"Koma"

Autor: Dawid Kain

Pamięci Philipa K. Dicka.

 

John Claris siedział przy biurku w gabinecie doktora Brainwasha i gapił się bezmyślnie w podłogę. Dochodziło południe. Rażące promienie słońca wpadały do pomieszczenia przez rozsunięte żaluzje. Było dość ciepło. Klimatyzacja nie działała zbyt dobrze, a jej jednostajne buczenie mogłoby niejednego wprowadzić w trans.
 Drzwi trzasnęły i doktor Brainwash wszedł do środka.
 - Przepraszam, że musiał pan czekać - powiedział siadając za biurkiem - Nagłe wezwanie. Pacjentka w ciężkim stanie. Mogła wyrządzić krzywdę sobie i swoim bliskim...
 Claris sporzał na niego z zaciekawieniem. Chciał usłyszeć ręsztę tej historii.
 - ...Wszystko jednak dobrze się skończyło. Potrzebowała tylko rozmowy i środków uspokajających. Ale nie o tym mieliśmy mówić. Pan do mnie dzwonił... zdaje się wczoraj.
 - Przedwczoraj - poprawił go Claris - We wtorek.
 - Ach, racja! Już sobie przypominam - zaczął wertować kartkipapieru leżące na blacie. Zatrzymał się przy jednej z nich - Tak, już mam. John Claris. Czwartek, 11.30. Lekka depresja i stany lękowe. Częsty przypadek. Nie powinno być z tym większych problemów.
 - Nie powiedziałem panu jeszcze wszystkiego. Dziwnie byłoby mi mówić o tym przez telefon.
 - Tak, to zrozumiałe. Ale wprowadziłem tę praktykę, by wstępnie rozpoznać stadium
choroby. Wie pan, żeby wcześniej zająć się najcięższymi, że tak powiem - "dolegliwościami".
 - Acha, więc to o to chodziło.
 - Oczywiście. Teraz może mi pan już opowiedzieć o wszystkim. Żadna informacja nie wydostanie się z tego gabinetu, zapewniam. Zatem... w czym tkwi problem, panie Claris? 
 John zawachał się. Coś podpowiadało mu, by jak najszybciej wyszedł stąd i rzucił w diabły pomysł wizyty u psychiatry.
 - Od pewnego czasu... - słowa więzły mu w gardle - ...od jakiś dwóch tygodni słyszę...
 - Co pan słyszy? - spytał Brainwash najdelikatniej jak mógł. Spotkał w życiu wielu świrów i nauczył się ostrożności. Wiedział, że do pacjenta trzeba podchodzić stopniowo, jak do dzikiej bestii, która z bliska może okazać się potulnym barankiem.
 - Słyszę dziwne dźwięki... jakby głosy dopływające z oddali - Claris spojrzał na doktora, chcąc się upewnić, czy ten nie wybuchnie śmiechem, lub czy nie uzna go za szaleńca.
 - Proszę mówić swobodnie. Nigdzie nam się przecież nie śpieszy, prawda?
 John przełknął ślinę. Czuł się dokładnie tak samo jak w podstawówce, kiedy to trafiał od czasu do czasu ( nie da się ukryć - dość regularnie ) do gabinetu dyrektorki. Twarz tej starej kobiety prześladowała go w snach do dziś. Pomarszczona i wyschnięta jak pergamin cera, pożółkłe zęby, przenikliwe spojrzenie. Wydawało mu się, że ona wie wszystko o nim  i jego wybrykach. Zaskakujące, jak wielki wpływ wywierają na nas niektórzy ludzie, zwłaszcza tacy, o których chcielibyśmy jak najprędzej zapomnieć.
 - To się zaczęło kilka miesięcy temu - ciągnął dalej Claris, już z nieco mniejszym wysiłkiem - Z początku nie działo się nic szczególnego. Co kilka dni ogarniało mnie przygnębienie. Byłem zmęczony, przepracowany. Wydaje mi się, że takie rzeczy przytrafiają się prawie wszystkim.
 Brainwash kiwnął twierdząco głową.
 - Później dopadła mnie bezsenność. Nie było to nawet aż tak uciążliwe. Spałem coraz mniej, ale wcale nie czułem się wycieńczony. Zyskałem dodatkowy czas na czytanie książek i oglądanie telewizji. Miałem taką dziwną energię, która dawała mi co wieczór niezłego kopa. Czasem, w środku nocy, miałem wrażenie jakbym obudził się z długiego snu, pełen nowych pomysłów na życie Nawet mi się spodobało.
 Doktor Brainwash robił notatki. Co chwilę zerkał na Clarisa, by go upewnić, że nadal słucha.
