Fragment książki "Dworzec ZOO"


W  siną dal

Pozostały jeszcze dwie godziny 1938 roku. W  Gdańsku przez cały dzień popadywał śnieg, i  gromada dzieciaków bawiła się tocząc bitwę na śnieżki przed składami zboża, ciągnącymi się wzdłuż starego nabrzeża. John Russell przystanął, żeby popatrzeć na nie przez chwilę, po czym poszedł dalej brukowaną ulicą w  stronę niebieskich i  żółtych świateł.

Nie można było powiedzieć, żeby w  „Barze Szwedzkim” panował tłok, zaś te nieliczne twarze, które odwróciły się ku niemu, niekoniecznie przepełniał duch radosnego święta. Tak naprawdę większość z  tych ludzi sprawiała wrażenie, jakby wolała przebywać teraz gdzieś indziej.

Trudno się było temu dziwić. Bożonarodzeniowych dekoracji nie zdjęto, tylko pozwolono im spaść, i  teraz stały się one elementem podłogi  – razem z  plamami topniejącego śniegowego błota, dryfującymi niedopałkami oraz, tu i  tam jakąś stłuczoną butelką. Bar słynął z  brutalności wielonarodowych burd, ale w  tę szczególną noc grupki Szwedów, Finów i  Łotyszy wydawały się wyzbyte energii potrzebnej do wszczęcia kolejnej rozróby. Zazwyczaj można było mieć pewność, że jeden czy dwa stoliki zajęte przez niemieckich marynarzy zapewnią niezbędną iskrę, lecz teraz Niemców reprezentowały jedynie dwie podstarzałe prostytutki, a  i  one zbierały się do wyjścia.

Russell zajął wysoki stołek przy barze, zamówił sobie goldwassera[1]i  zaczął przeglądać egzemplarz New York Herald Tribune sprzed miesiąca, który z  jakiegoś niewytłumaczalnego powodu akurat tam leżał.

Znalazł w  nim jeden z  jego własnych artykułów, tekst o  nastawieniu Niemców do ich zwierzęcych ulubieńców. Towarzyszyło mu urocze zdjęcie sznaucera.

Widząc, że Russell czyta, jakiś samotny Szwed siedzący dwa stołki dalej zapytał go idealną angielszczyzną, czy mówi w  tym języku. Russell przyznał, że owszem.

– Jest pan Anglikiem!  – wykrzyknął Szwed, i  dźwignął swoje pokaźne cielsko na stołek obok Russella.

Rozmowa przerodziła się z  przyjaznej w  sentymentalną, a   potem, w  ekspresowym tempie, w  rzewną. Trzy goldwasserypóźniej Szwed opowiadał mu, że on, Lars, nie jest prawdziwym ojcem swoich dzieci. Vibeke nigdy się do tego nie przyznała, ale on wiedział, że tak jest.

Russell obdarował go pokrzepiającym poklepaniem po ramieniu, a  Lars runął do przodu. Jego głowa wydała głuche łupnięcie, spotykając się z  wypolerowaną powierzchnią kontuaru.

– „Szczęśliwego Nowego Roku”  – mruknął Russell. Lekko przesunął głowę Szweda, żeby łatwiej mu się oddychało, i  zebrał się do wyjścia.

Na zewnątrz niebo zaczynało się przejaśniać, a  powietrze było niemal dostatecznie zimne, żeby go otrzeźwić. W  protestanckim kościele marynarzy grały organy. Żadnych hymnów, tylko powolną pieśń żałobną, jak gdyby organista osobiście żegnał odchodzący rok. Do północy pozostał kwadrans.

Russell szedł z  powrotem przez miasto, czując wilgoć przesączającą się przez dziury w  butach. Na Langermarkt[2] było pełno par, śmiejących się i  piszczących, gdy ludzie chwytali się nawzajem, łapiąc równowagę na śliskich chodnikach.

