Fragment książki "Gryź, mała, gryź"


4
Żegnaj, gniazdko miłości

Z PAMIĘTNIKA ABBY NORMAL,triumfującej niszczycielki kotków-wampirów

Łkam, dąsam się i wylewam żale – powąchałam gorzki, różowy flamaster rozpaczy, i łzy z tuszem do rzęs znaczą moje policzki, jakby wepchnięto mi w oczy garść przeżutych, czarnych żelowych misiów. Życie to mroczna otchłań cierpienia, a ja jestem sama, oddzielona od mojego drogiego, słodkiego Fu.
Ale słuchajcie – totalnie skopałam tyłki gangowi kotków-wampirów. Zgadza się, kotków, czyli było ich wiele. Duży ogolony kot-wampir Chet nie przemierza już miasta sam, dołączyło do niego mnóstwo mniejszych i nieogolonych kotów wampirów, ale znaczną część z nich zmieniłam w kocie tosty za pomocą swojej odlotowej słonecznej kurtki. Dokładnie przed naszym poddaszem atakowały tego szalonego Cesarza i jego psy, a ja ich uratowałam, wybiegając na ulicę i zapalając światło.
Była to czysta techno-rzeźnia, wszędzie krew i mały Japończyk z samurajskim mieczem, który zrobił kotkom niezłe zygu-zygu, kiedy atakowały.
Wiem, co myślicie.
Ninja, proszę...
Wiem, OKMBZORRO! Samuraj w mieście bez frajerów!
Nie próbowałam nawet przekonać gliniarzy, kiedy przyjechali.
Zasunęli: „Co jest?”.
A ja na to: „Nic”.
A oni: „Co to wszystko znaczy?”. I pokazali krew, dymiący koci popiół i tak dalej.
Na to ja: „Nie wiem. Jego spytajcie. Ja tylko usłyszałam hałas i wyszłam, żeby sprawdzić”.
Spytali więc Cesarza, a on próbował opowiedzieć im całą historię, i to było błędem – w sumie to wariat, więc trzeba mu darować. Ale i tak wzięli go do samochodu i zabrali razem z psami, chociaż było totalnie oczywiste, że wiedzą, kto to, i po prostu zachowują się jak fiuty. Wszyscy znają Cesarza. Dlatego nazywają go Cesarzem.
No dobra, Fu przyjechał w końcu do domu, a ja rzuciłam mu się w ramiona i tak jakby obaliłam go na ziemię potężnym pocałunkiem z języczkiem, tak głębokim, że poczułam cynamonowo-tostowy smak jego duszy, ale potem strzeliłam mu z liścia, żeby nie uznał mnie za zdzirę. (Mordy w kubeł, stanął mu).
I zasunął: „Przestań tak robić, nie uważam cię za zdzirę”.
A ja: „Tak? No to skąd wiesz, że dlatego cię strzeliłam, i gdzie ty, kurwa, byłeś, mój szalony, mangowłosy kochanku?”. Czasami najlepiej odwrócić sytuację i zadawać pytania, kiedy twoje argumenty są do dupy. Nauczyłam się tego na zajęciach z wprowadzenia do mass mediów.
Fu na to: „Byłem zajęty”.
A ja: „No to ominęła cię moja akcja z atakiem heroi­cznej wojowniczki”. Potem wszystko mu opowiedziałam i zasunęłam: „No i teraz jest mnóstwo kotów-wampirów. Co ty na to, kujoniczku?”. To pieszczotliwe słówko, którym nazywam Fu, odnosząc się do jego szalonych zdolności nau­kowych.
Odpowiedział: „No, wiemy, że musi nastąpić wymiana krwi między wampirem a ofiarą, zanim ta umrze, inaczej po prostu rozpada się w proch”.
A ja: „Czyli Chet jest na tyle mądry, że to wie?”.
Fu na to: „Nie, ale jeśli kot zostanie ugryziony, to co w naturalny sposób robi?”.
Odparłam: „Ej, ja tu zadaję pytania. Jestem twoim bossem, wiesz?”.
A Fu w ogóle nie zwraca na mnie uwagi, tylko jedzie: „Odgryza się. Myślę, że Chet przemienia te inne koty przez przypadek”.
„Ale wyssał tę policjantkę, a ona się nie przemieniła”.
„Bo go nie ugryzła”.
No to ja: „Wiedziałam”.
A Fu: „Mogą być ich setki”.
A ja: „I Chet je tu przyprowadził. Do nas”.
A Fu: „Oznaczył to jako swoje terytorium, zanim stary wampir go przemienił. Uważa, że to jego miejsce. Na schodach ciągle śmierdzi kocimi sikami”.
Powiedziałam: „To nie wszystko”.
Fu na to: „Co? Co?”.
Wtedy ja totalnie pojechałam swoim głosem mrocznej pani: „Chet się zmienił. Jest większy”.
A Fu: „Może po prostu odrosła mu sierść”.
Ja na to bardzo złowieszczo: „Nie, Fu, jest dalej ogolony, ale zrobił się znacznie większy, myślę...”. Urwałam. Było to bardzo dramatyczne.
A Fu: „Mów!”.
Wtedy tak jakby zemdlałam mu w ramiona, cała emo. A on totalnie mnie złapał, jak przystało na mrocznego bohatera z wrzosowisk, lecz potem zniweczył romantyczny dramatyzm, bo połaskotał mnie i zasunął: „Mów, mów, mów”.
Więc powiedziałam, bo już mało brakowało, a bym się posikała, a to zupełnie nie moje klimaty.
„Chyba powinniśmy się martwić przemianą tego małego samuraja. To by nie było za dobre, bo koleś jest totalnie zajebisty, pomimo kompletnie kretyńskiego kapelusza i skarpetek”.
A Fu na to: „Gryzł je?”.
A ja: „Był cały obryzgany krwią kotów-wampirów. Może parę kropel wpadło mu do ust. Lord Flood mówi, że przypadkiem przemienił tę niebieską dziwkę przez jeden pocałunek w zakrwawione usta”.
Fu odparł: „W takim razie musimy go znaleźć. Abby, możemy sobie nie poradzić. Potrzebujemy pomocy”. I głową wskazał posąg księżnej i lorda Flooda.
Ja na to: „Wiesz, co się stanie, jak ich wypuścimy?”.
A Fu: „Jody totalnie skopie nam tyłki”.
A ja: „Oui, mon amour, epickie kopanie tyłków pour toi i moi. Ale wiesz, co jest jeszcze gorsze?”.
No to Fu spytał: „Co? Co? Co?”. Bo francuski doprowadza go do szału.
Ja na to: „Ciągle ci stoi!”. Ścisnęłam go za wacka i pog­nałam do sypialni.
No dobra, Fu ganiał mnie parę razy po poddaszu i dwa razy dałam się złapać, na tyle długo, żeby zdążył mnie pocałować, zanim trzasnę go z liścia – no, wiecie dlaczego – i ucieknę. Byłam jednak gotowa dać mu do zrozumienia, że mogę się poddać jego męskiej słodkości, więc powiedziałam: „Mógłbyś zmienić mnie w wampira, a ja użyłabym mrocznych mocy, żeby skasować te kociaki zagłady od Cheta”.
Fu na to: „Nie ma, kurwa, mowy. Za mało wiem”.
I wtedy ktoś zaczął łomotać do drzwi. I nie był to łomot w stylu „cześć, co słychać?”. Brzmiało to raczej tak, jakby właśnie zaczęli wielką wyprzedaż łomotu do drzwi w ­dyskoncie z łomotami. Kup dwa, zapłać za jeden w Łomotoramie.
Wiem. CJK? Gdzie prywatność? Łomot do gniazdka miłości.

JODY

Czuła się jak w swojej klitce w firmie ubezpieczeniowej na długo przed przerwą obiadową, w pradawnych czasach, trzy miesiące temu, zanim stała się wampirem. Przy każdym zachodzie słońca budziła się na jakieś piętnaście sekund i wpadała w panikę, myśląc o głodzie i uwięzieniu, zanim udawało jej się siłą woli zmienić w mgłę i unosić pośród czegoś, co uważała za krwawy sen, w miłym, eterycznym oszołomieniu, które trwało aż do wschodu słońca, kiedy to jej ciało materializowało się w mosiężnej skorupie i z praktycznego punktu widzenia stawała się martwym mięsem aż do kolejnego zmierzchu. Ale mniej więcej pod koniec pierwszego tygodnia tych napadów paniki zorientowała się, że dotyka Tommy’ego. Był z nią w tej brązowej skorupie i w przeciwieństwie do niej nie mógł zmienić się w mgłę. Wiedziała, że powinna była go tego nauczyć, tak jak stary wampir nauczył ją, teraz jednak było za późno. Skoro nie miała wystarczającej swobody ruchów, by przekazać mu wiadomość alfabetem Morse’a, nie wspominając o głosie, to może zdoła jakoś połączyć się z nim telepatycznie. Kto wie, jakimi jeszcze dysponowała mocami, o których stary wampir zapomniał jej powiedzieć. Skupiła się, pchnęła, próbowała nawet posłać jakieś pulsacje w miejsca, gdzie stykała się ich skóra, ale w odpowiedzi uzyskała tylko wyraźną, urywaną, elektryczną panikę.
Biedny Tommy. Naprawdę tam był. Żywy i bezlitośnie świadomy. Próbowała do niego dotrzeć, aż nie mogła już znieść ciężaru własnego głodu i paniki.
Abby, jeśli kiedykolwiek się stąd wydostanę, twoja wąs­ka dupa będzie moja, pomyślała przed przemianą w mgłę i błogosławieństwem ucieczki.

INSPEKTOR RIVERA

To nie było zabójstwo, ściśle rzecz biorąc, jako że brakowało ciała, tym niemniej funkcjonariuszka policji parkingowej zaginęła podczas czynności służbowych, a sprawa dotyczyła Cesarza i pewnej dzielnicy, pełnej zabudowań przemysłu lekkiego i artystycznych poddaszy na południe od Market Street, którą Rivera zanotował sobie w pamięci, gdyby coś się wydarzyło. A coś bez wątpienia się wydarzyło – tylko co?
Końcówką długopisu uniósł kołnierzyk pustego munduru, by sprawdzić, czy na chodniku pod spodem nie ma drobnego, szarego popiołu. I nie było. Wewnątrz munduru, na chodniku przy mankietach i kołnierzyku – tak. Ale nie na chodniku pod spodem.
– Nie widzę tu zbrodni – stwierdził Nick Cavuto, partner Rivery, który, gdyby był smakiem lodów, to gejowo-futbolowym z posypką. – Jasne, coś się tu stało, ale może to po prostu dzieciaki. Cesarz to bez wątpienia świr. Absolutnie niewiarygodny świadek.
Rivera wstał i rozejrzał się, patrząc na zalaną krwią ulicę, popiół, wciąż rozbłyskujące światła wózka policjantki, a potem na Cesarza i jego psy, które przyciskały nosy do tylnej szyby ich brązowego, fordowskiego sedana bez oznaczeń. Smakiem Rivery był niskotłuszczowy hiszpańsko-cyniczny w rożku od Armaniego.
– Mówi, że zrobiły to koty.
– No właśnie, to sprawa dla wydziału ochrony zwierząt. Wezwę ich. – Cavuto odstawił przedstawienie z otwieraniem telefony komórkowego i wciskaniem guzików grubymi niczym kiełbasa palcami.
Rivera pokręcił głową i znowu przykucnął nad pustym uniformem. Widział, czym jest ten pył, i Cavuto też to wiedział. Owszem, wymagało to paru miesięcy i wielu niewyjaśnionych morderstw, a także widoku starego wampira, przyjmującego na siebie tyle strzałów, że zabiłyby cały pluton żołnierzy, który następnie przeżył, by zabić jeszcze kilka osób. W końcu jednak załapali.
– To nie były koty – stwierdził Rivera.
– Obiecali, że wyjadą – powiedział Cavuto, przerywając pokaz perkusyjnego wybierania numeru. – Ta straszna dziewczynka mówiła, że opuścili miasto. – „Oni”, czyli Jody i Tommy, którzy obiecali wyjechać z miasta i nigdy nie wrócić. – Cesarz powiedział, że widział, jak stary wampir wsiada na statek. Cała ich banda odpłynęła.
– Ale to absolutnie niewiarygodny świadek – zauważył Rivera.
– Na ogół. To nie...
Rivera uniósł palec, by go uciszyć. Umówili się, że nigdy nie będą używać słowa na „w” w obecności innych.
– Musimy się spotkać z tą okropną małą.
– Nieee – jęknął Cavuto, po czym się zreflektował, że, wziąwszy pod uwagę jego wiek, wygląd i zawód, jęczenie z powodu perspektywy spotkania z nastoletnią dziewczyną jest trochę... Zachowywał się jak wielki dupek, ot co.
– Zmężniej, Nick, powiemy jej, że nie tylko ma prawo, ale i obowiązek milczeć. Poza tym wezwałem posiłki.
– Chyba powinienem zostać w wozie z Cesarzem. Sprawdzić, czy pamięta coś jeszcze.
W tej samej chwili na miejscu przestępstwa wybuchło jakieś zamieszanie i odezwał się funkcjonariusz w mundurze:
– Inspektorze, ta kobieta chce przejść. Mówi, że musi się zobaczyć z córką, która tu mieszka. – Wskazał ogniotrwałe drzwi poddasza, gdzie mieszkała straszna dziewczyna ze swoim chłopakiem.
Atrakcyjna jasnowłosa kobieta przed czterdziestką, ubrana w prążkowany kitel, usiłowała się przepchnąć obok policjanta.
– Przepuść ją – powiedział Rivera. – Zobacz, Nick, anioł zstąpił, by cię chronić.
– O, Boże, chroń mnie przed jebanymi neohipiskami – powiedział gejowo-futbolowy z posypką.

Love Story #3 - Gryź, mała, gryź

Autor: Christopher Moore
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Mag
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 6/2010
Tytuł oryginalny: Love Story: Bite Me
Rok wydania oryginału: 2010
Liczba stron: 336
Format: 125x195 mm
Oprawa: twarda w obwolucie
ISBN-13: 978-83-7480-171-3
Wydanie: I
Cena z okładki: 39 zł


blog comments powered by Disqus