Znam się na maszynach. Wręczyła mu lustro. W kopalni połowę zmodernizowałam, a naprawiałam wszystkie. Ojciec skąpił na majstrów. Potrzymaj. A ty, Wilband, jak możesz, to podjedź bliżej.

- Nic mi... nie jest. Unikał jej wzroku.

- Tobie może nie, ale twoim nowym nogom... No, już. Łapska masz jak niedźwiedź, nie udawaj, że nie poradzisz. Rusz się. Ponoć wodę dla mnie gotujecie. Chcę się umyć, a jak sam stąd wcześniej nie odjedziesz, to cię będę musiała... zagwizdała cicho, pokazując palcem, jak poszybuje ku bramie. Debren pomyślał, że jak na wnuczkę lelońskiego krasnoluda mocno reaguje na wino. Nie była jeszcze pijana, ale trzeźwa też nie była.

Pomógł Wilbandowi. Nieskładnie im poszło, omal nie najechali dziewczynie na stopę. W ostatniej chwili umknęła z nią, z braku miejsca zadarła. Noga dziecięca w rozmiarach i bardzo kobieca w kształcie, wylądowała na wózku. Wózek utknął w jakiejś skalnej szczelinie. Wilband poczerwieniał, próbował cofnąć choć samego siebie. Skrzynka i stojak na narzędzia nie puściły. Lewa kostka dziewczyny oparła się o jego prawy kikut. I pozostała tam, choć istniały chyba wygodniejsze pozycje.

- Debren, czarodziej jesteś, zrób coś z tym palcem. Patrz, cały mechanizm zakrwawił. To dąb? Czemuś nie zamówił żelaznych? Widzisz? Pękła i zaklinowała.

Debren wyjął różdżkę, zaczął zasklepiać ranę. Wilband, wyraźnie zmieszany, tłumaczył, że niczego nie zamawiał, strugał sam i że tak zaprojektował przekroje, by zębatki wytrzymały. Curdelia, pochylona nad skrzynią, obmacywała drobnymi palcami wszystko, czego nie sięgała wzrokiem, wydłubywała odłamki, słuchała, kiwała głową, od czasu do czasu komentowała. Fachowo chyba, bo Debren niewiele z tego rozumiał.

- Nie na góry ta twoja skrzynia orzekła w końcu. Biegowa, nie wspinaczkowa. Dziw, żeś tu dojechał. Musisz tu trzecią zębatkę dać, dwupalcówkę najwyżej.

- Miejsca nie ma.

- To się skrzynkę poszerzy. Patrz, ile podwozia zostało. Wyciąć jeno i bez problemu... Nie, czekaj. Ta poprzeczka na wpust idzie? No, to lepiej całkiem wywalić i dać deskę mocowaną na blachy. Mam w kuźni akurat takie kawałki. Cienkie, ale na zbroję Krutz kupował, więc śpiewająco wytrzymają.

- Jak na zbroję, to pewnie drogie. Nie stać mnie...

- Krutzowi już zbroja niepotrzebna. A ty wyrok masz. Bierz co chcesz, należy ci się. Umiesz toczyć?

- Znaczy... beczkę? Wino też mi chcesz oddać, pani?

- Curdelio. Nie nazywaj mnie panią, z łaski swojej. Wiem, że nie kpisz, ale co tchu nabieram i swój aromat czuję, to mi takie podejrzenia same przychodzą do głowy. Nie, nie beczkę. Ostatnia została, po dobroci ci nie dam. O tokarkę pytam.

- No co też wy, pa... to znaczy: Curdelio. Ja domu nie mam, a cóż dopiero maszyn. Ale beczkę to wam... to ci mogę przytoczyć. Jak wyjedziemy dodał ciszej będzie pod ręką.

Uniosła głowę. Za szybko: znów dostał w nos.

- To nie zostaniesz? Zapytała też szybko. Zaskoczył ją. Taką przynajmniej miał Debren nadzieję: że to tylko zaskoczenie. Mówiłeś...

- Bogaty nie jestem mruknął. Ale jakoś tam sobie radzę. Nie muszę się ludziom na siłę pod dach i do miski pchać.

Milczała chwilę. Z jej twarzy, nadal bardziej szarej niż jasnoróżowej, trudno było wyczytać myśli.

- To mały zamek powiedziała w końcu. Ale i tak pusty stoi. Żadna dla mnie szkoda, sublokatora wziąć.

- Nie wypada. Debren nie miał wielkiej ochoty się wtrącać, ale zrobił to. Druga Zasada wpajana magunom w Akademii: <192>Czyń mniejsze zło<170>. Formuła była oczywiście dłuższa, pokrętna, ale do tego się sprowadzała. Samotna niewiasta pod jednym dachem z obcym mężczyzną...