Przeciął Breitgasse[3] i  dotarł na Holzmarkt[4] akurat w  chwili, gdy dzwony zaczęły oznajmiać Nowy Rok. Plac był wypełniony świętującymi ludźmi, i  czyjaś natarczywa ręka wciągnęła Russella do kręgu imprezowiczów tańczących i  śpiewających na śniegu. Kiedy piosenka się skończyła i  krąg się rozproszył, młoda Polka po jego lewej wyciągnęła się w  górę i  musnęła wargami jego usta. Jej oczy promieniały szczęściem. Russell pomyślał, że rok 1939 zaczyna się lepiej niż się tego spodziewał.

* * *

Recepcja w  jego hotelu świeciła pustkami, zaś odgłosy świętowania dobiegające z  kuchni na zapleczu sugerowały, że nocna zmiana bawi się na własnym, prywatnym przyjęciu. Russell pomyślał, żeby zrobić sobie gorącą czekoladę i  wysuszyć buty w  jednym z  piecyków, ale zmienił zdanie. Wziął klucz, wdrapał się po schodach na trzecie piętro i  powlókł się korytarzem do pokoju. Gdy zamykał za sobą drzwi, boleśnie dotarło do niego, że lokatorzy sąsiednich pokoi nadal witają Nowy Rok  – wspólnym śpiewaniem po jednej stronie, a  po drugiej seksem, od którego trzęsła się podłoga. Russell zdjął przemoczone buty i  skarpety, osuszył mokre stopy ręcznikiem i  opadł na podrygujące łóżko.

Rozległo się dyskretne, ledwie słyszalne pukanie do drzwi.

Przeklinając, dźwignął się z  łóżka i  otworzył.

Mężczyzna w  pogniecionym garniturze i  rozpiętej koszuli wpatrywał się w  niego.

– Pan John Russell  – mężczyzna odezwał się po angielsku, jak gdyby przedstawiał sobie Russella. Rosyjski akcent był nieznaczny, lecz łatwy do rozpoznania.  – Czy mógłbym chwilę z  panem pomówić?

– Jest trochę późno…  – zaczął Russell. Twarz mężczyzny wydała mu się mgliście znajoma.  – Ale czemu nie?  – dał za wygraną, gdy śpiewacy za ścianą utworzyli nowy i  głośniejszy chór.  – „Dziennikarz nie powinien nigdy rezygnować z  rozmowy”  – mruknął głównie do siebie, wpuszczając mężczyznę.  – Proszę, niech pan siada  – zaproponował.

Gość rozsiadł się i  założył nogę na nogę, podciągając przy tym nogawkę.

– Spotkaliśmy się już wcześniej  – powiedział.  – Dawno temu. Nazywam się Szczepkin. Jewgienij Grigorowicz Szczepkin. My…

– Tak  – Russell przerwał mu, gdy pamięć podsunęła mu właściwe wspomnienie.  – Panel dyskusyjny na temat dziennikarstwa na piątym Zjeździe. Lato ’24.

Szczepkin skinął głową, przytakując.

– Pamiętam pański wykład  – oznajmił.  – Pełen pasji  – dodał, omiatając wzrokiem pokój i  na parę sekund zatrzymując spojrzenie na rozpadających się butach gospodarza.

Russell przysiadł na krawędzi łóżka.

– Jak sam pan powiedział, to było dawno temu.

On i  Ilse poznali się na tej konferencji, puszczając w  ruch dziesięcioletni cykl małżeństwa, rodzicielstwa, separacji i  rozwodu. W  1924 roku włosy Szczepkina były czarne i  kręcone; teraz były krótko przycięte i  siwiejące. Russell domyślał się, że obaj są starsi niż obecne stulecie. Szczepkin trzymał się całkiem nieźle, zważywszy na to, co zapewne przeszedł przez ostatnie piętnaście lat. Miał urodziwą twarz o  nieokreślonej narodowości, z  ciemnobrązowymi oczami i  wydatnymi kośćmi policzkowymi, orli nos oraz idealnie wykrojone wargi. Mógłby uchodzić za obywatela większości europejskich krajów, i  zapewne tak robił.

