Fragment książki "Atlas chmur"


Adama Ewinga  Dziennik Pacyficzny

Czwartek, 7 listopada ~
Poza wioską Indian, na spłachciu bezludnym wybrzeża na świeży ślad stóp natrafiłem. Trop przez gnijące wodorosty wiódł, palmy i bambusy, aż do tego, kto je zostawiał – Białego człowieka. Spodnie miał podwinięte i kabat żeglarski nosił, brodę miał utrzymaną starannie i za dużą czapkę z bobrowego futra. Łyżeczką do herbaty piach koloru popiołu kopał i przesiewał z namaszczeniem takim, że dostrzegł mię dopiero, gdym go z dziesięciu jardów pozdrowił. Tak oto znajomość zawarłem z dr. Henrym Goose’em, medykiem londyńskich wyższych sfer. Jego nacja zaskoczeniem dla mnie nie była. Jeśli jest gdzie siedziba tak odludna lub wyspa tak odległa, by człek nalazł tam schronienie przez Anglika nieturbowany, tom ja takiej na żadnej z map nie widział.
Zali pan doktor zapodział co na tym posępnym brzegu? Służyć mogę pomocą? Dr Goose potrząsnął głową, chusteczkę rozsupłał, i jej zawartość ukazał z wyraźną dumą.
– Zęby, sir, niczym szkliwione skarby największe są dla poszukiwań, którem tu sobie zamierzył. W dniach minionych ten brzeg Arkadyjski salą był bankietów kanibali, a jakże, gdzie silni słabych pożerali, a zęby pluli, jak pan i ja plujemy z ust pestki wiśni. Wszelako teraz trzonowce te, sir, w złoto się przemienią. A jak? Rękodzielnik pewien z Piccadilly, co wyższe sfery zaopatruje w zębowe protezy, zacne płaci sumki za ludzkie zębiska. Wiesz pan, za ile ćwierć funta pójdzie?
Wyznałem, że nie wiem.
– A ja też, sir, oświecać pana nie zamierzam – zawodowe są to sekrety! – Po nosie się postukał. – Znasz się pan, panie Ewing, z markizą Grace of Mayfair? Nie? Tym lepiej dla pana – trup z niej istny w krynolinach. Minęło lat pięć już, jak jędza oczerniła mię, a jakże, imputując mi rzeczy takie, że z Towarzystwa mię wykluczono. – Dr Goose patrzał w dal ku morzu. – Toż właśnie owa czarna godzina dała początek mym peregrynacjom.
Wyraziłem współczucie dla trudnego doktora położenia.
– Dziękuję, sir, dziękuję po stokroć, lecz te ząbki – chusteczką potrząsnął – to, dalibóg, aniołowie mej pomsty. Pozwoli pan, że objaśnię. Markiza nosi szczękę sztuczną projektu wzmiankowanego już mistrza. Wszelako w przyszłoroczne Boże Narodzenie, gdy ta klempa w perfumie brylować będzie na Balu Ambasadorów, ja, Henry Goose, a jakże, powstanę i wszem wobec oznajmię, że gospodyni nasza uzębieniem kanibali przeżuwa! Sir Hubert najpewniej rzuci mi wyzwanie. „Okaż pan dowody” – prostacko zaryczy – „lub satysfakcji żądam!”. A ja oświadczę: „Dowody, sir Hubercie? Cóż, osobiście ząbki pańskiej mamy zbierałem w spluwaczce przeogromnej na południowym Pacyfiku. O, proszę, sir, tu mam jeszcze kilka!”. I te oto ząbki do jej wazy w żółwia kształtcie wprost w zupę cisnę. I to, sir, właśnie to będzie dla mnie satysfakcją. Kąśliwi szydercy obsmarują markizę w gazetach i wiosną szczęście będzie miała, jeśli kto ją zaprosi na Bal Ubogich!
Pośpiesznie pożegnałem się z Henrym Goose’em, miłego dnia mu życząc. Jest chyba niespełna rozumu, jak mniemam.

Piątek, 8 listopada ~
W stoczni prymitywnej pod mym oknem prace trwają nad bomem foka, pod pana Sykesa kierunkiem. Pan Walker, właściciel jedynej tawerny w Ocean Bay, jest także głównym tutejszym handlarzem drewna i przechwala się, ileż to lat jako mistrz szkutnictwa w Liverpoolu spędził. (Wystarczająco obznajomiony jużem z etykietą Antypodów, by przymknąć oko na podobne nieprawdy oczywiste). Pan Sykes rzekł mi, że całego tygodnia trzeba dla nadania „Wieszczce” bristolskiego sznytu. Utknąć w Muszkiecie na siedem dni, wyrok to smętny, lecz gdy pomnę zębiska srogiego sztormu i marynarzy, co za burtę wypadli, to i mój dopust obecny zda się mniej dotkliwy.
Rankiem spotkałem dziś na schodach dr. Goose’a i śniadaliśmy razem. Kwateruje w Muszkiecie od połowy października, po tym, jak brazylijskim brygiem handlowym „Namorados” przybył tu z Fiji, gdzie sztuki swe w ośrodku misyjnym praktykował. Teraz wyczekuje doktor dawno spóźnionego już australijskiego szkunera do połowu fok, „Nellie”, by do Sydney go zabrał. Dotarłszy do kolonii, będzie miejsca szukać na pokładzie statku płynącego do jego rodzinnego Londynu.
Osąd mój co do osoby dr. Goose’a niesprawiedliwym był i przedwczesnym. Człek chcący przetrwać w mym fachu cynicznym być musi niczym Diogenes, lecz cynizm ślepym czynić potrafi na cnoty subtelniejsze. Doktor nie jest od drobnych ekscentryczności wolnym i rad opowiada o nich przy miarce portugalskiego pisco (nigdy w nadmiarze), ręczę jednakoż, że prócz mnie jedynym jest dżentelmenem na tej szerokości na wschód od Sydney i na zachód od Valparaiso. Być może ułożę nawet list polecający go Partridge’om z Sydney, dr Goose bowiem i drogi Fred są jak z jednej gliny ulepieni.
Pogoda zła uniemożliwiła mi poranne wyjście, toteż opowieści snuliśmy przy ogniu torfowym i godziny mknęły niczym minuty. Dużo o Tildzie mówiłem i o Jacksonie oraz o tym, jak się „gorączką złota” w San Francisco frasuję. Rozmowa zeszła nam potem z mego miasta rodzinnego na obowiązki notariusza w Nowej Południowej Walii, jakie niedawno na mnie spadły, a stamtąd na Gibbonsa, Malthusa i Godwina, przez tematy Pijawek oraz Parowozów. Pełna uwagi rozmowa to kuracyjne remedium, którego boleśnie mi na pokładzie „Wieszczki” brakuje, z doktora zaś erudyta prawdziwy. Co więcej, posiada zacną armię figur szachowych, w wielorybich fiszbinach rzeźbionych, które zajęcie będą przez nas miały, aż „Wieszczka” w morze wypłynie bądź przypłynie tu „Nelly”.

