Fragment książki "Wschód Księżyca"

Autor: Ben Bova

CZĘŚĆ I

Przeznaczenie

MARE NUBIUM

- Wspaniałe pustkowie.

Paul Stavenger zawsze wypowiadał te słowa, gdy wychodził na nagą, zasłaną pyłem powierzchnię Księżyca. Tym razem jednak był to nie tylko cytat, lecz również prośba, modlitwa.

Stojąc przy otwartym włazie śluzy powietrznej, spoglądał przez wizjer na nagą przestrzeń rozciągającą się we wszystkich kierunkach. Normalnie taki widok działał na niego kojąco, przynosił mu spokój, teraz jednak było inaczej. Paul walczył z bólem, który mroził mu wnętrzności. Walczył ze strachem. Widział już, jak umierają ludzie, ale nigdy tak, jak Tinker i Wojo. Zabici. Zamordowani. Mnie też próbował załatwić, pomyślał. Ci biedni dranie po prostu przypadkiem weszli mu w drogę.

Paul wyszedł na piaszczysty regolit, wzbijając butami obłoczki pyłu, które unosiły się leniwie i opadały powoli, ściągane w dół przez niewielką grawitację Księżyca.

Trzeba stąd spływać, powiedział sobie. Zwiewać, zanim te przeklęte żuki mnie też dopadną.

Trzydzieści kilometrów pustki dzieliło ten podpowierzchniowy schron od sąsiedniego. Musiał pokonać tę odległość na piechotę. Mały rakietowy skoczek był nie do użytku, a ciągnik nie budził zaufania; nanożuki już go zainfekowały. Wedle jego wiedzy równie dobrze mogły roić się w skafandrze, przeżuwając w tej chwili hermetyczną izolację i plastik.

Cóż, pomyślał, niedługo się przekonasz. Jedna stopa przed drugą. Albo dokonam tego na własnych nogach, albo wcale.

Trzydzieści kilometrów. Pieszo. I niedługo wzejdzie Słońce.

- Dobra - powiedział drżącym głosem. - Niech się dzieje co chce, ale na moich zasadach.

Niebo było idealnie czarne, ale przez filtry wizjera przebijał blask tylko paru gwiazd. Patrzyły na niego niewzruszenie, nie mrugając, poważne jak oczy Boga.

Paul odwrócił się lekko w marszu i zadarł głowę, żeby spojrzeć na opasłą, nadętą Ziemię, błękitną i lśniąco białą, wiszącą na ciemnym niebie. Tak blisko. Tak daleko. Tam czeka na niego Joanna. Czy Greg ją także próbował zabić? Ta myśl przyprawiła go o nowy skurcz strachu i gniewu.

- Bierz dupę w troki - mruknął. Wędrował przez pustą równinę, uciekając przed śmiercią po jednym kroku na raz. Całą siłą woli powstrzymywał się od biegu. Masz do przebycia trzydzieści kilometrów. Przygotuj się na długi marsz, dostosuj tempo.

Skafander więził woń strachu. Paul widział śmierć dwóch ludzi; czysty traf, że oszalałe nanomaszyny nie zabiły i jego. Skąd wiesz, że nie zainfekowały skafandra? - zapytał się w myślach. Ponuro odpowiedział: Co za różnica? Jeśli tak, to już jestem martwy.

Ale wydawało się, że skafander spisuje się bez zarzutu. Prawdziwa próba nastąpi po przekroczeniu linii terminatora, gdy wyjdzie z nocy w oślepiającą furię dnia. Trzydzieści kilometrów w takiej temperaturze... Ze świadomością, że jeśli się zatrzymasz, jesteś trupem.

Wyliczył wszystko w głowie, gdy tylko zrozumiał, co się stało w schronie. Trzydzieści kilometrów. Zapas tlenu w zbiorniku skafandra wystarczy na dwanaście godzin. Bez recyklingu. Musisz robić dwa i pół kilometra na godzinę. Najlepiej trzy, co zapewni margines bezpieczeństwa.

Trzy kilometry na godzinę. Przez dziesięć godzin. Dasz radę. Pewnie, że dasz radę.

Teraz jednak, gdy brnął przez niegościnne pustkowie Mare Nubium, opadły go wątpliwości. Nie spędziłeś dziesięciu godzin w marszu od... Chryste, od czasu pierwszej wizyty na Księżycu. Prawie dwadzieścia lat temu. Dwadzieścia zakichanych lat. Byłeś wówczas szczeniakiem.

Cóż, musisz zrobić to teraz. Jeśli nie, umrzesz. A wtedy Greg wygra. I będzie mordować w drodze na szczyt.

Choć nadal panowała noc, dziki krajobraz nie skrywał się w zupełnym mroku. Falisty, dziobaty teren pławił się w ziemskiej poświacie. Paul widział głazy rozrzucone po nagim regolicie, krawędzie kraterów dość głębokich, by go połknąć, wklęśnięcia mniejszych, o które mógł się potknąć i upaść, jeśli nie zachowa należytej ostrożności.

