Fragment książki "Mars"

Autor: Ben Bova

SOL 1: PORANEK

- Lądowanie.

Słowa te najpierw wypowiedziano po rosyjsku i natychmiast powtórzono po angielsku.

Jamie Waterman nie wyczuł chwili, kiedy dotknęli Marsa. Lądownik zbliżał się do planety tak delikatnie, że fakt opadnięcia na powierzchnię, Jamie i pozostali rozpoznawali po ustaniu wibracji rakietowych silników. Jakby na to nie patrzeć, Wosnesenski był wyśmienitym pilotem.

Cały ruch zamarł, nastała cisza. Przez grubą izolację hełmu swojego kosmicznego skafandra, Waterman nie słyszał nic poza własnym, pełnym podekscytowania oddechem. Potem w słuchawkach usłyszał głos Joanny Brumado, szepczący z przejęciem:

- Jesteśmy na miejscu.

Przed jedenastoma miesiącami znajdowali się jeszcze na Ziemi. A półtorej godziny temu orbitowali wokół Marsa. Potem nastąpiła straszliwa jazda w dół, kiedy przedzierali się przez cienką atmosferę, wśród wstrząsów, łoskotu i płomieni - sztuczny meteor jaśniejący na pustym, marsjańskim niebie. Wędrówka, w trakcie której przebyli znacznie ponad sto milionów kilometrów, wyprawa, co zabrała im już cztery lata życia, nareszcie dobiegła końca.

Teraz, w paraliżującej ciszy trwali na powierzchni nowego świata: czworo naukowców zamkniętych w niewygodnych, jaskrawych skafandrach, sprawiających, iż wyglądali jakby żywcem połknęły ich jakieś ogromne roboty.

Nagle, choć z mieszczącego się nad nimi kokpitu nie padło żadne słowo, czterej naukowcy zaczęli rozpinać swoje pasy bezpieczeństwa i sztywno, niezręcznie podnosili się z foteli. Jamie uniósł zasłonę hełmu, przeciskając się między Iloną Malater i Tonym Reedem, aby popatrzeć przez mały, okrągły iluminator, jedyne okno w tym ciasnym pomieszczeniu.

Dotarł tam i wyjrzał na zewnątrz. Pozostała trójka napierała na niego, ich twarde skafandry uderzały o siebie, przypominali teraz czwórkę niezgrabnych żółwi, usiłujących zanurzyć pyszczki w tej samej, życiodajnej kałuży.

Pustynia rdzawoczerwonego piasku rozciągała się tak daleko, jak sięgał wzrok, rdzawe głazy rozrzucone były na jałowym, delikatnie falującym pustkowiu, niczym zabawki zostawione przez niesforne dziecko. Niewyraźny horyzont zdawał się bliższy, niż był w rzeczywistości. Niebo miało kolor delikatnego, łososiowego różu. Niewielkie, usypane przez wiatr wydmy wznosiły się w regularnych rzędach, a pod niektórymi z większych skał gromadził się czerwonawy piach.

Jamie przyjrzał się temu okiem profesjonalisty: widział pozostałości uderzeń, może wynik wulkanicznych erupcji albo, co bardziej prawdopodobne, upadku meteorów. Nie dostrzegł żadnych skał macierzystych. Wydmy zdały mu się stabilne, zapewne trwały tutaj od ostatniej burzy piaskowej, może dłużej.

- Mars - westchnęła Joanna Brumado. Kiedy wyglądali przez okno, ich hełmy prawie się stykały.

- Mars - przytaknął Waterman.

- Wygląda na straszne pustkowie - powiedziała Ilona Malater, w jej głosie zabrzmiała nutka rozczarowania, jakby oczekiwała jakiegoś komitetu powitalnego albo chociaż źdźbła trawy.

- Dokładnie jak na zdjęciach - stwierdził Antony Reed.

Zaś w oczach Jamiego, czerwony, pustynny świat za iluminatorem wyglądał tak, jak właśnie wyglądać powinien. Jak dom.

Pierwszym członkiem załogi, który opuścił lądownik, był solidny robot budowlany. Tłocząc się przy małym okienku wraz z pozostałą trójką naukowców, Jamie Waterman patrzył, jak bulwiasty, niebieskoszary wehikuł toczy się na sześciu sprężynujących kołach poprzez rdzawoczerwony piasek i zatrzymuje się nagle, pięćdziesiąt metrów od lądownika.

Patrzył na kwadratową maszynę z niezgrabnymi, okrytymi rosą zbiornikami powietrza u góry i pomyślał sobie, że składa się na nią rosyjska konstrukcja, japońska elektronika oraz amerykańskie oprogramowanie. Jak zresztą na wszystko inne w tej ekspedycji.

Z przodu wehikułu rozprostowało się dwoje błyszczących, metalowych ramion, przypominał teraz żyrafę wspinająca się na palce. Robot zaczął wyciągać bezkształtną masę plastyku, ukrytą w wielkim pojemniku na swym boku.

Maszyna rozpostarła plastyk na piasku, starannie, niczym gospodyni układająca obrus. Potem zdało się, iż się zatrzymała, jakby przyglądając się temu połyskliwemu, przypominającemu gumę materiałowi. Plastyk, z początku nieruchomy, zaczął powoli drgać, napełniany powietrzem z ogromnych pojemników na grzbiecie robota. Stos plastyku rósł i przybierał kształt bąbla, potem balonu, aż wreszcie sztywnej półkuli, całkiem zasłaniającej machinę.

Ilona Malater, przeciskając się bliżej okna, wymruczała

- To nasz marsjański dom.

- O ile nie pęknie - skwitował Tony Reed.

Przez ponad godzinę patrzyli, jak mały, pracowity robot buduje ich nadmuchiwany dom, mocno przymocowując jego krawędź do pylistej, marsjańskiej gleby, tocząc się tam i z powrotem przez klapę wysoką jak człowiek, wożąc z ładowni lądownika wzmacniające konstrukcję żebra oraz wszystkie elementy śluzy powietrznej, a potem montując je we właściwych miejscach. Nie mogli doczekać się, aż wyjdą na zewnątrz i postawią swoje stopy na rdzawoczerwonej powierzchni Marsa, ale Wosnesenski nalegał, aby co do joty trzymali się planu misji.

