"Napis"

Autor: Damian Czekaj

      Marszczenia na śnieżnobiałej pościeli układały się w słowo 'ŚMIERĆ'. Od kilku godzin wodził wzrokiem po fałdach wypiętrzonych na kształt poszczególnych liter. Miał nadzieję, że następnym razem przeczyta coś innego. Łudził się, że dostrzeże jakiś inny znak. Znak, który pomoże uniknąć tego co zdawało się nieuniknione. Napis pozostawał jednak niezwruszony. Trwając w swej niezmiennej postaci bezlitośnie obdzierał go z wszelkiej nadziei.

      Kilka godzin temu lekarze powiedzieli mu, że umiera. Nic nie mogą zrobić. Zareagował normalnie. Tak, jak każdy zareagowałby na jego miejscu. Po lekach uspakajających przespał całe przedpołudnie. Wtedy też miał dziwny sen.

      Na jego łóżku siedziała Śmierć. Całą postać skrywał czarny habit ściągnięty w pasie zetlałym sznurem. Jedynie z szerokich rękawów co chwila wyglądały kościste palce obciągnięte siną skórą. W dziwnym zapamiętaniu muskały pościel. Dłonie śmierci, jak dłonie czułego artysty tworzyły na białym materiale sieć kunsztownych draperii, które w końcu ułożyły się w napis. W przyćmionym świetle ciężko mu było dostrzec cienie rzucane przez podłużne fałdki. Podniósł się ostrożnie i nachylił. Trącona łokciem kosa - oparta dotychczas o łóżko - upadła bezgłośnie. Zatopiła się w miękkiej podłodze.

      Przeczytał napis.

      Obudził się. Najpierw przypomniał sobie sen, potem rozmowę z lekarzami. 'ŚMIERĆ' pozostała na pościeli.   

  Litery przy każdym jego ruchu płynnie zmieniały kształt i położenie. Ześlizgiwały się z wybrzuszeń rosnących nad zginanymi kolanami, wypływały ze zgięć i załamań. Zrzucił kołdrę na podłogę. Zanim przyszła pielęgniarka zdążył dostrzec niewyraźne znaki formujące się na prześcieradle.

      Siostra przykryła go ponownie i spokojnie zapytała co się stało. Odparł, że miał zły sen. Ze zrozumieniem pokiwała głową i wyszła z sali.

      Napis znów się pojawił.

      Przestał walczyć, już tylko się przyglądał. Myśl, że wkrótce umrze dudniła mu głowie.

      Minęło kilka godzin. Napis nie zniknął. Słowo 'ŚMIERĆ' zdawało się być jedynym słowem jakie pozostało na świecie, a zdecydowanie ostatnim, które cokolwiek dla niego znaczyło. Te kilka godzin brutalnie oderwało go od dotychczasowego życia i wepchnęło na drogę biernego otępienia.

      Zachodzące słońce zaglądało przez okno zalewając czerwoną poświatą całe pomieszczenie. Napis przybrany w bladokrwisty odcień mówił mu, że koniec zbliżał się nieubłaganie.

      Czerwone światło przenikające szyby stawało się coraz intensywniejsze. Nie krzyczał. Domyślał się, że tak właśnie wygląda śmierć. Przecież nigdy wcześniej jej nie przeżywał. Zastanawiał się gdzie są lekarze. Nikogo przy nim nie było. Panowała zupełna cisza. Połączona z nim szeregiem kabelków aparatura medyczna milczała. A może to on już nic nie słyszał? Skoro umarł jak mógł słyszeć przeraźliwy, ciągły dźwięk, zwiastujący zatrzymanie funkcji życiowych?

      Nie słyszał nic, bo nic nie piszczało, a on sam nie umarł.

      Czerwień gęstniała. Stawała się coraz bardziej materialna, przytłaczała go. Czuł coraz większy nacisk na swe ciało, był jak samotny wędrowiec zasypany przez krwistoczerwoną lawinę. Światło stalowym klocem leżało mu na piersi, wypychało powietrze z płuc.

      Nagle czerwony blask zapadł się w sobie i uformował płynną kulę krwi o metrowej średnicy lewitującą tuż pod sufitem.

      Z obojętnością patrzył jak wystrzelił z niej strumień szkarłatej cieczy. To była jego krew. Padła dokładnie na napis 'ŚMIERĆ' obryzgując czerwienią białą pościel. Jego serce na chwilę się zatrzymało. Oczekiwał przejścia w niebyt, utonięcia w nieskończoności. Zawiódł się, jego agonia jeszcze się nie skończyła.Wraz z kolejnym uderzeniem na nowo pobudzonego do życia serca, plama posoki na pościeli zniknęła.

      Kolejna wiązka krwi nie była jego. Czuł to. Znów padła na napis i znów serce się zatrzymało. Jednak nie jego. Ktoś umarł na chwilę, jednak nie on.

      Nagle wszystko zgasło. Ogarnęła go ciemność, w której zalęgł się sen.  Widział drugiego siebie. Ten drugi on także leżał w łóżku w białej pościeli. Umierał. Nagle zgiął się w gwałtownym uchwycie bólu. Dłoń zbliżył do twarzy. Spod nosa starł zbierającą się krew. Kilka jej kropli przeciekło mu pomiędzy palcami. Upadły na napis. W przerażeniu chwycił  się za serce, które już nie biło.

      Obudził się w ciemnej sali szpitala. Przez otwarte drzwi wpadało z korytarza ciepłe, pomarańczowe światło. Oczy przyzwyczajały się do półmroku i dostrzegał coraz więcej znajomych szczegółów. Napisu nie widział, ale wiedział gdzie był, gdzie być powinien.

      Wpatrywał się w sufit starając uporządkować myśli. Pogodził się już ze śmiercią, a tu los zsyłał mu nikłą nadzieję. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby nie mieć żadnej opcji, żadnego wyboru, poddać się biernie strumieniowi zdarzeń. Do tej pory tak było – teraz mógł walczyć, teraz miał szansę żyć. I chciał z tej szansy skorzystać. Bo cóż mu innego zostało, tylko życie. Nowych grzechów się nie obawiał, bo te stare na dobre  zaryglowały mu bramy raju. Był pewien, że jeśli umrze to pójdzie do piekła i pragnął ten wyrok jak najbardziej odroczyć.

      Zawołał pielęgniarkę. Jego głos był słaby, nieco piskliwy. Na szczęście usłyszeli go.

      - Coś się stało? - zapytała siostra podchodząc do łóżka.

      - Chciałbym... - zaczął niepewnie. Z lekką obawą spoglądał na dobroduszną twarz otyłej kobiety. - Chciałbym obrać sobie jabłko.

      - Ja mogę panu przynieść, obrane - odparła lekko zaskoczona.

      - Ale ja chciałbym sam. Jak byłem mały razem z mamą razem obieraliśmy jabłka na szarlotkę. Chciałbym znów... - zamilkł. Nie wiedział skąd tak idiotyczna historia przyszła mu do głowy.

      Pielęgniarka miała łzy w oczach. Lśniły w słabym świetle.

      - Dobrze - powiedziała i z lekkim ociąganiem wyszła.

      Wróciła z czerwonym jabłkiem i nożem w dłoni. Położyła je na stoliku. On skinął głową, uśmiechnął się i nie odezwał się nic. Gdy tylko się odwróciła poderwał się z łóżka, zerwał oplatające go kabelki aparatury. Chwycił nóż i rzucił się na pielęgniarkę. Nie zdążyła zareagować. Ostrze wbiło się głęboką w plecy, tuż pod szyją. Z pewnym trudem ciął w dół. Kobieta krzyczała przeraźliwie, krew tryskała na twarz, gołą pierś, spływała po nogach. Brodził w niej bosymi stopami. Metal zgrzytał na żebrach.

      Z korytarza dochodziły go dźwięki przyśpieszonych kroków, podniesionych głosów. Do sali wpadło kilku mężczyzn. Ktoś zapalił  światło. Krew na podłodze lśniła soczystą czerwienią. Ich szok był ogromny. Wykorzystując to rzucił ciało i dopadł do łóżka. W pościel (w miejsce, w którym był wcześniej napis 'ŚMIERĆ') wytarł okrwawiony nóż. Dłońmi ścierał krew ze swej skóry i strzepywał na kołdrę. Nie umrze. Był tego pewien, teraz już nie umrze. Był szczęśliwy, uśmiechał się.

      Obezwładnili go bez trudu. Nie sprawiał żadnych trudności.

      Zamknęli go w izolatce. Przez całą noc pilnowało go kilku policjantów. Rano zmarł.

      Zanim zamknęli go pod kluczem, pielęgniarki z najwyższą ostrożnością umyły go. Wtedy już wiedział, że umrze. Gdy od rąk odpadła skorupa zakrzepłej, zbrunatniałej krwi dostrzegł niewielką ranę po wewnętrznej stronie dłoni. Musiał się zaciąć wycierając nóż o pościel. Jego krew musiała paść na napis. Wpadł w szał. Znów podano mu środki uspakajające.



blog comments powered by Disqus