- Wszyscy Lelończycy to tacy zacofańcy? warknęła nieoczekiwanie. Ale też od razu skryła emocje pod kpiącym uśmieszkiem. Gdzie ty tu dach widzisz? Nawet jak Udebold zadek z kopalni ruszy, przyjedzie tu w końcu i zobaczy, żem przeżyła, to wątpię, by zamek aż dotąd ku wygodzie kuzynki rozbudował. Dobrze będzie, jak na wiatę uzbiera. Więc nam nie grozi wspólny dach.

- Debren praw poparł czarodzieja wracający z kociołkiem Zecheniasz. We wzmiankowanym kontekście definicję domu na całą posesję się rozciąga, czyli, w danym przypadku, zamek. Sobór to któryś już we wczesnowieczu uzgodnił, nie pomnę dokładnie, który.

- Sama widzisz, pa... Curdelio uśmiechnął się nijako Wilband. Opinię bym ci popsuł.

- Bardziej się już nie da. Rzuciła zakonnikowi mało przyjazne spojrzenie. Ale dzięki za troskę, bracie.

Wszyscy wyczuli gorzki sarkazm. Zecheniasz też. O dziwo, skwitował go pogodnym uśmiechem.

- Kiedy ja się naprawdę o ciebie martwię, córko. Tak dalece, że cię wciągnę na listę odbiorców mej wody. Niewiasta z ciebie jak... no, może nie rzepa zreflektował się ale jak rzodkiewka to na pewno. A że ćwierć krwi masz krasnoludzkiej, to ci pewnie kontakt z owymi zimnymi głazami do końca krwi nie ostudził. Zwłaszcza że... daruj bezpośredniość, aleśmy tu sami doświadczeni fachowcy, co dyskrecję w kodeksach mają... no, krótko mówiąc, twe wyczyny łóżkowe sławne są w okolicy.

- Nie moja wina mruknęła że przy takim wietrze Krutza fantazja naszła. I że tym razem także łoże kazał mi dźwigać.

- Łoże? Debren niewiele zrozumiał.

- Nie powiem: lekkie. Nasze po schodach na dach nie weszło. A to w połowie z wikliny, poręczne. Ale za to jak podmuch złapało... Wpadłam w panikę, zgłupiałam. Trzeba było puścić, jak nad wiatą z sianem przelatywali. Dach stary, nadgniły; może by się trochę połamali, ale pewnie by przeżyli oboje. Ale po czasie to łatwo mówić. Spanikowałam i popchnęłam hen, wysoko, by nie opadli, nim na dziedziniec zbiegnę. Ale jak zbiegłam, to byli już nad lasem, więc pchnęłam i aż pod wieś ich rzuciło. Ponoć na sążeń w łąkę się wbili.

- Twój mąż... latał łóżkiem? zapytał ostrożnie.

- Romantyk, psiamać. Do nieba ją chciał, na skrzydłach rozkoszy... Barda cytuję wyjaśniła zdziwionemu zakonnikowi. Z grubsza. I żeby to jeszcze jakąś sentymentalną dziewicę... Ale nie: podkuchenną dudkał.

- W tym łóżku? wychrypiał Wilband. A ty ich...?

- Ja im pomagałam. Na swoją kolej czekając. Nie żegnaj się tak, bracie. A ty, Debren, nie czerwień. Doświadczeni fachowcy wszak jesteście. Łyknęła wina wprost z gąsiora. Pewnie nie takie dziwy...

- Wybacz zaskoczył obecnych Zecheniasz. To nie z myślą o tobie, a o nieszczęsnym Krutzu. Ty, jak rozumiem, nie cudzołożyłaś. Ba, w ogóle nie łożyłaś.

- Nie zadasz jej pokuty? upewnił się Debren.

- A za co? Że mężowi posłuszeństwo okazywała? Że pokornie czekała na swą kolej, gdy ten się z ladacznicą zabawiał? Połowa żon tak czyni.

- Z daleka. A ona ich na oku miała. Dosłownie.

- Fakt. Ale winy nie mierzy się na sążnie, a na grzechy. Curdelia nie zgrzeszyła. Sąd też ją uniewinnił.

- O co ci idzie, braciszku? Bezgrzeszna hrabina zmrużyła oczy. Bo o coś idzie, widzę. Mów szybko i dawaj tę polewkę, skoro już przyniosłeś.

Zecheniasz zdjął miskępokrywkę z kociołka, wyjął łyżkę. Zapachniało cebulą, warzywnym suszem, ziołami.