- Muszą najpierw ostygnąć zewnętrzne pokrywy - zawołał z kokpitu, uzasadniając swoją decyzję. - Musi też zostać zakończona budowa kopuły i trzeba w pełni ustabilizować w niej ciśnienie.

Wosnesenski miał oczywiście zbyt wiele zajęć, aby stać przy iluminatorze i razem z pozostałymi oglądać Marsa. Jako dowódca lądującej załogi siedział w kokpicie, sprawdzając wszystkie systemy lądownika, jednocześnie raportując dowódcy misji, siedzącemu w okrążającym Marsa statku, a za jego pośrednictwem, kontrolerom na Ziemi, ponad sto milionów kilometrów stąd.

Pete Connors, amerykański kosmonauta, który współpilotował lądownik, siedział obok Rosjanina i obserwował robota budowlanego oraz czujniki badające atmosferę na zewnątrz. Jedynie czwórka naukowców miała czas podziwiać maszynę wznoszącą pierwszy ludzki dom na powierzchni Marsa.

- Powinniśmy już brać plecaki - powiedziała Joanna Brumado.

- Jest na to jeszcze mnóstwo czasu - stwierdził Tony Reed.

Ilona Malater uśmiechnęła się, lekko i złośliwie.

- Nie chcesz, żeby się na nas zdenerwował, prawda Tony?

Wskazała do góry, na kokpit.

Reed uniósł brwi i odwzajemnił uśmiech.

- Nie sądzę, żeby zdenerwowało go to od razu, pierwszego dnia, nieprawdaż?

Jamie oderwał oczy o ciężko pracującego robota, teraz dopasowującego do zaokrąglonej konstrukcji kopuły drugą, ciężką metalową śluzę. Bez słowa przecisnął się między pozostałą trójką i sięgnął po plecak od swojego skafandra, wiszący w odległej przegrodzie. Podobnie jak w przypadku skafandrów, także kolor plecaka miał odpowiednie znaczenie. Ten należący do Jamiego był błękitny. Założył go i poczuł, jak zatrzaski wskakują na swoje miejsca, gdzieś na plecach kosmicznego stroju. Sam skafander wciąż zdawał się sztywny, niczym nowa para dżinsów, tyle że bardziej. Trzeba było naprawdę się wysilić, aby zgiąć w nim stawy.

W żargonie Projektu Marsjańskiego, ich wehikuł nazywano POL: "powrotny lądownik". Projektując go, brano pod uwagę jego sprawne działanie, a nie wygodę pasażerów. Choć był duży, większość przestrzeni zajmowały ładownie z ekwipunkiem i zapasami dla sześciorga badaczy. Nad nimi, w przestrzeni wypełnionej powietrzem, znajdowały się skafandry i plecaki do prac poza pojazdem. Zamontowano tam również cztery rozkładane fotele, ale kiedy Jamie wcisnął się w nie razem z trójką naukowców, wydało mu się, że w kabinie robi się straszliwie ciasno, szczególnie kiedy wszyscy tkwili wewnątrz swoich niewygodnych, sztywnych skafandrów. Ponad nimi był jeszcze kokpit, gdzie siedział dowódca statku oraz jego zastępca.

Jeśli zaszłaby taka potrzeba, sześcioro mężczyzn i kobiet mogło siedzieć w lądowniku przez wiele dni. Plan misji zakładał, że zamieszkają pod nadmuchiwaną kopułą, którą właśnie stawiał robot, jedna gdyby stało się coś złego nieprzewidzianego, lądownik pozwoliłby im ocaleć.

Być może. Jamie sądził, że gdyby musieli spędzić jeszcze kilka godzin stłoczeni w tym klaustrofobicznym pomieszczeniu, to któreś z nich nabrałoby chęci do mordu. Już wystarczająco źle czuli się podczas kilkumiesięcznego lotu z Ziemi i to w znacznie obszerniejszych modułach statku-matki. Gdyby przyszło im siedzieć w tym lądowniku kilka dni, szybko zamieniłby się w dom wariatów.

Pomagając sobie wzajemnie, pozakładali plecaki. Tak ich szkolono, każdy naukowiec pomagał drugiemu w sprawdzaniu łączy z bateriami kombinezonu, ogrzewaniem i regeneratorem powietrza.. Potem sprawdzali to wszystko jeszcze raz. Plecaki zaprojektowano tak, aby automatycznie podłączały się do portów w skafandrze, ale na powierzchni Marsa jedna mała usterka mogła zabić.

Następnie zaczęli sprawdzać same skafandry, począwszy od ciężkich butów a skończywszy na niesłychanie cienkich i elastycznych rękawicach. To, co na zewnątrz pełniło rolę powietrza, miało gęstość niższą od najwyższych partii ziemskiej stratosfery, było nie nadającą się do oddychania mieszaniną, w głównej mierze składającą się z dwutlenku węgla. Niezabezpieczony człowiek zginąłby od razu, pękłyby mu płuca, a krew, przy tak niskim ciśnieniu, dosłownie by się zagotowała.

- Co, jeszcze nie gotowi?

Niski głos Wosnesenskiego działał na nerwy. Rosjanin starał się, aby brzmiał nieco wesoło, jednak wyraźnie nie miał cierpliwości do swych podwładnych naukowców. Całego okrywał go błyszczący, czerwony kombinezon, z tyłu którego, niczym garb, sterczał plecak. Był gotowy do wyjścia i po drabince gramolił się z kokpitu. Connors, który szedł zaraz za nim, też miał już na sobie swój bielutki skafander, łącznie z plecakiem. Jamie zastanawiał się, co za geniusz z grona administratorów i psychologów przygotowujących misję, ubrał czarnoskórego astronautę w błyszczący, biały kombinezon.

Jamie pomógł Tony'emu Reedowi, a teraz Anglik odwrócił się do niego plecami, aby spojrzeć na dowódcę lotu.