Sobota, 9 listopada ~
Świt jak srebrny talar promienieje. Szkuner nasz nadal przedstawia widok żałosny w zatoce. Na brzegu naprawiają wojenne kanu indiańskie. Wybraliśmy się z Henrym na „Plażę Bankietów”, w wakacyjnym humorze, pozdrowiwszy beztrosko pokojówkę, która u pana Walkera służy. Panna ta w chmurnym usposobieniu pranie na krzaku rozwieszała i nie zwróciła na nas uwagi. Ma nieco domieszki krwi czarnej i, jak mniemam, matce jej do ludu z dżungli niedaleko.
Gdyśmy mimo wioski indiańskiej przechodzili, „buczenie” wzbudziło ciekawość naszą i uradziliśmy wytropić jego źródło. Osada otoczona jest palisadą tak zbutwiałą, że można by się do środka przedostać w miejscach wielu. Suka wyleniała głowę uniosła, lecz bezzębna była, zdychająca, i nie szczeknęła. Zewnętrzny krąg chat ponga (z konarów, ścian ziemnych i plątaniny gałęzi u pował) przed siedzibami „możnych” kucnął – budowlami z drewna o struganych nadprożach, z najprostszymi z ganków. Pośrodku wioski odprawiała się publiczna chłosta. Henry i ja jedynymi byliśmy Białymi widzami, lecz wyraźny znać było podział na trzy kasty indiańskich spektatorów. Wódz na tronie usadzony był w stroju przybranym piórami ptasimi, podczas gdy wytatuowani możni wraz z kobietami swoimi i dziećmi stali w asyście, w liczbie ogólnej bliskiej trzydziestu. Niewolnicy, o skórze ciemniejszej, w głębszej barwie niźli u ich orzechowo-brązowych panów, w liczbie o połowę mniejszej, w błocie przykucnęli. Przyrodzona ociężałość i otępienie! Z twarzami dziobatymi i krostowatymi od haki-haki, nieszczęśnicy przyglądali się karze bez reakcji żadnej, prócz owego „buczenia” przedziwnego, jakby pszczelego. Łączenie się w bólu, czyli też znak potępienia to był – wiedzieć nie mogliśmy, co dźwięk ów oznaczał. Bat dzierżył Goliat jakowyś, którego postura każdego łowcę nagród znad pionierskiej granicy by onieśmieliła. Każdy cal muskułów miał dzikus ów tatuażem pokryty, jaszczurami ogromnej i pomniejszej wielkości – za jego skórę zwierzęcą dano by niezłą sumkę, lubo za perły wszystkie Hawajów nie chciałbym wyznaczonym być do odebrania mu onej. Nieszczęsny więzień, szronem wielu lat surowych pokryty, przywiązany był nago do trójkątnej ramy. Ciałem jego wstrząsała każda kolejna raza skórę rozrywająca, plecy miał niczym pergamin krwawymi runami zapisany, lecz fizjognomia jego wyrażała spokój nieziemski męczennika, co go Pan ma już w swej pieczy.
Wyznaję, zamierałem każdą razą, gdy bat na ciało spadał. Jednako wtenczas rzecz się zdarzyła dziwna. Bity dzikus dźwignął głowę opadłą, moje oczy wzrokiem nalazł i przesłał mi spojrzenie zagadkowe, w którym odczytałem przyjazny znak rozpoznania. Niczym aktor na scenie, co w Loży Królewskiej spostrzegł druha z dawna niewidzianego i dla publiczności niezauważenie znać mu daje, że go poznał. Rychło jednak wytatuowany Negr do nas się zbliżył i łysnął swym sztyletem nefrytowym na znak, żeśmy gośćmi niemile widzianymi. Zapytałem o naturę przestępstwa owego więźnia. Henry ramieniem mię otoczył.
– Chodźmy, Adamie, kto mądry, między ofiarą i bestyją nie staje.

Niedziela, 10 listopada ~
Pan Boerhaave śród zgrai zaufanych opryszków siedział niczym Lord Anaconda i jego plebejskie gady*. Ich „celebracje” Dnia Pańskiego rozpoczęły się na dole, nimem wstał. Ruszyłem po gorącą wodę do golenia i dół tawerny nalazłem zatłoczony wilkami morskimi, swej kolei czekającymi z biednymi indiańskimi dziewczętami, jakie Walker usidlił w prowizorycznym bordello. (Rafaela śród deprawatorów nie było).
Nie zwykłem łamać postu dnia świętego w lupanarach. Henry czuł równą, co ja, odrazę, poświęciliśmy więc śniadanie (służkę z pewnością do usług inszego rodzaju przymuszano) i do kaplicy wyruszyliśmy dla oddania tam czci postem nieprzerwanym.
Dwustu jardów nie uszliśmy, gdym ku konsternacji własnej wspomniał na dziennik ten, leżący na stole w mym pokoju w Muszkiecie, na widoku dla każdego majtka pijanego, co do środka mógłby wtargnąć. W obawie o bezpieczeństwo jego (a i własne, jeśliby w ręce pana Boerhaavego wpadł) zawróciłem przeto dla zręczniejszego jego ukrycia. Szerokie uśmiechy powitały mię w Muszkiecie i spodziewałem się już, żem był „wilkiem, o którym mowa”, jednakoż odkryłem tego przyczynę prawdziwą, gdym drzwi otworzył: a to niedźwiedzie pośladki pana Boerhaavego okrakiem na ciemnoskórej Złotowłosej, w moim łóżku, in flagrante delicto! Czy przeprosił Holender diabelny? Gdzież tam! Uznał, że to jemu krzywda się stała i zaryczał:
– Zabieraj się stąd, mości Kutazwisie, lub, na Boga, ten wredny dziób Jankesa ci rozłupię!
Chwyciłem dziennik i z łomotem na dół popędziłem, ku buntokracji, rozradowaniu i wśród szyderstw białych barbarzyńców tam zebranych. U Walkera wniosłem protest, że za pokój płacę prywatny i oczekuję, iż prywatnym pozostanie także pod mą niebytność, lecz ten szubrawiec jedynie mi upustu część trzecią zaproponował za „ćwierć godziny galopu na najdorodniejszej z klaczek w mej stajni!”. Niesmaku pełen odrzekłem, żem mąż i ojciec! I że pierwej zginę, niźli upodlę godność mą i przyzwoitość z którąkolwiek bądź z jego dziewek francą nękanych! Walker klął się, że mi „oko podmaluje”, jeśli znów „dziewkami” własne jego córki nazwę. Jeden plebejski gad bezzębny zadrwił, że jeśliby posiadanie żony i dziecka cnotą było, „byłbym, panie Ewing, po dziesięciokroć od pana cnotliwszy!”, a ręka niewidzialna kufel cienkiego piwa na mą osobę opróżniła. Wycofałem się, nim lurę zastąpiła broń solidniejszej natury.
Dzwon kaplicy wszystkich bogobojnych w Ocean Bay wzywał, pośpieszyłem więc tam, gdzie oczekiwał mię już Henry, i zapomnieć próbowałem niedawne sprośności, których w mej kwaterze byłem świadkiem. Kaplica jak stara krypa trzeszczała, a członków kongregacji na palcach bez mała rąk obu niemal zrachować było można, lecz nigdy podróżnik żaden nie gasił pragnienia w pustynnej oazie z wdzięcznością większą, niźli ta, z jaką Henry i ja cześć Panu tego ranka oddawaliśmy. Kaplicy luterański założyciel dziesiątą już zimę na cmentarzu przy niej spoczywał, a żaden wyświęcony następca nie ważył się jeszcze nad ołtarzem przejąć dowodzenia. Chrześcijan zatem wszelkiego autoramentu wierzenia grzechoczą w niej jak w jakiej grzechotce. Ta połowa kongregacji, która piśmienną była, psalmy czytała i dołączyliśmy do odśpiewania paru hymnów, zgłaszanych po kolei. „Pasterz” owej plebejskiej trzódki, niejaki pan D’Arnoq, stał pod skromną krzyża figurą i Henry’ego i mię uprosił, byśmy partycypowali podobnie. Pomny na me ocalenie od zeszłotygodniowej burzy, zgłosiłem Łukasza, rozdz. 8:
A przystąpiwszy, zbudzili go, mówiąc: Mistrzu, giniemy! A on wstawszy, złajał wiatr i nawałnicę wody, i uspokoiły się, i stała się cisza**.
Henry Psalm 8 głosem odmówił tak donośnym, jak retor szkolony:
Postawiłeś go nad dziełami rąk twoich. Poddałeś wszystko pod nogi jego: owce i woły wszystkie, nadto zwierzęta polne, ptactwo niebieskie i ryby morskie, które się przechodzą po ścieżkach morskich***.
Organista żaden Magnificat nie grał, prócz wiatru pod stropem, chór żaden Nunc Dimittis nie śpiewał, prócz mew krzyczących, jednako tuszę, iż Stwórca był kontent. Podobniejsi Pierwszym Chrześcijanom z Rzymu byliśmy, niźli jakiemukolwiek bądź późniejszemu Kościołowi, misteriami świetnemu i zdobnemu w klejnoty. Nastąpiła pospólna modlitwa. Parafianie ad lib o wytępienie zarazy ziemniaczanej się modlili, o miłosierdzie dla duszyczki zmarłego dzieciątka, o błogosławieństwo dla nowej łodzi rybackiej, etc... Henry dzięki złożył za gościnność, nam, przybyszom, przez chrześcijan na wyspie Chatham okazaną. Afekty te i we mnie rezonowały i modlitwę Tildzie ofiarowałem, Jacksonowi i teściowi memu na czas mej wydłużonej niebytności.
Po mszy, do doktora i do mnie zbliżył się z nastawieniem serdecznym podeszły wiekiem „grotmaszt” owej kaplicy, niejaki pan Evans, który Henry’ego i mię swej zacnej żonie przedstawił (obydwoje dobrze sobie chyba radzili z upośledzeniem głuchotą, li tylko na te pytania odpowiadając, które jak im się zdawało zadawanymi im były, oraz li tylko takie odpowiedzi przyjmując, które jak im się zdawało wypowiadano – fortel ów wielu przejęło amerykańskich adwokatów) oraz synom bliźniakom, Keeganowi i Dyfeddowi. Pan Evans zdradził, że miał w zwyczaju co tydzień zapraszać pana D’Arnoq, Kaznodzieję naszego, na obiad do ich domu nieopodal, bo ten w Port Hutt zamieszkuje, na przylądku o kilka mil odległym. Czy nie zechcielibyśmy także dołączyć do nich na niedzielny posiłek? Poinformowawszy już Henry’ego o Gomorze w Muszkiecie oraz słysząc, jak nasze żołądki do buntu wzywają, przyjęliśmy uprzejmość Evansów z wdzięcznością.
Domostwo gospodarzy naszych, o pół mili od Ocean Bay położone w głębi krętej, wietrzystej doliny, okazało się budynkiem skromnym, lecz odpornym na burze piekielne, co tak wielkiej liczbie łodzi niefortunnych gruchoczą żebra na pobliskich rafach. Bawialnię głowa wieprza monstrual­nej wielkości zamieszkiwała (dotknięta przypadłością opadającej szczęki i niedowidzenia), ubitego przez bliźniaków w ich urodziny szesnaste, a nadto somnambuliczny stojący zegar (w sprzeczności z mym kieszonkowym czasomierzem paru godzin sięgającej. Dalibóg, korzystnym było, że dokładny czas w imporcie z Nowej Zelandii nie był najcenniejszym z towarów). Parobek na farmie, Indianin, przez szybę wyjrzał na gości swego pana. W życiu oczy me nie widziały podobnie obszarpanego renegado, wszelako pan Evans zapewniał, że Mulat ćwierćkrwi, „Barnabas”, „najchyższym był owczarkiem, jaki kiedykolwiek bądź na dwóch nogach biegał”. Keegan i Dyfedd to uczciwi, nieokrzesani młodzieńcy, głównie obchodzenia się z owcami uczeni (familia w posiadaniu jest pogłowia sztuk dwustu), bo żaden do Miasta nie jeździł (wyspiarze Nową Zelandię tak zwą) ani też w nauce jakiej się ukształcał, prócz lekcji Pisma Świętego od ich ojca, dzięki czemu znośnie pisać i czytać się nauczyli.
Pan Evans zmówił modlitwę dziękczynną i smakować możliwość miałem najprzyjemniejszy z posiłków (bez soli, czerwi i przekleństw) od czasu pożegnalnej kolacji z konsulem Baksem i Partridge’ostwem w Beaumoncie. Pan D’Arnoq historie nam powiadał o statkach, jakie zaopatrywał przez lat dziesięć na Chatham, Henry zaś facecjami zabawiał nas o pacjentach, zarówno znamienitych, jak i niskiego urodzenia, których dobroczyńcą był w Londynie i w Polinezji. Ze swej strony opisałem trudów wiele, jakie notariusz z Ameryki przezwyciężyć musi dla odnalezienia australijskiego beneficjenta ostatniej woli, postanowienia której w Kalifornii wykonywano. Przepiliśmy gulasz barani i knedle z jabłkami porcyjką domowej roboty ale, przez pana Evansa na handel z wielorybnikami warzonego. Keegan i Dyfedd poszli swych trzód dopatrzyć, a pani Evans do zajęć kuchennych powróciła. Henry zapytał, czy misjonarze obecnie działalność prowadzili na Chathamach, na co pan Evans i pan D’Arnoq, spojrzenia wymieniwszy, odrzekli:
– Nie, Maorys nie odnosi się dobrze do nas, Pakeha, niszczących jego Moriori nadmiarem cywilizacji.
Zapytałem, czy zło takie jak „nadmiar cywilizacji” istnieje, czyli też nie? Pan D’Arnoq odrzekł:
– Jeśli Boga na zachód od Hornu nie ma, czemuż też wszystkich ludzi nie ma, którzy są sobie równi w waszej Konstytucji, panie Ewing?
Nazwy „Maorys” i „Pakeha” z postoju „Wieszczki” w Zatoce znałem, ale upraszałem, by oświecili mię, kim lub czym owi „Moriori” są. Zapytanie moje puszkę Pandory rozwarło pełną historycznych wydarzeń, w szczegółach zmierzch i upadek opisujących Aborygenów z wysp Chatham. Zapaliliśmy fajki. Opowieść pana D’Arnoq ciągnęła się nieprzerwanie trzy godziny później, gdy musiał już do Port Hutt na powrót jechać, nim zmrok zaciemni wyboisty gościniec. Jego opowieść wedle mnie tym spod pióra Defoe i Melville’a dorównuje i zapiszę ją w literałach tych, gdy ze snu się zbudzę, w który, jeśli Morfeusz dozwoli, zapadnę głęboko.