Nic, tylko skały i kratery, i ostra bezkompromisowa linia horyzontu, jak skraj świata, początek nieskończoności. Ani źdźbła trawy, ani kropli wody. Surowa, naga skała rozciągająca się jak okiem sięgnąć we wszystkie strony.

A jednak zawsze ją kochał. Tutaj, na powierzchni Księżyca nawet w pękatym, krępującym ruchy skafandrze zawsze czuł się wolny, zdany wyłącznie na siebie - sam we wszechświecie, gdzie jedynym problemem jest utrzymanie się przy życiu. Oto, co daje nam Księżyc, powiedział sobie. Sprowadza wszystko do fundamentalnego, jedynego pytania. Zamierzasz żyć czy umrzeć? Wszystko inne to bzdura. A ja? Chcę żyć czy umrzeć?

Potem znów pomyślał o Joannie i wiedział, że chodzi o coś więcej. Co z nią? Czy Joanna żyje? Czy Greg oszalał do tego stopnia, żeby i ją uśmiercić? Nie chodzi tylko o mnie, uświadomił sobie. Nie był sam nawet tutaj, czterysta tysięcy kilometrów od Ziemi i tamtejszych zawiłości. Choć po tej stronie gór pierścieniowych krateru Alfons nie było prócz niego żywego człowieka - ani istoty innego rodzaju - wiedział, że od niego zależy życie wielu ludzi.

Joanna. Nie wolno pozwolić, by Greg dopadł Joannę. Muszę go powstrzymać.

Przystanął, dysząc ciężko. Wizjer hełmu był przymglony. Wezbrała w nim panika. Czyżby nanożuki dostały się do skafandra? Podniósł lewą rękę, by sprawdzić panel wyświetlacza na przedramieniu. Ręka drżała tak mocno, że chcąc odczytać wskazania, musiał przytrzymać ją drugą. Postukał w przycisk regulatora obiegu powietrza i usłyszał krzepiące zawodzenie przyspieszającego wentylatora.

W porządku, nadal działa. Skafander sprawuje się jak trzeba. Opanuj się. Idź dalej.

Odwrócił się, żeby zobaczyć, jak daleko odszedł od podpowierzchniowego schronu, który Greg przemienił w śmiertelną pułapkę. Z zadowoleniem stwierdził, że szary garb pokruszonych skał rysuje się na horyzoncie. Zrobiłem już parę kilometrów, pomyślał.

Odciski podeszw rysowały się jasno, niemal fosforyzowały na tle ciemnego regolitu. Za parę tysięcy lat też ściemnieją; ultrafiolet wszystko opala. Niemal się roześmiał. Dobrze, że już jestem opalony.

Ruszył w dalszą drogę, sprawdzając kierunek na odbiorniku GPS wbudowanym w panel skafandra. Niestety, w chwili wyjścia ze schronu jedyny widoczny satelita GPS wisiał nisko nad horyzontem, sygnał był słaby i rwał się co parę sekund. Ale to musiało wystarczyć. Nie mógł liczyć na inną pomoc nawigacyjną, a już z pewnością nie na znaki drogowe na szerokiej przestrzeni Mare Nubium.

Między innymi schronami, oddalonymi maksymalnie piętnaście kilometrów jeden od drugiego, aż do pierścienia, co półtora kilometra stały latarnie kierunkowe. Greg dobrze to zaplanował; na miejsce zbrodni wybrał najnowszy z tymów.

Paul brnął dalej, żałując, że jego radio ma za mały zasięg, by sygnał dotarł do najbliższego tyma. Zresztą i tak nikogo tam nie ma, pomyślał. To tylko schron przekaźnikowy. Ale jest zaopatrzony w tlen i wodę. I ma radio.

Tak nagle, że aż się przestraszył, na horyzoncie rozbłysła jasność. Słońce.

Zerknął na zegarek. Tak, dokonane z grubsza obliczenia były całkiem poprawne. Za parę minut Słońce go dopędzi i resztę podróży odbędzie w jego świetle.

Chryste, pomyślał, osłona zaparowała, gdy na zewnątrz było prawie sto stopni poniżej zera. Co się stanie, gdy temperatura wzrośnie do stu dwudziestu w plusie, a ten przeklęty skafander nie wypromieniuje mojego ciepła?

Sardoniczny głos w jego głowie odparł: Zaraz się przekonasz.

Linia terminatora sunęła mu na spotkanie, falując po nierównym gruncie, przybliżając się w tempie idącego człowieka.

Choć trawił go strach, wspomniał swoje pierwsze dni na Księżycu: podniecające przemierzanie terenów dotąd nietkniętych ludzką stopą, zapierającą dech w piersiach wspaniałość surowego krajobrazu, ciszę i dramatyczne widoki.

Było, minęło, powiedział sobie. Teraz musisz dotrzeć do najbliższego schronu, zanim skończy ci się tlen. Albo zanim ugotujesz się na słońcu. Albo zanim przeklęte żuki zjedzą twój skafander.

Zmusił się do dalszego marszu, bojąc się chwili wyjścia z cienia nocy w niefiltrowaną zajadłość promieni słonecznych.

Idąc w kierunku narastającej jasności, wrócił myślami do dnia, kiedy wszystko się zaczęło, do czasów, kiedy poślubił Joannę i dzięki temu przejął kontrolę nad Masterson Aerospace. Do chwili, kiedy Greg Masterson zaczął go nienawidzić.