 - Jakiś miesiąc temu... - John ponownie wyczuł drżenie w swoim głosie - ... coś się popsuło. Straciłem tę swoją energię. Zupełnie opadłem z sił. Co gorsza, dalej nie mogłem spać. Godzinę, dwie dziennie i to wszystko. Kupiłem jakieś tabletki, ale nie pomogły .
Wtedy zaczęło się na dobre...
 John musiał chwilę odpocząć. Zachło mu w gardle. Pomyślał o szklance wody.
 - Czy mógłbym... - nim dokończył, Braiwash już podawał mu plastikowy kubek pełen chłodnego napoju.
 Albo ma facet niesamowitą intuicję - myślał Claris - albo czyta ludziom w myślach.
 Napił się i zaczął mówić dalej:
 - Docierały do mnie przeróżne odgłosy. To brzmiało jak echo, jakby ktoś krzyczał z dużej odległości. Najpierw niezrozumiały bełkot, później normalne zdania. Nie wiedziałem jak...
 - Co to właściwie było? - przerwał mu doktor - Co mówiły te... głosy?
 - Słyszałem coś na kształt rozmowy. Jeden głos pytał - "Jak długo to jeszcze potrwa?", na codrugi odpowiadał - "Nie trać nadziei. John jest silny. Wyjdzie z tego". Na początku tylko tyle.
 Brainwash przyglądał mu się z zaciekawieniem. Słyszał już w życiu różne historie ( jak chyba każdy psychiatra ), ale ta wydawała mu się na swój sposób wyjątkowa .
 - Po pewnym czasie mój stan zaczął się pogarszać. Odbierałem coraz więcej głosów. Były tak realne... nieraz rozglądałem się w koło, myśląc, że zobaczę tego, kto do mnie mówi .
 - Czy tak się stało? Czy widział pan kogoś?
 - Nie, nikogo. Gdybym widział, czy to by znaczyło, że jestem w zupełnie tragicznym położeniu? Czy tak pan sądzi doktorze?
 - Albo okazałoby się, że osoby, które do pana mówią, naprawdę istnieją.
 - Ale mi się cały czas wydaje, że one istnieją! Są gdzieś daleko, dlatego tak niewyraźnie je słyszę - w myślach doszedł do wniosku, że dziś nie da rady powiedzieć niczego więcej - Co pan o tym wszystkim sądzi?
 Brainwash nie odzywał się przez chwilę. Wyglądał na zamyślonego.
 - W pańskim opisie dostrzegam pierwsze symptomy paranoi  - odparł w końcu - Jestem ciekaw jak się układają pana kontakty z rodziną, przyjaciółmi, znajomymi z pracy. Czy coś się zmieniło w ostatnich miesiącach?
 - Nie. Pod tym względem wszystko układa się bardzo dobrze. Jest tak jak mówiłem, czasami odczuwam przygnębienie i wtedy słyszę te głosy. Nic więcej.
 - Rozumiem. A zainteresowania? Może osłabienie motywacji w życiu zawodowym?
 - Też nic z tych rzeczy. Nadal jestem zdeterminowany do osiągnięcia swoich celów. Utrzymując rodzinę, żonę i córkę, staram się by firma, w której zajmuję jedno z kierowniczych stanowisk, rozwijała się i poszerzała udziały w rynku. Właśnie dlatego muszę się pozbyć tej dziwnej przypadłości.
 Doktor kiwnął głową.
 - W takim razie, po wykluczeniu syndromu amotywacyjnego i, normalnej w przypadkachciężkich psychoz, utraty kontaktu z otoczeniem, mogę stanowczo stwierdzić, że nie ma pan schizofrenii. Omamy słuchowe i stan obniżonego nastroju, wskazują na wczesne stadium paranoidalne.
 Brainwash uśmiechnął się, próbując zmniejszyć napięcie i przerażenie, jakie odczytał z twarzy Clarisa.
 - Nie jest tak źle - dodał - Myślę, że dam radę pana wyleczyć... całkowicie wyleczyć.
 Psychiatra przepisał Johnowi tabletki, które miały mu pomóc. Poprosił też, by za dwa tygodnie ponownie go odwiedzić.
 - Oczywiście, przyjdę - powiedział John wychodząc z gabinetu.
 Bez zwlekania poszedł do apteki i odebrał specyfik, który polecił Brainwash. Lek był niesamowicie drogi.
 Jak wspaniale, że mam dobrze płatną pracę - myślał Claris - Gdybym był biedakiem, nie byłoby mnie stać na te tabletki i całkowicie pogrążyłbym się w chorobie.
 Jak każdy chory, wierzył w zbawienną moc leków. Skąd mógł wiedzieć,że z niektórych chorób bardzo ciężko jest się wyleczyć... a z innych nie można wyjść wcale.