Rosjanin zakończył lustrację pokoju.

– To okropny hotel  – stwierdził.

Russell zaśmiał się.

– O  tym chciał pan rozmawiać?

– Nie. Oczywiście, że nie.

– A  zatem, co pana sprowadza?

– Ach.  – Szczepkin znowu podciągnął nogawkę.  – Jestem tutaj, żeby zaproponować panu pracę.

Russell uniósł brew.

– Pan? Kogo właściwie pan reprezentuje?

Rosjanin wzruszył ramionami.

– Mój kraj. Związek Pisarzy. To bez znaczenia. Będzie pan pracował dla nas. Wie pan, kim jesteśmy.

– Nie  – odpowiedział Russell.  – To znaczy, nie jestem zainteresowany. Ja…

– Niech się pan tak nie spieszy  – powstrzymał go Szczepkin.  – Proszę mnie wysłuchać. Nie prosimy, żeby robił pan cokolwiek, czemu mogliby się sprzeciwiać pana niemieccy gospodarze.  – Rosjanin pozwolił sobie na uśmiech.  – Pozwoli pan, że powiem dokładnie, o  co nam chodzi. Chcemy cyklu artykułów na temat pozytywnych aspektów nazistowskiego reżymu.  – Przerwał na moment, na próżno czekając, aż Russell zażąda wyjaśnień.  – Nie jest pan Niemcem, ale mieszka pan w  Berlinie  – ciągnął dalej.  – Swego czasu cieszył się pan reputacją lewicowego dziennikarza, i  chociaż ta reputacja, powiedzmy, zbladła, nikt nie oskarżyłby pana o  bycie orędownikiem nazistów…

– Ale wy chcecie, żebym właśnie tym był.

– Nie, nie. Chcemy pozytywnych aspektów, nie pozytywnego ogólnego obrazu. To by nie było godne zaufania.

Russell był zaciekawiony  – na przekór samemu sobie. Może z  powodu tych goldwasserów.

– Potrzebne wam tylko moje nazwisko na tych artykułach?  – spytał.  – Czy chcecie, żebym je także napisał?

– Och, ależ my chcemy, żeby pan je pisał. Podoba nam się pański styl, cała ta ironia.

Russell pokręcił głową  – Stalin i  ironia jakoś nie wydawały się do siebie pasować.

Szczepkin błędnie odczytał jego gest.

– Panie Russell  – powiedział  – pozwoli pan, że wyłożę karty na stół.

Russell uśmiechnął się szeroko.

W  zamian Szczepkin zaoferował cierpkie skrzywienie ust.

– Cóż, w  każdym razie większość z  nich. Widzi pan, jesteśmy świadomi pańskiej sytuacji. Ma pan syna Niemca i  niemiecką przyjaciółkę, i  chce pan pozostać w  Niemczech, jeżeli będzie to możliwe. Oczywiście, jeśli wybuchnie wojna, będzie pan musiał wyjechać, bo inaczej zostanie pan internowany. Jednak dopóki ta chwila nie nadejdzie… a  być może nie nadejdzie, cuda się zdarzają… więc dopóki nie nadejdzie, chce pan zarabiać na utrzymanie jako dziennikarz, bez denerwowania swoich gospodarzy. Jaki mógłby być lepszy sposób? Napisze pan miłe rzeczy o  nazistach… Nie za miłe, oczywiście, artykuły muszą być wiarygodne, ale ze zwróceniem uwagi na ich dobre strony.

– Czy gówno ma dobre strony?  – Russell zastanawiał się na głos.

– Ależ panie Russell  – upierał się Szczepkin  – przecież sam pan wie. Wyeliminowanie bezrobocia, ożywione poczucie wspólnoty, zdrowe dzieci, wycieczki dla robotników, samochody dla przeciętnego człowieka…

– Powinien pan pracować dla Józia Goebbelsa.

Szczepkin posłał mu spojrzenie pełne udawanego wyrzutu.