Poniedziałek, 11 listopada ~
Świt lepki, bez słońca. Zatoka zda się szlamowatą, lecz pogoda wystarczająco łagodna, by można było kontynuować „Wieszczki” naprawę, za co dzięki składam Neptunowi. Akurat, gdy to piszę, nowy bezanmaszt stawiają.
Niedługi czas temu, gdyśmy razem z Henrym śniadali, pan Evans przybył w ambarasie, upraszając wielce mego przyjaciela doktora, by udał się zbadać jego sąsiadkę, z dala od ludzi żyjącą, niejaką wdowę Bryden, którą koń na opoczystym zrzucił trzęsawisku. Była przy tym pani Evans i obawia się, że życie wdowy jest w niebezpieczeństwie. Henry pochwycił swój sakwojaż medyka i pojechał bez jednej chwili zwłoki. (Zaproponowałem, że takoż pojadę, ale pan Evans o wyrozumiałość błagał, pacjentka bowiem obietnicę wymogła, by nikt prócz doktora nie widział jej w niedysponowaniu). Walker, takie podsłuchując ustalenia, rzekł mi, że żaden reprezentant płci męskiej przez owe lat dwadzieścia progu domu wdowy nie przekroczył, i uznał, że „stara, oziębła locha pewnie już w mogile jednym kulasem, jeśli konowałowi przeszukać się dozwala”.