Nawet wtedy wszystko sprowadzało się do ocalenia Bazy Księżycowej. Paul uświadomił sobie, że poświęcił jej większą część życia.

- Większą część? - zapytał na głos. - Do diabła, masz cholernie duże szanse na poświęcenie całego.

SAVANNAH

Spędzali popołudnie w łóżku, kochając się, bezpieczni w przekonaniu, że jej mąż jest na zebraniu komitetu wykonawczego.

Z początku Paul sądził, że romans będzie przelotny. Joanna, żona szefa Masterson Aerospace, nie miała zamiaru zrywać małżeństwa. Postawiła sprawę jasno, gdy kochali się pierwszy raz, na pluszowym rozkładanym fotelu w służbowym odrzutowcu Paula w hangarze na prywatnym lotnisku korporacji.

Paul był zaskoczony jej namiętnością. Przez pewien czas myślał, że może robi to z czarnym wyłącznie z ciekawości lub też dlatego, że to ją rajcuje. Ale chodziło o coś więcej. Znacznie więcej.

Joanna Masterson była urodziwą kobietą, wysoką i gibką, z gładką twarzą, która idzie w parze ze starymi pieniędzmi. Jednak otaczała ją subtelna aura tragedii, która przyciągała go nieodparcie. Coś w jej smutnych szarozielonych oczach prosiło o pociechę, ukojenie, miłość.

Pod dystyngowaną powierzchownością kryła się kobieta udręczona, związana z człowiekiem, który sypiał ze wszystkimi z wyjątkiem niej. Nie znaczy to, że Paul zaliczał się do świętych; korzystał ze wszystkich nadarzających się okazji.

Bzykanie się z żoną szefa było niebezpieczne dla nich obojga, ale ryzyko dodawało pieprzu romansowi. Paul nie miał zamiaru angażować się emocjonalnie. Na świecie nie brakowało kobiet chętnych do zabawy i były astronauta, obecnie zajmujący kierownicze stanowisko w korporacji, nie miał problemów z ich zaliczaniem. Syn norweskiego kapitana żeglugi i jamajskiej nauczycielki miał urok, pieniądze i niewymuszoną pewność siebie, a na dodatek olśniewający uśmiech: wszystkie te elementy tworzyły nieodpartą kombinację.

A jednak zaledwie po paru namiętnych spotkaniach z Joanną przestał widywać się z innymi kobietami. Nie zaplanował tego z rozmysłem; po prostu przestały go interesować, gdy zaczął sypiać z tą jedną. Joanna wyznała mu, że nigdy dotąd nie miała kochanka.

- Nie przypuszczałam, że to zrobię - powiedziała - dopóki nie poznałam ciebie.

Zadzwonił telefon, gdy leżeli spoceni i wyczerpani po długiej sesji, która zaczęła się delikatnie, niemal leniwie, a zakończyła gwałtownie, w wybuchu pojękiwań i sapnięć.

Joanna odgarnęła gąszcz popielatoblond włosów i sięgnęła po telefon. Paul podziwiał krzywiznę jej biodra i gładkość pleców, gdy podnosiła słuchawkę.

Jej ciało stężało.

- Samobójstwo?

Paul usiadł. Joanna pobladła z szoku.

- Tak - powiedziała do telefonu. - Tak, oczywiście. - Głos miała spokojny, ale Paul widział przenikające ją drżenie i ból w szeroko otwartych oczach. Ręka, zaciśnięta na słuchawce z taką siłą, że pobielały palce, trzęsła się okropnie.

- Rozumiem. Dobrze. Będę za kwadrans.

Joanna chciała odstawić telefon na szafkę nocną, nie trafiła i aparat spadł na dywan.

- Zabił się - powiedziała.

- Kto?

- Gregory.

- Twój mąż?

- Wziął pistolet ze swojej kolekcji i... odebrał sobie życie. - Wyglądała jak ogłuszona. - Zabił się.

Paula opadło poczucie winy, niemal wstyd, że w takiej chwili leży z nią nagi w łóżku.

- Przykro mi - wymamrotał.

Joanna podniosła się i chwiejnym krokiem ruszyła do łazienki. Na chwilę przystanęła w drzwiach, przytrzymując się futryny. Z widocznym wysiłkiem wzięła się w garść. Odwróciła się do niego.

- Tak. Mnie też. - Powiedziała to bezdźwięcznie, bez śladu emocji, jakby ćwiczyła kwestię do roli, którą miała odgrywać.

Paul wstał z łóżka. Nagle zabrakło mu odwagi, by wejść z nią pod prysznic. Chciał iść do swojego mieszkania.

- Zmyję się, zanim ktoś przyjdzie - zawołał do Joanny.

- Tak będzie najlepiej. Muszę jechać do biura. Dzwonili z policji.

Szukając spodni, zapytał:

- Jechać z tobą?

- Nie, nie pokazujmy się razem. Zadzwonię do ciebie wieczorem.

