"Kochaniec"


Paliwa nie miało prawa zabraknąć. Owszem, moja napędzana na cztery koła bryczka łyka go na tyle dużo, że od pewnego czasu poważnie zastanawiam się nad przyjęciem dodatkowej pracy – a więc i płacy, ale nie zmienia to faktu, że nie powinno go zabraknąć. Wszystko było obliczone i sprawdzone. Ale... gdzieś tkwił błąd.
Stanąłem na poobrywanym poboczu wąskiej, wiejskiej drogi, w samym środku niczego. Cóż, przynajmniej dla mnie, rodowitego mieszczucha, te otaczające mnie setki hektarów pól uprawnych, połyskujących na złoto w promieniach popołudniowego słońca, były właśnie niczym. Lepiej się czułem w świecie asfaltów i betonów. W krainie błyszczących neonów, nachalnych reklam, setek przepychających się w swoim powolnym rytmie samochodów oraz powietrza, które było widać i które można było kroić. Tacy jak ja kupowali wysoko zawieszone auta z napędem na cztery wielkie koła tylko po to, by starannie maskując pogardę dla gorszych od siebie, tłumaczyć, że przecież czymś trzeba jeździć na zakupy do pobliskich galerii handlowych. Tacy jak ja nie czuli się najlepiej w otwartym terenie, smagani przez kąśliwe powiewy wiatru, paleni słońcem i zagubieni bez wyznaczających kierunki świata wieżowców. Najgorzej zaś tacy jak ja czuli się w otwartym terenie, za kierownicami swoich pozbawionych benzyny aut. Czyli tak jak ja teraz.

Wysiliłem pamięć i udało mi się ustalić, że mijałem jakąś zapyziałą stację benzynową pięć minut wcześniej. Niby niedaleko, ale przecież gnałem co najmniej złoty pięćdziesiąt, więc pieszy spacer zająłby mi godzinę. Nie wiedząc, jak tubylcy radzą sobie z pokonywaniem takich dystansów bez aut, odpuściłem sobie niniejszą opcję.
Na szczęście miałem telefon. Tknięty przeczuciem sprawdziłem poziom naładowania baterii parę godzin temu i tutaj nie spodziewałem się przykrych niespodzianek. Faktycznie, wskaźnik baterii optymistycznie informował o dostępności niemal stu procent swoich zasobów. Dopiero kiedy dwukrotnie nie udało mi się połączyć z panem Jurkiem, moim mechanikiem i ponadgatunkowym „człowiekiem – złotą rączką”, spojrzałem na miernik zasięgu. Cholera jasna... Zero. A może nawet mniej niż zero... Telefon zatem również musiałem chwilowo spisać na straty.
Pozostawała więc najgorsza opcja – spacer po tę cholerną benzynę. Kiedyś oglądałem filmy o żołnierzach i lubiłem sobie wyobrażać, że jestem członkiem takiej grupy specjalnej. Nawet kupiłem sobie specjalistyczne moro i parę innych gadżetów, więc czułem się prawie tak, jakbym przetrwał morderczą zaprawę w obozie szkoleniowym. Teraz powinno się mi to przydać.

Wysiadłem z auta i po raz kolejny okazało się, że jednak mam pecha. Niebo, jeszcze ułamek chwili temu piękne w swoim nienaturalnie niemiastowym błękicie, teraz stało się ciemnogranatowe. Zniknęło słońce, a silniejszy powiew wiatru przygiął do ziemi bujne kłosy tego badziewia, z którego robiono muesli.
Przekonany w niepojęty sposób o własnej nieśmiertelności, postanowiłem zignorować oznaki gniewu przyrody, ale uszedłem ledwie dwieście metrów, nim uderzyły we mnie pierwsze, ciężkie i zaskakująco ciepłe krople deszczu. Po kolejnych pięćdziesięciu krokach częstotliwość kapiącej na mnie wody wzrosła zbyt szybko, by był to przyrost algebraiczny. Zdecydowanie zapowiadało się na dłuższą mżawkę. Mimo to, zdesperowany i ogłupiony wydarzeniami minionych tragicznych minut, szedłem dalej, jednak po trzech minutach byłem już zupełnie przemoczony. A wtedy błysnęło się gdzieś na horyzoncie. Prawie tak jak w jakimś filmie wojennym. Zachowałem dość przytomności umysłu by stwierdzić, że to nie artyleria a błyskawice tak kalają miłą ciszę mojego otoczenia, co jednak niewiele zmieniało. Podobno ludziom trafionym nie czyniło wielkiej różnicy, czy sięgnął ich pocisk artyleryjski czy też broń Zeusa.
Do samochodu wróciłem biegiem. Ledwo schowałem się w cieplutkiej i suchej kabinie, a gniew przyrody osiągnął hollywoodzkie apogeum. Błyskawice uderzały w ziemię, a potoki deszczu waliły o blachy auta jakby chciały je podziurkować. Wszystko to działo się w ogłuszającym niemal huku. Tym dziwniejsze wydało mi się, że w pewnym momencie usłyszałem... coś. Sam nie wiem, co to było. Wydobywało się spod samochodu. Jakby ciche, ale uporczywe drapanie, a później... nie, to niemożliwe – usłyszałem płacz dziecka. Pod moim samochodem. Ten dzień nie mógł być aż tak nieudany. To musiało być przesłyszenie.