– Dobrze  – stwierdził Russell.  – Rozumiem, o  co panu chodzi. Pozwoli pan, że zadam pytanie. Istnieje tylko jeden powód, żebyście chcieli tego rodzaju artykułu: urabiacie własnych ludzi do jakiegoś paktu z  diabłem. Zgadza się?

Szczepkin poruszył się, wymownie wzruszając ramionami.

– Dlaczego?  – nie ustępował Russell.

Rosjanin chrząknął.

– Dlaczego paktować z  diabłem? Nie wiem, co myśli władza. Ale mogę się domyślać, i  pan także.

Russell rzeczywiście mógł.

– Zachodnie mocarstwa starają się pchnąć Hitlera na wschód, więc Stalin musi go pchnąć na zachód? Czy mówimy o  jakimś pakcie o  nieagresji, czy o  czymś więcej?

Szczepkin zrobił urażoną minę. 

– Cóż więcej mogłoby to być? Każdy pakt z  tym człowiekiem może być wyłącznie chwilowy. Wiemy, co to za jeden.

Russell pokiwał głową. To miało sens. Zamknął oczy, jak gdyby mógł w  ten sposób odpędzić katastrofę. Za ścianą, na wprost niego muzykujący sąsiedzi zaintonowali jedną z  tych rzewnych polskich pieśni, które nawet posągowi mogłyby wycisnąć łzy.

Po drugiej stronie ściany, za nim, zapadła cisza, lecz jego łóżko nadal drżało jak kamerton.

– Chcielibyśmy również pewnych informacji  – Szczepkin mówił dalej niemal przepraszająco.  – Nic wojskowego  – dodał prędko, widząc wyraz twarzy Russella.  – Żadnych statystyk uzbrojenia ani tych planów okrętów, które zawsze musi odnajdywać Sherlock Holmes. Nic w  tym rodzaju. Po prostu, chcemy mieć lepsze pojęcie o  tym, co myślą zwyczajni Niemcy. Jak przyjmują zmiany warunków pracy, jak prawdopodobnie zareagują, jeśli nadciągnie wojna; tego typu rzeczy. Nie chcemy tajemnic, tylko pańskich opinii. I  nic na papierze. Może je pan przekazywać osobiście, raz na miesiąc.

Twarz Russella zdradzała sceptycyzm.

Szczepkin nie popuszczał.

– Zostanie pan dobrze wynagrodzony, bardzo dobrze. W  dowolnej walucie, w  dowolnym banku, dowolnym kraju, który pan wybierze. Mógłby pan sobie wynająć lepsze mieszkanie…

– Lubię swoje mieszkanie.

– Mógłby pan kupować rzeczy dla swojego syna, dla dziewczyny. Mógłby pan oddać buty do naprawy.

– Ja nie…

– Pieniądze  – to tylko dodatek. Kiedyś był pan z  nami…

– Dawno, dawno temu.

– Tak, wiem. Ale troszczył się pan o  innych ludzi. Słyszałem, co pan mówił. To się nie zmienia. A  jeżeli my pójdziemy na dno, to nic nie pozostanie.

– Cynik mógłby powiedzieć, że wybór między wami to żaden wybór.

– Cynik mógłby się mylić  – odparł Szczepkin, wyprowadzony z  równowagi i  może trochę rozgniewany.  – Musieliśmy przelewać krew, tak. Ale niechętnie, i  z  wiarą w  lepszą przyszłość. Oni to lubią. Ich koncepcja postępu to europejskie państwo niewolnicze.

– Wiem.

– Jeszcze jedno. Jeżeli pieniądze i  polityka pana nie przekonują, niech pan pomyśli o  tym. Będziemy wdzięczni, a  mamy wpływy prawie wszędzie. Zaś człowiek taki jak pan, w  pańskiej sytuacji, będzie potrzebował wpływowych przyjaciół.

– Co do tego nie ma wątpliwości.

Szczepkin podniósł się.