- Michaile Andriejewiczu, za kilka chwil będziemy gotowi. Prosimy o cierpliwość. Wiesz, wszyscy jesteśmy nieco zdenerwowani.

Dopiero teraz Waterman zdał sobie sprawę z olbrzymiej wagi całego zamieszania. Mieli właśnie wyjść poza metalową powłokę lądownika i postawić stopy na czerwonej powierzchni Marsa. Mieli urzeczywistnić marzenie, które ludzkość snuła przez wszystkie wieki swego istnienia.

- A ja biorę w tym udział - powiedział do siebie. - Może przez przypadek, ale jestem tutaj. Na Marsie!

***

- Chcesz wiedzieć, co naprawdę o tym myślę? To szaleństwo.

Jamie i jego dziadek, Al, maszerowali szczytem zalesionego wzgórza, wznoszącego się nad bielutkim kościołem misyjnym i stłoczonymi domami pueblo, zbudowanymi z mułowej cegły. Góry przyprószył pierwszy śnieg, co znaczyło, że niedługo przybędą tu turyści Angelos, aby jeździć na nartach. Al miał na sobie swoją starą i niezgrabną kurtkę ze skóry oraz kapelusz z opadającym rondem, zdobny taśmą ze srebrnymi okuciami. Poranne słońce przypiekało Jamiego tak mocno, że rozpiął swoją granatową wiatrówkę z emblematem NASA.

Al Waterman przypominał starożytny totem, wysoki i szczupły, jego wyrazista twarz wyglądała jak brunatne, smagane wichrem drewno. Jamie był niższy, mocniej zbudowany, o szerszej twarzy i skórze niemal miedzianej barwy. Obaj mężczyźni mieli jedną cechę wspólną - oczy, czarne i głębokie, niczym płynny gagat.

- Dlaczego szaleństwo? - zapytał Jamie.

Al wypuścił kłębek pary i odwrócił się, aby popatrzeć na wnuka przez zmrużone oczy. Plecami odwrócił się do słońca.

- To Rosjanie dowodzą całą imprezą, prawda?

- Al, to międzynarodowa wyprawa. Amerykanie, Rosjanie, Japończycy, mnóstwo innych krajów.

- No, ale Rosjanie grają pierwsze skrzypce. Przymierzają się do Marsa już od dwudziestu lat. Nawet dłużej.

- I potrzebują naszej pomocy.

- Oraz Japońców.

Jamie pokiwał głową.

- Ale nie wiem, co z tego będą mieć.

- Synu, to jest tak. Tutaj, w starych dobrych Stanach, trafiłeś do pierwszej załogi, bo jesteś Indianinem. Synku, nie wkurzaj się na mnie. Wiem, że jesteś niezłym geologiem i tak dalej. Ale czerwona skóra nie przeszkadzała ci wcale w kontaktach z NASA i tymi wszystkimi białymi z rządu, co? Równe szanse dla wszystkich i tak dalej.

Jamie szeroko uśmiechnął się do dziadka. Stary Waterman miał przy placu w Santa Fe sklepik z pamiątkami i doił turystów bez cienia wstydu. Nie miał żadnych uprzedzeń wobec Angelos, nie czuł wrogości ani żalu. Po prostu używał sprytu i charyzmy, aby jakoś dawać sobie radę na tym świecie, podobnie jak każdy jankeski handlarz, czy też sprzedawca nieruchomości z Florydy.

- Dobra - przyznał Jamie - bycie rdzennym Amerykaninem nie przeszkadza. Ale ja jestem najlepszym, cholernym geologiem, jakiego mają.

Wiedział, że to nie do końca prawda. Ale prawie. Szczególnie w wersji dla rodziny.

- Na pewno jesteś - z powagą przyznał dziadek. - Ale sami Rosjanie nie wzięliby cię na Marsa dlatego, że jesteś czerwonoskóry. Wsadziliby któregoś ze swoich i twoje dwa, trzy lata treningu poszłyby na marne.

Jamie bezmyślnie podrapał się po nosie.

- Dobrze, może by tak było. Istnieje taka możliwość. W wielu krajach jest mnóstwo świetnych geologów nadających się do tej misji.

- To po co łamać serce? Po co oddawać im lata swojego życia, skoro masz szansę jedną na sto?

Jamie spojrzał poprzez ciemnozielone sosny ku poszarpanym, zniszczonym niepogodą klifom, gdzie jego przodkowie tysiąc lat temu zbudowali swoje domy. Kiedy odwrócił się w stronę Ala, dostrzegł, że twarz dziadka jest równie wysmagana wiatrem i pomarszczona co tamte skały. Skóra miała prawie taki sam kolor wyblakłego brązu.

- Bo mnie to pociąga - odparł. Jego głos był niski i tak mocny, jak same góry. - Ciągnie mnie na Marsa.

Al posłał mu zdziwione, prawie zmartwione spojrzenie.

- Zastanawiam się - próbował wyjaśnić James - kim jestem? Naukowcem, białym, Nawaho, bo tak naprawdę sam nie wiem, kim jestem. Mam prawie trzydzieści lat i jestem nikim. Po prostu kolejnym asystentem wykopującym kamienie. Takich facetów są miliony.

- Piekielnie długa jest ta cała droga na Marsa.

Jamie przytaknął.

- Ale muszą nią pójść. Muszę się dowiedzieć, jeśli chcę zrobić coś ze swoim życiem. Coś prawdziwego. Coś ważnego.

Na wyschniętej twarzy dziadka powoli wykwitał uśmiech, uwydatniając zmarszczki przy oczach i policzkach.

- Dobra, każdy człowiek musi znaleźć ścieżkę, którą będzie iść przez życie. Musisz żyć w harmonii z otaczającym cię światem, Może twoja ścieżka prowadzi na Marsa.

- Myślę, że tak jest, dziadku.

Al klepnął wnuka po ramieniu.

- To idź w pokoju, synu.

Jamie uśmiechnął się do niego. Teraz musiał jeszcze oznajmić wieści swoim rodzicom w Berkeley.

