Recenzja książki "Uczta dusz"

Autor: Sir Alexander
Korekta: Zunia
26 maja 2012

Magia niejedno ma imię. Dla pewnych twórców jest wytrychem, pozwalającym osiągnąć dowolny efekt fabularny bez oglądania się na koszty, czyli – mówiąc krótko – umożliwiającym owego efektu wyczarowanie; inni próbują upleść z niej sznur bardziej… materialny, wynajdując fizyczne i quasi-naukowe wyjaśnienia powiązanych z nią fenomenów, a samą magię racjonalizując. Celia Friedman należy do drugiej grupy. Słynna pisarka zdążyła już udowodnić, że potrafi do pozornie skostniałego gatunku, powoli tonącego pod ciężarem banału (słowa cierpkie, więc warto pamiętać, że nie do wszystkich przejawów fantastyki kierowane!) wprowadzić coś świeżego, nowego, dającego „kopa”. Tak było w „Trylogii Czarnego Słońca” – wyjątkowo udanym crossoverze fantasy i science fiction. „Uczta dusz” to następne słowo Friedman w temacie: interesujące, cenne i – wszystko na to wskazuje – nieostatnie!

Zacznijmy od podstaw świata przedstawionego. Jest w nim magia. Są także ludzie ową magią zdolni władać. Dzielą się na dwie grupy. Do pierwszej należą czarownice, które uprawiają swoją sztukę, konsumując… własne dusze (każde rzucone zaklęcie jest równoznaczne z przyśpieszeniem śmierci). Do drugiej zaliczają się czarnoksiężnicy, zwani Magistrami, którzy czarują, czerpiąc energię z… dusz innych ludzi. Tutaj dochodzimy do sedna: w „Uczcie dusz” wszelkie hokus pokus ma swoją cenę i jak wynika z powyższych zdań, jest to cena ostateczna. Istnieją także dalsze ograniczenia. Na przykład takie, że Magistrami nie zostają kobiety. I jeszcze jedno: o tym, że Magistrowie zużywają cudze dusze wiedzą tylko… inni Magistrowie. Można to zrozumieć, prawda? Ludzie mogliby z większą rezerwą podchodzić do ich sztuczek, gdyby mieli pojęcie, że dzieje się to na ich rachunek. Sytuacja daleka od kanonów społecznej sprawiedliwości, ale cóż poradzić: takie jest życie.

A może raczej: takie było życie do tej pory, bowiem w uporządkowany układ zależności wkradły się… aberracje. Takie jak Kamala, sprzedana przez matkę, potrzaskana przez los ladacznica z miejskich rynsztoków, która ma w sobie dar czucia magii oraz dość wściekłości, by przełamać wszelkie bariery i zostać pierwszą kobietą-Magistrem. Jej triumf zmieni status quo społeczności nieśmiertelnych i wszechwładnych magów, ale ostatecznie, okaże się wydarzeniem drugorzędnym. Oto bowiem do ludzkiego świata wracają pradawne demony, Duszożercy, ikati. Te potężne stworzenia już kiedyś zepchnęły ludzkość na skraj przepaści. Pokonane niewysłowionym wysiłkiem, przez setki lat zbierały siły. Są gotowe na rewanż. Są głodne. Są niemal niepokonane. I – tym razem – mają pośród ludzi sojuszników, równie bezwzględnych, co one same…

Celia Friedman nigdy nie ukrywała, że priorytetem w jej literackim ogródku jest science fiction, natomiast fantastyczne „wyskoki” są po prostu reakcją na określony popyt (dowartościowujący fantastykę kosztem science fiction). Po takim oświadczeniu można by się spodziewać, że Friedman do „chałtury” podejdzie z rezerwą, ograniczając zużycie twórczych sił i wydatek talentu. A jednak, w „Uczcie dusz” filozofia ta nie znalazła widocznego odzwierciedlenia. Mało tego, powieść można określić mianem bliskiej perfekcji. Dobrze przemyślana, bardzo starannie skonstruowana fabuła to tylko jeden z mocnych filarów książki. Kolejnym są interesujące portrety bohaterów, ludzkich, niejednoznacznych, zdecydowanie antypapierowych. Żywiołowa, przejrzysta narracja w przystępny sposób pozwala zanurzyć się w świecie przedstawionym. Ostatni argument to idealne wyważenie wątków. A w książkowym tyglu wymieszane zostały najprzeróżniejsze: oprócz tych poświęconych „mechanice” magii (wyjaśniających jej unikalną ideę), znajdziemy nawet ślad romansu, sporo elementów klasycznej przygody czy wreszcie delikatne political fiction osadzone w alternatywnych, średniowiecznych realiach. Jak to zwykle u Friedman bywa, efekt, a więc historia zamknięta na sześciuset stronach, jest wypadkową tych wszystkich niuansów i zachwyca głębią pomysłu oraz dojrzałością warsztatu.

„Uczta dusz” to fantasy z wyższej półki, choć w trakcie lektury, gdzieś z tyłu głowy może kołatać nieśmiałe skojarzenie z… dziełami takiej choćby Trudi Canavan. Podobieństwo jest jednak złudne i powierzchowne, dotyczy przede wszystkim roli kobiet (awansujących z pozycji outsiderek, przebijających się powoli lecz konsekwentnie do samego środka okręgu wyznaczonego przez, mających monopol na władzę, mężczyzn). Powieść Friedman robi wrażenie i zapada w pamięć. Problemy bohaterów zdają się być autentyczne i niewydumane, a konstrukcja uniwersum ujawnia, że stworzenie tej książki nie było jedynie pustym pretekstem, aby powiększyć dorobek twórczy autorki. Czego chcieć więcej od dobrej fantastyki? Co najwyżej równie udanej kontynuacji, bowiem „Uczta dusz” nie jest przygodą jednorazową, a bardzo obiecującym otwarciem nowej trylogii.

Magister #1 - Uczta dusz

Autor: Celia S. Friedman
Tłumaczenie: Grażyna Grygiel, Piotr Staniewski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 4/2012
Tytuł oryginalny: Magister: Feast of Souls
Rok wydania oryginału: 2007
Liczba stron: 608
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788378391166
Wydanie: I
Cena z okładki: 42 zł



blog comments powered by Disqus