Początki Moriori z „Rēkohu” (wysp Chatham rdzenna nazwa) do dziś tajemnicą są okryte. Pan Evans skłonny jest mniemać, że wywodzą się od Żydów wypędzonych z Hiszpanii, wskazując na ich nosy zakrzywione i szyderczy kształt ust. Teoria przez pana D’Arnoq preferowana, jakoby Moriori to Maorysi, których kanu niegdyś o brzegi najodleglejszej z wysp się rozstrzaskały, oparta jest na podobieństwach języka i mitologii i dlatego wyższy logiki karat posiada. Pewnym jest, że po wiekach, czyli też tysiącleciach życia w izolacji, Moriori tak prymitywne wiedli życie, jak ich kuzyni nieszczęśni z Ziemi van Diemena. Sztuka budowania łodzi (poza prostymi plecionymi tratwami dla przepływania przez kanały między wyspami) i nawigacji poszła w zapomnienie. Że pokryta wodą i lądem Ziemia insze kontynenty miała, ludowi Moriori nawet się nie śniło. Po prawdzie w ich języku nie ma słowa „rasę” określającego, a „Moriori” zwyczajnie „ludzi” oznacza. Nie hodowano tu zwierząt, po wyspach tych bowiem nie chodziły ssaki żadne, do czasu, aż przepływający wielorybnicy rozmyślnie przywieźli tu i zostawili świnie, by utworzyć dla się spiżarnię. W swym dziewiczym stanie byli Moriori zbieraczami. Łowili skorupiaki paua, po raki nurkowali, wybierali ptakom jaja z gniazd, polowali dzidami na foki, wodorosty zbierali i wykopywali spod ziemi już to pędraki, już to korzonki.
Do czasu tego Moriori stanowili jedynie miejscową odmianę pogan pospolitych w spódniczki z trawy lub w pióra przyodzianych, na wszystkich pomniejszających się „czarnych plamach” oceanu, jeszcze przez Białego człowieka nietkniętych. Rēkohu z dawna jednak prawa rościło do bycia wyspą szczególniejszą, a to z przyczyny ekstraordynaryjnych wierzeń pacyficznych. Od czasów niepamiętnych kasta kapłanów śród Moriori utrzymywała, że ktokolwiek bądź krew ludzką rozlewał, zabijał własną mana – honor swój, wartość, pozycję i duszę. Żaden Moriori schronienia by takiemu nie udzielił, jadłem nie uczęstował, nie konwersowałby ani nawet patrzał na personę non grata. Jeśli morderca na taki ostracyzm skazany nawet przetrwał zimę pierwszą, to i tak desperacja z samotności wynikła pchała go ku wyrwie w lodzie na Przylądku Young, gdzie życie sobie odbierał. Zważcie to, upraszał pan D’Arnoq. Dwa tysiące dziczy (jak pan Evans zgadywał), słowem i czynem przykazania Nie będziesz zabijał chroni, tworzy ramy ustnej Magna Carty dla podtrzymania harmonii przez sześćdziesiąt stuleci, co nieznana w inszych miejscach, odkąd Adam owocu z Drzewa Wiadomości Złego i Dobrego zakosztował. Wojna równie obca była Moriori, jak Pigmejom teleskop. Pokój, nie spokoju okres pomiędzy wojnami, lecz tysiąclecia pokoju niezmąconego, rządzą tymi na kraju świata ległymi wyspami. Któż zaprzeczyć może, że Stare Rēkohu bliżej Utopii More’a leżało, jak nasze „Państwa Postępu” przez głodne wojen książątka z Wersalu i Wiednia, Waszyngtonu i Westminsteru rządzone? Tutaj – pan D’Arnoq deklamował – i tylko tutaj istniały te idee nieuchwytne, przybrawszy formę ciała i kości owego szlachetnego, dzikiego ludu. (Henry, gdyśmy później do Muszkietu wracali, wyznał: „Nigdy bym szlachetną nie nazwał rasy dzikusów, co nazbyt są zacofani, by prosto dzidą miotać”).
Wszelako szkło i pokój jednako kruche się zdadzą gdy ciosy spadają raz za razą. Ciosem pierwszym dla Moriori był „Union Jack”, w darń Skirmish Bay zatknięty w imię króla Jerzego przez porucznika marynarki Broughtona z HMS „Chatham” ledwie lat temu pięćdziesiąt. Trzy lata później odkrycie Broughtona u agentów morskich w Sydney i Londynie się nalazło, a garstka wolnych osadników (w których liczbie był też pana Evansa rodzic), rozbitków morskich i „skazańców spory z Urzędem Kolonialnym Nowej Południowej Walii prowadzących w materii warunków ich osadzenia”, uprawiała dynie, cebulę, kukuruzę i marchew. Sprzedawali je ubogim łowcom fok, co drugim ciosem dla niezależności Moriori było, łowcy owi bowiem wniwecz nadzieje dobrobytu tubylcom obracali, różowo barwiąc kipiel przyboju foczą krwią. (Pan D’Arnoq zilustrował profita arytmetyką taką – jedna focza skóra 15 szylingów w Kantonie zarabiała, a owi łowcy pionierscy gromadzili w jednej łodzi skór ponad dwa tysiące!). Toteż w ciągu lat kilku foki można już było naleźć jedynie na skałach od strony oceanu, a „łowcy fok” obrócili się także ku uprawie ziemniaka, hodowli owiec i świń, z takim rozmachem, że Chathamy zwą teraz „Ogrodem Pacyfiku”. Owi parvenu farmerzy oczyszczali grunt, krzaki wypalając, a to zapalało torf pod powierzchnią, gdzie tlił się przez lat wiele, wychodząc na powierzchnię w porach suchych dla nieszczęścia rozsiewania od nowa.
Cios trzeci Moriori zadali wielorybnicy, zawijający teraz w liczbie pokaźnej do Ocean Bay, Waitangi, Owenga i Te Whakaru dla naprawy łodzi, nowym sprzętem onych wyposażania i odświeżania. Koty i szczury wielorybników mnożyły się jak egipskie plagi i pożerały gniazdujące w norach ptaki, których jaja Moriori jako strawę wysoko cenili. Czwarty, owa zbieranina chorób, co trzebi rasy ciemnoskóre, gdziekolwiek bądź Biała cywilizacja się zbliży, jeszcze Aborygenów liczbę nadwątliła.
Wszelkie te nieszczęścia Moriori wytrwać by jeszcze mogli, gdyby nie doniesienia, które do Nowej Zelandii docierały, opisujące Chathamy jako istny Kanaan z lagunami pełnymi węgorzy po brzegi, zatoczkami z dywanem skorupiaków i z mieszkańcami, co ani wojny, ani broni pojęcie rozumieli. Uszom plemieńców z Ngati Tama i Ngati Mutunga, dwóch klanów Maorysów Taranaki Te Ati Awa (genealogia Maorysów podług zapewnień pana D’Arnoq równie zawiłą jest w każdej najmniejszej z gałązek, jak owe drzewa genealogiczne wielbione tak przed ziemiaństwo Europy, zaiste, każde chłopię tej rasy niepiśmiennej przytoczyć może imię dziada swego i „rangę” jego w oka mgnieniu), pogłoski te zdały się obiecanym zadośćuczynieniem za połacie ziem ich przodków, w niedawnych „Wojnach Muszkietów” utracone. Szpiegów wysłano dla poddania próbie ducha Moriori, gwałcąc ich tapu i plądrując miejsca święte. Prowokacje owe Moriori przyjęli, jak Pan nasz przykazał, „policzek drugi nadstawiając” i agresorzy do Nowej Zelandii powrócili, poświadczając Moriori bojaźliwość. Cali w tatuażach maoryscy conquistadores naleźli armadę swą jednostatkową w postaci brygu „Rodney” pod komendą kapitana Harewooda, który u schyłku roku 1835 zgodził się przetransportować Maorysów w liczbie dziewięciuset i siedem kanu wojennych w dwóch podróżach, w zamian za ziemniaki nasienne, broń palną, świnie, dostawy sute lnu międlonego i jedno działo. (Pan D’Arnoq napotkał Harewooda lat temu pięć, w nędznej kondycji, w tawernie w Bay of Islands. Z początku zaprzeczył, jakoby był onym Harewoodem z „Rodneya”, poczem zaklinał się, że przymuszonym został do przewozu Negrów, lubo nie rzekł jasno, jakim sposobem ów przymus się materializował).
„Rodney” z Port Nicholas w listopadzie wypłynął, ale jego pogański ładunek pięciuset mężczyzn, kobiet i dziatwy, ciasno upchanych w ładowni na sześć dni podróży, dusił się od nieczystości i morskiej choroby, przy wody wielkim niedostatku i przybił do Whangatete Inlet w stanie tak osłabionym, że Moriori, gdyby tylko wolę mieli, wyciąć w pień mogliby swych drapieżnych współbraci. Dobrzy Samarytanie woleli jednakoż podzielić się uszczuploną obfitością Rēkohu, aniżeli zniszczyć swe mana, krew tocząc, więc chorych i umierających Maorysów pielęgnowali, aż ci do sił powrócili.
– Maorysi drzewiej już na Rēkohu przybywali – objaśnił pan D’Arnoq – lecz odpływali na powrót, Moriori mniemali więc, że i ci podobnie w pokoju ich zostawią.
Wielkoduszność Moriori nagrodzona została, gdy kpt. Harewood powrócił z Nowej Zelandii z kolejnymi czterystoma Maorysami. Natenczas obcy przystąpili do ziemi zawłaszczania przez takahi, maoryski rytuał, co literalnie tłumaczy się jako „chodzenie po ziemi dla we władanie jej wzięcia”. Tak stare Rēkohu podzielone tym gustem zostało, a Moriori uwiadomieni, że odtąd Maorysów są wasalami. Wczesnym grudniem, gdy koło tuzina Aborygenów protest podniosło, bezceremonialnie tomahawkiem ich wybito. Maorysi dowiedli, że pojętnymi są uczniami Anglików w „kolonizacji ponurej sztuce”.
Wyspa Chatham na wschodzie opasuje lagunę rozległą, Te Whanga, wypełnioną słonym trzęsawiskiem, co niemal śródlądowe morze stanowi, jednako użyźniane oceanem w porze przypływu poprzez odpływ laguny w Te Awapatiki. Lat temu czternaście mężczyźni Moriori odbywali na tej ziemi świętej zgromadzenie. Trzy dni trwało ono, a cel miało jeden – odpowiedź dać na pytanie: Czy przelanie krwi Maorysów niszczy li także mana człowiecze? Młodsi twierdzili, że wiara Pokoju nie tyczyła kanibali obcych, o których przodkowie ich zgoła nic nie wiedzieli. Moriori zabijać przymuszeni są, lub sami zginą. Starszyzna upraszała o uciszenie nastrojów, bo tak długo, jak Moriori swe mana chronili wraz z ziemią swą, ich bogowie i przodkowie chronili lud przed krzywdą. „Do serca przytul wroga swego” – nalegali starsi – „aby ciosu zadać ci nie mógł”. („Do serca przytul wroga swego” – dowcipkował Henry – „dla poczucia, jak jego sztylet nerki ci łaskocze”).
Starszyzna wygrała na koniec, ale znaczenia to nie miało.
– Gdy braknie liczebnej przewagi – rzekł nam pan D’Arnoq – Maorys zdobywa oną, uderzając pierwszy i najmocniejsze z ciosów zadając, co wielu brytyjskich i francuskich nieszczęśników z mogił może potwierdzić.
Ngati Tama i Ngati Mutunga zwołali rady własne. Gdy mężczyźni Moriori powrócili z obrad zgromadzenia, czekały ich zasadzki i noc hańby gorszej od koszmaru, noc rzezi, wiosek płonących, grabieży, mężczyzn i kobiet na pal rzędami wbijanych na nadbrzeżnych piaskach, dzieci w dziurach przytajonych, zwęszonych i na strzępy przez psy myśliwskie rozrywanych. Niektórzy z wodzów patrzali jutra i mordowali tylu jedynie, ilu potrzeba było dla wymuszenia lękliwego posłuszeństwa u pozostałych. Inszych kacyków rzeczy takie nie wstrzymywały. Na plaży Waitangi pięćdziesięciu z Moriori głowy ścięto, wypatroszono, owinięto lnu liśćmi, poczem w ogromnym piecu ziemnym upieczono z bulwami yamu i słodkimi batatami. Nawet połowa Moriori, co widzieli zachód słońca ostatni nad Starym Rēkohu, nie przeżyła, by patrzeć, jak wschodzi słońce Maorysów. („Mniej jak stu czystej krwi Moriori żyje dzisiaj”, lamentował pan D’Arnoq. „Na papierze Korona Brytyjska z jarzma niewoli lata temu ich oswobodziła, lecz Moriori nie dbają o papier. O tydzień rejsu pod żaglem jesteśmy od Domu Gubernatora, a Jej Królewska Wysokość na Chatham garnizonu nie utrzymuje”).
Zapytałem, czemu Biali rąk Maorysów podczas masakry nie powstrzymali?
Pan Evans nie spał już i nawet w połowie głuchy tak nie był, jak wprzód mi się zdawało.
– Widział pan kiedy wojowników maoryskich rozwścieczonych i krwi żądnych, panie Ewing?
Odrzekłem, żem nie widział.
– Ale widział pan krwi żądne rekiny, czyż nie?
Odparłem, żem widział.
– Toż nieledwie to samo. Imaginuj pan sobie krwawiące cielę, ciskające się w wodzie płytkiej, co od rekinów się roi. Co pan robisz: trzymasz się od wody z dala, czy próbujesz szczęki rekinów powstrzymać? Taki oto wybór nasz był. Owszem, pomogliśmy owym nielicznym, co pod drzwi nasze przyszli – owczarz nasz, Barnabas, jednym był z nich, jednako gdybyśmy w ową noc za próg wyszli, nigdy by nas więcej nie widziano. Pamiętaj pan, my, Biali, niespełna pięćdziesięciu liczyliśmy w Chatham w owym czasie. Maorysów wszystkich razem było dziewięciuset. Maorysi pospołu z Pakeha zamieszkują, panie Ewing, lecz w pogardzie nas mają. Niechaj nigdy pan o tym nie zapomni.
Jakiż z tego morał płynie? Pokój, lubo umiłowany przez Pana naszego, cnotą jest kardynalną tylko wonczas, gdy bliźni sumienie z tobą dzieli.