– Niech pan o  tym pomyśli, panie Russell  – powiedział, wyjmując kopertę z  wewnętrznej kieszeni marynarki i  kładąc ją na nocnym stoliku.  – Tu są wszystkie szczegóły: ile słów, daty dostarczenia, wynagrodzenie i  tak dalej. Jeżeli zdecyduje się pan na te artykuły, proszę napisać do naszego attaché prasowego w  Berlinie, mówiąc mu, kim pan jest i  że sam pan wpadł na ten pomysł. On poprosi pana o  wysłanie jednego artykułu pocztą. Gestapo go przeczyta i  przepuści. Wtedy otrzyma pan pierwszą zapłatę oraz sugestie przyszłych tematów. Przedostatnie litery słów w  pierwszym zdaniu utworzą nazwę miasta, poza granicami Niemiec, do którego może pan stosunkowo łatwo dotrzeć. Może Praga albo Kraków. Ostatni weekend miesiąca spędzi pan w  tym mieście. I  proszę dopilnować, żeby dokonywać rezerwacji hotelu co najmniej z  tygodniowym wyprzedzeniem. Kiedy już się pan tam znajdzie, ktoś się z  panem skontaktuje.

– Pomyślę o  tym  – odpowiedział Russell, głównie po to, żeby uniknąć dalszego sporu.

Chciał spędzać weekendy z  synem Paulem oraz swoją sympatią Effi, a  nie ze Szczepkinami tego świata.

Rosjanin skinął głową i  wyszedł, nie czekając na odprowadzenie do drzwi. Jak gdyby na sygnał, polski chór zamilkł.

Russell został wyrwany ze snu przez donośny gwizd lokomotywy. A  przynajmniej tak mu się w  pierwszej chwili wydawało. Gdy leżał już obudzony, słyszał narastający gwar cienkich głosików. Brzmiało to jak szkolne podwórze pełne przerażonych dzieci.

Narzucił coś na siebie i  zszedł na dół. Nadal panował mrok, ulica była opustoszała, a  szyny tramwajowe skrywała dziewicza warstwa śniegu. W  holu, przy kasach na dworcu Hauptbahnhof[5], kilkoro przyszłych pasażerów kuliło się na siedzeniach, odwracając oczy i  modląc się, żeby nie znaleźć się w  złym miejscu w  nieodpowiednim czasie. Russell minął barierę, przy której brakowało biletera. Na dworcu towarowym, za peronem, w  głębi stały ciężarówki oraz pociąg, który ciągnął się poza kraniec dworca. Pod żółtymi światłami zgromadzili się ludzie, sądząc z  wyglądu głównie rodziny, ponieważ była tam chmara dzieci. I  byli też mężczyźni w  mundurach. Brunatne Koszule.

Nagły ostry gwizd dalekiej lokomotywy wywołał upiorne echo wśród kręcącej się ludzkiej ciżby, jak gdyby wszystkie dzieci wrzasnęły jednocześnie.

Russell pokonał schody podziemnego korytarza po dwa stopnie naraz, prawie spodziewając się, że tunel będzie zablokowany. Nie był. Wyłonił się na jego drugim końcu, wkraczając wprost w  kłębiący się tłum nawołujących i  wrzeszczących ludzi. Domyślił się już, co się dzieje  – to był Kindertransport, jeden z  pociągów wynajętych do przetransportowania dziesięciu tysięcy żydowskich dzieci, które Wielka Brytania zgodziła się przyjąć po Kristallnacht, Kryształowej Nocy. Pisk nasilił się w  chwili, gdy strażnicy zaczęli oddzielać dzieci od rodziców, i  obie grupy były teraz rozganiane w  przeciwne strony przez powarkujące Brunatne Koszule. Rodzice cofali się, zalewając łzami, gdy ich dzieci zapędzano do pociągu  – niektóre gorączkowo wymachiwały, inne szły niechętnie, jak gdyby obawiały się przyjąć rozstanie do wiadomości.

Dalej w  głębi peronu trwała gwałtowna dysputa między Trupp­ führerem SA a  kobietą z  czerwonym krzyżem na rękawie.