Jadąc brzegiem rzeki Savannah w kierunku swojego apartamentowca, Paul próbował przeanalizować własne uczucia. Gregory Masterson II był pijakiem i bezkonkurencyjnym sukinsynem, bijącym go na głowę w zaliczaniu panienek. Joanna przysięgła, że nigdy wcześniej nie miała romansu, i on jej wierzył. Z Gregorym sprawa przedstawiała się zupełnie inaczej. Nie obchodziło go, kto wie o jego skokach w bok. Lubił popisywać się swoimi kobietami, jakby z premedytacją chciał zdruzgotać Joannę, upodlić ją ponad wszelką miarę.

Do diabła, pomyślał Paul, powinieneś coś powiedzieć. Sypiasz z żoną faceta. Ale z ciebie lojalny, godny zaufania pracownik.

A więc Gregory palnął sobie w łeb. Dlaczego? Czy dowiedział się o Joannie i o mnie? Paul potrząsnął głową, skręcając na podjazd budynku. Nie, z naszego powodu nie popełniłby samobójstwa. Prędzej morderstwo.

Jadąc przeszkloną windą do swojego penthouse'u, zastanawiał się, jak syn Joanny przyjmie wiadomość. Gregory Masterson III. Założę się, że będzie liczyć na przejęcie władzy. Na zachowanie kontroli nad korporacją w rękach rodziny. Ojciec doprowadził firmę na skraj bankructwa; syn dokończy dzieła. Smarkacz nawet nie umie odpryskać się po piwie.

Paul wystukał kod na zamku elektronicznym, wszedł do holu i z miejsca skręcił do barku. Nalał sobie kieliszek czystej tequili i zastanowił się, jak Joanna radzi sobie z policją, jak zniosła widok martwego męża. Pewnie wpakował lufę w usta, pomyślał. Krew i mózg w całym gabinecie.

Czując w gardle ciepło tequili, podszedł do wielkiego panoramicznego okna w salonie. Patrzył na spokojną rzekę, na statki turystyczne pływające z prądem i pod prąd. Księżyc, prawie w pełni, wspinał się nad horyzont, blady i przymglony na jasnoniebieskim niebie.

Wstrząsnęła nim straszna myśl.

- Co będzie z Bazą Księżycową? - zapytał głośno. - Nie pozwolę jej zamknąć.

NOWY JORK

Paul poleciał dwusilnikowym odrzutowcem na nowojorskie lotnisko JFK, sam. Joanny nie widział od trzech tygodni, jakie minęły od śmierci Gregory'ego Mastersona. Zadzwonił i zaproponował, że zabierze ją do Nowego Jorku, ale postanowiła lecieć wraz z rewidentem księgowym korporacji samolotem zmarłego męża. Rada nadzorcza miała mianować nowego dyrektora generalnego Masterson Aerospace i Paul wiedział, że wybór automatycznie padnie na młodego Grega.

Wiedział też, że pierwszym posunięciem Grega po zajęciu dyrektorskiego stołka będzie zamknięcie Bazy Księżycowej. Od pięciu lat korporacja kierowała Bazą na mocy umowy z rządem, ale ostatnio Waszyngton przestał finansować projekt i postanowił go "sprywatyzować". Masterson Aerospace miała prawo wyboru: albo utrzymywać Bazę własnym kosztem, albo ją zlikwidować.

Przewodniczący rady nadzorczej był przeciwny kontynuowaniu operacji, a Greg rwał się, żeby pokazać jemu i reszcie zarządu, że można zredukować koszty. Paul musiał przyznać, że utrzymywanie Bazy stanowi poważne obciążenie finansowe i zdawał sobie sprawę, że ten stan rzeczy nie ulegnie zmianie jeszcze przez wiele lat. Ale kiedyś... gdyby tylko zdołał zachować Bazę do czasu, aż zacznie przynosić zyski.

To będzie trudne, gdy władza przejdzie w ręce Grega. Może nawet niemożliwe. Przez całą drogę do Nowego Jorku Paul desperacko zastanawiał się, jak przekonać Grega do utrzymywania Bazy jeszcze przez parę lat, póki nie pojawi się przynajmniej cień szansy na rentowność.

Baza to przyszłość korporacji, powtarzał sobie. Przyszłość ludzkości. Księżyc jest kluczem do wszystkiego, co chcemy robić w kosmosie. Zakłady produkcyjne na orbicie, badania naukowe, nawet turystyka - wszystko zależy od wykorzystywania Księżyca jako zaplecza materiałowego.

Ale trzeba czasu, żeby taka operacja zaczęła wychodzić na swoje. Czasu i kolosalnych pieniędzy. I wiary. Gregowi brakuje wiary. Nigdy jej nie miał i prawdopodobnie nigdy mieć nie będzie.

Paul miał jej pod dostatkiem. Do przesuwania ustalonych granic potrzeba szaleńców wyjątkowego rodzaju. Zagorzałych fanatyków, jak von Braun, który godził się pracować dla każdego, łącznie z Hitlerem, byle tylko mieć widoki na wysłanie rakiety na Księżyc. Trzeba wiary, absolutnie ślepej wiary, że to, co robisz, warte jest każdej ceny, każdego ryzyka - warte twojej przyszłości, majątku i życia.