*  *  *

- Kochanie, obudź się!
 John Claris usłyszał te słowa jakby przez sen. Kolorowe kształty wytworzone przez jego umysł rozpłynęły się w mgnieniu oka. Kobiecy głos wyrwał go z iluzorycznych światów Morfeusza.  
 - Już... już wstaję - wyszeptał.
 Powieki z początku nie chciały nawet drgnąć. Najwyraźniej ktoś musiał w nocy przykleić do nich kawałki ołowiu. Przez moment sprawiały wrażenie, że są zrośnięte ze sobą. 
 Z największym trudem John otworzył oczy. Obraz przed nim zafalował i pokrył się jaskrawą bielą, która niczym gęsta mgła spowiła wszystko dookoła.
  Zamrugał nerwowo i podniósł się z łóżka.
 - Widzisz, już wstałem - powiedział w kierunku rozmazanego kształtu, który wziął za sylwetkę swojej żony. Przetarł oczy i dotarło do niego, że jest w pokoju sam.
 Ubrał się i zszedł po schodach do kuchni. Wśród syczenia rozgrzewającego się na patelni tłuszczu i bulgotania gotującej wody, usłyszał delikatny głos Sheili. Nuciła jakąś piosenkę.
  - Kochanie, która godzina?
 Odwróciła się przestraszona, tak jakby nie wiedziała, że będzie stał za nią.
 - Jest ósma. Dlaczego wstałeś tak wcześnie? W niedzielę zawsze spałeś dłużej.
 - Przecież sama mnie obudziłaś. Nawet przez sen słyszałem jak krzyczysz.
 Spojrzała na niego z wyrazem zdziwienia na twarzy.
 - Nie budziłam cię. Dopiero co wróciłam ze sklepu. Byłam na zakupach.
 Zakręciło mu się w głowie. Usiadł na krześle by zebrać myśli.
 - Widocznie mi się wydawało. Trudno. Jeżeli już wstałem, to nie powinienem tracić czasu. Pójdę na spacer.
 - Tylko wróć niedługo. Za pół godziny będzie gotowe śniadanie - odparła wyjmując coś z lodówki .
 Wyszedł z domu.
 Ciekawe czy ona się czegoś domyśla? - myślał schodząc z chodnika na polną ścieżkę, prowadzącą w kierunku lasu - Czy dostrzega różnice w moim zachowaniu?
 Bał się powiedzieć żonie o swojej chorobie. Gdy był u doktora Brainwasha, Sheila myślała, że poszedł na spotkanie służbowe.
 Nie mogę wyjawić jej prawdy. To by ją wytrąciło z równowagi. Minął zaledwie rok od tragicznej śmierci jej matki w wypadku samochodowym. Długo nie mogła dojść do siebie...

 Matka Sheili, Monica, straciła życie w czerwcu zeszłego roku. John dobrze pamięta ten dzień. To on prowadził samochód. Odebrali Monicę z lotniska i jechali do domu. Sheila siedziała z tyłu, a jej matka tuż obok niego. Niebo było zachmurzone, padał deszcz. John jechał ostrożnie, wiedząc, że nawierzchnia jest wystarczająco mokra, by wywołać poślizg. Szkoda, że ta sama myśl nie zaświtała w głowie niejakiego Shawna Lucasa, szesnastolatka, który po wypiciu trzech piw postanowił zabrać ojcu kluczyki od vana i pojechać na jakąś imprezę. Nawet na trzeźwo nie umiał prowadzić, a co dopiero wtedy...
 Widoczność była mocno ograniczona. Jechali wąską, leśną drogą. Trasa pełna była niebezpiecznych zakrętów Jasnoniebieski van zjechał niespodziewanie ze swojego pasa jezdni  i uderzył czołowo w samochód Johna. Lucas i Monica zginęli na miejscu, John nieprzytomny trafił do szpitala. Na szczęście okazało się, że ma tylko złamaną nogę i niegroźny uraz czaszki. Sheila miała kilka siniaków i zadrapań, ale jej psychika doznała wielkiego wstrząsu. Claris początkowo obwiniał się o śmierć jej matki. Myślał, że nie zrobił wystarczająco dużo, aby zapobiec nieszczęściu. Sheila milczała przez wiele dni. Miała głęboką depresję.
 