Wosnesenski osobiście sprawdził kombinezon i plecak każdego naukowca. Dopiero po tym zatrzasnął wizjer w swoim hełmie.

- Nadszedł czas. Wreszcie - powiedział po angielsku, głosem niemal pozbawionym akcentu, jakby wydobywał się z komputerowego syntezatora.

Pozostali również opuścili wizjery. Connors, stojąc przy ciężkiej, metalowej pokrywie włazu, przycisnął włącznik pomp powietrznych. Przez grube podeszwy butów, Jamie poczuł drgania, ujrzał, że światło na panelu kontrolnym śluzy zmienia się z zielonego na bursztynowe.

Czas zdał się stanąć w miejscu. Pompy trudziły się niemal przez całą wieczność, zaś sześcioro badaczy trwało w ciszy i w bezruchu, wewnątrz swoich jaskrawych skafandrów. Gdy opadły zasłony hełmów, Waterman przestał widzieć ich twarze, ale rozpoznawał każdego po barwie kombinezonu: Joanna była jasnopomarańczowa, Ilona jasnozielona, Tony Reed kanarkowo żółty.

W miarę jak powietrze było wysysane z wnętrza pojazdu, hałas pomp cichł, aż wreszcie Jamie przestał słyszeć cokolwiek, nawet własny oddech, który zresztą wstrzymał, czekając w napięciu.

Pompy zatrzymały się. Światło na panelu obok włazu zrobiło się czerwone. Connors pociągnął dźwignię i klapa nieco się uchyliła. Wosnesenski szarpnął ją, aby całkiem się otwarła.

Waterman poczuł, że kręci mu się w głowie. Miał wrażenie, jakby za szybko wszedł na wzgórze albo przebiegł kilka mil, oddychając rozrzedzonym, górskim powietrzem. Odetchnął i głęboko wciągnął w płuca powietrze ze skafandra. Było chłodne i miało metaliczny posmak. Przez okrągły właz widział powierzchnię Marsa, lśniącego różem, czerwienią i kasztanem, niczym jałowe wyżyny, gdzie w dzieciństwie spędzał wakacje.

Jamie spostrzegł, że Wosnesenski zaczyna schodzić po drabince. Po nim szedł Connors, następnie Tony, Ilona aż wreszcie on sam. Geolog stąpał powoli, jak we śnie, stawiając jedną stopę naraz, ukryte w rękawicach dłonie sunęły po błyszczących metalowych poręczach, biegnących między dwoma rozłożonymi płatkami hamulców aerodynamicznych. Ich okryty ceramiką stop wchłonął cały żar ognistej podróży poprzez marsjańską atmosferę. Jednak teraz metalowa siatka zdawała się całkiem zimna.

Waterman zszedł z ostatniego szczebla mizernej drabinki. Stanął na piaszczystej powierzchni Marsa.

Poczuł się zupełnie samotny. Pięć człekokształtnych istot obok niego nie mogło tak naprawdę być ludźmi; wyglądali jak dziwne, obce totemy. A potem uświadomił sobie, że oni są tutaj kosmitami, podobnie jak on sam. Pomyślał, że przecież tutaj, na Marsie, są najeźdźcami z kosmosu.

Zastanawiał się, czy pośród tych skał ukrywają się jacyś Marsjanie, niewidoczni, spoglądający na nich tak samo, jak Indianie na pierwszych białych, którzy wieki temu przybywali do ich kraju. Głowił się, co też poczęliby z taką obcą inwazją, a także co ci najeźdźcy zrobią, jeśli znajdą miejscowe formy życia.

W słuchawkach Jamie słyszał jak Wosnesenski rozmawia z dowódcą całej ekspedycji, który został na pokładzie orbitującego kosmolotu. W niskim głosie Rosjanina wyczuwało się więcej podekscytowania, niż kiedykolwiek wcześniej. Connors sprawdzał kamerę telewizyjną sterczącą z przodu wyłączonego teraz robota budowlanego.

Wreszcie, Wosnesensky przemówił do swoich pięciu podwładnych, stojących przed nim w półkolu.

- Wszystko gotowe. Wszystko co teraz powiemy, będzie słyszane na całej Ziemi.

Zgodnie ze scenariuszem odwrócili się plecami do lądownika, a robot skierował na nich obiektyw. Później chcieli nakręcić jeszcze panoramę, ukazującą świeżo wzniesioną kopułę oraz marsjańskie pustkowie, na którym właśnie postawili swe stopy.

Rosjanin, niczym dyrygent uniósł swoją odzianą w rękawicę dłoń, odruchowo zrobił krok do przodu i oznajmił:

- W imieniu Konstantego Edwardowicza Ciołkowskiego, Siergieja Pawłowicza Korolewa. Jurija Aleksiejewicza Gagarina oraz wszystkich innych pionierów i bohaterów kosmosu, przybywamy na Marsa w pokoju, w imię postępu całej ludzkości.

Słowa te wypowiedział najpierw po rosyjsku, następnie po angielsku. Potem inni wygłosili swoje krótkie, przygotowane im na Ziemi mowy.

Pete Connors, z teksańskim akcentem, który złapał przez lata spędzone w Houston:

- To największy dzień w dziejach ludzkich wypraw, dzień chwały dla wszystkich mieszkańców Stanów Zjednoczonych, Federacji Rosyjskiej oraz dla całego świata.

Joanna Brumado przemówiła w brazylijskiej odmianie portugalskiego, a później po angielsku:

- Niech mądrość całej ludzkości wzbogaci się tym, czego nauczymy się na Marsie.

Ilona Malater powiedziała po hebrajsku i angielsku:

- Przybyliśmy na Marsa, aby polepszyć ducha ludzkości i głosić jego chwałę.

Antony Reed ogłosił swoim spokojnym, prawie znudzonym głosem z oksfordzkim akcentem:

- Wasza Królewska Mość, ludu Zjednoczonego Królestwa oraz Wspólnoty Brytyjskiej, ludu Zjednoczonej Europy i całego świata - dziś jest dzień twojego triumfu. W pełni czujemy, że na tym odległym globie jesteśmy tylko waszymi przedstawicielami.