Ja mam tę wiarę, Bóg mi świadkiem. Muszę sprawić, żeby Greg w końcu przejrzał na oczy. Jakoś tego dokonam. Zmuszę go, żeby mnie wysłuchał. Zmuszę, by uwierzył.

Port lotniczy JFK był tłoczny jak zawsze, rozkład przewidywał jednoczesne lądowanie dwunastu samolotów. Kiedy Paul podkołował swoim odrzutowcem do hangaru korporacji i zsunął się po drabince na betonową rampę, uszy go rozbolały od wycia i ryku setek silników.

Gdy szedł w kierunku czekającej limuzyny, z marynarką zarzuconą na ramię, ziemia zatrzęsła się nagle i niski grzmot zagłuszył wszystkie inne dźwięki. Paul odwrócił się i zobaczył kliper rakietowy, majestatycznie wynoszony w niebo przez osiem ryczących silników. W jego oczach smukły, gładki stożek plastiku i metalu wyglądał jak najpiękniejsze dzieło sztuki.

Znał klipry jak własną kieszeń, nie był mu obcy żaden detal prostej, eleganckiej sylwetki, żaden element, który skrywał się pod powłoką. Stożek z rakietami na płaskiej podstawie startował pionowo i pionowo lądował, siadając delikatnie na pióropuszach gazów wylotowych. Między startem a lądowaniem w maksymalnie czterdzieści pięć minut pokonywał odległości interkontynentalne. Mógł też jednym susem wyskoczyć na orbitę.

Lotnisko jakby zamarło, inne odgłosy i ruch znalazły się w stanie zawieszenia, gdy grzmiący kliper wznosił się zrazu powoli, potem coraz szybciej, malejąc w oczach. Fale przeraźliwego hałasu omywały Paula niemal z fizyczną siłą, potężny ryk rakiet wykraczał poza progi ludzkiego słuchu. Paul wyszczerzył zęby i zdusił chęć zasalutowania odlatującemu statkowi. Ogłuszający grzmot u większości ludzi budził uczucia zbliżone do uniesienia religijnego. Paul "nawrócił" czterech członków rady nadzorczej na projekt klipra rakietowego za pomocą prostej taktyki. Przyprowadził ich na lotnisko, żeby mogli zobaczyć start próbny. Usłyszeć go. I poczuć.

Szofer otworzył drzwi limuzyny. Śmiejąc się pod nosem, Paul wskoczył na kanapę. Zastanawiał się, dokąd zmierza ten kliper. Wiedział, że Nowy Jork ma codzienne połączenia z Tokio, Sydney, Buenos Aires i Hongkongiem. Niebawem dojdą kolejne miasta. Lot do dowolnego miejsca na kuli ziemskiej trwał maksymalnie czterdzieści pięć minut.

Klipry rakietowe odsunęły od Masterson Aerospace widmo bankructwa. Paul popierał je, walczył o nie i gotów był dla nich zabijać nie tylko dlatego, że dzięki nim Masterson stał się liderem w nowej dziedzinie transportu komercyjnego. Stanął dla nich na krawędzi przepaści i bez namysłu zrobił krok naprzód, bo jednym skokiem mogły wychodzić na orbitę, i to tańszym kosztem niż inne pojazdy rakietowe. Liczył, że być może dzięki nim Baza Księżycowa nie pójdzie na dno. Dlatego usilnie forsował projekt, pokonując przeszkodę w postaci zarządu Masterson Aerospace - łącznie z osobą świętej pamięci Gregory'ego Mastersona II.

Klipry rakietowe wyciągną Bazę Księżycową z finansowego dołka, o ile Greg Masterson III wcześniej jej nie zlikwiduje.

Gdy chłodna, cicha limuzyna wyjeżdżała z lotniska na magistralę pełną najbardziej agresywnych kierowców świata, Paul uświadomił sobie, że klipry są dla niego czymś więcej niż tylko deską ratunku, która mogłaby utrzymać na powierzchni Bazę Księżycową. Prawda, przyczynił się do ich sukcesu, ale one nie pozostały mu dłużne. Miał karnację smagłego Sycylijczyka, kiedy jednak wiele lat temu zaczął pracować w Masterson Aerospace, był dla wszystkich tylko czarnym byłym astronautą. Z akcentem na "czarnym". Klipry pociągnęły go w górę. Dzięki ich sukcesowi został czarnym kierownikiem działu operacji kosmicznych Mastersona i czarnym członkiem rady nadzorczej.

I czarnym kochankiem żony zmarłego szefa, dodał uszczypliwie.

Paul nigdy nie lubił Nowego Jorku. Gdy limuzyna przedzierała się w tłoku po wyboistej, dziurawej magistrali w stronę mostu na Manhattan, pomyślał, że Nowy Jork nie jest miastem, tylko przerośniętym frenetycznym mrowiskiem, zawsze balansującym na krawędzi eksplozji. Dwadzieścia lat po ustanowieniu tak zwanych Praw Renesansowych metropolia nadal była przeludniona, hałaśliwa, niebezpieczna.

Elektryczność napędzała wszystkie samochody, ciężarówki i autobusy jadące na Manhattan. Staroświeckich pojazdów o archaicznym napędzie nie przepuszczano przez tunele ani mosty wiodące na wyspę. Taka polityka zaowocowała znacznym oczyszczeniem powietrza, choć mgliste chmury zanieczyszczeń nadal napływały przez rzekę Hudson z New Jersey.

Na każdym rogu wisiały kamery dozoru policyjnego, a zminiaturyzowane bezzałogowe policyjne samoloty obserwacyjne polatywały w powietrzu jak gołębie. Konni gliniarze trójkami i piątkami patrolowali zatłoczone ulice. Sprzedawcy, nawet dzieciaki myjące szyby samochodów na światłach, musieli legitymować się wielkimi żółtymi zezwoleniami, a w przypadku ich braku dostawali nakaz opuszczenia Manhattanu.

A jednak na ulicach nie brakowało paserów zachwalających kradziony towar, dzieciaków wymieniających się paczuszkami narkotyków, prostytutek pokazujących swoje wdzięki. Prawa Renesansowe spowodowały zanik brutalnych przestępstw, to wszystko. Działalność sprzeczna z prawem nadal kwitła, lecz w formie zorganizowanej i zasadniczo pozbawionej przemocy. Człowiek mógł kupić albo sprzedać dosłownie wszystko, od najnowszych narkotyków po najnowsze kreacje, prosto z uprowadzonej ciężarówki, ale było mało prawdopodobne, że oberwie po łbie i straci portfel.

Jednakże przedpotopowe mosty i wąskie, zakorkowane ulice niewiele się zmieniły. Limuzyna przepychała się kawałek po kawałku. Gdy tylko przystawała na skrzyżowaniu, natychmiast zjawiały się dzieciaki i obryzgiwały przednią szybę brązowawą cieczą. Za każdym razem szofer odrobinę opuszczał szybę i wysuwał przez szparę kupon wydany przez miasto.

Pewnie przy każdym wyjeździe zużywa cały płyn do czyszczenia szyb, pomyślał Paul, gdy limuzyna z włączonymi wycieraczkami pełzła przez centrum.

Na jednym skrzyżowaniu do okna od jego strony zastukały trzy uśmiechnięte dziewczyny, pochylając się nisko, by pokazać, że nie mają nic pod swobodnymi bluzkami. Dzieci, uświadomił sobie Paul. Miały gruby makijaż, ale nie więcej niż po piętnaście lat. Trzech konnych policjantów przyglądało im się z odległości dwudziestu metrów.

Paul odmownie pokręcił głową. Dotąd obywałem się bez tego rodzaju ryzyka, pomyślał. Prostytutki zrobiły zawiedzione miny. Gliniarze też. Światła zmieniły się na zielone i limuzyna ruszyła.

Po wejściu do biur korporacji w Trade Towers uznał, że musi się napić. W wyłożonym orzechową boazerią pokoju konferencyjnym był barek i bufet z przekąskami, ale barman ani kelnerka jeszcze się nie pokazali. Paul nie dostrzegł tequili. Zdecydował się na piwo.

Zawsze stawiał się na zebrania zarządu jako jeden z pierwszych, ale tym razem najwyraźniej naprawdę przybył pierwszy. Przestronny pokój świecił pustkami. Paul zerknął na zegarek. Zebranie powinno się rozpocząć za niecałe piętnaście minut. Zwykle więcej niż połowa członków rady nadzorczej już kręciła się po sali, wymieniając uprzejmości albo szepcząc o interesach, pijąc i skubiąc przekąski.

Gdzie oni się podziewają? - zastanawiał się.

Przeszedł wzdłuż stołu konferencyjnego, z klawiaturami i ekranami komputerów wbudowanymi przed każdym krzesłem, do szerokiego okna z przodu sali konferencyjnej. Popatrzył na wieże Manhattanu, myśląc, o ile lepiej jest na Księżycu, gdzie największym zmartwieniem jest rozszczelnienie skafandra. Albo znalezienie się na powierzchni w czasie rozbłysku słonecznego. Wyciągnął szyję, chcąc dojrzeć JFK. Miał nadzieję, że zobaczy start następnego klipra rakietowego albo jeszcze bardziej spektakularne lądowanie na rufowych silnikach.

- Paul.

Drgnął, okręcił się na pięcie i zobaczył Joannę stojącą w progu, chłodną i piękną w beżowej garsonce z krótką spódniczką. Nie widział jej od śmierci męża.

- Jak się masz? - zapytał, spiesząc ku niej. - Jak sobie radziłaś? Chciałem...

- Później - przerwała mu, wyciągając rękę, żeby jej nie objął. - Najpierw interesy.

- Gdzie są wszyscy? Zebranie ma się zacząć za dziesięć minut.

- Zostało przesunięte o pół godziny.

- Nikt mnie nie powiadomił.

Uśmiechnęła się lekko.

- Ja poprosiłam Brada o półgodzinne opóźnienie. Chcę omówić coś z tobą przed rozpoczęciem zebrania.

- Co?

Joanna przysiadła na skraju stołu konferencyjnego, skromnie krzyżując długie nogi.

- Będziemy wybierać nowego prezesa i dyrektora generalnego.