Wieczorem ~
Nazwisko pana D’Arnoq nie jest miłością wielką darzone w Muszkiecie.
– Biały czarnuch, krwi mieszanej, ludzki kundel – rzekł mi Walker. – Nikt nie wie czym jest.
Suggs, pastuch jednoręki, co pod barem mieszka, zaklinał, że nasz znajomy generałem jest Bonapartego, ukrywającym się tu pod fałszywą maską. Inszy, że D’Arnoq Polaczkiem jest, przysięgał.
Nazwy „Moriori” takoż nikt tu miłością szczególniejszą nie darzy. Pijany Maorys, Mulat, powiedział mi, że cała historia z Aborygenami „staremu pomylonemu Luteranowi” przyśnić się musiała, a pan D’Arnoq ewangelię o Moriori głosi tylko dla uprawomocnienia swych pretensji oszukańczych do ziemi przeciw Maorysom, prawdziwym Chatham właścicielom, co pływają tam i siam w swych kanu od czasów niepamiętnych! James Coffee, hodowca wieprzów, powiedział, że Maorysi Białemu człowiekowi przysługę oddali, wybijając Brutusów insze plemię dla zrobienia nam miejsca, dodając, że Rosjanie Kozaków szkolą, by „syberyjskie skóry garbowali” podobną modą.
Protestowałem, że misją naszą być winno cywilizować czarną rasę przez nawracanie, a nie ją wytępić, bo ręka Boga ją także stworzyła. Kto żyw w tawernie atak gwałtowny na mnie przypuścił za „sentymentalne, jankeskie kłapanie!”.
– Najlepszy z nich nazbyt dobrym nie jest, by jak świnia zdechnąć! – krzyknął któryś. – Jedyną dla czarnych ewangelią do pojęcia jest ewangelia bata, do ch—y! – Któryś znowu: – My, Brytyjczycy, niewolnictwo obaliliśmy w naszym imperium – żaden Amerykanin tego rzec nie może!
Stanowisko Henry’ego było, oględnie rzekłszy, dwuznacznym.
– Po latach pracy z misjonarzami pokusę czuję konkludować, że starania ich przedłużają jedynie na lat dziesięć czy dwadzieścia agonię rasy umierającej. Litościwy oracz strzela do konia pracowitego, co już za stary, by pracy podołać. Czyż nie obliguje to nas, jako filantropów, by podobnie dzikusom w cierpieniach ulżyć przez ich wymarcia przyśpieszenie? Myśl o waszych czerwonoskórych Indianach, Adamie, myśl o traktatach, które wy, Amerykanie, odwołujecie i nie dotrzymujecie ich raz za razą i znowu. Bardziej ludzkim jest z pewnością i uczciwszym walić dzikich po głowach i mieć z nimi spokój?
Tyle prawd, ilu ludzi. Czasami prawdziwszą Prawdę przez chwilę dostrzegam, skrywającą się pod siebie samej bałamutnym podobieństwem, wszelako, gdy zbliżam się do niej, poruszy się i głębiej schowa w okolone cierniami bagno rozbieżności.

Wtorek, 12 listopada ~
Nasz zacny kpt. Molyneux zaszczycił dziś Muszkiet dla targowania się z właścicielem o cenę pięciu beczek solonej wołowiny (targu dobito przy partyjce hałaśliwej trentuno, którą kapitan wygrał). Ku memu zdumieniu, nim kpt. Molyneux wrócił, by sprawdzić w stoczni postępy, Henry’ego na słowo poprosił, w mego kompana pokoju. Konsultacje trwają nadal, gdy to piszę. Przyjaciela mego ostrzegano przed despotyzmem kapitana, lecz nie podoba mi się to, mimo wszystko.

Później ~
Kpt. Molyneux, jak się okazuje, na przypadłość medyczną cierpi, co nieleczona osłabić może umiejętności rodzaju różnorodnego, potrzebne na jego stanowisku. Z racji tej kapitan ofertę Henry’emu złożył, by nam w podróży do Honolulu towarzyszył (wikt i koja prywatna darmo), obowiązki przyjmując zarówno pokładowego medyka, jak i osobistego doktora kpt. Molyneaux, aż do zawinięcia do portu docelowego. Przyjaciel mój objaśnił, że myślał do Londynu powrócić, lecz kpt. Molyneux mocno naciskał. Henry obiecał kwestię przemyśleć i decyzję podjąć w piątek rankiem, na który to dzień ogłoszono teraz wypłynięcie „Wieszczki”.
Henry nie zdradził, jakaż to przypadłość kapitanowi dolega, ani ja pytałem, lubo nie trzeba eskulapa kształconego, by pojąć, że kpt. Molyneaux dokuczają rumatyzmy. Przyjaciela mego dyskrecja dobrze o nim świadczy. Mimo ekscentryczności Henry’ego Goose’a jako kolekcjonera kuriozów wierzę, że dr Goose jest medyka wzorem i gorącą mam, lubo samolubną nadzieję, że Henry w swej odpowiedzi na propozycję kapitana przystanie.