Wreszcie przyszła kolej na Jamiego. Nagle poczuł się zmęczony tym pozerstwem i pompą, wyczerpany latami stresu i poświęceń. Podniecenie, które czuł ledwie kilka minut temu, całkiem wyparowało. Pomyślał, że choć znaleźli się sto milionów kilometrów od Ziemi, to wciąż jeszcze bawią się w te swoje gierki narodów i lojalności. Czuł się, jakby ktoś złożył mu na ramiona ogromny ciężar.

Pozostali zwrócili się w jego stronę, pozbawione twarzy postaci w kombinezonach, oblicza skryte za złotawymi wizjerami. Jamie ujrzał pięć odbić swojego własnego hełmu. Zapomniał słów, które napisano mu sto milionów kilometrów stąd.

-Ya'aa'tey - powiedział, po prostu.

ZIEMIA

RIO DE JANEIRO. To było większe nawet od karnawału. Mimo upalnego, popołudniowego słońca, na ulice wyległy tłumy, gromadząc się od Teatru Miejskiego, poprzez pasaże Avenida Rio Branco, po Praca Pio X i wspaniały, stary kościół Candelaria, a także wzdłuż całej Avenida Presidente Vargas. Nie przecisnąłby się tamtędy żaden samochód, ba, nawet rower. Ulice były dosłownie po brzegi wypełnione przez cariocas, tańczące sambę, spocone, roześmiane, zataczające się w upale, świętujące w największym, spontanicznym wybuchu radości, jaki kiedykolwiek widziało to miasto.

Tłum cisnął się też na ocienionym drzewami placu, gdzie na ścianach wysokich, przeszklonych apartamentowców wisiały gigantyczne ekrany telewizyjne. Ludzie stali na ławkach i siedzieli na drzewach, aby lepiej widzieć monitory. Wznosili radosne okrzyki, patrząc na odzianych w skafandry badaczy, jeden po drugim schodzących po drabince i stawiających stopy na jałowej, skalistej pustyni pod dziwnym, różowym niebem.

Kiedy Joanna Brumado wypowiedziała swoich kilka słów, zakrzyknęli jeszcze głośniej, następne, krótkie przemowy utonęły we wrzawie.

Później, zaczęto skandować:

- Brumado! Brumado! Bru-ma-do! Bru-ma-do! Bru-ma-do!

W apartamencie, wynajętym specjalnie z tej okazji, Alberto Brumado smutno uśmiechał się do przyjaciół i krewnych. Oglądał swoją córkę, stawiającą kroki na powierzchni Marsa, czując ojcowską dumę zmieszaną z niepokojem, który cisnął mu łzy w kąciki oczu.

- Alberto, musisz wyjść - oznajmił burmistrz Rio. - Nie przestaną, jeśli tego nie uczynisz.

W cztery kąty sporego, wysoko sklepionego salonu, potoczyły się wielkie telewizyjne konsolety. Zaproszono tylko kilkanaście osób, aby dzieliły ze swym sławnym ziomkiem tę chwilę triumfu, jednak w izbie cisnęło się ponad czterdziestu ludzi. Wielu mężczyzn założyło stroje wieczorowe, sporo kobiet miało na sobie najlepsze suknie i klejnoty. Później, Brumado wraz z tuzinem wybrańców miano zawieźć śmigłowcem do Brasilii, na audiencję u prezydenta republiki. Na zewnątrz, mieszkańcy Rio grzmieli:

- Bru-ma-do! Bru-ma-do!

Alberto Brumado był niewysokim, szczupłym mężczyzną. Miał już dobrze ponad sześćdziesiąt lat, ciemną, okrągłą twarz, okoloną schludnie przyciętą, szpakowatą broda oraz krótkie, siwe włosy, które zawsze wyglądały na potargane, tak jakby właśnie oderwano go od jakiejś ciężkiej pracy. Sądząc po wyrazie jego sympatycznego, uśmiechniętego oblicza, czuł się nieco skonsternowany nagłym pojawieniem się tego całego tłumu. Przywykł raczej do cichego spokoju sal uniwersyteckich albo niezbyt hałaśliwej intensywności pracy w biurach osób wielkich i wpływowych.

Jeśli mózgiem zawiadującym Projektem Marsjańskim były rządy wysoko uprzemysłowionych państw, a jego mięśniami międzynarodowe korporacje, to Alberta Brumado wypadało nazwać sercem całej wyprawy na Marsa. A nawet skromniej - Brumado był jej duszą.

Przez ponad trzydzieści lat wędrował po całym świecie, prosząc jego możnych, aby wysłali na Marsa grupę żywych badaczy. Przez większość czasu spotykał się z chłodną obojętnością, bywało nawet, że z wręcz otwartą wrogością. Mówiono mu, że wyprawa na Marsa pochłonie zbyt wielkie pieniądze, że ludzie nie zrobią tam niczego, czego nie mogłyby zrobić automaty, że Mars może poczekać jeszcze jedną dekadę, pokolenie albo wiek. Mówili, że na Ziemi jest wiele problemów do rozwiązania. Ludzie umierają z głodu. Choroby, bieda i brak wykształcenia bezlitośnie dławią ponad połowę globu.

Alberto Brumado nie dawał się zniechęcić. Sam dorastał wśród biedy i głodu, urodzony w kartonowej chacie na błotnistym, wymytym deszczami wzgórzu, ponad eleganckimi residencias Rio de Janeiro. Utorował sobie drogę do szkoły, college'u i wreszcie wspaniałej kariery astronoma i nauczyciela. Walka nie była dla niego czymś nowym.

A Mars stał się jego obsesją.

- To moja jedyna przywara - zwykł mawiać skromnie.

Gdy na Marsa dotarły pierwsze, bezzałogowe lądowniki i nie znalazły żadnych śladów życia, Brumado twierdził, że zautomatyzowane wyposażenie jest zbyt proste, aby wykonać jakieś poważniejsze testy. Kiedy seria rosyjskich, potem amerykańskich statków wróciła z próbkami skał i gleby, w których nie znaleziono nic poza prostymi, organicznymi substancjami chemicznymi, Brumado zauważył, ze ledwie zadrapano miliardową część skorupy planety.