Niechętnie otworzyłem drzwi i wyszedłem na mokre powietrze. W ciągu ułamka sekundy szalejący wespół z deszczem wiatr niemal odebrał mi chęć do dalszego zaspokajania ciekawości, ale przecież gdybym nie był twardy, to nigdy by nie było mnie stać na paliwo do mojej cudnej limuzyny. Stawiając czoło szaleństwom przyrody, uzmysłowiłem sobie, jak ironicznie w tych okolicznościach brzmiała myśl o zaspokajaniu potrzeb tej paliwożernej istotki.
Nie bacząc na wiatr próbujący mnie przyszpilić to do ziemi, to do auta, opadłem na kolana i zajrzałem pod podłogę terenówki. Uff... nie było tam nic, poza jedynym suchym jeszcze w okolicy kawałkiem ziemi.
Kiedy się podnosiłem, dostrzegłem kątem oka jakiś ruch. Obróciłem się z prędkością błyskawicy, a przynajmniej tak bym to opisał w swoim pamiętniku, wiedząc, że epickie określenia dodają wagi wydarzeniom. Niezależnie od tego, jak szybki to był ruch, spóźniłem się o ułamek sekundy. Zobaczyłem jednak coś białego znikającego pomiędzy rozbujanymi od wiatru słupami zboża. Dziecko? Nie wiem skąd wzięła się w mojej głowie ta myśl. Najwyraźniej jakaś część mnie nie była jeszcze gotowa odrzucić przekonania, że chwilę wcześniej rzeczywiście słyszałem kwilące pod swoim autem dziecko.
Niewiele myśląc, kierując się instynktem godnym maklera giełdowego, pobiegłem w kierunku łanu, jednak chwilę później stanąłem niezdecydowany. Deszcz, choć wydawało się to nieprawdopodobne, przybierał na sile i spadała widoczność. Jeszcze pół minuty wcześniej, rozparty wygodnie we wnętrzu auta widziałem na dobre kilkaset metrów, teraz jednak mój wzrok z trudem przebijał się przez niemal nieprzezroczystą ścianę deszczu i obiekty oddalone o więcej niż piętnaście kroków przyjmowały kształt fantomów.
Oczywiście nie miałem szans, aby odnaleźć domniemane dziecko, zapewne żwawo kłusujące wśród ciężkich od wody kłosów otaczającego mnie ustrojstwa. O ile rzeczywiście było jakieś dziecko. Wilgoć, która przeniknęła już przez moją bieliznę i chłodnymi dotknięciami pieściła moją męskość, pomogła mi podjąć decyzję o nieinterweniowaniu. W końcu... jeśli to był istotnie jakiś dzieciak, to pewnie sam sobie poradzi lepiej niż ze mną.

Odwróciłem się i postąpiłem krok w kierunku zbawczego wnętrza mojego samochodu, kiedy po raz kolejny dała o sobie znać wielkość i złośliwość losu. Zabłąkana – albo wręcz przeciwnie: na chłodno i precyzyjnie wycelowana błyskawica przecięła mroczny nieboskłon i uderzyła... oczywiście prosto w moje auto. Stanąłem urzeczony, oglądając zjawisko, w którym kiedyś zakochać się musiał Farraday. Błękitne i czyste – nie wiem skąd przyszło mi do głowy to słowo, ale jakoś nie potrafię pozbyć się wrażenia czystości – języki wyładowań elektrycznych przez kilka sekund macały karoserię auta nim rozpłynęły się w nicości.
Z moich ust wyrwał się krótki okrzyk przepełniony zachwytem, choć wiele osób uznałoby zapewne, że jest to wysoce niecenzuralna forma okazywania zachwytu.

