Recenzja powieści "Pogrzeb czarownicy"


Świat, jaki w cyklu o Debrenie z Dumayki proponuje nam Baniewicz, tylko pozornie różni się od naszego.
Za zasłoną obcych nazw i zmienionych dekoracji kryją się bowiem znane z historii (mniej lub bardziej zamierzchłej) miejsca i wydarzenia.
Taką metodę pisarską bez trudu można odnaleźć w pierwszym tomie przygód wędrownego maguna (Smoczy pazur), w Pogrzebie czarownicy zaś dochodzi ona do głosu jeszcze dobitniej.
Rozwinięty cywilizacyjnie u Baniewicza wschód to nasz zachód, zamiast Chrystusa i krzyża mamy Machrusa i koło. Skojarzenia, jakie budzą np. Rzesza Wehrleńska albo Lelonia z pewnością nie są przypadkowe. I tak dalej.
Oczywiście, z łatwością rozpoznajemy istotne różnice między obydwoma światami - fikcyjnym i rzeczywistym - wspomnieć trzeba tu zwłaszcza o magii - niemniej takie natężenie różnorakich analogii może sugerować, iż to nie potraktowany z lekkim przymrużeniem oka świat liczy się naprawdę.
Świat u Baniewicza to tylko sceneria. Ważniejsi są bohaterowie, którym w tej scenerii przyszło myśleć, czuć i działać, i chociaż zewnętrzne warunki ograniczają ich i zarazem motywują, nie ulega wątpliwości, iż ambicją Baniewicza było wyeksponowanie tego, co wewnętrzne. W efekcie czytelnik nieustannie okładany jest po gębie przejawami psychicznej kondycji bohaterów. Skąd ta dosadność? Przecież autor Smoczego pazura stara się bardziej sygnalizować wewnętrzne konflikty niż mówić o nich bezpośrednio, często posługuje się niedomówieniem, unika nazywania rzeczy po imieniu. To jednak trudna technika, wymaga niebagatelnego wyczucia i subtelności. A tych w Pogrzebie czarownicy nie znalazłem w zadowalającej ilości. Owszem, Baniewicz potrafi tu i ówdzie zaserwować czytelnikowi kawał solidnie zarysowanych psychicznych napięć (mówimy o fantasy, gdyby do tej psychologii przyłożyć miary Dostojewskiego czy Witkacego, owa solidność ległaby w gruzach; ale właśnie dlatego, że mówimy o fantasy, przykładanie podobnych miar byłoby oczywistą bzdurą; i wcale nie deprecjonuję tutaj wartości gatunku), zbyt często jednak zdarza mu się przekroczyć tę wątłą granicę, która oddziela zgrabne niedomówienie (bardzo często niosące przecież ogromy ładunek informacji i emocji) od natrętnego w swej pozornej pośredniości obrazu psychicznych doznań. Zwłaszcza tytułowe opowiadanie wydaje się przegadane, i to nie tylko dlatego, że oparte jest głównie na dialogu. W połowie drogi - drugi tekst zawarty w tomie, prezentuje się znacznie lepiej, chociaż chwilami razi ocierającą się o sztuczność pompatycznością niektórych fragmentów dialogowych. Więcej opowiadań w zbiorze nie znajdziemy, co w porównaniu ze Smoczy pazurem stawia Pogrzeb czarownicy w ciekawym świetle: tom, chociaż od poprzednika obszerniejszy, zawiera o połowę mniej tekstów. Baniewicz wydaje się zmierzać ku dłuższej formie - ciekawe, czy kolejna część przygód Debrena potwierdzi tę tendencję.

