Pieśń nudy

Autor: Jimmy
17 września 2007

Eddings to znane (i przez wielu lubiane) nazwisko w kręgu miłośników fantasy. Niech nikt się przypadkiem nie nabierze – Pieśń Reginy w ogóle z fantastyką ma mało wspólnego, a, co gorsza, jest to proza najmarniejszej jakości.

David i Leigh Eddingsowie, duet znany z wieloczęściowych cykli fantasy, tym razem prezentują nam zamkniętą w jednym tomie opowieść osadzoną w realnym świecie, Pieśń Reginy. Nie będę się zagłębiał w szczegóły fabularne, zrobiła to już w swojej recenzji Joanna Kułakowska. Dość powiedzieć, że chodzi o fenomen tajemniczych więzi łączących jednojajowe bliźnięta i ich (być może) połączonej świadomości. W tym wypadku ujawnia się to w sytuacji brutalnego morderstwa jednej z sióstr bliźniaczek oraz tajemniczych, makabrycznych wydarzeń następujących kilka lat później, w centrum których znajduje się pozostała przy życiu dziewczyna i jej najbliższy przyjaciel.

Notka okładkowa o morderstwach, koszmarach, przeczuciach, a także sugestywna ilustracja na okładce sugerują mroczny thriller czy wręcz metafizyczny horror. Nic z tych rzeczy. Pieśń Reginy to... powieść obyczajowa! Ta szufladka wydaje się być najodpowiedniejsza dla książki, której główną treścią są wydumane opisy stosunków uczelnianych i współlokatorskich, pseudopsychologiczne i pseudofilozoficzne rozmowy między grupką przyjaciół, a wreszcie wieloakapitowe, co gorsza, powtarzające się regularnie co kilkanaście stron, opisy banalnych i nijak się mających do fabuły czynności: jak to jeden chłopak buduje regał na książki, inny naprawia samochód, a dziewczyna robi grzanki i kawę... Jeśli chodzi o morderstwa, to autorzy oszczędzają nam opisów ich przebiegu (poza ogólnikowymi, typu “zmasakrowane ciało”, “był torturowany”, “przed śmiercią cierpiał”, itp.), a dochodzenie tożsamości zabójcy właściwie nie ma sensu, gdyż jest to rzecz oczywista od samego początku (ach, ta dosłowna okładka...).

We wspomnianej wyżej recenzji autorka zauważa i wyjaśnia niezorientowanym “muzyczną” strukturę powieści, autorzy podzielili bowiem książkę na części o wymownych nazwach: andante, adagio, appasionata itp. I, o ile można się zgodzić ze stwierdzeniem, że jest to ciekawy, choć nie nowatorski, pomysł na podział powieści, akcentujący zawartość i zróżnicowanie poszczególnych części, o tyle w przypadku “Pieśni Reginy” jest to tylko i wyłącznie sztuka dla sztuki i próba nadania jakiejś “głębi” utworowi bardzo prostemu, by nie rzec: prostackiemu. W prozie państwa Eddings nie ma miejsca na zmiany dramaturgii i tempa, cały czas jest ta sama powolność, przegadanie i nuda. Prosta jak konstrukcja cepa linia fabularna zmierza bez żadnych zakrętów i zwrotów akcji ku przewidywalnemu końcowi. Proste są też postacie, galeria wydumanych ludzików, które autorzy grzecznie na początku przedstawiają i różnicują za pomocą kilku najprostszych cech, zwykle fizycznych. Powstałe stworki są nie tylko nieprawdopodobne (konia z rzędem temu, kto znajdzie takie indywidua wśród studenckiej braci), ale też podobne do siebie. Różniące ich cechy są podane czytelnikowi na wiarę i w żaden sposób nie wynikają ani z zachowań tych postaci, ani używanego słownictwa itp., itd. Właściwie, gdyby nie padające co jakiś czas w dialogu imię, ciężko byłoby się zorientować, kto z kim rozmawia. Skrótowo zwykło się takie twory pisarskie określać mianem “drewnianych” lub “papierowych” (a przypadkiem główny bohater robi w drewnie...).