Paul pokiwał głową.

- Greg. Wiem.

- Nie jesteś zbytnio uszczęśliwiony.

- Czemu miałbym być?

- Kogo innego polecasz? - zapytała z tym samym trochę chłodnym uśmiechem.

- Greg za mało wie, żeby kierować korporacją - powiedział Paul cicho, ale z przejęciem. - Dobra, wiem, nie powinniśmy mówić źle o zmarłym, ale jego ojciec doprowadził firmę na skraj bankructwa.

- A ty ją uratowałeś.

Z zakłopotaniem przyznał jej rację.

- Musiałem praktycznie walnąć go w łeb, żeby wreszcie zajarzył.

Wszystkie ważne linie lotnicze na świecie zaczęły zabiegać o klipry rakietowe, gdy Paul przepchnął projekt poza fazę rozwoju. Mimo powodzenia, jakim cieszyły się statki, Gregory'emu Mastersonowi II niemalże udało się zrujnować Masterson Aerospace. Może właśnie z powodu sukcesu, pomyślał teraz Paul.

A młody Greg palił się, by pójść w ślady ojca.

- Chce zamknąć Bazę Księżycową - podjęła Joanna cicho. - Tak mi powiedział.

- Nie pozwolę mu na to!

- Dlaczego?

- To przyszłość kompanii... narodu, cholera, całej rasy ludzkiej!

Joanna przez chwilę siedziała w milczeniu, badawczo wpatrując się w Paula. Wreszcie powiedziała:

- Pierwszym punktem porządku dzisiejszego zebrania będzie wybranie mnie do rady na miejsce Gregory'ego.

- A potem wybiorą młodego Grega na prezesa i dyrektora generalnego - dopowiedział Paul, zaskoczony ogromem goryczy we własnym głosie.

- Najpierw będą nominacje.

- Brad wysunie jego kandydaturę.

- Tak. A ja twoją.

Zamrugał ze zdziwienia. Wezbrała w nim nadzieja. Potem zrozumiał.

- Aby pokazać, że w firmie nie ma nepotyzmu.

Joanna pokręciła głową.

- Znam swojego syna lepiej niż ty, Paul. Nie jest gotów stanąć na czele korporacji. Zniszczyłby ją i siebie.

- Naprawdę chcesz, żebym został dyrektorem?

- Nie tylko - powiedziała Joanna, zsuwając się ze stołu i stając przed Paulem. - Chcę, żebyśmy się pobrali.

Paulowi zaparło dech ze zdumienia.

- Mielibyśmy się pobrać?

Joanna z uśmiechem zarzuciła mu ręce na szyję.

- Lubię być małżonką dyrektora. Po prostu nie lubiłam poprzedniego szefa. Z tobą będzie inaczej, prawda? Zupełnie inaczej.

Umysł Paula pracował na najwyższych obrotach. Dyrektor generalny. Małżeństwo. Ona mnie nie kocha, nie naprawdę, lecz jeśli się pobierzemy, a ja zostanę szefem, utrzymamy Bazę Księżycową, dopóki nie zacznie na siebie zarabiać. Prawdopodobnie Joanna robi to, żeby dać Gregowi trochę czasu na dorośnięcie. Prędzej czy później będzie chciała przekazać korporację jemu.

Joanna lekko pocałowała go w usta.

- Nie uważasz, że małżeństwo to dobry pomysł? Jak fuzja, tylko znacznie bardziej zabawny.

- Wyjdziesz za mnie? - zapytał Paul.

- Jeśli poprosisz.

- I wysuniesz moją kandydaturę na dyrektora generalnego?

- Zostaniesz wybrany, jeśli ja cię nominuję.

Ma rację, pomyślał. Jeśli nie poprze własnego syna, reszta rady też się od niego odwróci. Do diabła, jestem jednym z liderów korporacji. Ocaliłem firmę przed bankructwem. Dzięki zyskom z kliprów wszyscy zostali bogaczami. Połowa z nich będzie się bała głosować przeciwko czarnemu, żeby nie zostali posądzeni o dyskryminację. A ja będę mógł ochronić Bazę Księżycową przed Gregiem i Bradem. Nie pozwolę im jej zamknąć.

- Niech będzie - powiedział, zaskoczony dziwnym skurczem w gardle. - Wyjdziesz za mnie?

Joanna roześmiała się głośno.

- Jakie to romantyczne!

- To znaczy... no, wyjdziesz?

- Oczywiście, Paul. Jesteś dla mnie jedynym mężczyzną na świecie.

Paul pocałował ją, świadom, że żadne z nich nie wspomniało słowem o miłości.

MARE NUBIUM

Linia terminatora sunęła mu na spotkanie z nieuchronnością bezlitosnego wszechświata. W jednej chwili znajdował się w cieniu, w następnej w palących promieniach słońca. Niebo nad głową nadal było czarne, ale blask odbijający się od gruntu przyćmił gwiazdy, które widział wcześniej.

Pompa gdzieś w plecaku zabulgotała i wentylator w hełmie zawył bardziej przenikliwie. Paul pomyślał, że słyszy jęczenie metalu lub plastiku, spowodowane nagłym wzrostem temperatury.

Popatrzył przed siebie. Na setki metrów grunt skrzył się jak posypany klejnotami. Światło słońca wzbudzało fluorescencję w minerałach rozproszonych w powierzchniowej warstwie regolitu. Efekt znikał po paru minutach, ale wielu spośród pierwszych pracowników na Księżycu naprawdę myślało, że znaleźli diamentowe pola: księżycowy odpowiednik złota głupców.

Regolit rzeczywiście skrywa prawdziwe bogactwo, jednak wcale nie złoto czy diamenty. Tlen. Opium dla mas. Narkotyk: raz wciągnij go w płuca, a jesteś uzależniony do końca życia.

Skończ z tym, Stavenger, złajał się w myślach. Odbija ci na stare lata. Wyprostuj się i skup na tym, co robisz.

Brnął uparcie przed siebie, ale myślami wrócił lata wstecz, gdy po raz pierwszy ujrzał wspaniałość Księżyca. W planetarium, pamiętał. Miał nie więcej niż dziesięć czy jedenaście lat. Oglądaliśmy filmy z Księżyca i astronautów skaczących w radości niskiej grawitacji, a lektor mówił, że pewnego dnia my, dzieciaki, polecimy na Księżyc, żeby kontynuować badania.

Levitt, przypomniał sobie. Stary doktor Levitt. Umiał przemówić do wyobraźni dziecka. Wtedy połknąłem bakcyla, pomyślał. Po seansie poszedł do wykładowcy i zapytał, czy mógłby zostać na drugi. Obdarzony łagodnym głosem pyzaty okularnik - uderzająco podobny do sowy - okazał się być dyrektorem planetarium. Zabrał go do swojego gabinetu i przez całe popołudnie pokazywał mu książki i nagrania dotyczące badań kosmosu.

Ojciec Paula większość czasu spędzał na morzu. Jego szkolni koledzy byli albo biali, albo czarni, i każda frakcja żądała od niego absolutnej lojalności. Rozdarty między nimi, w końcu przemienił się w samotnika i żył w świecie fantazji, dopóki nie odkrył marzenia o eksploracji Księżyca. Stał się częstym gościem w planetarium, pochłaniającym wszystkie książki i filmy, ulubionym pupilem doktora Levitta, a potem, kiedy osiągnął wiek męski, jego przyjacielem. To Lev załatwił mu stypendium na MIT, co otworzyło mu drogę do kariery astronauty, to Lev rozkleił się i zapłakał, gdy Paul po raz pierwszy wystartował z przylądka Canaveral.

Paul przebywał na Księżycu, gdy staruszek umarł, cicho, spokojnie, tak jak żył: pisząc list polecający dla innego biednego dzieciaka, który potrzebował wsparcia.

Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie Lev, pomyślał. Nawet gdybym miał tu zginąć, będę mu wdzięczny za wszystkie dobre chwile, które spotkały mnie w życiu.

Wiedział, że wrażenie ma charakter bardziej psychologiczny niż fizyczny, jednak gdy padły na niego promienie słońca, poczuł się tak, jakby z klimatyzowanego budynku wyszedł na piekielnie gorący parking. Ładny mi parking, pomyślał, idąc dalej. Pylisty, szary regolit wyglądał jak niewykończona nawierzchnia, kostropata i nierówna. Mare Nubium, pomyślał. Morze Chmur. Najbliższy zbiornik wodny znajduje się czterysta tysięcy kilometrów stąd.

A jednak falisty grunt w istocie trochę przypominał powierzchnię morza. Morza, które zamarzło na kamień. Pewnie kiedyś, gdy uderzył meteoroid, twórca tego basenu, rzeczywiście było tu morze - morze rozgrzanej do czerwoności lawy. Ile lat temu? Trzy i pół miliarda? Plus minus tydzień.

Brnął dalej, jedna stopa przed drugą, starając się nie spoglądać na termometr na panelu wyświetlaczy.

Jego myśli znów zaczęły błądzić.

Nigdy nie powiedziałem jej, że ją kocham, przypomniał sobie. Na pewno nie wtedy. Powiedzmy, że byłem zbyt zaskoczony. Wyjdź za mnie, a ja zrobię cię dyrektorem. Ona też nigdy nie powiedziała, że mnie kocha. To był interes.

Niemal się roześmiał. Małżeństwo jest jednym ze sposobów na zakończenie romansu, jak sądzę.

Ale Gregowi wcale nie było do śmiechu ani wtedy, ani później. Nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek widział uśmiech na jego twarzy. Nie u naszego małego Grega, o nie.

Droga przez Układ Słoneczny: Księżyc #1 - Wschód Księżyca

Autor: Ben Bova
Wydawnictwo: Solaris
Miejsce wydania: Olsztyn
Wydanie polskie: 5/2003
Tytuł oryginalny: Moonrise: Moonrise
Wydawca oryginalny: Avon Books
Rok wydania oryginału: 1996
Seria wydawnicza: Droga przez Układ Słoneczny
Liczba stron: 464
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-88431-57-9
Wydanie: I
Cena z okładki: 35,80 zł


blog comments powered by Disqus