Świat, w jakim żyje wędrowny magun, notoryczny posiadacz sakiewki nieprzyjemnie lekkiej, związany jest z naszą rzeczywistością nie tylko poprzez wspomniane aluzje.
To świat naznaczony wieloma ułomnościami, ale właśnie dzięki tym ułomnościom - bogatszy i bardziej dynamiczny. Trudno tu o bezwzględne prawdy, nie brakuje za to ścierających się nieustannie racji. To nie miejsce dla klarownych podziałów na dobro i zło, nie bawi się Baniewicz w malowanie czernią i bielą, milsze mu najwyraźniej odcienie szarości - i chwała mu za to, zdołał bowiem zaintrygować różnorodnością w tym zakresie. A to niebagatelne osiągnięcie.
Charakterystyczne, że wiele z kreowanych przez Baniewicza pierwszoplanowych postaci to ludzie noszący piętno jakiejś fizycznej skazy. Tak jest z czarownicą-hrabiną (czarownicą przede wszystkim, hrabiną jakby przy okazji) i z towarzyszącym Debrenowi kamieniarzem-artystą z tytułowego opowiadania, to samo dotyczy Lendy Braggo, o której magun nie może - i nie chce - zapomnieć. Można się w podobnym zabiegu dopatrzyć pewnej manipulacji, mającej na celu - powiedzmy - niewielkim kosztem dodatkowo skomplikować charaktery bohaterów. Bez oporów i z niejaką przyjemnością poddałem się jednak tej manipulacji - bo i niezgorzej Baniewicz ją uskutecznia.

Nie tak dobrze bywa natomiast z czysto rzemieślniczym opanowaniem słowa. Podczas lektury pierwszego z dwóch opowiadań nieustannie towarzyszyło mi poczucie wizualnego zagubienia. Sposób, w jaki Baniewicz tworzy w tym tekście opisy, skutecznie utrudnia ich konkretyzację. Z grubsza człowiek wie, co się dzieje, szczegóły jednak, chociaż w opisie zawarte, jakoś trudno umiejscowić w całości obrazu. Najdotkliwiej ten brak "sytuacyjnej przejrzystości" dochodzi do głosu w przypadku opisów bardziej skomplikowanych układów przestrzennych, także tam, gdzie wyraziście wrasta dynamika akcji (chociaż oczywiście nie jest to wrażenie permanentne). Gotów byłbym złożyć te trudności na barki mojej ułomnej wyobraźni, cóż jednak, skoro zwykle nie mam takich kłopotów, ba, w drugim opowiadaniu podobne wrażenie chaosu niemal w ogóle się nie pojawia.

Za to pomysły ma Baniewicz dobre. Zaplątane w kryminalną w swej naturze intrygę, okraszone odrobiną kpiarsko-karykaturalnego humoru i znacznie większą ilością okrucieństwa (w granicach rozsądku i konieczności jednak), angażujące ciekawych bohaterów - dostarczają one rozrywki, nie zmuszając do śledzenia losów kolejnej dziarskiej kompanii herosów, poszukujących magicznych gaci. Wyraźnie widać tutaj inspiracje Sapkowskim - inna sprawa, że czytelnik bez trudu rozpozna w jednym z bohaterów Pogrzebu czarownicy przedstawiciela znanej skądinąd profesji. Co ciekawe, nieco przewrotna to aluzja, zważywszy imię owego jegomościa. I psychiczne predyspozycje.

Wspomniane wyżej zarzuty obniżają wartość tytułowej opowieści. Szkoda. Na szczęście W połowie drogi rekompensuje niedociągnięcia Pogrzebu czarownicy. Los uśmiecha się wreszcie do Debrena, realnym czyniąc marzenie o dużym, ciepłym, jasnym domu i kwiatach w ogródku. Wystarczy wykonać pewne zadanie. Debren będzie musiał jednak wybierać między marzeniami. Sprawnie poprowadzona, trzymająca w napięciu intryga - także ta "wewnętrzna" - oraz ciekawy punkt wyjścia - bardziej kojarzący się z s-f niż z fantasy (sceneria teleportniska), powodują, iż W połowie drogi to kawał dobrej, rozrywkowej prozy.

Podsumowując - trudno o jednoznaczną ocenę tego tomu. Kontrast jakościowy między opowiadaniami wydaje się duży. Niewątpliwie jest jednak w prozie Baniewicza coś, co nie pozwala zbyć jej machnięciem ręki. Nowych ziem dla fantasy autor Smoczego pazura nie odkrywa, niemniej dobór wzorców i pomysły fabularne pokazują, iż tkwi w twórczości Baniewicza potencjał, który - jak udowadnia W połowie drogi - może dać rezultaty godne uwagi.

Debren z Dumayki #2 - Pogrzeb czarownicy

Autor: Artur Baniewicz
Okładka: Tomasz Piorunowski
Wydawnictwo: SuperNOWA
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 10/2003
Liczba stron: 427
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN: 83-7054-159-3
Wydanie: I
Cena z okładki: 30,00 zł


blog comments powered by Disqus