Może jeszcze słowo o fabule. Wszystko, dosłownie każde wydarzenie i każde zachowanie każdej postaci, jest podporządkowane zamyślonemu zawczasu poprowadzeniu akcji od punktu A do punktu B, nieważne jak mało prawdopodobna będzie obrana droga. Przypadkiem rodzice głównego bohatera zostają uśmierceni, aby nie przeszkadzali i miał on pełną swobodę. Przypadkiem jego współlokatorką jest studentka psychologii, która akurat może pomóc w obserwacjach niestabilnej psychicznie bliźniaczki. Przypadkiem inny współlokator ma brata w policji, co daje możliwość przedstawienia czytelnikowi kulisów zbrodni. Przypadkiem w miejscu, gdzie studiuje bohater, mieszka ciotka dziewczyny, więc może przyjąć ją pod swój dach i wszyscy są blisko siebie. Przypadkiem jest ona policjantką, więc ma dostęp do informacji i leków nasennych. Przypadkiem rodzice bliźniaczek są lokalnymi bogaczami i mogą przeprowadzić finałową “akcję”. Przypadkiem wszyscy są dobrymi samarytanami i żaden z bohaterów nie ma własnego życia i własnych problemów, każdy myśli i mówi tylko o sponiewieranej życiem bliźniaczce, o jej problemach i ogólnie o zagadnieniach (pseudo)psychologii; z równą werwą, zainteresowaniem i znawstwem mówią na przemian: prawniczka, inżynier, filozof, policjantka, profesor, a nawet ksiądz. Nie mówiąc o prowadzącym bohaterkę lekarzu psychiatrze, który zdaje się nie mieć innych pacjentów i bez problemu poświęca jej całego siebie. To tylko najbardziej rzucające się w oczy absurdy, a jest ich jeszcze w tej książce cała masa, na czele z zupełnie nierealnym przedstawieniem środowiska uczelnianego i z beznadziejnym zakończeniem, którego właściwie go nie ma.

Zauważyłem jeden skromny pozytyw. Uśmiałem się jak rzadko, kiedy bohaterka napisała na studiach wypracowanie (mamy możliwość je przeczytać, około 1,5 strony na poziomie oczytanego gimnazjalisty), a jej przyjaciel, prowadzący wykład, uznał te wypociny za arcydzieło. Popędził do swego dziekana, ten przytaknął i namaścił dziewczynę na wielką nadzieję pisarstwa. Pokazał przyjaciołom, lekarzowi i księdzu, wszyscy wyrażali zdumienie i zachwyt wielką głębią treści i wspaniałą formą tego wypracowanka tak bardzo, że zapragnęli nawet mieć kopię dla siebie i potomnych. Mój szczery śmiech wzbudziła wynikająca z tego konkluzja: albo państwo Eddings mają wybitnie zawyżone mniemanie o sobie, uważając, że te napisane przez nich kilkanaście zdań ma aż taką moc oczarowywania ludzi (ba, skoro kilka zdań spod ich ręki winno być wynoszone pod niebiosa przez znawców literatury, to co dopiero cała książka albo wielotomowy cykl?), albo edukacja akademicka w zakresie humanistyki i kultura pisania w USA jest tu przedstawiona obiektywnie, a to by znaczyło, że jest na naprawdę zatrważającym poziomie. A wystarczyło, zamiast dosłownie przedstawiać i się ośmieszać, po prostu pozwolić bohaterowi tylko wspomnieć o wypracowaniu i zawartych w nim treściach. No cóż, dzięki temu przynajmniej się pośmiałem. Każdy żart śmieszy najbardziej za pierwszym razem, więc i tu śmiesznie przestało być, gdy rzeczony motyw się powtórzył.