Oboje wrzeszczeli na siebie, on po niemiecku, ona angielszczyzną z  akcentem z  północy. Kobieta nie posiadała się z  gniewu, omal nie napluła w  oczy Brunatnej Koszuli, i  było oczywiste, że ten panuje nad sobą ostatkiem sił; był bliski uderzenia jej pięścią w  twarz. Kilka kroków dalej inna kobieta pomagała podnieść się jednej z  matek z  posadzki peronu.

Krew ciekła jej z  nosa.

Russell energicznie podszedł do nich i  mignął swoją prasową akredytacją Ministerstwa Spraw Zagranicznych, co przynajmniej dało mężczyźnie nowy obiekt do wyładowania złości.

– Co pan tu robi, do cholery?  – krzyknął Truppführer.

Miał koszmarnie świńską twarz oraz pasującą do niej posturę.

– Próbuję pomóc  – Russell odpowiedział spokojnie.  – Mówię po angielsku.

– No to powiedz pan tej angielskiej suce, żeby się zabierała z  powrotem do pociągu z  małymi żydziakami, gdzie jej miejsce.

Russell zwrócił się do drobnej brunetki, która nie mogła mieć wiele więcej niż dwadzieścia pięć lat.

– Nie warto na niego krzyczeć  – wyjaśnił jej po angielsku.  – Nic dobrego pani z  tego nie przyjdzie. Właściwie to tylko pogorszy sprawę.

– Ja…  – wydawało się, że zabrakło jej słów.

– Wiem  – odparł Russell.  – Nie potrafi pani uwierzyć, że ludzie mogą się tak zachowywać. Ale wielu tak robi. Przez cały czas.

Jak gdyby na podkreślenie tych słów Truppführer znowu zaczął się wydzierać. Kiedy kobieta odpowiedziała krzykiem, chwycił ją za rękę, a  ona kopnęła go w  goleń. Zdzielił ją w  twarz wierzchem dłoni z  ogromną siłą, okręcając ją i  powalając na twarz, w  śnieg leżący na peronie. Jęknęła i  potrząsnęła głową.

Russell stanął między nimi.

– Słuchaj pan  – powiedział do mężczyzny  – to może dla pana oznaczać sąd polowy, jeżeli nie będzie pan ostrożny. Führer nie chce, żebyście dawali Anglikom tego rodzaju propagandowe zwycięstwo. Wiem, to tylko żydki, i  na pewno pan uważa tak jak ja, że powinniśmy wsadzić wszystkich dorosłych razem z  nimi do tego cholernego pociągu i  pozbyć się robactwa raz na zawsze, ale to Führer o  tym decyduje, a  nie my.

Brytyjka chwiejnie podnosiła się na czworaki.

Szturmowiec rzucił swojej ofierze ostatnie spojrzenie, wydał z  siebie prychnięcie, z  którego dumny byłby każdy złoczyńca z  pantomimy, i  pomaszerował wzdłuż peronu.

Russell pomógł kobiecie wstać.

– Co mu pan powiedział?  – spytała, ostrożnie obmacując puchnący policzek.          

– Odwołałem się do lepszej części jego natury.

– Musi być ktoś…  – zaczęła.

– Nie ma  – zapewnił ją Russell.  – Prawo nie chroni Żydów ani nikogo, kto działa na ich rzecz. Proszę się po prostu zaopiekować dziećmi. Wyglądają, jakby im było tego potrzeba.

– Nie musi mi pan mówić…

– Wiem, że nie. Ja tylko próbuję…

Spojrzała ponad ramieniem Russella.

– On wraca.

Truppführerowi towarzyszył Sturmführer, niższy mężczyzna w  okrągłych okularach i  z  pyzatą twarzą. Bez mundurów  – zakładając, że kiedykolwiek je zdejmują  – Russell wziąłby ich za sklepikarza oraz urzędnika pomniejszego szczebla. Prawdziwa elita Gdańska.

– Dokumenty  – zażądał Sturmführer.

– Są w  moim pokoju w  hotelu.

– Nazwisko?

– John Russell.

– Jest pan Anglikiem?

– Jestem angielskim dziennikarzem. Mieszkam w  Rzeszy i  posiadam pełną akredytację Ministerstwa Propagandy w  Berlinie.

– Sprawdzimy to.

– Oczywiście.

– A  co pan tutaj robi?

– Przyszedłem zobaczyć, co się dzieje. Jak to dziennikarz. Interweniowałem w  sporze między pańskim kolegą a  tą pracownicą Czerwonego Krzyża, ponieważ uznałem, że jego zachowanie szkodliwie wpływa na reputację Rzeszy.

Sturmführer namyślał się przez chwilę, po czym zwrócił się do swojego podwładnego.

– Jestem pewien, że mój kolega wyraża ubolewanie z  powodu wszelkich nieporozumień  – oznajmił znacząco.

Truppführer popatrzył na kobietę.

– Przepraszam  – rzucił sztywno.

– On przeprasza  – przekazał jej Russell.

– Niech mu pan powie, żeby poszedł do diabła  – odparła.

– Przyjmuje pańskie przeprosiny  – Russell powiedział dwóm Brunatnym Koszulom.

– Dobrze. Teraz ona musi wracać do pociągu, a  pan musi pójść z  nami.

Russell westchnął.

– Powinna pani wsiadać do pociągu  – zwrócił się do kobiety.  – Protestami niczego pani nie uzyska.

Wzięła głęboki wdech.

– W  porządku  – powiedziała, jak gdyby nic nie było w  porządku.  – Dziękuję  – dodała jeszcze, wyciągając rękę.

Russell uścisnął jej dłoń.

– Niech pani opowie o  tym prasie, kiedy wróci pani do cywilizacji  – poradził.  – Powodzenia.

Patrzył, jak wspina się po stopniach i  znika w  wagonie.

Wszystkie dzieci znajdowały się już w  pociągu; większość z  nich przyciskała buzie do okien i  gorączkowo ścierała z  szyb parę z  oddechów, żeby po raz ostatni spojrzeć na rodziców. Kilkoro zdołało otworzyć rozsuwane wywietrzniki i  wcisnąć głowy w  wąskie szczeliny. Niektóre krzyczały, inne prosiły. Większość płakała.

Russell oderwał wzrok od okien akurat w  porę, by zobaczyć, jak mała dziewczynka zwinnie wyskakuje z  wagonu i  pędzi po peronie.

Szturmowiec przy drzwiach okręcił się, żeby ją złapać, lecz poślizgnął się przy tym na śniegowej brei i  runął na peron twarzą w  dół. Gdy gramolił się, żeby wstać, chłopiec w  wieku około dziesięciu lat przebiegł obok niego.

Ramiona dziewczynki ciasno oplotły szyję klęczącej matki.

– Esther, musimy wsiąść do pociągu  – chłopiec odezwał się gniewnie, ale zarówno córka jak i  matka za bardzo płakały, żeby go zauważyć. Pełne udręki apele ojca o  rozsądek („Ruth, musimy ją puścić; Esther, musisz jechać z  bratem”) również nie znalazły posłuchu.

Szturmowiec z  twarzą czerwoną ze złości chwycił garścią długie czarne włosy dziewczynki i  szarpnął. Szok sprawił, że oderwała ręce od szyi matki, i  mężczyzna zaczął ją wlec po błotnistym peronie do pociągu. Matka wrzasnęła rozdzierająco i  pobiegła za nimi. Mężczyzna puścił dziewczynkę i  grzmotnął gumową pałką w  twarz matki. Osunęła się do tyłu, a  strużka krwi pociekła jej na kołnierz płaszcza. Gdy szturmowiec zamachnął się, żeby ponownie zdzielić kobietę, jej mąż złapał za pałkę, ale dwie inne Brunatne Koszule przygniotły go do ziemi i  na jego głowę posypał się grad ciosów. Chłopiec podniósł zawodzącą siostrę i  zapędził ją z  powrotem do pociągu.

Nadbiegło więcej szturmowców, jednak nie musieli się trudzić. Tak samo jak Russell, obserwujący to rodzice byli zbyt zszokowani, żeby zaprotestować, a  co dopiero interweniować.

– Nie chcę jechać  – odezwał się ktoś cicho za Russellem.

Odwrócił się, żeby znaleźć właścicielkę głosu. Stała na oparciu siedzenia w  pociągu, z  buzią wykręconą w  otwartej szczelinie wywietrznika, a  jej brązowe oczy wypełniały łzy. Nie mogła mieć więcej niż pięć lat.

– Proszę, czy może pan powiedzieć policjantom, że ja nie chcę jechać? Nazywam się Fräulein Gisela Kluger.

Russell podszedł do wagonu, zastanawiając się, co u  licha mógłby odpowiedzieć.

– Obawiam się, że musisz pojechać w  tę podróż  – odezwał się.  – Twoja matka i  ojciec uważają, że będziesz bezpieczniejsza w  Anglii.

– Ale ja nie chcę  – oznajmiła, i  dwie wielkie łzy spłynęły jej po policzkach.

– Wiem, ale…  – Kolejny gwizd przeszył powietrze na peronie; kłąb pary wydostał się z  lokomotywy.  – Przykro mi – powiedział bezradnie Russell.

Pociąg szarpnął i  ruszył. Na twarzy dziewczynki mignęła chwilowa panika, a  po niej pojawił się wyraz, który Russell miał zapamiętać na długo  – mieszały się w  nim wyrzut, niezrozumienie oraz smutek, jakiego żaden pięciolatek nie powinien doświadczać.

Gdy pociąg odjeżdżał, maleńka ręka wysunęła się przez okno i  pomachała.

– Przykro mi  – mruknął Russell.

Jakaś ręka chwyciła go za ramię. Truppführer.

– Ty, Anglik. Idziesz z  nami.

Został poprowadzony za Sturmführerem wzdłuż peronu. Większość matek i  ojców w  dalszym ciągu skupiało całą uwagę na znikającym pociągu, wbijając wzrok w  czerwone światła, ostatni obraz rodziny. Odesłali własne dzieci. Żeby ocalić ich życie, uczynili z  nich sieroty.

Jedna z  kobiet, zamknąwszy oczy, klęczała w  śniegu, wydobywając z  siebie cichy, żałobny skowyt. Ten dźwięk towarzyszył Russellowi, gdy wyprowadzano go z  peronu. Odgłos łamiącego się serca.

Na dworcu towarowym Truppführer pchnął go w  kierunku samochodu.

– Mój hotel jest po drugiej stronie ulicy  – zaprotestował Russell.

– Zabierzemy pańskie dokumenty  – odpowiedział Sturmführer.

Gdy wtłaczali go do samochodu, Russell zdał sobie sprawę, że koperta Szczepkina wciąż leży na jego nocnym stoliku.

 



[1]
            Goldwasser  – złota woda, gdańska wódka  – mocny likier ziołowo-korzenny, minimum czterdziestoprocentowy, którego charakterystycznym elementem są drobne płatki dwudziestodwu- lub dwudziestotrzykaratowego złota, zawieszone w  alkoholu.

[2]            Langermarkt  – ulica w  Gdańsku, dzisiaj Długi Targ.

[3]            Breitgasse  – ulica w  Gdańsku  – dzisiaj nie istnieje.

[4]            Holzmarkt  – ulica w  Gdańsku, dzisiejszy Targ drzewny.

[5]            Hauptbahnhof  – Dworzec Główny.

 

Dworzec ZOO

Autor: David C. Downing
Tłumaczenie: Dorota Strukowska
Wydawnictwo: Replika
Wydanie polskie: 5/2012
Tytuł oryginalny: ZOO Station
Liczba stron: 364
Format: 145 x 205 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788376741420
Wydanie: I
Cena z okładki: 34,90 zł


blog comments powered by Disqus