Pomyślałem, że robi się coraz ciekawiej. Kręcąc w niedowierzaniu głową, podbiegłem do samochodu. Jak to dobrze, że piorun nigdy nie uderza dwa razy w to samo miejsce...

Ale... właściwie kto to powiedział?

Wierutny kłamca. Albo ten – mój własny piorun, był cholernie jedyny w swoim rodzaju. To, co się wydarzyło, nie trwało zapewne dłużej niż sekundę. Potężny, oślepiający błysk i podążający za nim lojalnie huk. A jeszcze później jęk rozdzieranych blach, syk palonego plastiku. Nie pamiętam już wiele więcej, gdyż siła eksplozji odrzuciła mnie o kilka metrów. Padając na asfalt trzeciej kategorii – chropowaty i dziurawy – pomyślałem, że nie było fajnie się rodzić...

Umarłem? - wyszeptałem chwilę po otwarciu oczu.
Miałem pełne prawo przypuszczać, że moja dusza opuściła umęczone ciało i trafiła prosto do niebiańskiej krainy wiecznych łowów. Oto bowiem, pierwszą rzeczą którą ujrzałem po powrocie z wyprawy do świata niebytu, była najpiękniejsza kobieca twarz, jaką mogłem sobie wyobrazić. A wierzcie mi, moja wyobraźnia nie należy do ograniczonych. Włosy koloru śpiewającego słońca, skręcone w delikatne loki, opływały jej twarz niczym czas omywający przestrzeń. Oczy koloru ciemnego, gorzkiego piwa wpatrywały się we mnie z widoczną troską.
Nie – odparło urocze stworzenie głosem stworzonym specjalnie do kuszenia mężczyzn.
Jestem szczęściarzem – mruknąłem z zadowoleniem i zapadłem po raz kolejny w sen.

Tym razem moja wyprawa na dwór Orfeusza nie trwała długo. Kiedy jednak obudziłem się i otworzyłem oczy, czekało mnie pierwsze poważne rozczarowanie. Blond istota zniknęła, pozostawiając po sobie jedynie słodki, fiołkowy zapach.
Dopiero teraz poczułem ból głowy i przypomniałem sobie niemiłe spotkanie z asfaltem. A także kolejne okoliczności... Zmarszczyłem brwi – chwilę przed uderzeniem pioruna mokłem na totalnym odludziu, pozbawiony benzyny i zasięgu w telefonie. Do tego obrazka nie pasowała jakoś blond piękność, choć, przyznałem to sam sobie, gotów byłem nagiąć jego ramy, aby jednak znaleźć dla niej miejsce.
Ta myśl naprowadziła mnie na poważne pytanie: gdzie ja do cholery jestem?

Z wysiłkiem podniosłem się z... no właśnie? Z czego się podniosłem? Wyglądało to coś na łóżko, choć raczej nie z tych hotelowych. Zbite z desek, pokryte słomą i powleczone szarym, a może niebieskim prześcieradłem – było dość ciemno i nie potrafiłem od razu rozpoznać koloru. Dostrzegłem jednak plamy, czarne, lub... czarno-czerwone, którymi dość hojnie udekorowana była moja pościel. Tak jakby poprzedni mieszkaniec tego uroczego hotelu miał w zwyczaju regularnie wylewać sok z buraczków. O ile oczywiście takiż nektar występował w tutejszej karcie dań...

Łóżko stanowiło jedyny element wyposażenia niewielkiego pokoju pozbawionego okien. Nie tylko łóżko ale i podłoga, sufit oraz ściany wykonane były z drewna. Niezbyt dokładnie oheblowanego i pełnego sęków oraz żywicznych zacieków, co dostrzegłem w miarę jak mój wzrok przyzwyczajał się do półmroku rozświetlanego przez gołą, wiszącą nad moją głową żarówkę.
Bardziej wyczułem niż zauważyłem drzwi – oczywiście drewniane i pozornie byle jakie, ale kiedy do nich doszedłem i naparłem na nie, okazały się bardzo solidne. I, co ważniejsze, zamknięte na głucho. Nawet nie drgnęły, mimo użycia przeze mnie sporej siły. Drgnęło natomiast coś przed moimi oczami – czerwone mroczki zaatakowały mnie w formie rewanżu za przesadny wysiłek. Byłem jeszcze mocno osłabiony, należało więc odpocząć. Przerwałem zwiedzanie mojej komnaty i ległem na sienniku, od razu odpływając z tego świata.