Plusem mogłaby się wydawać lekkość tej historii i jej przesłanie - wszyscy są tu dla siebie przyjacielscy, mili, każdy troszczy się o poszkodowaną istotkę. Właściwie bohaterowie to jedna wielka rodzina i każdy chciałby mieć takich przyjaciół, a każdy naród marzyłby, aby zrodzona z niego inteligencja studencka w ten właśnie sposób się prezentowała. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że ta prostota i lekkość to równia pochyła w dół, ku uproszczeniom w zupełnie innych, poważnych sprawach. I stwierdzam, zupełnie odwrotnie niż Joanna Kułakowska, że przesłanie powieści jest co najmniej chybione, a bohaterka jest akurat ostatnią poszkodowaną w tej historii. Panu Kułakowska zarzuca także opiekunom i psychiatrze dziewczyny, że traktują ją nieetycznie. Ja w ich postępowaniu nic takiego nie zauważam. Nieetyczne natomiast jest niedostrzeganie bestialskich mordów i zadziwiające przechodzenie nad nimi do porządku dziennego. Nie są nimi zaszokowani ani zainteresowani nie tylko najbliżsi mordercy, ale też zupełnie obcy policjant, lekarz, ksiądz a nawet sędzia rozstrzygający w tej sprawie!

Oko za oko, krew za krew - to jest motyw przewodni “Pieśni Reginy”, który autorka wspomnianej wyżej recenzji uznała za “przekonujące racje”. Za jedną śmierć trupów kilkanaście, co z tego, że niewinni w tej konkretnej sprawie, ważne że mieli inne przewiny na sumieniu i ogólnie byli zakałą społeczeństwa. Sądy sądami, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie, pakujemy więc do torby granat, tudzież nóż do tapet i hajda na miasto dokonać zemsty za wycierpiane krzywdy. Bardzo prostackie i jednoznaczne tezy... Czy słuszne? Cóż, podane na sposób a'la Eddingsowie na pewno nie. Zresztą, wszelkie jednoznaczne sądy o sprawach najistotniejszych, a taką jest przecież śmierć człowieka oraz poczucie sprawiedliwości i zadośćuczynienia, powinny budzić niepokój. Najwyraźniej nie u autorów.

O podskórnej nienawiści do dziennikarzy i odbieraniu im prawa do przekazywania informacji (a naprawdę, zarysowanym w powieści postaciom daleko do wścibskich paparazzich goniących Lady Di, to są zwykli dziennikarze donoszący o mordercy terroryzującym miasto. Według bohaterów czynią to w sposób histeryczny, ale trzeba im na słowo uwierzyć, bo czytelnikowi argumentów za tym nie przedstawiono), czyli drugiej myśli przewodniej powieści, nawet nie chce mi się pisać. Wypada to jeszcze bardziej blado i, co tu dużo ukrywać, po prostu głupio. Pewnie chodziło o to, że, kierując się dziwną moralnością i poczuciem sprawiedliwości, dziennikarze nie chcą zrozumieć, że zabijanie i zemsta na własną rękę to przyrodzone prawo amerykańskiego obywatela i obowiązek każdego porządnego człowieka.

Nie wiem czym miała być ta książka. Thrillerem, horrorem ani kryminałem na pewno nie jest. Powieścią psychologiczną? Patrz wyżej. Głosem w sprawie społecznego poczucia sprawiedliwości? Prostackie i nieprzekonujące. Może po prostu międzygatunkową powieścią rozrywkową? Najpewniej tak, ale tych ram też nie wypełnia, gdyż, oprócz tego, że z słabiutka fabularnie, uboga treściowo i strasząca nieakceptowalnym przesłaniem, Pieśń Reginy jest po prostu okrutnie nudna! Omijać z bardzo, bardzo daleka.

Pieśń Reginy

Autor: David Eddings, Leigh Eddings
Tłumaczenie: Agnieszka Barbara Ciepłowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 8/2003
Tytuł oryginalny: Regina's Song
Rok wydania oryginału: 2002
Seria wydawnicza: Fantastyka
Liczba stron: 384
Format: 145x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-7337-442-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 4,90 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus