Fragment #3 z książki "Zaginione wrota"


Fragment rozdziału 2

W święta Bożego Narodzenia przyjechali Grecy.

Nie żeby którakolwiek z rodzin miała na tyle słabą wolę, by obchodzić Boże Narodzenie. Po prostu był to czas, kiedy większość świata indoeuropejskiego dostawała kilka dni wolnych od pracy. A że to plemiona indoeuropejskie niegdyś czciły magów z Westilu jako bogów, większość rodzin miała wakacje razem z potomkami swoich wyznawców.

Rodzina perska została unicestwiona – zupełnym przypadkiem – przez Tamerlana tysiąc lat wcześniej, rodzina sanskrycka zaś żyła w nędzy w odciętej od świata osadzie na przedgórzu Himalajów. Grecy natomiast świetnie sobie radzili, głównie dlatego, że w każdym kolejnym pokoleniu mieli Posejdona – maga morza, który pilnował, by ich statkom dobrze się powodziło, a statkom rywali nie. Owszem, mocno osłabli od czasu, kiedy Loki zamknął wrota, ale zostało im dość mocy, żeby zachować przewagę nad konkurencją.

Dlatego kiedy trzy długie czarne samochody nieomylnie przebiły się przez czary mające utrudnić odnalezienie osady rodziny Northów, wszyscy od razu wiedzieli, że to Grecy przyjechali na jedną ze swoich okresowych „niezapowiedzianych inspekcji”.

Nie żeby dorośli byli tym zaskoczeni. Kilka dni przed przybyciem Greków wrócił Thor. Jego zadaniem było prowadzenie siatki suszłaków, którzy mieli obserwować pozostałe rodziny – w tych czasach siatka składała się głównie z, mówiąc w przenośni, magików komputerowych, którzy podłączyli się do elektronicznych systemów łączności pozostałych rodzin. Z przechwyconych rozmów wynikało, że zanosi się na inspekcję, a ponieważ Grecy mieli najwięcej pieniędzy, było najbardziej prawdopodobne, że oni ją przeprowadzą.

Northowie zawsze musieli ostentacyjnie demonstrować wolę współpracy i pokorę, żeby uniknąć wywołania następnej wojny. Z ostatniej ich rodzina wyszła jeszcze mniejsza i słabsza od Sanskrytów – ale konkurenci, zwłaszcza Grecy, mimo to nie tracili czujności.

Dlatego Danny, który we wrześniu skończył trzynaście lat, stanął w szeregu razem ze wszystkimi kuzynami. Był już dość wysoki, żeby być w drugim rzędzie; aby uniknąć kuksańców (albo czegoś gorszego) od starszych chłopaków i otwartego lekceważenia ze strony dziewczyn, zajął miejsce na samym końcu i spuścił głowę. Nie zrobił tego jednak zbyt demonstracyjnie – nie chciał ściągnąć na siebie uwagi przesadnie uniżoną pozą.

Grecy wysiedli z samochodów przed drzwiami starego domu. Nikt tam już nie mieszkał, a kiedyś życie rodzinne tętniło w nim jak w ulu. W pierwszych latach istnienia osady Northowie co rusz dobudowywali do domu kolejne skrzydła i piętra – teraz piął się po zboczu wzgórza niby labirynt kreteński. Najstarsze części miały grubą konstrukcję z belek i dźwigarów, prawie pół metra dzieliło okładzinę ścian zewnętrznych od wewnętrznych ścian z listew pokrytych tynkiem. Między nimi było tylko powietrze i Danny dawno znalazł wejście do tej pustej przestrzeni, w której mógł niewidziany i niesłyszany wałęsać się po obrzeżach domu.

Właśnie w trakcie jednej z wędrówek w ścianach dowiedział się, jak naprawdę wykorzystywane jest Hammernip Hill, i usłyszał wyrzekania starego Gyisha na rozrzedzoną krew rodziny. Jednak od czasu afery ze schwytaniem klantów Danny nie ryzykował podobnych przeszpiegów. Starał się prawie zawsze być przez kogoś widzianym, żeby nikt nie mógł mu niczego zarzucić czy choćby zastanawiać się, gdzie się podział. I całe szczęście, że przyjął taką taktykę, bo Gyish i Zog zwerbowali kilkoro chłopców i dziewczyn, żeby mieli go na oku. W miarę jak dzieci coraz lepiej radziły sobie ze swoimi klantami, Danny’emu coraz trudniej było stwierdzić, czy w danej chwili ktoś go śledzi. Ostatnio przestał nawet opuszczać osadę zrobionymi przez siebie wrotami.

Lecz dziś wiedział, że odbędą się ważne spotkania Greków i rady rodziny, i chciał je podsłuchać. Podczas poprzednich wizyt obserwatorów z innych rodzin był za mały, żeby cokolwiek zrozumieć. A ponieważ Grecy na pewno byli szczególnie wyczuleni na wszelkie oznaki mogące wskazywać, że w rodzinie Northów pojawił się mag wrót – „nowy Loki”, tak by go nazwali – Danny chciał usłyszeć, czy padną z ich strony jakieś oskarżenia. Jeśli tak, nie będzie miał innego wyjścia, jak tylko uciec, mimo że jeszcze nie wpadł na pomysł, jak wydostać się z osady i nie dać się złapać.

Na razie jeszcze wciąż Northowie stali na dworze, na zimnym grudniowym wietrze, i byli przedmiotem inspekcji prowadzonej przez w dużej części tych samych ludzi, którzy nie tak dawno zabili wielu członków ich rodziny.

Grecy chodzili w tę i we w tę wzdłuż szeregu dzieci, uważnie przyglądając się wszystkim po kolei. Niektórzy z nich – zwłaszcza kobiety w średnim wieku – nie kryli pogardy. I co w tym dziwnego? Większość kuzynów Northów była boso pomimo zimna, a ich włosy tylko mgliście pamiętały grzebień czy szczotkę. Wszyscy byli opaleni, umorusani i ubrani w połatane używane ciuchy z Wal-Marta albo darów, wybrane przez oszczędnych dorosłych szacujących rozmiar dziecka na oko.

A Grecy wystroili się jak na pogrzeb bogacza – w ciemne garnitury i suknie, które z pewnością dużo kosztowały. Włosy mieli nienagannie ułożone, a paznokcie wymanikiurowane. Przede wszystkim byli czyści. Eleganckie stroje nosili ze swobodą, jakby ubierali się tak na co dzień, i nie zważali na to, że się pobrudzą, brnąc w brei roztopionego śniegu z zeszłotygodniowej śnieżycy. Jeśli uwalają sobie ubrania, trudno, sprawią sobie nowe. „Stać ich na to, żeby kupić małą planetę”, powiedział kiedyś Thor. Tyle że żadne pieniądze nie mogły kupić dostępu do jednej jedynej planety, na którą wszyscy pragnęli się udać od prawie czternastu stuleci.

Co pewien czas chodzący wzdłuż szeregu Grecy zatrzymywali się przed takim czy innym dzieckiem i zadawali pytanie w starożytnym języku westiliańskim – z którego przed pięcioma tysiącami lat rozwinął się indoeuropejski – a jeden z Northów odpowiadał. Gdyby mówili głośniej, Danny mógłby ich zrozumieć; on jedyny wśród kuzynów biegle tym językiem władał. Mówili jednak cicho, więc dopiero kiedy podeszli bliżej, Danny dosłyszał, że te szeptane słowa to pytania o to, do jakiego rodzaju magii wskazane dziecko przejawia talent.

Powinien im odpowiadać Baba, ale akurat pojechał kupić nowy sprzęt. Danny podejrzewał, że Grecy specjalnie poczekali na jego wyjazd, by mogli porozmawiać z innymi, mniej nawykłymi do udzielania wymijających odpowiedzi. Skutek był taki, że na większość pytań odpowiadała ciocia Tweng – najbardziej małomówna z dorosłych – choć czasem wyręczał ją wujek Poot, bo on najwięcej pracował z dziećmi. Jedno było pewne: żadne pytanie nie pozostało bez odpowiedzi, i to natychmiastowej.

Małe dzieci stojące bezpośrednio przed Dannym nie były interesujące dla nikogo – jeszcze nie ujawniły żadnych szczególnych talentów, chociaż oczywiście potrafiły już wzbudzić małego klanta. Natomiast sąsiadką Danny’ego z prawej była Megan, córka Mooka i Lummy, która właśnie skończyła piętnaście lat, wielce obiecująca magini wiatru. Trochę więc o niej porozmawiano i Danny zauważył, że choć Poot nie mógł się jej nachwalić, to konkretne osiągnięcia, o jakich opowiadał, mówiły o umiejętnościach, które Megan przejawiała już w wieku dziesięciu lat. Każde słowo było prawdą, ale obliczoną na sprawienie wrażenia, że Northowie to żałośnie słaba rodzina – są dumni, kiedy piętnastolatka umie robić coś, co zwykle potrafi utalentowany dziesięciolatek.

To dało Danny’emu do myślenia. Przed laty podsłuchał spór dotyczący tego, czy rodzina powinna okazywać siłę, żeby inni nie śmieli jej atakować i znieważać, czy raczej słabość, by nie budzić zawiści i niechęci.

– Atakują nas nie dlatego, że się nas boją – powiedział wówczas Baba – atakują nas, bo myślą, że to im ujdzie na sucho.

Jednak Gyish, może dlatego, że przewodził rodzinie podczas ostatniej wojny, zajął przeciwne stanowisko.

– Wszystkie rodziny są coraz słabsze i winią za to nas. Ogień nienawiści płonie silnie i długo, Odynie… muszą widzieć, że jesteśmy słabi, by ich nienawiść do nas była zaspokojona.

Najwyraźniej Baba dał się Gyishowi przekonać – albo Gyish pod jego nieobecność nakłonił pozostałych, by przyjęli strategię pokory.

Mithermages - Zaginione wrota

Autor: Orson Scott Card
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 5/2012
Tytuł oryginalny: The Lost Gate
Rok wydania oryginału: 2011
Liczba stron: 448
Format: 140x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788378391517
Wydanie: I
Cena z okładki: 36 zł


blog comments powered by Disqus