Obudziły mnie głosy. Dwa. Nie. Trzy. Tak. Trzy piękne, powabne i bezkreśnie kobiece głosy. Otworzyłem oczy i w świetle mrugającej lekko żarówki – czyżby i ona była pod wrażeniem? - dostrzegłem nie jedną, a trzy piękności.
Blondynka, brunetka i rudzielec. Tak piękne, że, jak sądzę, otworzyłem w rzeczy samej nie tylko oczy, ale i usta. Boże! Daj mi sił, abym mógł wstać z łóżka i paść im do stóp! Sama myśl o oddaniu czci istotom tak doskonałym, tak bliskim Bogu, wydawała mi się koniecznością.
Kobiety uśmiechnęły się do mnie i dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że minął nieznośny ból głowy, który drążył mój mózg chwilę temu. Odwzajemniłem uśmiech.
Odzyskałem tyle przytomności umysłu, aby oderwać wzrok od ich twarzy. Swoją drogą, jak to możliwe, że nie ruszając głową, pochłaniałem wzrokiem aż trzy kobiece twarze, nie dostrzegałem natomiast niczego poza nimi i pomiędzy? Kobiety ubrane były w identyczne, kojarzące się z odległymi, bardziej romantycznymi czasami, zwiewne, proste, białe sukienki. Pod cienkim materiałem rysowały się pełne piersi i delikatnie – nie tak jak w filmach, ale i tak boleśnie podniecająco – sterczały ciemne sutki.

Jeśli to nie było niebo to... znajomy księżulo będzie musiał się mocno postarać aby przebić zawartość tego pokoju.

Pomogły mi usiąść. Chwilę później na moich kolanach pojawił się talerz z jakimś jedzeniem. Dajcie mi wiarę – nawet nie wpadło mi na myśl, aby sprawdzić, co jem. Ale smakowało wybornie, być może z racji tego, że karmiły mnie delikatne, smukłe dłonie.

Nakarmiły mnie, a później zaprowadziły do toalety. Prowadzony przez trzy gracje nie rozglądałem się za bardzo – zdecydowanie bardziej interesowały mnie drobne szczegóły otaczających mnie ciał. Wzmocniłem się już na tyle, by mój sokoli wzrok księgowego dostrzegł delikatny zarys kształtnych pup, wdzięcznie drgających pod bawełnianymi sukienkami w rytm powolnych, ale pewnych kroków. Nie zauważyłem natomiast, by przez tkaninę przebijały się choćby niepozorne ślady bielizny i miałem dziwne przeczucie, że nie jest to wina mojego wzroku.
Załatwiłem najbardziej pierwotne ze swoich potrzeb fizjologicznych, ciągle myśląc o potrzebach też pierwotnych, ale ileż wyższych i wspanialszych.
Po wszystkim czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka – zaprowadzono mnie do łazienki: drewnianego, ciasnego pomieszczenia wyposażonego w średniej wielkości metalową balię i – co za luksus – dwie żarówki, oczywiście pozbawione osłon. Zaczynałem się przyzwyczajać do panującego tutaj stylu.
Brunetka kazała mi rozebrać się i wejść do balii, co uczyniłem z prawdziwą przyjemnością. Woda była wprawdzie jak na mój gust nieco zbyt zimna, ale bez sentymentu pozwoliłem by mydło rozprawiło się z warstewką zastałego potu, pokrywającego moją skórę. Być może z troski o moje zdrowie nie pozwolono mi umyć się samemu. Aż trzy pary kobiecych rąk, uzbrojone w tyleż gąbek nasączonych aromatycznym mydłem, szorowało moją niegodną tego skórę. Po piętnastu minutach byłem czysty i pachnący. A także dość mocno podniecony, czego w danych okolicznościach nie potrafiłem ukryć.
Na żadnej z uroczych niewiast mój stan nie zrobił wielkiego wrażenia. Potraktowały to jako oczywistą oczywistość – jakżeby mogło być inaczej, by przy takich pięknościach nie stawało karnie to, czemu Bóg w takich sytuacjach nakazywał dumnie stawać.

Cudowny dzień – co prawda nie miałem pewności, że jest to dzień, gdyż jak do tej pory nie dostrzegłem nawet śladu okna, a wszystkie te nagie żarówki emitowały jednakowe, bezpłciowe światło elektryczne, które wszak z porami dnia nie ma nic wspólnego. Ale mniejsza o to. Grunt, że było cudownie. A najlepsze było wciąż przede mną.
Nakarmiony, wypucowany i podniecony zostałem zaprowadzony do swojego siennika. Tam nakazano mi się ułożyć i... Hmm... tego się nie da ująć słowami, choć to, co nastąpiło nie było dla mnie pierwszyzną.
Straciłem poczucie czasu, więc trudno ocenić jak długo się kochaliśmy. Każda z piękności dosiadała mnie niczym wprawiona w boju amazonka. Czas i przestrzeń skurczyły się do naszych krzyków i jęków.

Opadłem z sił. Mój organizm odmówił przyjęcia dalszej dawki przyjemności. Zanim straciłem przytomność, poczułem jeszcze kobiece usta na swojej szyi.
Widać tylko mnie było dosyć pieszczot...

Kiedy się obudziłem byłem mocno skołowany. Kręciło mi się w głowie i to tak, że pierwszy lepszy tropikalny tajfun był przy tym drobnym zawirowaniem.
Z trudem podniosłem się ze swojego łoża. Moje ciało nadal pokrywały pozostałości niedawnej – albo i dawnej, bo skąd mam wiedzieć ile minęło czasu? - uczty seksualnej. Uśmiechnąłem się do swoich myśli. Wszystko się zgadza: jestem wielki. I chyba mam szczęście.

Walcząc z zawrotami głowy, zrobiłem kilka kroków po pokoju. Ponownie naparłem na drzwi, ale były nadal zamknięte. Z jakichś przyczyn nie odczułem rozczarowania z tego powodu.
Zastanowiło mnie - na ułamek sekundy, nie więcej - skąd się wzięły zadrapania, wyraźnie widoczne nawet pośród wszechobecnych pęknięć drewna. Było ich kilkadziesiąt. Niektóre krótkie, inne długie... Tak jakby przez drzwi próbował się przedrapać wygłodniały pies...

Kolejne dni – bo dość równe okresy mojej świadomości postanowiłem nazywać dniami – upłynęły w podobnym, jakże przyjemnym rytmie. Pobudka z bólem głowy. Śniadanio-obiado-kolacja. Wizyta w toalecie. Kąpiel połączona z masażem i... to co tygrysy lubią najbardziej: szaleńczy, wyuzdany i totalnie nieziemski sex.
Owszem, moje życie straciło ciut, jeśli chodzi o wydarzenia. Działo się mniej. Ale to, co się działo... było rewelacyjne. Czy ja naprawdę potrzebuję pracy? Samochodu? Pieniędzy?
Spanie – żarcie – defekacja – kąpiel – seks – spanie... Czułem, że odkryłem ostateczną tajemnicę wszechświata. Złotą regułę. Równanie opisujące wszystko. Czego chcieć więcej?
Mój przesycony rozkoszą wszechświat trzech pomieszczeń i jednego korytarza wystarczał mi w zupełności. Prawdę mówiąc, czułem się niczym młody bóg. Bardzo młody. Albo tak stary, że uleciały już z niego wszelkie moce... Być może, gdybym potrafił się wtedy przebić przez otępiającą zasłonę zmęczenia, pozwoliłbym sobie na wątpliwości. A może nawet na walkę.
W złotym trójkącie moich potrzeb fizjologicznych nie było miejsca na myślenie. Czas szedł pod rękę z wszech-apoteozą. Doznałem błogosławieństwa przez uwięzienie.

Któregoś dnia doskonały rytm uległ jednak pewnemu zaburzeniu. Obudziłem się jak zwykle z bólem głowy – migreny z dnia na dzień atakowały mnie coraz silniejsze, ale coraz łatwiej przychodziło mi się do nich przyzwyczaić. Zrobiłem rundkę po pokoju i naparłem na drzwi, które... ustąpiły.
Po raz pierwszy drewniane drzwi – zapora na drodze do mojej wolności – stały przede mną otworem. Pchnąłem je silniej i otworzyły się na całą szerokość, ukazując korytarz, który przemierzałem tak często w ramach codziennego rytuału czystości.

Co robić?

Postąpiłem krok do przodu. Nie. To chyba nie najlepsze rozwiązanie.

Wróciłem na swój siennik i obróciłem się plecami do drzwi.

Kurczę. A gdzie moja żyłka do przygód?

Eh... przygody jak przygody, ale gdzie moje śniadanie?

Może robiły sobie ze mnie żarty?
Albo... sprawdzały mnie – myślałem, usiłując nie patrzyć na otwarte drzwi.

Dobra. Nic wielkiego nie stanie się, jeśli i ja je sprawdzę. Chyba nie zaszkodzi jeśli pójdę do... toalety. Tak. Postanowiłem odczuwać potrzebę skorzystania z toalety.
Przepełniony nagłym zdecydowaniem, wstałem z łóżka i wyszedłem na korytarz. Jak wszystko w tym nowym świecie, który mnie otaczał, korytarzyk był tak drewniany, jak to tylko możliwe. I obowiązkowo oświetlały go nagie żarówki, gasnące w przypadkowych odstępach czasu na krótkie, pełne dramatyzmu sekundy.

Stąpając tak cicho jak tylko potrafiłem, a nie było to szczególnie trudne, gdyż po pierwszej szaleńczej nocy nie odzyskałem nie tylko swoich ubrań, ale i butów, dotarłem do toalety.
Były to niepozorne, drewniane drzwi, za którymi, jak dobrze pamiętałem, odnalazłbym skromną, ale wystarczającą dla moich potrzeb ubikację.
Następne drzwi prowadziły do łazienki i magicznej balii z wodą. Ciekawe, czy kąpiel była już gotowa? Ilekroć byłem tam wprowadzany, zawsze w eskorcie trzech moich milczących, uroczych kochanek, woda delikatnie i zachęcająco parowała.

Stanąłem niezdecydowany. W tym miejscu kończyła się moja wiedza. Nigdy nie dotarłem dalej i nigdy mi przez myśl nie przeszło nawet, aby się zastanawiać nad funkcjami dalszej części korytarza. Idąc do łazienki, wiedziałem, co mnie czeka po kąpieli.
Wychodząc z kąpieli nie myślałem już w ogóle...
Teraz jednak, moje męskie instynkty pozostawały w uśpieniu. Być może niczym ten pies Pawłowa, zacząłem działać zgodnie z ustalonymi bodźcami. Jedzenie – kibelek – wanna – sex. Powziąłem mądrą myśl, że gdyby zabrakło któregoś z ogniw tego łańcucha, moje ciało nie wiedziałoby, co robić. Tak jak i teraz.

Część mnie chciała już wracać do siennika, położyć się na nim i grzecznie czekać na pierwszy z ukochanych bodźców.

Była jednak we mnie też ta część, która nie lubiła chadzać na łatwiznę. Nigdy szczególnie nie słuchałem tej części siebie, ale w tamtej chwili postanowiłem zaryzykować. Być może przeważyła nuda. Albo adrenalina wzięła mnie w swoje władanie i poczułem się nieśmiertelny.

Poszedłem dalej.

Korytarz urywał się niecałe dziesięć metrów dalej. Drogę zagradzały solidne – uwaga, uwaga! – stalowe i bardzo pancerne z wyglądu drzwi. Nacisnąłem na klamkę a ona, o dziwo, ustąpiła z cichym klekotem.
Ostrożnie, nie czyniąc hałasu, otworzyłem wielkie wrota i... jęknąłem z bólu. Oślepiło mnie światło tak mocne, że aż ścinające szare komórki. Padłem na kolana, zakrywając oczy dłońmi.
Minęła dłuższa chwila, nim ból zelżał na tyle, bym odzyskał władzę nad swoim ciałem. Oderwałem ręce od oczu i po raz pierwszy od niewiadomego czasu spojrzałem na żywy, otwarty świat.

Wrota wychodziły prosto na duże, dość mocno zagracone podwórze. Na terenie otoczonym wysokimi i gęstymi tujami, spoza których przebijał solidny, kuty ze stali płot, dostrzegłem siedem samochodów. Wszystkie wyglądały na bardzo zadbane. Nie dostrzegłem ani jednego auta przeciętnej marki – same pojazdy dla vipów, a w tej liczbie także moja terenóweczka. Kochana moja bryczka. Widać dobre niewiasty nie tylko się mną zaopiekowały ale i przygarnęły moje cacuszko.
Pośród limuzyn mój udający offroadowca pojazd wyglądał jak pies pasterski w otoczeniu owieczek.
Uśmiechnąłem się sam do siebie, ale niemal natychmiast straciłem zainteresowanie autami. Rozejrzałem się dookoła i wzbogaciłem się o kolejne obserwacje.

Drzwi, przez które wyszedłem, znajdowały się w umocnionej kamieniem skarpie. Postronnemu obserwatorowi przypominać to musiało ziemiankę bądź wolno stojącą piwnicę. O ile oczywiście takie istniały. Jakoś nie byłem ekspertem od tych spraw, ale życie w mieście nauczyło mnie, że skoro coś istnieje, to pewnie istnieć powinno, natomiast nadmierne zdziwienie często prowadzi do bliższego kontaktu z cudzą nienawiścią i nietolerancją.
Skarpa porośnięta była zieloną trawą, spośród której prześwitywały jakieś kolorowe kwiatki. Za skarpą natomiast... widziałem tylko niebo. Urywał się też płot i szpaler tui, odgradzający teren od pozostałych trzech stron świata.
Kierowany ciekawością – ze sporym trudem – wspiąłem się na skarpę i stanąłem oniemiały.
Z miejsca, w którym stałem, roztaczał się doskonały widok aż po horyzont. Skarpa wznosiła się na samym szczycie łagodnego wzgórza o długim, łagodnie opadającym stoku. Aż po horyzont rozciągały się falujące na delikatnym wietrze łany zbóż, przecięte dwiema wyraźnie widocznymi kreskami dróg.
Dopiero po chwili dostrzegłem, że moją skarpę otaczała wysypana kamieniem ścieżka, która kawałek dalej przechodziła w dróżkę wyłożoną solidnymi, kamiennymi płytami. Te zaś układały się w stopnie prowadzące w dół stoku wzgórza, prosto do stojącej nieopodal rezydencji.

Rezydencja to słowo ładne, ale cokolwiek skromne wobec tego, co widziałem. Był to prawdziwy pałacyk – dzieło zawołanego artysty, który z wielkim wyczuciem osadził nieregularną bryłę budynku w połowie skarpy tak, że wydawała się ona integralną częścią tak wzgórza, jak i całej okolicy. Liczne zamkowe motywy, pseudoblanki, imitacja fosy i coś w rodzaju wieży, nasuwały myśl o zamczysku, które przeszło solidny lifting.

Pięknie tutaj, pomyślałem.

Stałbym tak jeszcze przez kilka godzin, gdyby nie delikatne ukłucia zimna. Byłem przecież nagi, o czym zupełnie zapomniałem a pogoda, choć ładna, nie sprzyjała naturyzmowi. Podejrzewam, że swoje zrobiła także bytność w ukrytym pod skarpą bunkrze – po prostu przywykłem do innych warunków.

Odwróciłem się i zbiegłem ze skarpy. Zanim jednak ponownie otworzyłem drzwi i nim skryłem się w mrocznym wnętrzu korytarza, zauważyłem coś dziwnego.
Otoczony tujami placyk był pokryty ubitą i stwardniałą na słońcu gliną. Nieopodal dostrzegłem jednak jakiś biały punkt. Podszedłem tam i schyliłem się. Z gliny wystawała kość. Spora kość.
Ciekawe jakie zwierzę ją zgubiło?

Ze swojego miejsca dostrzegłem kolejną kość. I jeszcze jedną. A później zbyt wiele, aby je zliczyć. Nie wydawało mi się to dziwne ani złowróżbne do czasu, kiedy kierując się jakimś przedziwnym instynktem, wykopałem spod cienkiej warstwy gliny kość, której nie mogłem pomylić z niczym.
Minęła dłuższa chwila nim dotarła do mnie świadomość, że trzymam w ręce ludzką żuchwę. Ludzką!

Pełen przerażenia, zacząłem biegać po placyku i schylać się, ilekroć dostrzegłem coś białego. Kości było więcej niżby je mogła przerobić fabryka żelatyny, choć oczywiście nawet w naszym kraju fabryki żelatyny nie korzystały – podobno – z kości ludzkich. Jednak gdzieś w głębi duszy przedsiębiorcy drżało przekonanie, że jest to jedynie chwilowe niedopatrzenie.
Czarny humor nie mógł mnie obronić przed prawdą – byłem na cmentarzysku i to mocno zaniedbanym cmentarzysku. Wokół mnie walały się szczątki doczesne setek ludzi.
Kto, na Boga Wszechmogącego, urządza sobie posiadłość na terenie cmentarza?