- Serce mi się kraje, gdy twą udrękę widzę wyjaśnił rzeczowo. I pomyślałem, że moglibyśmy upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Bo i na cmentarzu, przy owej psiej budzie, w której się Wilband gnieździ, płakać mi się chciało.

- Psia buda? zmarszczyła brwi. Wilband udał, że poprawia coś między trybami. Na cmentarzu?

- I oto Bóg mnie natchnął ciągnął Zecheniasz. Myślą, by Wilbanda studziennym na zamku Dopschpick ustanowić. Źródło wskazał wyschniętą sadzawkę jak powiadasz, po deszczach bije. Czyli lustro wody nie może być głęboko. A z Wilbanda i grabarz jest, i kamieniarz, i kaleka na dodatek. Do ciasnych dziur jakby stworzony.

- Do ciasnych dziur? zamrugała rzęsami. Były długie i raczej nie przez ostatnią klepsydrę tak urosły, ale Debren dopiero teraz je zauważył. Może dlatego, że jakoś dziwnie ich użyła. Albo po prostu wybiegające spod rzęs spojrzenie miało w sobie coś niezwykłego.

- Studnia będzie skromna westchnął zakonnik. Nie stać mnie na wielkie inwestycje. Ot, byle wiadro spuścić, napełnić. Do kopania takich nie ma to jak ktoś nieduży, obrotny a silny.

- Ach tak mruknęła, jak gdyby rozczarowana.

- Studnię chcesz zamówić? W głosie Wilbanda zabrzmiała z kolei nieśmiała nadzieja. To... sporo roboty.

- A bo to ci się spieszy? zbagatelizował Zecheniasz. Nie mów, że się pod tą twoją budą klienci w kolejce tłoczą. I tak chcesz tu siedzieć, długi w noclegach i wyżywieniu egzekwować. To przy okazji mógłbyś ciut pokopać. Ot tak, by mięśnie w kondycji utrzymać. U beznogiego to ważne. A i Kościołowi się przysłużysz. Założę się, że za wykopanie takiej studni to i największy grzesznik do nieba trafi. Okrutnie zbożny cel będzie ci przyświecał.

- Nie będzie mruknął kamieniarz. Bo się pani... bo się Curdelia nie zgadza.

- Tegom nie powiedziała!

Debren patrzył na parującą polewkę, w której, pośród złotych oczek tłuszczu pływały skwarki i włókna cebuli. Sam by chętnie spróbował. Ktoś, kto od trzech miesięcy nie zakosztował ludzkiej strawy...

Dżuma i syfilis. Tylko nie to.

- Widzisz! zatriumfował Zecheniasz. I jej wizja służenia Bogu miłą się widzi. Co mnie nie dziwi. Życie doczesne to marność jeno, więc ci wprost powiem, córko: długo to tak nie pociągniesz. Przez lato aby. Jak przyjdą chłody, nawet nie mróz, ale po prostu jesień... Więc rozumnie czynisz, o protekcję na lepszym ze światów zabiegając. Przyda ci się, i to rychło.

- Wiem powiedziała spokojnie.

- Przecież cię tak nie zostawimy. Zaniepokojony Wilband potoczył spojrzeniem po twarzach. Na początek parę tych bud się rozbierze, domek nad tobą postawi, jakąś służebną ze wsi sprowadzi... Nie pleć głupstw. Młoda jesteś, jeszcze ci daleko do... Debren?

Nie zapytał wprost. Nie ma nic gorszego od takiego niepytania. Chyba że kogoś stać na uniki.

- Dorośli jesteśmy. Debren nie zastanawiał się długo. Już wcześniej sporo przemyślał. Nie ma co się oszukiwać. Sprawdzę jeszcze w księgach, ale...

- Rozumiem skinęła głową. Dzięki za szczerość. To mi mocno decyzję ułatwia. Przeniosła spojrzenie, już podszyte uśmiechem, na stężałą twarz kamieniarza. Zostań, Wilband, i kop tę studnię. Albo zostań i nie kop.

- Powinien kopać zaniepokoił się Zecheniasz. Weź pod uwagę swą opinię. Co ludzie powiedzą, gdy tu bez nijakiego powodu sami zostaniecie?

- To zostań z nami zakpiła. Ciekawe swoją drogą: kopiący Wilband mej cnocie nie zagraża, a niekopiący aż tak okrutnie? Czyżby perwers z niego był, co ziemne dziury nad insze przedkłada i jeno w braku ziemnych...?

- Córko!

- Wybaczcie zreflektowała się. Po tym, jak zahaczyła spojrzeniem o Wilbanda. Bzdury jakieś... wybaczcie.

- O ludziach mówiłem, nie o sobie wyjaśnił urażony zakonnik. Ja go znam, widzę, że żaden z niego uwodziciel i dla niewiast nijakiego zagrożenia nie stanowi. Ale plotka to plotka. W pierwszej wsi z beznogiego jednonogiego zrobią, w drugiej kulawego jeno, a w trzeciej na koło kląć się będą, że tu zdrowego byka gościsz, co w przerwach między orgiami tańcami kochankę zabawia.

- Bez obawy powiedział cicho Wilband. Wyjadę, jak tylko ten domek... No i jak wodę doprowadzę, bo nie może być tak, by od deszczu zależało... Aha, jeszcze jakieś małe palenisko. Liny w lochu widziałem, to się opału natnie, uwiąże, i sobie Curdelia po trochu... Ziarna też trzeba ze spichrza nawieźć i żarna ustawić, no i...

- Nie daliście mi dokończyć upomniał się o swoje Debren. Trzeba przyznać, że przyciągnął uwagę. Chyba wyczuli, że chętniej siedziałby cicho z boku. Ale może to i dobrze. Kwestie medyczne z pacjentem się omawia i nikim więcej.

- Aż tak źle? Czarownica pobladła, zdołała się jednak uśmiechnąć. Nawet nie jesień? No, to faktycznie powinniśmy pogadać na osobności. Bądźcie tak dobrzy...

- Nie.

Wilband zastygł z ręką wyciągającą się ku silnikowi. Curdelia uniosła i lekko zmarszczyła brwi. Debren zakrył kociołek. Bez wielkiej nadziei. Czuł, że zupa wystygnie.

- Bez urazy wyjaśnił Zecheniasz. To zbyt ważna sprawa, bym ją mógł własnemu biegowi pozostawić. Niż demograficzny może całą naszą cywilizację zniszczyć. Poganie się mnożą, a my... Społeczeństwo Viplanu się starzeje. Niedługo, już to policzono, połowa populacji trzydziestkę przekroczy. Połowa! Kto nas obroni, kto wykarmi, jak młodych zabraknie? Chrzcin coraz mniej, pogrzebów coraz mniej, dochody Kościoła spadają... Nie, moi mili. W dzwony trzeba bić, a nie po kątach szeptać.

- Już idę powiedział cicho Wilband. Jeno... noga.

Curdelia zabrała nogę z wózka. Powinna z ulgą: stał za blisko i był za wysoki. Jednak w jej twarzy nie było ulgi. Debren próbował pocieszać się myślą, iż niczego to nie dowodzi. Nadal była kobietą i po prostu mogło jej być przyjemnie, gdy patrzyła jak spojrzenia obecnych, wcześniej czy później, świadomie czy nie, zjeżdżają na owe cudne krągłości.

- To jeszcze mój zamek przypomniała mnichowi.

- To nie takie pewne. Nie ruszył się z miejsca. W świetle prawa nie żyjesz. Mój druh, epidemiolog miejski, był ciut rozkojarzony po... no, gdy go o podpis prosiłem. Zanim się połapałem, podpisał się i pod <192>upoważniam<170> i pod <192>z upoważnienia<170>. Dziwnie trochę akt zgonu przez to wygląda, ale bynajmniej mu to mocy nie odbiera.

- Grozisz mi? zmrużyła oczy.

Wilband przechylił dźwignię, wcelował trybem w którąś z niepołamanych zębatek. Obejrzał się, sprawdził teren. Debren na wszelki wypadek przestawił kociołek. Kamieniarz ocenił kąty, przechylił mocniej silnik.

- Bynajmniej. Pokazuję tylko, do jakich komplikacji może w tej sprawie dochodzić. Udebold ma długi. Czort wie, kto rękę na zamku położy. A Viplan czeka na dzieci.

Wilband szarpnął dźwignię. Wózek skoczył, pomknął po zaskakująco ciasnym łuku. Debren w ostatniej chwili zdołał wyrwać kociołek spod kół. Część zupy trafiła na jego kolana. Miskapokrywka rozpadła się na kawałki.

- A co będzie? zapytała spokojnie Curdelia jak się uprę i jeszcze raz o odejście poproszę?

Debren z Dumayki #2 - Pogrzeb czarownicy

Autor: Artur Baniewicz
Okładka: Tomasz Piorunowski
Wydawnictwo: SuperNOWA
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 10/2003
Liczba stron: 427
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 83-7054-159-3
Wydanie: I
Cena z okładki: 30,00 zł


blog comments powered by Disqus