"W przededniu" - recenzja książki




Kosmiczne rozczarowanie


Kiedy w 1985 roku ukazała się Gra Endera, wielbiciele science fiction zachłysnęli się z zachwytu. Obsypana nagrodami Hugo i Nebula książka na zawsze weszła do kanonu gatunku, a jej autor w poczet czołowych pisarzy. Teraz po prawie 30 latach Card wrócił do prapoczątków historii opisanej w Grze, by tym razem opowiedzieć, jak doszło do rozpoczęcia pierwszej wojny z Formidami (jak po łacinie nazwano Robale).

Tym razem zamiast losów młodego chłopca, właściwie dziecka wrzuconego w piekło Szkoły Bojowej, śledzimy przygody 17-letniego Victora, niezwykle uzdolnionego inżyniera wchodzącego w skład załogi górniczego statku "El Cavador". Kiedy teleskopy wykrywają dziwny obiekt poruszający się w głębokiej przestrzeni poza granicami Pasa Kuipera, uruchomiony zostaje ciąg zdarzeń, który może zaważyć na losach ludzkości.

Fabułę obserwujemy z perspektywy trójki głównych bohaterów. Pierwszym z nich jest wspomniany wyżej Victor, młodzieniec niemalże genialny (w praktyce nie ma urządzenia, którego Vico nie potrafiłby naprawić), o charakterze i osobowości czyniących z niego obiekt powszechnego szacunku i dumy. Drugim protagonistą jest Lem Jukes, syn właściciela największej korporacji w Układzie Słonecznym, dowodzący statkiem "Makarhu" w czasie misji testowej najnowszego lasera służącego do prac wydobywczych, twórczo zwanego glaserem. Oczywiście, żeby dorównać Victorowi, Lem także jest niezwykle utalentowany, jako biznesmen potrafi podejmować śmiałe decyzje i za wszelką cenę brnie do celu. Do tej grupy młodych i wspaniałych dołącza, działający dla odmiany na Ziemi, kapitan Wit O'Toole z Policyjnego Oddziału Polowego (POP), czyli supertajnej i niezwykle groźnej formacji wojskowej. Wit jest typem profesjonalnego żołnierza, a jednocześnie pała do swoich podkomendnych ojcowską miłością. Na koniec trzeba wspomnieć, że Card wprowadza jeszcze dwie postacie, których losy będzie można śledzić w następnych częściach cyklu, a mianowicie Imalę Bootstamp, pracownicę Lunarnego Wydziału Handlu, oraz doskonale znanego z Gry Mazera Rackhama, bez którego Ziemia zmieniłaby się w kupkę kosmicznego pyłu.

Jak widać powyżej, każda z postaci jest pod jakimś względem niezwykła, szczególnie uzdolniona i w ogóle "naj". Vico gra rycerza bez skazy i zmazy, który bez mrugnięcia okiem rzuci się ratować ukochaną, rozbitków z innego statku, a wreszcie ludzkość (w tej kolejności). Nie straszna mu groźba śmierci ani kalectwa, w końcu jego przeznaczeniem jest ocalenie Ziemi. Szkoda, że w pogoni za doskonałością autor zapomniał dodać mu chociaż kilku cech, które pozwoliłyby się z nim bardziej utożsamić. Dla odmiany Lem potrafi być cynikiem i wykazać się bezwzględnością. Można podejrzewać, że w zamierzeniu Carda miał być postacią z początku negatywną, by potem zyskać sympatię czytelników. W praktyce obraz człowieka, który niby to stara się uciec z cienia swojego ojca, a z drugiej postępuje tak jak on, nie wzbudza pozytywnego odzewu. Okresowe momenty patetycznych uniesień, w których Jukes postanawia pomóc w rozprawieniu się ze statkiem obcych, wyglądają cokolwiek karykaturalnie. Najlepsze wrażenie sprawia kapitan O'Toole – tutaj trzeba przyznać, że sposób, w jaki został przedstawiony, jest realistyczny i nie wyidealizowany. Tacy twardzi, a jednocześnie wzbudzający sympatię, żołnierze są w stanie zapisać się pozytywnie w pamięci czytelników. Szkoda, że jego rola ogranicza się tylko do komenderowania grupą kadetów oraz przedstawienia postaci Mazera, który w tej części występuje jedynie epizodycznie. Zaś o Imali można powiedzieć tylko tyle, że jest uzdolnioną pracownicą z nadmiarem ambicji, przez co ląduje nie dokładnie tam, gdzie sama by chciała, ale za to tam, gdzie potrzebna jest autorowi, żeby odegrać rolę deus ex machina.