I wtedy uderzyła mnie myśl tak przerażająca, że aż niemożliwa do przełknięcia.

A co, jeśli... istnienie tych szczątków było bezpośrednio związane z mieszkańcami rezydencji? Po nitce do kłębka – mój umysł poruszony przerażającym odkryciem zaczął pracować w tempie godnym księgowego szacującego, na ile można chapnąć naiwnego klienta.
Skądś miałem pewność, że kości należały do ofiar mieszkańców tego zamczyska. Podobnie samochody – stojące sobie karnie i spokojnie na miejscu zbrodni, niczym niemi świadkowie okropieństw wojny.
Ale... skoro wśród tych aut znajdował się mój samochód... czy to oznaczało, że i ja jestem ofiarą? Że i mnie jest pisana poniewierka na tej nieuświęconej glinie?
Nie mogłem uwierzyć, że słodkie kobiety, które tak o mnie dbały, byłyby zdolne do podobnego czynu. Nie. To niemożliwe.

Raz jeszcze spojrzałem na trzymaną w ręku kość, ale tym razem moje spojrzenie omsknęło się nieco i popatrzyłem na swój nadgarstek. Na bladej skórze ostro odcinały się czerwone kropeczki – ślady po zagojonych niedawno bliznach.
Popatrzyłem na drugą rękę a później powędrowałem wzrokiem dalej. Odkryłem więcej kropek – śladów ukąszeń. Pewność, że są to ukąszenia ślicznych, białych zębów wzięła się znikąd. Ale wiedziałem, że taka jest prawda.
W tamtej chwili wiedziałem już wszystko. Kiedy dotknąłem ręką niewielkich strupów na szyi – którą po każdej sesji seksu moje kochanki całowały z taką zachłannością – nie mogłem już żywić żadnych wątpliwości.

Wiedziałem kim są one – moje piękne, seksowne gracje. Wiedziałem wprawdzie, że w moim uporządkowanym świecie nie ma dla nich miejsca – przecież nie wierzyłem nawet w Świętego Mikołaja a co dopiero w... To słowo jakoś nie potrafiło mi przejść przez usta. Wiedziałem, kim były. Wiedziałem, co mi robiły. I wiedziałem, skąd te niekończące się zawroty głowy i słabość. Wiedziałem już, że siły mojego organizmu uciekły wraz z krwią, która była opłatą za gościnę. Za posiłki. Za wizyty w toalecie. Za kąpiele. I za to, co następowało po nich. Oraz za spokojny sen. Wiedziałem więcej niż wiedzieć chciałem. Nie wiedziałem tylko jednego.

Nie wiedziałem co czynić.

Gdybym wszedł na skarpę i spojrzał na rozciągające się po horyzont pola, być może zdecydowałbym się na ucieczkę. Cóż prostszego? Na pewno potrafiłbym uruchomić któryś z samochodów. A nawet jeśli nie, to przecież mogłem uciekać pieszo. Co prawda byłem osłabiony, a do tego nagi, ale wszystko było lepsze od pozostawania w tej celi. Wszystko było lepsze od takiego przeznaczenia, jakie mi zostało tutaj napisane.

Ale czy rzeczywiście? Nagi i drżący zapatrzyłem się w niebo. Pomyślałem o swoim życiu. O wielu rzeczach, które wcześniej mi umykały. Choć każda sekunda, którą spędzałem w ten sposób ograniczała możliwość skutecznej ucieczki, nie śpieszyłem się. Miałem czas. Miałem wszystek czas tego świata.

Myślałem, a myśli moje krążyły wieloma drogami. Kiedy jednak opuściłem głowę i ponownie spojrzałem na klepisko, w moich oczach zagościł spokój. Na twarzy pojawił się uśmiech. Raz jeszcze rozejrzałem się dookoła. Wciągnąłem do płuc ostatni duży haust świeżego powietrza.

Byłem zdecydowany. Zacisnąłem pieści i je rozluźniłem. Obróciłem się na pięcie i otworzyłem drzwi. Chwilę później skrył mnie mrok wyłożonego deskami korytarza. Zostawiłem świat za plecami. Delikatne stuknięcie zamykanych drzwi symbolicznie odcięło mnie od tego co na zewnątrz.

Byłem u siebie. I zamierzałem pozostać tak długo, aż mi sił zabraknie.

Dariusz Barczewski
Osieczno, czerwiec 2008

 



blog comments powered by Disqus