 Gdyby dowiedziała się, że przeżywam załamanie... - myślał idąc ścieżką wzdłuż ściany lasu - Nawet nie chcę wiedzieć, co by się stało. Lepiej udawać, że wszystko jest w porządku. Wkrótce z tego wyjdę i będzie jak dawniej.
  Nagle dostrzegł biały kształt pomiędzy drzewami. Zatrzymał się, zerkając w tamtą stronę.
Nie widział z tego miejsca zbyt wyraźnie ( zarośla były zbyt gęste ) więc wszedł głębiej w las. Po zrobieniu kilku kroków zamarł. Tuż przed nim, na niewielkiej polanie, stała kobieta w białym fartuchu pielęgniarskim.
 Patrzył na nią z niedowierzaniem, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. Krzątała się pomiędzy drzewami wykonując dziwaczne ruchy. Raz schylała się, jakby czegoś szukając w leśnym poszyciu, to znów wyciągała ręce ponad głowę, co wyglądało jak odkładanie czegoś na półkę... niewidzialną półkę.
 Opanowując zdumienie, John podszedł na tyle blisko, by pielęgniarka mogła wyczuć jego obecność. Nie zareagowała. Udawała, że go nie widzi. Dalej wykonywała swój osobliwy "taniec".
 - Przepraszam, co pani robi? - spytał w końcu.
 Nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Wokół panowała cisza. Claris zdziwił się, że w tym lesie nie słychać nawet śpiewu ptaków. Kobieta stała w miejscu otrzepując fartuch. Najwyraźniej skończyła już swoje wygłupy.
 - O co tu chodzi?! - krzyknął. Zaczął podejrzewać, że ma do czynienia z osobą upośledzoną i być może na dodatek głuchą.
  Pielęgniarka rzuciła mu przelotne spojrzenie i odeszła znikając pomiędzy drzewami.
 - Niech pani zaczeka!
 Pobiegłza nią, lecz było już za późno. Kobieta rozpłynęła się w powietrzu.
Rozglądał się we wszystkich kierunkach, ale jej nie widział.

*  *  *

 - Co się stało John? Wyglądasz na zdenerwowanego. 
 Wszedł do kuchni i usiadł przy stole, naprzeciwko Sheili.
 - Nic się nie stało. Po prostu jestem zmęczony.
 - Biegłeś?
 - Tak. Nie chciałem się spóźnić na śniadanie. Gdzie Emma?
 - Tu jestem tatusiu! - zapiszczał dziecięcy głos przy akompaniamencie głośnego tupania. Córka schodziła akurat po schodach.
 - O, nareszcie się obudziłaś. Jak się spało?
 - Jego stan jest stabilny - z ust Emmy wydobył się gruby, męski głos - Robimy co w naszej mocy.
 John aż podskoczył ze strachu. Popatrzył na żonę. Jadła jajecznicę, nie zwracając uwagi na to, co zaszło przed chwilą. Widząc, że jest obserwowana podniosła głowę znad talerza.
 - Ach racja, pytałeś o Emmę. Jeszcze śpi.
 - Nie, ona przecież jest... - spojrzał na miejsce, w którym przed momentem stała córka.
Już jej tam nie było.
 - Co z tobą John?Nagle zbladłeś.
 Claris poczuł, że w jednej chwili z jego ciała uleciała cała energia. Nigdy wcześniej nie był aż tak osłabiony.
 - Muszę się położyć - odparł - Nie mam ochoty na jedzenie.
 Z trudem wstał od stołu i powlókł się na górę, do sypialni.

*  *  *

 - Niech się pan uspokoi! - krzyknął doktor Braiwash - Proszę powiedzieć wszystko jeszcze raz, od początku.
 - Te tabletki wcale mi nie pomogły - odparł Claris nerwowo odgarniając włosy - Jest dużo gorzej niż było. Teraz mam nie tylko omamy słuchowe, ale także wzrokowe.
 - Co takiego pan widział?
 - Znikającą pielęgniarkę w środku lasu, moją córeczkę mówiącą męskim głosem... Tracę zmysły doktorze. Niech mnie pan ratuje, na litość boską...
 - Spokojnie, tylko spokojnie.  
 John aż trząsł się ze zdenerwowania. Stukał palcami o krzesło, na którym siedział .
 - Zapisałem panu bardzo dobry, mocny środek. Nie mam pojęcia dlaczego nie zadziałał.
 - Ale taka jest prawda. Nie tylko nie zadziałał, na dodatek wszystko pogorszył...
 - W takim razie musi pan zacząć brać coś innego. Proszę odstawić tamten lek, a zamiast niego... - Brainwash nagle zamilkł. Zastygł w bezruchu, z otwartymi ustami, gapiąc się na ścianę.
  - Coś się stało?  - zaniepokoił się John.
 - Będzie dobrze, pani Claris - odparł lekarz, kładąc nacisk na każde z wymawianych słów - Mąż jest w dobrych rękach. Zdziałaliśmy cuda, biorąc pod uwagę to, w jakim stanie tu trafił.   
Może pani przyprowadzić córkę. On chyba słyszy, co do niego mówimy.  
 - Co pan mówi doktorze?! - krzyknął Claris, patrząc na pozbawioną wyrazu twarz Brainwasha. Nagle zza jego pleców wydobył się cichy głos dziecka, który wydał mu się znajomy.
 - Tatusiu. Tatusiu obudź się. Już długo śpisz. Już za długo. Ty śpisz tatusiu, a mamusia płacze. Babcia gdzieś zniknęła. Powiedzieli, że poszła do nieba. Ty nie idź do nieba tatusiu, bo nie będzie mi kto miał czytać bajek.
 - Doktorze! Doktorze!
 Claris uświadomił sobie, że ma zamknięte oczy i że jest w pozycji leżącej. Podniósł się i rozejrzał dookoła.Siedział na łóżku w swoim pokoju. Tuż obok stała Emma i uśmiechała się.  
 - Mówiłeś przez sen tatusiu. Z kim tak gadałeś?
 - Miałem bardzo dziwny sen... właściwie to był koszmar.
 Dotknął ręką czoła i poczuł, że ma gorączkę. Krople potu spływały mu po twarzy.
 - Źle się czuję. Chyba pójdę do lekarza.
 - Nie będziesz się nawet musiał ubierać - odparła Emma chichocząc.
 John spojrzał na siebie i dopiero teraz dotarło do niego, że spał w ubraniu.
Wstał z łóżka i zszedł na dół, by powiedzieć żonie, że wychodzi z domu .
 - Kochanie, muszę iść na ważne spotkanie.
 - Tak wcześnie? O dziewiątej? - zdziwiła się Sheila.
 - Tak, ale niedługo wrócę. Za godzinę będę z powrotem.
 - No dobrze, tylko pamiętaj, że dziś przylatuje moja mama.
 - Co powiedziałaś? - spytał zaniepokojony.
 - Ogłuchłeś, czy co?  Dzisiaj przylatuje Monica.Odbierzemy ją z lotniska.
Pogoda się psuje, więc lepiej żeby nie stała na deszczu zbyt długo. Dobrze wiesz jaka jest zdenerwowana gdy musi na nas czekać...
 John wybiegł z domu. Wsiadł do taksówki i pojechał do doktora Brainwasha.
 Postradałem zmysły - myślał, gapiąc się przez szyby mokre od deszczu na ulice miasta - Zupełnie straciłem kontakt z rzeczywistością. Do diabła! Widziałem jej zmiażdżone ciało. Monica była po tym wypadku w takim stanie, że bez trudu zmieściłaby się do pudełka po butach. Strażacy rozcięli auto, a ona dosłownie z niego wypłynęła. Teraz to wszystko do mnie wraca. Znów w myślach widzę te zmasakrowane zwłoki. Słyszę krzyk Sheili. Ale do cholery, dlaczego ja to widzę skoro wcześniej nic nie pamiętałem? Podobno obudziłem się dopiero w szpitalu. Jak mogę sobie przypominać co się działo tuż po wypadku? A może wtedy byłem jeszcze przytomny? O Boże, zaraz zwariuję...

*  *  *

 Claris bez pukania wszedł do gabinetu Brainwasha. Nikogo tam nie było, więc postanowił, że usiądzie i poczeka. Nie miał zamiaru iść do domu, dopóki nie dostanie leków, które naprawdę mu pomogą .
 W pomieszczeniu było bardzo ciepło ( a może tylko tak mu się wydawało, bo miał gorączkę ).
Spojrzał na zegarek. Była 11.45.
 Dlaczego jest aż tak późno? - zastanawiał się - Wyszedłem z domu po dziewiątej. Czyżbym jechał taksówką ponad dwie i pół godziny? Te marne trzy kilometry w dwie i pół godziny?!   
 Drzwi otworzyły się i Brainwash wpadł do środka. Wyglądał tak, jakby właśnie umknął przed pościgiem, policją, a może przed bandą psychopatów...
 - Przepraszam, że musiał pan czekać - powiedział siadając za biurkiem - Nagłe wezwanie. Pacjentka w ciężkim stanie. Mogła wyrządzić krzywdę sobie i swoim bliskim...
 John miał dziwne przeczucie, że już kiedyś słyszał te słowa .  
 - ... Wszystko jednak dobrze się skończyło - ciągnął dalej Brainwash - Potrzebowała tylko rozmowy i środków uspokajających. Ale nie o tym mieliśmy mówić. Pan do mnie dzwonił ... zdaje się wczoraj.
 - Nie dzwoniłem do pana. Miałem przyjść za trzy dni, ale mój stan się pogorszył.
 - Ach, racja! Już sobie przypominam - zaczął wertować kartki papieru leżące na blacie. Zatrzymał się przy jednej z nich - Tak, już mam. John Claris. Czwartek, 11.30. Lekka depresja i stany lękowe. Częsty przypadek. 
 - Czy pan mnie w ogóle słucha ?! - krzyknął Claris - Ja już tu byłem, kilka dni temu. Postawił pan diagnozę, że mam lekką paranoję. Otóż chciałem panu uświadomić, że to schorzenie całkowicie ogarnęło mój umysł. Już nawet nie wiem co jest rzeczywiste, a co nie.
 - Muszę panią zmartwić, pani Miller...
 - O czym pan mówi? - spytał John. Nagle przypomniał sobie, że Miller to było nazwisko, które nosiła Sheila, przed wyjściem za mąż. Nie wiedzieć czemu słowa Brainwasha przyprawiły go o dreszcze.
 - To co teraz pani usłyszy nie jest pocieszające - kontynuował lekarz - Miała pani ciężki wypadek, w którym... straciła pani życie. Na pani twarzy dostrzegam konsternację. Proszę się nie niepokoić, takie rzeczy zdarzają się cały czas.
 John wstał i zaczął cofać się w kierunku wyjścia.
 Ten człowiek zwariował - pomyślał.
 - Tak, tak - ciągnął Brainwash - Zmarłym wydaje się, że żyją . Nie jest pani odosobnionym przypadkiem.
 Claris wyszedł z gabinetu na korytarz i zatrzasnął drzwi
 - Żądam wyjaśnień - usłyszał głos zza pleców.
 To była Sheila. Stała z założonymi rękami i wyglądała na rozwścieczoną.
 - Kochanie, dzieje się ze mną coś niedobrego... - wyszeptał.
 - Twoje zachowanie bardzo mnie rozczarowało - powiedziała. John dostrzegł, że jego żona coś trzyma. Jakiś wymięty, czerwony przedmiot. Może perukę?
 - Co to ma być?! - krzyknęła, pokazując mu rzecz, którą trzymała. To niestety nie była peruka. To była zakrwawiona głowa jej matki. Trzymała ją za włosy, tak, żeby mógł się dokładnie przyjrzeć twarzy pooranej zmarszczkami i ranami, rozchylonym ustom wykrzywionym w groteskowym uśmiechu, szeroko otwartym oczom...
 - Nigdy za nią nie przepadałeś, John. Ale nie musiałeś posuwać się tak daleko. Nie była aż tak złą teściową.
 - Sheila... ja...
 - To nie jego wina córeczko - powiedziała Monica ( a właściwie to sama jej głowa ) - Nie mógł przewidzieć, że ten jasnoniebieski van zjedzie na nasz pas jezdni. Skąd mógł wiedzieć, że jedzie nim pijany nastolatek?
 - Ja myślę, że mógł to przewidzieć - odparła Sheila.
 W czasie gdy jego żona i głowa teściowej sprzeczały się ze sobą, John wrócił do gabinetu Brainwasha. Sheila odcięła mu dojście do klatki schodowej, więc nie miał innego wyboru. Z jednego szaleństwa w drugie..
 - Cieszę się, że pan wrócił - rzekł lekarz.
 Gabinet wyglądał teraz jakoś inaczej. Biurko zniknęło, a na jego miejscu pojawiło się łóżko szpitalne. Tuż obok stał wózek inwalidzki i przymocowana do niego kroplówka. Ściany zabarwiły się na kolor rażącej bieli.
 - Doktorze błagam... niech mnie pan wyleczy.
 - To, o co pan mnie prosi jest niewykonalne - odparł Brainwash przecierając okulary fartuchem.
 - A to niby dlaczego? 
 - Ponieważ pan jest całkowicie zdrowy. Czynnik szaleństwa pochodzi z zewnątrz. Nie mogę jednak dociec skąd. 
 - Co w takim razie robić?
 - Proszę się tu położyć - powiedział lekarz wskazując na łóżko.
 John położył się. Był zupełnie wyczerpany. Chore wizje, które wytwarzał jego umysł (lub - jak sądził Brainwash - "jakiś czynnikzewnętrzny" ) wymieszały się z rzeczywistością tak bardzo, że nie mógł już odróżnić, co jest jawą a co snem. Leżał gapiąc się w sufit. Zdawało mu się, że całe pomieszczenie faluje, zupełnie jakby było ono żywe i oddychało. Poczuł ukłucie w przedramieniu. Uniósł głowę i ujrzał doktora wbijającego mu igłę w żyłę, by podłączyć go do kroplówki.
Zakręciło mu się w głowie i stracił przytomność.

