"Magdalena"


Z tej wysokości szkolny dzwonek brzmiał cicho i spokojnie. Po chwili boisko zaroiło się krzyczącymi postaciami. Uczniowie młodszych klas pędzili we wszystkie strony chcąc nadrobić czterdzieści pięć minut przymusowej bezczynności. Starsi, nieco stateczniejszym krokiem, opuszczali budynek sadowiąc się na nielicznych ławkach i zajmując inne, uprzywilejowane miejsca. Jasne, czerwcowe słońce zalewało każdy zakątek swym blaskiem. Dzień był gorący. Wszędzie widać było kolorowe koszulki, krótkie spodnie i spódniczki. W drzwiach szkoły pojawiła się kolejna grupa. Szóstoklasiści schodzili po schodach, kierując się ku bramie. Małymi grupkami lub pojedynczo udawali się do domów. Chłopcy w wytartych dżinsach i luźnych koszulach, dziewczęta w skąpych strojach, bardziej pokazujących niż skrywających pączkujące wdzięki. Niektóre w pierwszym, jeszcze niezgrabnie nałożonym, makijażu, inne z tanią biżuterią, kupioną u okazjonalnych sprzedawców. Wszyscy zajęci byli swoimi sprawami, pogrążeni w najnowszych wieściach i plotkach.
Inariel przebiegał wzrokiem po tym tłumku, szukając znajomej twarzy. Bezcieleśnie unosił się kilkadziesiąt metrów nad ziemią, niewidoczny dla nikogo. Wreszcie odnalazł jasnowłosą główkę. Dziewczyna, wysoka jak na dwunastolatkę, szła z dwiema koleżankami. Właśnie dotarły do ulicy. Ich jaskrawe koszulki bez rękawów, kolorowe niczym pióra tropikalnych ptaków, odbijały się ostro od szarości rozgrzanego asfaltu. Inariel zauważył, że Magdalena zmieniła fryzurę. Ścięła włosy tuż przy szyi odsłaniając jasny, smukły kark. Dziewczęta tuż przed skrzyżowaniem wybuchnęły śmiechem i pożegnały się uniesieniem dłoni. Każda poszła w swoją stronę.
Inariel powoli śledził Magdalenę, napawając się jej delikatną urodą. Podziwiał ją. Kiedy patrzył na jej ramiona, czuł przyjemne ciepło przenikające go na wskroś. Żałował, że nie ma cielesnej powłoki. Ileż razy pragnął dotknąć tych ust czy pocałować ten piegowaty nosek. Wiedział, że to zakazane myśli ale teraz był daleko od edhen i mógł sobie pozwolić na chwilę wolności bez ryzyka, że zostanie spostrzeżony. Od tej niewinnej istoty dzieliły go nie tylko tysiące lat istnienia ale i bariera bytu. Dawne wyzwolenie nie stało się tym, czego Inariel i jego pobratymcy oczekiwali. Z każdym stuleciem odkrywali wyraźniej swój błąd.
Magdalena skręciła w wąskie przejście i przecięła plac przed kościołem. W podcieniu wejścia stał młody kleryk uśmiechając się ku dziewczynie. Ta skinęła na powitanie. Inariel przemknął nad nimi, z żalem spoglądając na symbol na szczycie świątyni. Jacy ci ludzie muszą być szczęśliwi, mając w życiu cel. Choćby nawet po śmierci mieli się wszyscy rozczarować, któż im powie, że się mylą? Poczuł wezwanie. Gdzieś w górze szukano go. Oderwał się więc myślami od idącej w dole istoty, uwolnił umysł i poszybował w górę poprzez błękit przekraczając bariery światów. Otoczyła go delikatna, złota poświata, poprzetykana błyszczącymi smugami. Szybował ponad poszarpanymi kłębami chmur, łącząc się z innymi obecnymi tutaj.
-Bracie, gdzie byłeś?
-Szybowałem -
Inariel rozpoznał aurę Golkondiego.- Poszukiwałem samotności.
-Elochim chcieli cię zobaczyć. Już dawno nie cieszyłeś się blaskiem ich mocy...
-Wiem, bracie. Jeżeli Najwyżsi pragną, bym się stawił przed nimi, uczynię to niezwłocznie...
-Tak będzie najlepiej, bracie. Żegnaj więc.
Inariel pozwolił, aby wszechobecny wiatr wypełnił go do ostatka. Delikatne podmuchy uniosły go ku kolejnej sferze. Golkondi miał rację, Inariel dawno już nie łączył się z Nimi. Teraz oczekiwał pierwszego znaku. Coś delikatnie ukłuło go w głębi duszy. Czyżby strach? Niepewność? Otworzył się na absolut. Ale zamiast Najwyższych poczuł aurę innego z braci.
-Drogi Inarielu, czemuż to masz trudności z dołączeniem do Najwyższych?
Nieco zaskoczony odszukał umysłem drugiego malachim.
-Nie wiem, bracie Sandalfonie. Ostatnio dużo przebywałem w samotności, kontemplując ideę istnienia. Może to właśnie jest powodem moich trudności?
-Być może...
- Inariel czuł jak Sandalfon przenika go swoimi myślami, poszukując prawdy. Szybko więc zapytał:
-Skoro Najwyżsi pragną mnie widzieć, nie mogę się sprzeciwiać. Pomożesz mi bracie do nich dotrzeć?
Aura Sandalfona osłabła wyraźnie.
-Wiesz dobrze, że tylko ty sam jesteś w stanie osiągnąć łaskę. Odejdź teraz i oczyść swoją duszę z niepotrzebnych trosk. Wróć, kiedy będziesz gotowy, ja tymczasem wyjaśnię Najwyższym twoją nieobecność.
-Dzięki, bracie -
Inariel szybko opuścił się ku niższym sferom. Wiedział dobrze o tym, co powiedział mu Sandalfon. Nie chciał jednak by odkryto jego prawdziwe pragnienia. Grzeszne pragnienia. Równałoby się to strąceniu. Inariel myślał kiedyś o takiej ewentualności ale nadal napawała go przestrachem. Kara za łamanie praw była jedna i ostateczna. Szeol, pustka, nicość, śmierć.
Kiedy upewnił się, że jest sam, podążył myślami ku błękitnemu globowi. Przeniknął przez granicę światów i spłynął nad miasto. Późne popołudnie wydłużyło cienie i złagodziło żar dnia. Inariel przemknął nad parkiem i odszukał właściwy blok. Właściwe piętro i mieszkanie. Magdalena kąpała się. Jej dziewicze ciało nurzało się w wodzie pokrytej pianą z szamponu. Dziewczyna myła włosy. Obok na stołku leżała czysta bielizna i świeży ręcznik.
Inariel patrzył jak Magdalena spłukuje pianę ze złotych włosów. Odchyliła się do tyłu. Spod wody wychynęły ciemne paciorki sutków. Inariel poczuł znajome drżenie. Ze spokojem i w zupełnej ciszy wpatrywał się w młodzieńcze dłonie, przeczesujące mokre włosy, z namiętnością przyglądał się zamkniętym powiekom, kryjącym błękitne oczy. Magdalena była piękna,tak piękna jak młoda, rozwijająca się róża, która chociaż dopiero rozkłada swe płatki już tchnie prawdziwą urodą.
Nagle drzwi łazienki otworzyły się i do środka zajrzała ciemna głowa młodszego brata dziewczyny. Twarz kąpiącej się wykrzywił grymas wściekłości.
-Spadaj kretynie! Maaaamo! On mnie podgląda!
Chichocząca głowa zniknęła i drzwi zatrzasnęły się. Gdzieś za nimi rozległy się podniesione głosy. Magdalena wyciągnęła korek i podniosła się z wody. Inariel zawiesił na chwilę wzrok na szczupłych biodrach, ale w tym momencie odwrócił wzrok. Czy różnił się czymś od tego smarkacza? Patrząc i napawając się tą nagością okradał dziewczynę. Promień smutku dotknął go gdzieś w środku. Nie, nie może jej tego robić. Czym prędzej opuścił mieszkanie i pomknął ku ciemniejącemu niebu. Tak było lepiej. Teraz jej nie krzywdził choć dla niej samej nie miało to żadnego znaczenia.
Ujrzał pierwsze gwiazdy. Popatrzył w dół na miasto ludzi. Ulicami pędziły auta, na placach bawiły się dzieci, kominy na obrzeżach dymiły lekko. Inariel zastanowił się nad niedoskonałością tego gatunku. Kolejne dzieło Najwyższych. Stworzone nie wiadomo dlaczego. Tajemnice elochim nie znane były nikomu.
Dostrzegł w dali błysk aury. Golkondi zbliżał się powoli. Nie zauważył Inariela do ostatniej chwili.
-Tu jesteś, bracie.
-Tak. Czy znowu ktoś pragnie mnie widzieć?
- Inariel wyrzucił w myśli resztki wspomnień o dziewczynie.
-Tak. Tylko ja - aura Golkondiego nabrała ciepła.- Słyszałem, że dużo czasu spędzasz w samotności. Co cię trapi?
Inariel nieodpowiedział od razu.
-Ja sam, bracie. Powiedz mi dlaczego jesteśmy tacy a nie inni? Spójrz na ludzi. Żyją tam na dole. Mają swoje namiętności, troski i radości. A my?
-Czyż nie jesteśmy od nich doskonalsi? Ich życie jest przerażająco krótkie i kruche. Rodzą się, dorastają i umierają. My trwamy wiecznie -
Golkondi zbliżył się nieco.
-Spójrz w dół, bracie - Inariel wskazał myślą ku miastu. Z jednego z bloków wyszła młoda blondyneczka w kusej dżinsowej sukience i sandałkach - Jest taka młoda i piękna. Czysta. Dlaczego za pół wieku stanie się jak przejrzały owoc? Dlaczego za następne dwadzieścia ziemskich lat rozsypie się w pył?
-Takie są prawa, bracie. Najwyżsi stworzyli ich w taki sposób. Rodzą się w bólu i umierają w samotności.
-Ale cóż oni uczynili, że taki ich los?
-Nie wiem. Zapytaj elochim. Ja wiem tylko, że nie nam to osądzać. Pamiętasz naszych braci, którzy złamali Prawo? Zostali strąceni do szeolu, a my utraciliśmy możliwość przybierania postaci ludzkiej.
-To podobno był nasz wybór...
-Raczej konieczność by uniknąć unicestwienia.
-Niektórzy nadal mogą...
-Wybrani...
-Tak wybrani. To jest Sprawiedliwość?
-Nie wiem. I nie chcę wiedzieć. Naszą rzeczą jest przestrzegać Praw.
Magdalena wsiadła do tramwaju, który ruszył ulicą. Golkondi dostrzegł, gdzie skupia się uwaga Inariela.
-Znowu na nią patrzysz, bracie. Co w niej takiego jest?
-Czy nie można zmienić ich losu?
- Inariel zignorował pytanie towarzysza.
-Nie. Pamiętasz tego elochim, który chciał to uczynić? Pozostali doprowadzili do tego, że został ukrzyżowany. Zabity przez tych, których los próbował odmienić. Jeżeli jemu się nie udało, to my nawet nie powinniśmy o tym myśleć. Tak jest urządzony ten świat, nic na to nie poradzimy. Kiedyś zawiedliśmy elochim i teraz za to płacimy. Strzeż się grzechu Inarielu. Jesteśmy doskonalsi od ludzi ale nie wolni od złych myśli. Porzuć nieczyste pragnienia bo kiedyś cię zgubią..
-Tego nie wolno, tamto zabronione, tak mówi Prawo a tak nie. Za dużo tego dla mnie. Proszę, bracie, zostaw mnie samego. Chcę to wszystko przemyśleć.
-Jak sobie życzysz -
Golkondi rozwiał się w wieczornym wietrze.
Inariel odnalazł tramwaj. Przystanek był niedalekoparku. Magdalena wysiadła w towarzystwie koleżanki w kolorowym sweterku i jaskrawej zielonej spódniczce. Rozmawiając o czymś przeszły ulicę i ruszyły alejką pośród wiązów. Inariel, płynąc w koronach drzew, patrzył w dół. Koleżanka Magdaleny spojrzała na zegarek. Dziewczęta z młodzieńczym wdziękiem puściły się biegiem przez park. Widok ten napełnił Inariela szczęściem. Wyglądały tak cudownie i delikatnie, przebiegając przez mostek nad strumykiem. Park kończył się.
-Nie, dziewczyno. Nie biegnij tak szybko. Stój! - Inariel ujrzał czerwonego forda jadącego ulicą. Wiedział, co się za chwilę stanie. -Zatrzymaj się, Magdaleno!!!
Dziewczęta wypadły spomiędzy drzew wprost na jezdnię. Kierowca czerwonego forda nacisnął hamulec. Za późno. Inariel był tuż obok, chciał chwycić dziewczynę, unieść ją lub choćby odciągnąć. Nie mógł. Zobaczył wyraźnie jak w błękitnych oczach pojawia się przerażenie a po chwili, kiedy maska samochoduwbijała się w ciało, ból. Magdalena, odrzucona potężną siłą, upadła kilka metrów dalej. Rozległ się przeraźliwy krzyk drugiej dziewczyny. Inariel zbliżył się do leżącej tak blisko, jak tylko mógł. Pojękiwała cicho. Z półprzymkniętych oczu uciekało życie, z delikatnych ust sączyła się strużka krwi.
Ból. Cierpienie. Żal. Wściekłość. Gorycz. Bezsilność. Jeszcze nigdy tyle uczuć nie kłębiło się w duszy Inariela. Chciał krzyczeć, przeklinać i złorzeczyć niebiosom. Umierała. Wiedział o tym choć klękający obok niej mężczyzna mówił zdenerwowanym głosem:
-Wszystko będzie dobrze, mała. Leż spokojnie.
Magdalenaotworzyła oczy. Spojrzała wprost na Inariela. Gdzieś w dali zawyła syrena karetki.
-Magdaleno... Magdaleno... - Inariel powtarzał jedynie jej imię. Nie był w stanie robić czegokolwiek innego.
-Kim jesteś? - wyszeptała krztusząc się krwią.
-Nazywacie nas aniołami, dziecko...
-Kierowcą. To był wypadek...
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
-Czy pójdę do nieba?
-Tak, pójdziesz.
-Zaraz będzie pogotowie, zabiorą cię do szpitala...
Inariel czuł słabnące siły dziewczynki. Zamknęła oczy.
-Nie umieraj, mała. Nie rób mi tego, kurwa. Boże, nie rób!
Anioł zdecydował się. Zrozumiał, że nic już nie będzie takie samo. Powoli podpłynął do twarzy Magdaleny.
-Kocham cię.- jego pocałunek był delikatny niczym tchnienie wiatru. Był ostatnią rzeczą, której oboje zaznali.

 

Toruń, czerwiec ' 2000



blog comments powered by Disqus