Środa, 13 listopada ~
Do dziennika przychodzę jak do spowiednika katolik. Sińce me mówią, że tych ekstraordynaryjnych, przeszłych godzin pięć to nie majaczenia Chorobą sprowadzone, lecz wydarzenia prawdziwe. Opiszę, co dnia tego mi się przydarzyło, tak blisko faktów się trzymając, jak tylko w mej mocy.
Tego ranka Henry złożył wizytę kolejną w domostwie wdowy Bryden dla poprawienia jej łubków i zmiany okładów. Miast bezpiecznemu lenistwu się poddać, postanowiłem wspiąć się na wzgórze wysokie na północ od Ocean Bay, Stożkowym Wierzchołkiem zwane, którego górujące wzniesienie obiecuje najlepszy prospekt „wnętrza” wyspy Chatham. (Henry, w latach dojrzalszy, rozumu ma nazbyt wiele, by nie wagusować się po wyspach niezbadanych, które kanibale zaludniają). Znużony potok, co wodę do Ocean Bay toczy, w górę mię powiódł przez bagniste pastwiska, zbocza kikutami dziobate, w dziewiczy las tak zbutwiały, sękowaty i splątany, żem zmuszony był wdrapywać się w górę niby orangutan jaki! Lawina gradu spadać zaczęła gwałtownie, las wypełniła perkusją oszalałą i urwała nagle. Wytropiłem drozda czarnobrzuchego, którego upierzenie smoliste czarnym jak noc było i którego powolność graniczyła z pogardą. Tui, skryty przed wzrokiem, jął śpiewać, wszelako rozpalona ma fantazja mocą ludzkiej mowy go nagrodziła:
– Oko za oko! – przede mną wołał, przelatując labiryntem pąków, gałązek i cierni. – Oko za oko!
Po wyczerpującej wspinaczce zdobyłem szczyt, lubo dotkliwie nadwerężony i podrapany, o godzinie jakiej, nie wiem, gdyżem zaniedbał wieczoru przeszłego zegarek mój kieszonkowy nakręcić. Mgła nieprzenikniona, co wyspy te nawiedza (aborygeńska nazwa Rēkohu, powiada pan D’Arnoq, „Słońce Mgieł” oznacza) opadła, gdym ja się wspinał, ­umiłowana ma panorama niczym więcej zatem była niźli czubkami drzew znikającymi w mżawce. Nędzna to nagroda za me trudy.
„Szczyt” Stożkowego Wierzchołka krater stanowił, o średnicy na rzut kamieniem, okalający spadek o ścianach ze skalistych stoków, którego dno niewidoczne leżało, daleko a daleko niżej żałobnego listowia drzew kopi, w liczbie grosa lub więcej. Nie życzyłbym sobie głębi jego badać bez pomocy lin i oskarda. Okrążałem krateru zrąb, wypatrując wyraźniejszego szlaku jakiego na powrót do Ocean Bay, gdy nagłe szu-szu! na ziemię mię posłało – umysł wstręt do pustki czuje i nawyk ma zaludniać ją fantomami, tak oto zoczyłem wprzód szarżującego wieprza z kłami, potem maoryskiego wojownika z dzidą w górę wzniesioną, co na twarzy wypisaną miał nienawiść przodków swych, właściwą jego rasie.
Wszelako był to tylko albatros, skrzydłami łopocący w powietrzu jak żaglowiec. Patrzałem za nim, jak ginie w przeświecającej mgle. Całego jarda do krateru krawędzi mi brakowało, jednako, ku zgrozie mej, ziemia pode mną ugięła się, jak skorupa na łoju – nie na gruncie twardym stałem, ale na nawisie! Zapadłem się po przeponę, traw się chwytając desperacko, ale te w palcach się przerwały i runąłem w dół, niby manekin do studni ciśnięty! Pamiętam wirowanie w próżni, wrzaski, patyki drapiące oczy, młynki w powietrzu, kurtkę rozdartą i luźno wiszącą; ziemi osyp; oczekiwanie na ból; nagłą, bezładną modlitwę o pomoc; krzak, co spowalnia upadek, lubo go nie wstrzymuje i próby beznadziejne odzys­kania ekwilibrum – gdy się zsuwam – terra firma wreszcie pędzącą mi na spotkanie. Zderzenie całkowicie zmysły me zamroczyło.
W pierzynach z mgły i na poduszkach przez lato podsuwanych leżałem, w sypialni w San Francisco, do mojej podobnej. Służący o karła posturze rzekł:
– Dureń, Adamie, z ciebie straszny.
Weszli Tilda z Jacksonem, wszelako, gdym tryumf wyrazić chciał, z ust mych wybuchło tylko gardłowe szczekanie, jak u indiańskiej rasy! Żona ma i syn wstydem się okryli za moją przyczyną i do kolaski wsiedli. Rzuciłem się w pogoń, pragnąc nieporozumienie owo wyjaśnić, lecz kolaska znikała w uciekającej dali, ażem się w zadrzewionym zmierzchu zbudził i w ciszy, grzmiącej, wieczystej. Sińce me, skaleczenia, mięśnie i kończyny jęczały jak w sądzie procesujące się strony.
Posłanie z mchu i ściółki, wyłożone w tym wądole mrocznym od drugiego dnia Stworzenia, ocaliło me życie. Aniołowie znać członki me zachowali, bo jeślibym bodaj jedną nogę czy rękę złamał, nadal bym tam leżał, wydobyć się nie mogąc, śmierci czekając od żywiołów albo z bestii pazurów. Na nogi się podźwignąwszy i zobaczywszy, jak dalekom się zsunął i upadł (na wysokość fokmasztu), bez większej krzywdy dla osoby mej, podziękowałem Panu za ocalenie, zaprawdę bowiem, wzywałeś mię w ucisku i wybawiłem cię; wysłuchałem cię w osłonie burzy****.
Wzrok mój przywykł do pomroki i oczom widok ukazał się jednako niezatarty, straszliwy i wzniosły. Wprzód jedna, dziesięć potem, wreszcie setki twarzy z wiecznej szarości się wyłoniło, toporem w korze wyciosanych przez bałwochwalców, niby duchy arborealne, znieruchomiałe pod zaklęciem okrutnego maga. Epitet żaden odpowiednio nie skreśli obrazu tego bazyliszków plemienia! Tylko nieożywione może być tak żywym. Kciukami wodziłem po ich fizjognomiach ohydnych. Nie wątpię, żem pierwszym był Białym w tem mauzoleum od jego prehistorycznej inauguracji. Najmłodszy z dendroglifów, jak mniemam, dziesięć lat ma, lecz starsze, rozdęte na korze, kiedy drzewa rosły, wyrzezane zostały ostrzem pogan, których duchy własne już od dawien dawna wymarłe. Pradawność taka z pewnością rękę Moriori pana D’Arnoq przedstawiała.
Czas płynął w tym miejscu zaklętym i natężałem się, by naleźć sposób ucieczki, ośmielany świadomością, że tworzyciele owych „rzeźb drzewnych” muszą mieć sposób na regularne tegoż dołu opuszczanie. Jedna ściana mniej stromo wyglądała niźli insze, a włókniste pnącza coś na obraz „olinowania” oferowały. Gotowałem się do wspinaczki, gdy uwagę mą zwróciło zagadkowe „buczenie”.
– Kto tam idzie?! – zawołałem (czyn pochopny jak na Białego intruza bez broni, w świątyni pogan). – Okaż się!
Cisza słowa me wraz z echem pochłonęła i drwiła ze mnie. Przypadłość ma w śledzionie się ozwała. „Buczenie” wiodło do chmary much, krążących wkoło wypukłości na ułamaną gałąź nadzianej. Szturchnąłem ów guz patykiem sosnowym i zwymiotowałem bez mała, bo był to kawał cuchnących trzewi. Obróciłem się, by uciec, lecz nie mogłem odejść bez rozwiania mrocznych podejrzeń, że to ludzkie serce na drzewie wisiało. Nos i usta okryłem chusteczką, a patykiem tknąłem oderwaną wnętrzność. Organ zadrgał jak żywy! Piekąca ma przypadłość w górę po kręgosłupie strzeliła. Niby we śnie (choć sen to nie był!), blada salamandra wychynęła ze swego w truchle zamieszkania i w okamgnieniu po patyku wbiegła na mą rękę! Patyk w bok cisnąłem i nie dostrzegłem, gdzie
salamandra znikła. Krew strach mi ściął i czym prędzej salwować się chciałem ucieczką. Napisać łatwiej, jak zrobić, bo jeślibym się ześlizgnął był i na powrót runął ze ścian, co o zawrót głowy przyprawiały, szczęśliwy traf mógłby upadku mego powtórnie już nie złagodzić, jednako wgłębienia na stopy w skale były wyciosane i przez łaskę Pana brzeg krateru zdobyłem bez niefortunnych przypadków.
Nalazłszy się znów w posępnej chmurze, tęskniłem za obecnością ludzi własnej mej barwy, tak, nawet żeglarzy grubiańskich z Muszkietu, i jąłem schodzić w tym czasie – jak mniemałem – ku południu. Postanowienie me wprzód uczynione, by o wszystkim, com widział, donieść (z pewnością pan Walker, Konsul de facto i de iure, winien powiadomionym zostać o rabunku serca ludzkiego?), słabło, gdym się do Ocean Bay zbliżał. Nadal nie postanowiłem, o czym raport złożyć i komu. Serce najpewniej wieprza było lub owcy. Perspektywa Walkera i jemu podobnych, drzewa obalających i przedających dendroglify kolekcjonerom, w mym sumieniu budziła odrazę. Może kto sentymentalistą mię nazwać, wszelako nie pragnę się przyczynić do zadania Moriori ostatecznego gwałtu*****.

Wieczorem ~
Krzyż Południa jasno na niebie już świecił, nim Henry powrócił do Muszkietu, jako że rozchwytywany był przez większą liczbę mieszkańców wyspy, pragnących porady „Uzdrawiacza wdowy Bryden” w kwestii rumatyzmów, jagodzicy i obrzęków.
– Gdybyż ziemniaki dolarami były – narzekał mój przyjaciel – od Nabuchodonozora byłbym bogatszy!
Niepokoił się mą (okrojoną mocno w relacji) fatalną przygodą na Stożkowym Wierzchołku i nalegał na zbadanie mych obrażeń. Wprzód służącą zagoniłem, by zgotowała mi kąpiel, i wyszedłem z niej na zdrowiu wzmocniony. Henry podarował mi słoiczek balsamu na me inflamacje i odmówił przyjęcia za niego choć centa. Obawiając się, że może to być szansą ostatnią zasięgnięcia porady u fachowego doktora (Henry ku odrzuceniu oferty kpt. Molyneux się skłania), odsłoniłem przed nim swe obawy vis-à-vis przypadłości mej. Wysłuchał poważnie i o częstotliwość, a nadto czas trwania ataków zapytał. Henry żałował, że czasu nie miał, ani aparatury dla pełnej diagnozy, lubo zalecił, bym po powrocie do San Francisco pilnie nalazł specjalistę od parazytów tropikalnych. (Na wyznanie zdobyć się nie mogłem, że ani jednego takiego nie ma).
W sen nie zapadam.

Czwartek, 14 listopada ~
Z portu wyruszamy z porannym odpływem. Raz jeszcze stoję na pokładzie „Wieszczki”, ale udawał nie będę, żem kontent. W trumnie mej złożone są teraz trzy zwoje słuszne liny, po których wspinać się jestem przymuszonym, by do koi się dostać, bo podłogi na cal nawet spod nich nie widać. Pan D’Arnoq pół tuzina beczek prowizji rozmaitej kwatermistrzowi sprzedał oraz belę żaglowego płótna (ku Walkera odrazie). Wszedł na pokład dla pełnienia nadzoru nad ich załadunkiem i dla odebrania samemu zapłaty, a nadto pomyślnych wiatrów mi życzył. W trumnie mej ściśnięci byliśmy jak dwa śledzie w beczce, wyszliśmy więc na pokład, bo wieczór przyjemny. Po przedyskutowaniu różnorodnych materii uścisnęliśmy sobie dłonie i zszedł na pokład czekającego go keczu, którego sprawną załogę dwóch posługaczy rasy mieszanej stanowiło.
Pan Roderick niewiele miał zrozumienia dla mej petycji, by linę kłopotliwą w insze miejsce usunięto, on bowiem zobligowany był opuścić swą prywatną kabinę (dla przyczyny, o której poniżej) i do kubryku się przenieść ze zwykłymi marynarzami, których liczba o pięciu Kastylijczyków urosła, „upolowanych” od kotwiczącego w Bay Hiszpana. Ich kapitan obraz Furii przedstawiał, lecz mimo że mało wojny „Wieszczce” nie wydał – a w bitwie z pewnością z nosa by mu krew puszczono, bo dowodzi najdziurawszą z kryp – może jedynie gwiazdom dziękować, że kpt. Molyneux nie był w potrzebie większej liczby dezerterów. Już same słowa „rejs do Kalifornii” złotem łyskają i wabią tamże wszystkich ludzi, jak ćmy ku lampie. Owych pięciu zastąpi dwóch dezerterów zbiegłych w Bay of Islands, a nadto ręce, które burza zabrała, nadal wszelako kilku nam mężczyzn brakuje do pełnej liczby załogi. Finbar powiada, że ludzie na nowe ustalenia sarkają, bo z panem Roderickiem, w kubryku zakwaterowanym, nie mogą do woli opowieści snuć nad butelczyną.
Los wynagrodził mi pięknie. Opłaciwszy rachunek odrzyskóry Walkera (a nie dałem szubrawcowi ni centa więcej), pakowałem kufer z chlebowego drewna, gdy Henry wszedł i przywitał mię w te słowy:
– Witaj, kompanie podróży!
Bóg mych modlitw wysłuchał! Henry posadę Doktora Pokładowego przyjął i jużem nie jest bez przyjaciół w tej pływającej zagrodzie. Takim mułem upartym jest pospolity marynarz, że miast wdzięczności, iż doktor będzie pod ręką, by w łubki złamania im wstawiać i infekcje leczyć, tylko dochodzą ich sarkania:
– A co my są, byśmy Doktora Pokładowego wieźli, co chodzić nie potrafi po bukszprycie? Barka Jej Wysokości?
Wyznać muszę pewną urazę, gdy kpt. Molyneux udzielił płacącemu jak ja za rejs dżentelmenowi jedynie żałosnej koi, choć obszerniejsza kabina cały czas była w jego dysponowaniu. Dużo większą wagę jednakoż przywiązuję do złożonej przez Henry’ego obietnicy obrócenia swych niebywałych talentów ku diagnozie mej przypadłości, jak tylko w morze wypłyniem. Ulga ma wprost nieopisana.

Piątek, 15 listopada ~
Podnieśliśmy kotwicę o świcie, nie zważając, że piątek dla marynarzy pechowym jest Jonaszem. (Kpt. Molyneux burczy: „Przesądy, Dnie Świętych i insze przeklęte dyrdymały dobre są, psiakrew, dla Papistowskich bab, lecz ja w tym interesie jestem przymuszonym o zyski dbać!”).
Nie wybraliśmy się z Henrym na pokład, bo ręce wszystkie przy takielunku były zajęte, a i wiatr południowy wiał mocno na pełnym morzu; statek dokuczliwy był zeszłej nocy, a dzisiaj nie mniej. Pół dnia spędziliśmy na apteki Henry’ego urządzaniu. Prócz ekwipunku modernego doktora, przyjaciel mój w posiadaniu jest kilku tomów uczonych po angielsku, niemiecku i po łacinie. Skrzyneczka „spektra” proszków w butelkach korkiem zatkniętych zawiera, podpisanych greką. Henry łączy je dla rozmaitych pigułek i maści powstania. Zerknęliśmy przez luk ku południu – Chathamy kropeczkami inkaustu były na ołowianym horyzoncie, wszelako przewalanie się i kołysanie niebezpiecznym jest dla tych, których nogi wczasowały tydzień na brzegu.

Popołudniem ~
Szwed Torgny do drzwi mej trumny zapukał. Równie zaskoczony, co zaciekawiony ukradkowym zachowaniem, prosiłem, by wszedł. Przysiadł na liny „piramidzie” i że przynosi propozycję od koła marynarzy wyszeptał.
– Powiedz pan nam, gdzie żyły są najlepsze, te tajemne, co wy miejscowi tylko dla siebie trzymacie. Ja i kamraci robotą się zajmiem, pan będziesz tylko siedział pięknie, a dziesiątą część dostaniesz.
Chwilę niejaką zajęło mi zrozumienie, że Torgny myśli w kalifornijskich kopalniach drążyć. Czyli dezercja powszechna jawi się na spraw horyzoncie, gdy tylko „Wieszczka” do celu zawinie, i przyznaję, że sympatie me lokują się po stronie marynarzy! Co rzekłszy, przysiągłem Torgny’emu, że wiedzy żadnej o złożach złota rzeczonych nie mam, gdyż przez rok miniony nieobecny byłem, lubo chętnie i darmo mapę ułożę, ilustrującą osławione „Eldorados”. Torgny na to przystał. Z tego dziennika wyrwawszy stronicę, schema szkicowałem: „Sausalito, Benecia, Stanislaus, Sacramento, etc.”, gdy nieżyczliwy głos się ozwał:
– Wróżbiarstwo jakie, czy co, mości Kutazwisie?
Nie słyszeliśmy byli, jak Boerhaave schodami zszedł i pchnięciem rozwarł drzwi na oścież! Torgny zakrzyknął w konsternacji, winę swą po trzykroć tym wyznając.
– Cóż tam – ciągnął nasz oficer – cóż to za sprawki masz pan z naszym pasażerem, parchu sztokholmski?
Torgny stał oniemiały, ale ja straszyć się nie dałem i odrzekłem gburowi, żem opisywał godne ujrzenia „widoki” mego miasta, dla zgotowania Torgny’emu atrakcji, gdy na ląd zejdzie.
Boerhaave brwi uniósł.
– Zatem to pan teraz zejście na ląd marynarzom przyznajesz, czy tak? To mi nowina dla mych starych uszu. Pan pozwolisz ten papier, panie Ewing.
Nie pozwoliłem. Mój podarek dla żeglarza nie dla Holendra był do rekwirowania.
– Och, o wybaczenie proszę, panie Ewing. Torgny, odbierz podarek. – Wyboru nie miałem, jak tylko przybitemu Szwedowi go wręczyć. Pan Boerhaave rzekł: – Torgny, daj mi swój podarek w jednej chwili albo, na bramy piekieł, będziesz dnia żałować, gdyżeś z matki [pióro me przed zapisaniem tej profanacji się wzdraga] wypełzł.
Szwed, przerażony śmiertelnie, jak mu kazano, zrobił.
– Wielce kształcące – zauważył Boerhaave, mej kartografii się przyglądając. – Kapitan w zachwytach będzie, gdy dowie się o staraniach pańskich dla dopomożenia naszym majtkom parchatym, panie Ewing. Torgny, na maszcie wachtę trzymasz dwadzieścia cztery godziny. Czterdzieści ośm, jak kto zobaczy, że jesz i pijesz. Pij sz—y własne, jak cię pragnienie najdzie.
Torgny uciekł, wszelako oficer jeszcze ze mną nie skończył.
– Rekiny w tych wodach żerują często, mości Kutazwisie. Za statkami pływają, czekając na przedni kąsek. Widziałem kiedyś, jak jeden żarł pasażera. Ów, jak pan, o bezpieczeństwo własne nie dbał i za burtę wypadł. Słyszeliśmy krzyki. Żarłacze ludojady figlują z obiadem, z wolna podjadają, tu nóżkę skubną, ówdzie co insze, a tamten nieszczęśnik żył dłużej, niżbyś pan mniemał. Rozważ to pan. – Drzwi mej trumny zamknął. Boer­haave, jak wszyscy gbury i despoci, szczyci się, iż tak znienawidzonym jest, że aż mu to rozgłosu przydaje.