Co do samej fabuły, to sprowadza się ona do sztampowego zestawu motywów – scenek z życia codziennego załogi, podróży gwiezdnych, kilku lekko dramatycznych momentów i odpowiedniej dawki właściwej akcji dla podniesienia ciśnienia. Wszystko to niestety pływa w mętnym sosie, któremu zdecydowanie brak pikantnych przypraw. Nic w zasadzie nie jest w stanie czytelnika zaskoczyć, co nie dziwi, ponieważ zakończenie wyprawy obcych do naszego Układu znane jest od czasu Gry. Autor dodatkowo chodzi na skróty w odniesieniu do warstwy technologicznej. Jeśli jakieś urządzenie jest potrzebne, to z pewnością skonstruuje je Victor, gdy trzeba obmyślić nowy sposób użycia glasera, pomocą służy Lem i nie ma znaczenia, że nie jest inżynierem – jak wiadomo, laicy wpadają na najlepsze pomysły. Mazer i reszta kadetów potrafią wymyślić w sekundę taką taktykę, że zawodowcy z POP-u (do których mają przecież dołączyć) są zupełnie bezradni i idą na przysłowiowy odstrzał, a gdyby ktoś nie mógł zrozumieć, czemu obcy niszczą wszystko na swojej drodze, to mechanicy z "El Cavadora" ze znawstwem opiszą działanie napędu, którego jeszcze ludzkość nie stworzyła. Nikogo przecież nie zdziwi, że górnicy na zdezelowanym statku znają się na właściwościach napędów plazmowych stworzonych przez wyżej stojącą cywilizację.

Porównując W przededniu do duchowej antenatki, a przy tym fabularnej następczyni, jaką była Gra, trzeba stwierdzić, że obie książki dzieli przepaść liczona, gdyby odwołać się do terminologii kosmicznej, w latach świetlnych. Podczas gdy historia Endera była fascynującą podróżą w głąb psychiki bohaterów, zwłaszcza sześcioletniego protagonisty, przedpowieść o Victorze i spółce jest miałką opowiastką, niemal pozbawioną dramatyzmu i głębszego przesłania, chyba że za takie uznamy hasło – ratujmy Ziemię! Sprawdza się ono w przypadku akcji ekologicznych, tutaj jednak brzmi strasznie infantylnie. Postaciom wygłaszającym szumne przemowy o poświęceniu brakuje rysu, który nadałby im cechy w pełni ludzkie. Można zrozumieć i zaakceptować chęć poświęcenia życia dla większej sprawy, ale tylko kiedy jest to umocowane w kontekście charakteru danej osoby. W przeciwnym razie otrzymujemy papierowych bohaterów, rodem z komiksów Marvela. Analogia jak najbardziej na miejscu, ponieważ współautor Aaron Johnston w posłowiu wyraźnie podkreśla, że Scott Card zwrócił się do wydawnictwa Marvel z propozycją wydania nowej serii ze świata Endera. I w ten sposób czytelnicy otrzymali książkowe rozwinięcie komiksowej historii, w której na pierwszy plan wyciągnięto tło Gry z nowymi postaciami. Szkoda, że całość wyszła taka jednowymiarowa. Zmarnowano szansę na pogłębienie osobowości protagonistów, nie pozwalając im wyrwać się z przypisanego szablonu, właściwie jedynym wyjątkiem jest Concepcion Querales – pani kapitan "El Cavadora". Niestety, jeden chlubny przypadek to zdecydowanie za mało, żeby zmienić wrażenie, jakie wywołują wszyscy pozostali.

Podsumowując, trzeba stwierdzić, że Cardowi udało się coś, z czego naprawdę nie powinien być dumny. Dosłownie wykastrował swoją najnowszą książkę z wszystkich aspektów, za jakie pokochali go czytelnicy jego wcześniejszej twórczości. W zamian otrzymali niewyróżniającą się niczym wariację na temat kolejnej inwazji obcych na Ziemię i przygód jej dzielnych obrońców. Dokładnie to samo, co mogliby przeczytać w komiksach, tyle że tam cieszyliby się atrakcyjniejszą formą, co w pewnym stopniu mogłoby zniwelować ubytki w warstwie fabularnej i charakterologicznej. Książki nie ratuje nawet fakt, że objaśnia, jak doszło do kolejnych konfliktów z Robalami, skąd się wziął Mały Doktor czy też jakie były początki Szkoły Bojowej. To wciąż jest tylko i wyłącznie tło, na którym pisarz przed laty zbudował fascynującą opowieść o człowieczeństwie i cenie, jaką trzeba za nie zapłacić. Tego w W przededniu zdecydowanie zabrakło. Orson Scott Card mógł rozwinąć legendę, wybrał jednak komercję i tego wielbiciele Endera mogą mu nie wybaczyć.
 

W przededniu

Autor: Orson Scott Card
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 3/2013
Tytuł oryginalny: Earth Unaware
Wydawca oryginalny: Tor Books
Rok wydania oryginału: 2012
Liczba stron: 376
Format: 142x202 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788378394808
Wydanie: I
Cena z okładki: 35 zł


blog comments powered by Disqus