Napastował uczestników światowych kongresów naukowych i konferencji przemysłowych, pokazywał im fotografie Marsa, na których widniały wielkie wulkany, olbrzymie uskoki i kaniony wyglądające tak, jakby wyżłobiły je spiętrzone wody.

- Na Marsie musi być woda - powtarzał w kółko. - A gdzie jest woda, tam musi być życie.

Minęło prawie dwadzieścia lat, zanim zrozumiał, że zwraca się do niewłaściwych osób. To co myślą albo czego chcą naukowcy, znaczyło niewiele. Władza należała do polityków, mężczyzn i kobiet zarządzających państwowymi finansami. Oraz do obywateli, wyborców zasilających te finanse swoimi podatkami.

Zaczął nawiedzać ich warownie oraz korporacyjne sale narad, gdzie politycy oddawali pokłon pieniądzom, które zapewniły im stanowiska. Uczynił z siebie gwiazdę telewizji, przy pomocy utalentowanych, bystrych studentów tworząc widowiska wzbudzające podziw i oczarowanie majestatycznym wszechświatem, czekającym tylko na zbadanie przez tych, którzy mają wiarę oraz wizję.

I przysłuchiwał się. Zamiast mówić światowym przywódcom czy innym decydentom, co powinni zrobić, słuchał czego chcą, na co liczą, czego się obawiają. Słuchał, planował i stopniowo, przebiegle układał intrygę, która powinna zadowolić ich wszystkich.

Odkrył, że każda grupa nacisku, każda organizacja, rządowa, przemysłowa albo składająca się ze zwykłych obywateli, ma swoje własne pragnienia, ambicje i lęki.

Naukowcy chcieli wyruszyć na Marsa wiedzeni czystą ciekawością. Dla nich, poznanie wszechświata stanowiło cel sam w sobie.

Wizjonerzy chcieli dotrzeć na Marsa, bo istniał. Na podbój kosmosu przez człowieka spoglądali z niemal religijnym zapałem.

Wojskowi twierdzili, że nie ma potrzeby wybierać się na Marsa. Planeta znajduje się zbyt daleko, aby mieć militarne znaczenie.

Zwolennicy uprzemysłowienia byli świadomi tego, że wysłanie ludzi na Marsa powinno stać się bodźcem do rozwoju nowych technologii - a ryzykowałoby się wyłącznie środkami dostarczonymi przez rząd.

Rzecznicy biednych narzekali, że miliardy idące na przygotowanie marsjańskiej ekspedycji należałoby wydać na produkcję żywności oraz rozwój szkolnictwa.

Brumado słuchał ich uważnie, a potem spokojnie i cicho zaczynał do nich przemawiać, w sposób dla nich zrozumiały i możliwy do przyjęcia. Grał na marzeniach i lękach, oddając je rozmówcom w formie kunsztownie manipulowanego przekazu zwrotnego, skupiającego ich uwagę na jego celu. Kierował pragnieniami tych ludzi, póki sami nie zaczynali wierzyć, że Mars stanowi logiczny cel ich własnych planów i ambicji.

Wreszcie, światowi możnowładcy zaczęli głosić, że Mars mógłby stać się pierwszym w nowym stuleciu sprawdzianem narodowego wigoru, determinacji i siły. Medialni jasnowidze zaczęli poważnie ostrzegać, że na globalnym polu międzynarodowego współzawodnictwa, rezygnacja z wyprawy na Marsa może okazać się bardziej kosztowna, niż sama wyprawa..

Mężowie stanu zaczynali rozumieć, iż czerwony glob nadaje się na symbol nowej ery ogólnoświatowej i pokojowej współpracy, będącej w stanie pochłonąć serca i umysły Ziemian.

Politycy w Moskwie i Waszyngtonie, Tokio i Paryżu, Rio i Pekinie uważnie wysłuchali swoich doradców, a potem podjęli decyzję. Zaś owi doradcy dali się owładnąć urokowi Brumado.

- Polecimy na Marsa - amerykański prezydent mówił do Kongresu - nie dla chwały, prestiżu, czy władzy. Polecimy na Marsa w duchu nowej, pragmatycznej współpracy między narodami świata. Polecimy na Marsa nie jako Amerykanie, Rosjanie, czy Japończycy. Polecimy na Marsa jako istoty ludzkie, reprezentanci planety Ziemi.

Prezydent Federacji Rosyjskiej oznajmił swoim obywatelom:

- Mars to nie tylko symbol naszej niepowstrzymanej woli poszerzania granic i poznawania wszechświata, to także symbol tego, że współpraca między Wschodem i Zachodem jest realna. Mars to emblemat nieuchronnego postępu ludzkiego umysłu.

Mars mógł okazać się też ukoronowaniem nowej ery współpracy międzynarodowej. Po stuleciu wojen, terroryzmu oraz ludobójstwa, kosmiczna ironia sprawiła, że krwistoczerwona planeta, nazwana na cześć boga wojny, stawała się symbolem pokojowego współżycia.

Dla przedstawicieli bogatych narodów Mars stanowił źródło zachwytu, cel większy od jakiegokolwiek na Ziemi, wyzwanie do przekroczenia nowej granicy, które winno inspirować młodych i rozniecać ich zapał w zdrowy, twórczy sposób.

A dla przedstawicieli ubogich narodów... - ech, wszak Alberto Brumado mówił im, że sam wychował się wśród ubóstwa, a jeśli mimo tego myśl o Marsie napełniała go radosnym podnieceniem, to czemu oni nie mieliby też wznieść oczu ponad nędzę swojej codziennej egzystencji i śnić o czymś wspaniałym?

Oczywiście, za to wszystko należało zapłacić. Sukces Brumado w walce o względy polityków znaczył, że to, co osiągnie, musi zrodzić się z mariażu z nimi. Dlatego pierwszą wyprawę na Marsa organizowano nie tak, jak chcieliby naukowcy, nawet nie tak, jak pragnęliby inżynierzy oraz planiści z rozmaitych agencji kosmicznych. Pierwsi ludzie ruszyli na czerwoną planetę tak, jak chcieli politycy: w miarę możliwości najszybciej i najtaniej.

Choć nie mówiono o tym głośno, każdy wiedział, że hierarchię ważności ustanowiono tak, iż na pierwszym miejscu stała polityka, nauka zaś na drugim - i to daleko z tyłu. To była misja "flag i odcisków stóp", niezależnie od tego, jak wiele naukowcy pragnęli zbadać.

Na trzecim, jeszcze dalszym miejscu znalazła się wydajność ekspedycji - jak to zwykle bywa, kiedy najważniejsze stają się czynniki polityczne. Politycy doszli do wniosku, że łatwiej uzasadnią wydatki, jeśli projekt dojdzie do skutku szybko, zanim opozycja spostrzeże szanse wzmocnienia swych wpływów i przypisze sobie zasługę w osiągnięciu końcowego sukcesu. Wbrew przysłowiu, co nagle, nie zawsze było po diable. Niestety, wszystkie te okoliczności sprawiały, iż planowaną przez administratorów wyprawę, niezbyt dawało się określić mianem wydajnej.

Przy Projekcie Marsjańskim zatrudniono setki naukowców. Dziesiątki kosmonautów. Tysiące inżynierów, techników, kontrolerów lotu oraz administratorów. Spędzili oni dziesięć lat na planowaniu, a potem jeszcze trzy na treningu przed dwuletnią misją. Wszystko po to, aby dwadzieścia pięcioro mężczyzn i kobiet mogło przeżyć sześćdziesiąt dni na Marsie. Zaledwie osiem tygodni na czerwonym globie i powrót do domu. Tak wyglądał plan misji. Taki właśnie był cel, któremu tysiące ludzi poświęciło trzynaście lat życia.

Jednakże na świecie podniecenie przed podróżą rosło z każdym miesiącem, w którym wyselekcjonowany personel przygotowywał się do tego wielkiego przedsięwzięcia, a na kosmodromach Federacji Rosyjskiej, Stanów Zjednoczonych, Ameryki Południowej oraz Japonii nabierał kształtów marsjański kosmolot. Cała planeta szykowała się do wyprawy na czerwony glob. Alberto Brumado był uznanym, duchowym przywódcą misji na Marsa, choć nie powierzono mu żadnego innego zadania, oprócz moralnego wsparcia. Jednak właśnie takie wsparcie, podczas tych wszystkich lat przygotowań nieraz okazywało się rozpaczliwie potrzebne - kiedy nieoczekiwanie ten lub tamten rząd chciał zrezygnować z dziesięciolecia poważnych wydatków. Ostatecznie, żadne państwo nie zdecydowało się na tak drastyczny krok.

Brumado był za stary, aby lecieć samemu, zamiast tego przyglądał się, jak jego córka okrętuje się na statku, który miał ją zawieźć na Marsa.

Teraz oglądał jej pierwszy krok na powierzchni tego dalekiego świata, a na zewnątrz, tłum skandował ich nazwisko.

Nie do końca pewien, czy dobrze robi, Alberto Brumado podszedł do długiego, jasnego okna. Widząc go, ludzie zgromadzeni pod budynkiem zakrzyknęli radośnie.

KALININGRAD. Kontrolerów lotu na Marsa, podobnie jak uczestników ekspedycji, było w nadmiarze. W przypadku astronautów wymusiły to względy bezpieczeństwa, tu jednak za całą sprawą stali politycy. Każdą funkcję sprawowały dwie osoby, siedzące obok siebie, przy identycznych pulpitach kontrolnych. Zazwyczaj Rosjanin i Amerykanin, choć przy konsoletach znaleźli się też Japończycy, Brytyjczycy, Francuzi, a nawet Argentyńczyk - jednak zawsze w parze z Rosjaninem.

Osoby pracujące w centrum kontroli lotu właśnie zaczęły świętować. Aż do lądowania wszyscy ślęczeli przed swymi monitorami, teraz wreszcie mogli się wyprostować, zdjąć słuchawki, wspólnie pośmiać się, napić szampana i zapalić cygara. Za rzędami pulpitów, w odgrodzonym szkłem przedziale dla prasy, reporterzy i fotografowie honorowali kontrolerów oraz siebie nawzajem, wznosząc toasty wódką w plastikowych kubkach.

Jedynie szef amerykańskiego zespołu, krzepki łysiejący mężczyzna w wyświechtanej koszulce, z plamami potu pod pachami i zgasłym cygarem tkwiącym w zębach, wyglądał na niezadowolonego. Nachylił się nad fotelem jakieś młodej Amerykanki, opisanym staroświeckim tytułem "głównodowodzący".

- Co on powiedział?

Spojrzała ponad swym ekranem.

- Nie wiem, co to było.

- Ale do cholery jasne jest, że to nie to, co on miał powiedzieć!

- Czy mógłby pan otworzyć nagranie? - zapytał Rosjanin, pracujący obok młodej kobiety. Głos miał spokojny, jednak zdołał przebić się przez panujący w pomieszczeniu gwar.

Kobieta zgrabnie nacisnęła kilka przycisków na swej klawiaturze i na ekranie znów pojawił się James Waterman, stojący w swym błękitnym skafandrze pośród piasków Marsa.

- Ya'aa'tey - powiedziała podobizna Jamesa Watermana.

- Zakłócenie odbioru? - spytał szef.

- Nie ma mowy - odparła kobieta.

Rosjanin odwrócił się od monitora, aby wbić w szefa świdrujące spojrzenie.

- Co to znaczy?

- Niech mnie cholera, jeśli wiem - wyburczał szef. - Ale do diabła, na pewno się tego dowiemy!

U góry, w przedziale dla prasy, młody reporter telewizyjny spostrzegł dwóch mężczyzn schylających się nad stanowiskiem "głównodowodzącego". Zastanawiał się, dlaczego wyglądają na takich zdenerwowanych.

BERKELEY: Profesor Jerome Waterman i profesor Lucille Monroe Waterman dali dziś swoim studentom wolny dzień i zostali w domu, aby patrzeć, jak ich syn stąpa po powierzchni Marsa. Nie było z nimi żadnych przyjaciół, żadnych uczniów albo kolegów z uniwersytetu. Pod ich domem zgromadził się batalion reporterów, jednak Watermanowie nie chcieli stawiać im czoła, póki nie ujrzą lądowania.

Usiedli w swoim wygodnym, zabałaganionym gabinecie, całym zastawionym książkami i spojrzeli na ekran telewizora. Okna były szczelnie zasłonięte, by odgrodzić ich od porannego słońca i rozłożonych na zewnątrz tłumów reporterów.

' - Droga na Ziemię zajmuje sygnałom prawie dziesięć minut - dumał Jerry Waterman.

Jego żona przytaknęła, choć myślami była gdzieś daleko. Wpatrywała się w błękitną figurę, stojącą pośród sześciu, pozbawionych twarzy postaci. Kiedy wreszcie przyszła kolej na przemowę Jamiego, wstrzymała oddech.

- Ya'aa'tey - powiedział jej syn.

Lucille jęknęła:

- O, nie!

Ojciec Jamiego chrząknął, zaskoczony.

Lucille odwróciła się do męża oskarżycielskim tonem:

- On ciągle miesza się do tych indiańskich spraw!

SANTA FE: Stary Al zawsze wiedział, jak ściągnąć klientów do swojego sklepu, nawet w dzień taki jak ten. Po prostu, na honorowym miejscu, na półce tuz obok lalek kachina, ustawił telewizor. Z całego placu zeszli się ludzie, aby obejrzeć wnuka Ala spacerującego po Marsie.

-Ya'aa'tey - przemówił Jamie Waterman, z miejsca odległego o sto milionów kilometrów.

- Heja! - zawołał stary Al Waterman. - Chłopak naprawdę to zrobił!

BAZA DANYCH

Mars.

Wyobraź sobie Dolinę Śmierci w jej najgorszym wydaniu. Jałowa pustynia. Nic poza skałami i piachem. Usuń wszelki ślad życia: wyrzuć każdy kaktus, każdy skrawek roślinności, wszystkie jaszczurki, owady, wyblakłe na słońcu kości i cokolwiek wyglądającego tak, jakby kiedyś mogło żyć.

Teraz wszystko ozięb. Zmniejsz temperaturę do stu stopni poniżej zera. I wysysaj powietrze, póki nie zostanie go tyle, ile na Ziemi jest na wysokości stu tysięcy stóp.

Tak mniej więcej wygląda Mars.

Czwarta planeta od słońca nigdy nie zbliża się do niego bliżej niż na trzydzieści pięć milionów mil. To niewielki glob, o średnicy równej około połowie średnicy naszej planety i o grawitacji nieco tylko większej niż jedna trzecia ziemskiej. To co na niebieskim świecie waży sto funtów, na Marsie waży już tylko trzydzieści osiem.

Marsa nazywa się czerwona planetą, bowiem jego powierzchnię stanowi przede wszystkim sucha jak pieprz pustynia z drobin tlenku żelaza: sproszkowana rdza.

Na Marsie jest jednak woda. Planeta ma błyszczące czapy polarne, przynajmniej częściowo składające się z zamarzniętej wody - przez większość roku skrytej zmrożonym dwutlenkiem węgla, suchym lodem.

Mars to chłodny świat. Jego orbita jest mniej więcej półtora raza dalsza od słońca, niż orbita Ziemi. Atmosferę ma o wiele za cienką, aby utrzymać słoneczne ciepło. W jasny, letni dzień, po południu, temperatura na marsjańskim równiku może dojść do siedemdziesięciu stopni Fahrenheita - by nocą spaść do stu stopni poniżej zera albo jeszcze niżej.

Marsjańska atmosfera byłaby zbyt rozrzedzona, aby dało się nią oddychać, nawet jeśli składałaby się z czystego tlenu. A tak nie jest. Ponad dziewięćdziesiąt pięć procent marsjańskiego "powietrza" to dwutlenek węgla; są również trzy procent azotu. Znaleźć można ledwie odrobinę tlenu, mniej niż dałaby parująca woda. Reszta atmosfery składa się z obojętnych gazów, takich jak argon, neon, z tchnieniem tlenku węglu i odrobinką ozonu.

Wciąż jednak, ze wszystkich planet Układu Słonecznego, to Mars najbardziej przypomina Ziemię. Są na nim pory roku - wiosna, lato, jesień i zima. Ponieważ jego orbita znajduje się dalej od słońca, marsjański rok trwa prawie dwa razy dłużej od ziemskiego (kilka minut dłużej, niż 689 ziemskich dni) i w związku z tym, pory roku są odpowiednio dłuższe.

Mars obraca się wokół własnej osi równie szybko jak Ziemia. Dzień na Ziemi trwa 23 godziny, 56 minut i 4,09 sekundy. Na Marsie jest odrobinę dłuższy: 24 godziny, 37 minut i 22,7 sekundy.

By uniknąć zamieszania, badacze kosmosu nazywają marsjański dzień "sol". Marsjański rok ma więc 669 solów oraz czternaście godzin, czterdzieści sześć minut i dwanaście sekund.

Czy na Marsie jest życie?

Przez całe stulecia myśl ta nie dawała ludzkości spokoju. To przede wszystkim ona popchnęła ich do wyprawy na czerwoną planetę. Chcemy przekonać się, czy może tam istnieć życie.

Albo czy kiedyś istniało.

Albo czy istnieje teraz.

Droga przez Układ Słoneczny: Mars #1 - Mars

Autor: Ben Bova
Wydawnictwo: Solaris
Miejsce wydania: Olsztyn
Wydanie polskie: 10/2003
Wydawca oryginalny: Bantam Books
Rok wydania oryginału: 1992
Seria wydawnicza: Droga przez Układ Słoneczny
Liczba stron: 497
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-88431-59-5
Wydanie: I
Cena z okładki: 39 zł


blog comments powered by Disqus