Sobota, 16 listopada ~
Losu zrządzeniem największa z nieprzyjemności na mnie spadła w całej mej dotychczasowej podróży! Cień Starego Rēkohu pchnął mnie, którego jedynym pragnieniem są spokój i dyskrecja, pod pręgierz podejrzeń i plotek! A jednak przewina moja w tym tylko, co się tyczy ufności chrześcijańskiej i nieubłaganej złej fortuny! Miesiąc do dnia upłynął, odkąd Nową Południową Walię opuściliśmy, gdym zapisał owo pogodne zdanie: „Antycypuję nudną podróż, niezakłóconą niczym”. Jakżeż wpis ten drwi teraz ze mnie! Nie zapomnę nigdy ostatnich godzin ośmnastu. Wszelako, skoro spać nie mogę ani myśleć (a Henry już w pościeli), jedyną mą od bezsenności ucieczką jest Szczęścia zaklinanie na tych współczujących stronicach.
Nocy zeszłej do mej trumny wróciłem „umęczon jak pies”. Po modlitwy zmówieniu zdmuchnąłem lampę i miriadą głosów kołysany zapadłem w płycizny snu, gdy ochrypły głos w trumnie mej! mię zbudził i oczy me szeroko rozwarł w przestrachu!
– Pan Ewing – zaklinał naglący szept – pan nie boi, pan Ewing, nie krzywda, proszę, nie krzyczy.
Podskoczyłem mimowolnie i głową o gródź walnąłem. Przy bursztynowej poświacie sączącej się przez spaczone drzwi i przy gwiazd blasku wpadającym przez bulaj ujrzałem, jak wąż liny ze zwoju się rozwija i oswobadza się kształt czarny, jak zmarły przy Ostatniej Trąbie! Potężna ręka wychynęła z ciemności i usta me zakryła, nimem zdążył głos wydać! Napastnik mój syknął:
– Pan Ewing, nie ma krzywdy, pan bezpieczny, ja znajomy pan D’Arnoq – on chrześcijanin – pan cicho będzie, proszę!
Rozsądek nareszcie zebrał siły przeciw strachom. Człek to, nie duch żaden, w mej kajucie się skrywał. Jeśliby chciał gardło me poderżnąć za nakrycie głowy, buty i puzdro z papierami prawnymi, już bym nie żył. Jeśli mój strażnik ukrytym pasażerem był, toż on szczególniej, nie ja, o życie bać się winien. Po jego mowie nieociosanej, po lekkiej posturze i po woni Indianina w nim poznawałem, samotnego na łodzi z Białymi w liczbie pięćdziesięciu. Zgoda. Kiwnąłem głową z wolna dla dania znaku, że nie będę krzyczeć.
Ostrożna dłoń uwolniła me usta.
– Ja Autua – powiedział. – Ja znam pana, pan mię widział, pan lituje.
Zapytałem, o czym mówi?
– Bat Maorysa, pan widział.
Pamięć zwyciężyła nad dziwacznością sytuacji i przypomniałem sobie Moriori batożonego przez „Króla Jaszczurów”. To mu dodało otuchy.
– Pan dobry człowiek – pan D’Arnoq powiada, że pan dobry człowiek – on ukrył mię w pana kabinie wczoraj wieczór – ja uciekł – pan pomoże, pan Ewing.
Z wnętrza mego jęk się dobył! I jego dłoń me usta przykryła na nowo.
– Jak pan nie pomoże, ja trup.
Wszystko prawda, pomyślałem, a nadto, za sobą mnie na dno pociągniesz, jeśli kpt. Molyneux o mej niewinności przekonać nie zdoła! (Płonąłem z oburzenia na czyn kaznodziei i nadal płonę. Niechaj sam dla siebie zachowa swe „sprawy słuszne” i zostawi niewinnych przechodniów w pokoju!). Rzekłem Indianinowi, że już teraz „on trup”. „Wieszczka” statkiem była handlowym, nie zaś tajemną „koleją podziemną” dla ocalonych niewolników.
– Ja dobry marynarz – nalegał Negr. – Zapracuję podróż!
– Znakomicie – odrzekłem (zwątpienia pełen o jego zapewnieniach w materii żeglarskiego rodowodu) i upraszałem, by niezwłocznie w łaskę kapitana się oddał.
– Nie. Oni nie słuchają. „Płyń z powrotem, Negr”, mówią i rzucą mię w morze. Pan prawnik, tak? Pan idź, pan mów. Ja tu będę, ja schowam! Proszę. Kapitan słucha pan Ewing. Proszę.
Próżno przekładałem mu, że żadnemu wstawiennictwu kpt. Molyneux nie był mniej przychylny, jak pochodzącemu od Jankesa Adama Ewinga. Moriori samotnym był w swej przygodzie i nie pragnąłem w niej udziału. Dłoń jego moją nalazła i z konsternacją poczułem, jak me palce zaciska wokół rękojeści noża. Stanowcze i ponure żądanie wyraził.
– Pchnij mię. – Ze spokojem przerażającym i pewnością przyłożył sztych do gardła.
Powiedziałem Indianinowi, że szalonym jest.
– Nie szalony, jak pan nie pomoże, to pan mnie tak samo zabije. Pan wie, to prawda. – (Zaklinałem go, aby wstrzemięźliwy był i wyrozumiały). – To zabij mię. Inszym mów: ja napadł i pan zabił. Ja nie dla ryb, pan Ewing. Lepiej tu umrzeć.
Klnąc me sumienie raz, los mój dwakroć, a trzykroć pana D’Arnoq, prosiłem, by nóż schował i, na niebiosa, skrył się, by nikt z załogi nie usłyszał go i do drzwi nie załomotał. Z kapitanem przyrzekłem porozmawiać przy śniadaniu, bo sen mu teraz przerywać to pogrążyć całe przedsięwzięcie. Indianin kontent się poczuł i dziękować mi zaczął. Na powrót w zwoje liny się wsunął, mię zostawiając z niemożebnym omal zadaniem ułożenia linii obrony Aborygena ukrytego na pokładzie angielskiego szkunera, bez ściągnięcia na jego odkrywcę i kompana z kabiny o konspirację oskarżeń. Oddech poganina rzekł mi, że zasnął. Kusiło mię do drzwi się rzucić i o pomoc krzyczeć, wszelako w oczach Boga słowem się związałem, nic to, że z Indianinem.
Kakofonia trzeszczących desek, masztów rozchwianych, naprężanych lin, łopocących płócien, stóp na pokładzie, beczenia kóz, chrobotu szczurzego, uderzeń pomp, dzwonów wachty dzielących, bijatyk i śmiechów z kubryku, komend, szant przy kotwicznej windzie i odwiecznego dominium Tetydy; wszystko mię kołysało, gdym kalkulował, jak najlepiej przekonać kpt. Molyneux o mej niewinności w spisku pana D’Arnoq (muszę teraz czujniejszym być, niźli kiedykolwiek bądź, aby dziennika tego nieprzyjazne oczy nie czytały), gdy wrzask falsetem, co w oddali się począł, ale z prędkością bełta z kuszy się przybliżał, uciszyły deski pokładu, o cale zaledwie od miejsca, gdziem leżał.
Taki koniec fatalny! Na brzuchu leżałem, w szoku, zesztywniały, zapominając oddychać. Okrzyki podniosły się dalej i bliżej, kroki zebrały się w miejscu i larum „Doktora Goose’a budzić!” podniesiono.
– Biedak z lin spadł, trup. – Indianin wyszeptał, gdym śpieszył zbadać ambaras. – Nic pan możliwości nie ma, pan Ewing. – Nakazałem mu w ukryciu pozostać i wyszedłem pośpiesznie. Mniemam, że Indianin wyczuł, jak k

Atlas chmur (wyd. 2012)

Autor: David Mitchell
Tłumaczenie: Justyna Gardzińska
Wydawnictwo: Mag
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 11/2012
Tytuł oryginalny: Cloud Atlas
Seria wydawnicza: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 544
Format: 135x200 mm
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788374802741
Cena z okładki: 45 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus