Jak wykopać sobie drogę na szczyt? - recenzja autobiografii Chucka Norrisa

Autor: Dagmara Trembicka-Brzozowska
Korekta: Bool
4 maja 2011

Stało się. Czy to na fali norrisomanii, czy może mody na biografie, na nasz rynek trafiła autobiografia najsłynniejszego karateki naszych czasów. Czy warto sięgnąć po pozycję, która pozwoli nam bliżej poznać słynnego Strażnika Teksasu?

Ta biografia na pewno zaskakuje. Każdy sięgający po nią czytelnik spodziewał się zapewne opisów kolejnych walk, wykopywania (z półobrotu) drogi do sławy, zaszczytów i pieniędzy, kręcenia kolejnych filmów i pokonywania przeciwników. Spotyka nas całkiem przyjemne rozczarowanie: autor opowiada swoje dzieje jak gawędę, skupiając się na zupełnie innych aspektach swojego życia, niż ktokolwiek z jego fanów by zakładał.

Carlos – bo tak ma na imię Chuck Norris – urodził się w małym miasteczku w wyjątkowo biednej rodzinie. Dzięki ciężkiej pracy i skupieniu na samorealizacji przebył niesamowicie długą drogę – od tułaczki po Stanach, poprzez wojsko, pracę w urzędzie, szkoły karate, aż po miano gwiazdy i przyjaciela prezydenta. Przez całą biografię podkreślana jest wartość włożonego w tę drogę wysiłku. To typowa historia „od zera do bohatera”, jednak opowiedziana bardzo ciepło i wciągająca dzięki prostocie oraz zaznaczaniu podstawowych wartości, których Chuck Norris się trzyma.

Atutem jest tu bez wątpienia fakt, że o karierze filmowej zaczynamy czytać dopiero w drugiej połowie książki. W pierwszej części poznajemy słynnego aktora od bardzo ludzkiej strony. Opisuje nam, jak walczył ze swoimi słabościami, przełamywał się, by w ogóle zacząć ćwiczyć, jak zafascynowała go koreańska odmiana karate, którą poznał w wojsku. Kariera nauczyciela sztuk walki okazała się dla niego zbawienna – mimo że była niepewna i początkowo niedochodowa. Od trenującego w obcym kraju małolata do wielokrotnego mistrza kraju – to droga Chucka Norrisa. Dzięki temu poznał największe gwiazdy ówczesnego kina, telewizji, polityków – ale wspomina o tym niemal mimochodem, jakby wizyta Steve’a McQuinna w znanej już szkole sztuk walki była najnaturalniejszą rzeczą na świecie. Przy tym ciągle podkreśla, że karate jest wartością samo w sobie, a uczyć się go powinno dla rozwoju siebie samego.

Jest w tej opowieści o trenującym zawzięcie chłopaku z małego miasteczka kilka denerwujących manier. Autor – niekoniecznie zresztą sam Chuck Norris, bo na stronie tytułowej mamy nazwisko współautora – niemal maniakalnie podkreśla skromność Chucka, jego religijność i przywiązanie do wartości rodzinnych. Ciągłe powoływanie się na wpływ Chrystusa i opisy rodzinnej sielanki stają się w pewnym momencie po prostu sztuczne. Nieco rozczarowująca jest również niewielka ilość informacji bardziej osobistych – na temat żon i dzieci aktora, sytuacji rodzinnej itp. Non stop kreowany jest na szczęśliwego męża i ojca, patriarchalną głowę rodziny w tradycyjnym, amerykańskim ujęciu. Bez wątpienia jest to akcja czysto PR-owa. American dream w pełnym rozkwicie, do tego z morałem i garścią zasad, których należy przestrzegać, aby „żyć dobrze”. Moralizatorstwo bywa czasem aż bolesne.

Ostatecznie jednak książka jest całkiem ciekawa. Na polskim rynku mało mamy takich spokojnych historii ludzkiego żywota, tak idealnie wpasowanych w amerykański model kultury – z tego tylko powodu warto do niej zajrzeć. Będzie to interesujące przeżycie niemal etnograficzne, a przy tym miła rozrywka bez konieczności większego angażowania się w lekturę.

Autobiografia. Na przekór wszystkiemu...

Autor: Chuck Norris
Wydawnictwo: Erica
Wydanie polskie: 7/2006
Liczba stron: 284
Format: 145x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-89700-47-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 13,80 zł



blog comments powered by Disqus