Zimne Słońce

Autor: Tadeusz A. Olszański
10 listopada 2006

Pamiętam, jak czytałem tę powieść na ostatniej stronie "Expressu Wieczornego"; w odcinkach, chyba wyrywkowo, gdzieś pod koniec 1960 r. Potem przeczytałem ją w całości - i zapamiętałem na tyle, by tego lata w Błażejewku kupić natychmiast, bez zastanowienia. A czytając po latach Jeńców płonącej otchłani Borysa Fradkina, nie odczułem zawodu. Zestarzała się znacznie mniej, niż opublikowana w tym samym roku (w oryginale) debiutancka powieść braci Strugackich, o której pisałem w "Miesięczniku" nr 165. Między innymi dlatego, że przez ostatnie dziesięciolecia w eksploracji wnętrza naszej planety zrobiliśmy znacznie mniejszy postęp, niż w poznawaniu Układu Słonecznego. Ale nie tylko dlatego. To po prostu jest znacznie lepsza książka.

Streszczę tu książkę Fradkina, gdyż wydana w 1961 r. w nakładzie 8 tyś. egzemplarzy, jest dziś praktycznie niedostępna. Akcja zaczyna się startem PW-313, statku podziemnego o napędzie termojądrowym (oczywiście sowieckiego, ale przejawia się to tylko w rosyjskich nazwiskach członków załogi). Jego zadaniem jest przekroczenie nieosiągalnej dotychczas głębokości czterdziestu kilometrów i dotarcie do astenosfery. Na pokładzie, obok doświadczonych "żeglarzy podziemi", jest geolog, Mikołaj Diegtiarew oraz fizyk, Walentyn Biront. Ten ostatni zamierza sprawdzić swą teorię, zgodnie z którą pod wpływem wzrostu ciśnienia powyżej pewnej wartości, materia zaczyna się ochładzać, bo ciśnienie uniemożliwia ruch cząstek elementarnych.

Rejs przebiega pomyślnie, bariera zostaje łatwo przełamana, a załoga, zamiast zgodnie z rozkazami zawrócić, podąża w kierunku środka Ziemi. Na głębokości stu kilometrów liczniki promieniowania wykrywają mezony, które muszą pochodzić z wnętrza Ziemi, jest to zgodne z teorię Bironta, który jednak oczekiwał ich znacznie głębiej. Na głębokości trzystu kilometrów wchodzą w sferę rozpadu struktur ultrakrystalicznych i muszą przejść przez sferę hipocentrów, gdzie rodzą się trzęsienia ziemi i dryf kontynentów. Po przekroczeniu go chcą zawrócić, ale nie mogą; przy wyjaśnianiu przyczyn ginie pierwszy z członków załogi. Okazuje się, że odkryte przez nich promieniowanie współdziała z polem magnetoplazmowym, chroniącym statek przez zgnieceniem, uniemożliwiając skręcenie. Że zaś statek nie ma biegu wstecznego, mogą posuwać się tylko naprzód, ku środkowi Ziemi. Nie od razu uświadomią sobie, że stamtąd mogą wrócić na powierzchnię - wszak Ziemia jest kulą... Więc prą naprzód, a załoga nie przerywa badań naukowych, choć nie ma pewności, czy ich wyniki uda się jakkolwiek przekazać na powierzchnię. Opracowują nawet projekty ulepszeń konstrukcji statków podziemnych.

Teoria ochładzania materii okazuje się prawdziwa. Po przekroczeniu głębokości tysiąca dwustu kilometrów, na statku robi się coraz chłodniej. Materia znalazła się w nowym stanie: jest zarazem gorąca i zimna. Statek przedziera się przez złoża tlenu i helu, mających twardość hartowanej stali. Nim załoga wpadnie na pomysł, jak przestawić wewnętrzną klimatyzację z chłodzenia na ogrzewanie, mrozy spadną znacznie poniżej syberyjskich ekstremów, a kilku ludzi (w tym Biront) umrze. Potem ciśnienie ustabilizuje się na poziomie dwustu milionów atmosfer; temperatura dodatnia osiągnie dwa tysiące stopni, a ujemna - półtora tysiąca! Jądro ziemi jest masą bezatomowej materii oraz antymaterii: to właśnie stopniowy spadek ciśnienia powoduje powstawanie ze strumienia, pochodzącego z tego tygla, promieniowania atomów, a potem pierwiastków, molekuł i związków chemicznych, a wreszcie - struktur krystalicznych, w których ostatecznie wygasa promieniowanie tego "Zimnego Słońca".

Przedostatni członek załogi ginie od promieniowania, którego nie jest już w stanie powstrzymać pole chroniące statek. Antymaterialna składowa jądra "pożera" to pole, jednak na tyle powoli, że PW-313 dociera do ścisłego centrum Ziemi, gdzie ostatecznie zanika ciążenie i można skierować statek w górę. Konający na chorobę popromienną, nie obeznany z nieważkością Diegtiarew uruchamia system żyroskopowy. Resztę zrobią automaty. Za kilka miesięcy statek, niosący martwą załogę i bezcenną wiedzę wyłoni się na powierzchnię pustyni Gibsona (zachodnia Australia).

*

Jak widać, jest to "twarda" SF w starym stylu. Autor szczegółowo opisuje statek i sposób jego poruszania się, umożliwiający (Fradkin zadbał i o to) zasklepianie się szybu, drążonego przez statek, zaraz po jego przejściu. Opisuje metodę ultradźwiękowej łączności statek-powierzchnia, która okaże się zawodna. Na statku panuje stały hałas, termojądrowy silnik i inne systemy sterowane są mechaniką i automatyką rodem z lat pięćdziesiątych, na pokładzie jest jednak "mózg elektronowy". I jak w klasycznej fantastyce, bohaterami są ludzie, szczerze oddani swej pracy, których poznajemy przez ich działania (oraz wspomnienia). A opowieść o nich jest hymnem na cześć woli poznania i działania, odwagi w obliczu nieuchronnej śmierci.

Zarysowana wyżej szkicowo koncepcja procesów, zachodzących we wnętrzu Ziemi, fascynuje rozmachem. Oprócz już zasygnalizowanych elementów, ta fizyka wyjaśnia mechanizm trzęsień ziemi i dryfu kontynentów (ten ostatni był wówczas słabo udokumentowaną hipotezą) oraz pochodzenie i naturę zmian ziemskiego pola magnetycznego. I jest ona spójnie, logicznie uargumentowana: jeśli autor każe np. materii ochłodzić się poniżej zera bezwzględnego - potrafi to uzasadnić na gruncie ówczesnej wiedzy fizycznej.

Dziś, po przewrocie w wiedzy o ziemi, jaki przyniósł rozwój badań nad polem magnetycznym i falami sejsmicznymi, wiemy, że ta teoria (bo to jest spójna teoria, choć szkicowo przedstawiona) jest fałszywa. Choć - czy rzeczywiście to wiemy? Czy mamy niewzruszoną pewność, że właściwie interpretujemy wyniki pośrednich technik badawczych? W końcu najgłębsze wiercenia sięgnęły ledwie 12 kilometrów...

Tak czy owak jest to znacznie sensowniejsza fizyka, niż ta, która legła u podstaw Jądra Ziemi, gdzie nie tylko wymienione jądro zatrzymuje się samo z siebie, ale też można zaaplikować mu - z amerykańską obcesowością - "defibrylację" bombami jądrowymi. Może ktoś wznowiłby powieść Fradkina?

Recenzja pochodzi z fanzinu "Miesięcznik ŚKF" #178 (7/2005).

Jeńcy płonącej otchłani

Autor: Borys Fradkin
Wydawnictwo: Iskry
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 1961
Tytuł oryginalny: Plienniki pyłajuszcziej biezdny
Rok wydania oryginału: 1959
Liczba stron: 195
Oprawa: miękka
Wydanie: I



blog comments powered by Disqus