*  *  *

 - Mamy go!!!
 John otworzył oczy. Leżał w pomieszczeniu zalanym bielą. Nad jego głową lśniło oślepiające światło jarzeniówek. Słyszał rytmiczny dźwięk, który kojarzył mu się ze scenami z filmów, w których bohater znajdował się na sali operacyjnej, podłączony do różnych dziwnych urządzeń, wydających właśnie takie odgłosy. Wyczuł, że nie jest już w gabinecie doktora Brainwasha.
 - Och John! - krzyknęła jakaś kobieta. Po chwili zrozumiał, że zna ten głos. To musiała być Sheila. Spojrzał w tamtym kierunku.
 - Kochanie, wróciłeś do nas - powiedziała, a po jej policzkach spłynęły łzy .
 Claris nie mógł zrozumieć tego całego zamieszania. Wokół krzątali się ludzie w białych kitlach.
 - Gdzie jestem? - wyszeptał.
 - Jest pan w szpitalu - odpowiedział jakiś człowiek.
 - Od jak dawna... od jak dawna tu leżę?
 - Dokładnie od tygodnia panie Claris. Był pan przez ten czas w stanie komy.
 - W czym byłem?
 - W stanie komy... to znaczy w śpiączce. Miał pan wypadek samochodowy, być może nie pamięta pan tego. Wracał pan z lotniska z żoną i teściową.
 - To było przecież rok temu.
 - Nie, to było przed tygodniem. Był pan głęboko nieprzytomny. To cud , że odzyskał pan świadomość...
 
 Po kilku dniach rehabilitacji Claris wrócił do pełni sił. Sheila przywiozła go do domu, gdzie czekała stęskniona Emma. Dowiedział się, że ani Monica ani kierowca vana nie przeżyli wypadku. Udawał zaskoczonego, ale przecież znał prawdę już od dawna. Halucynacje zniknęły, były jedynie wytworem pogrążonego w śpiączce umysłu. W krótkim czasie odzyskał zarówno zdrowie fizyczne jak i psychiczne. Wrócił do pracy w firmie i do normalnego życia.

 Około pół roku później dopadło go przeziębienie i przez kilka dni nie wychodził z domu. Czuł, że jest osłabiony, więc całymi dniami leżał w łóżku. Bardzo mu się nudziło, a ciągłe oglądanie telewizji doprowadzało go do szału. Postanowił posłuchać radia ( nie robił tego od niepamiętnych czasów ).
 Szzzzzzzzzzzzz ! Biiiiiiip !!! Szzzzzzzzzz !
 - Co jest, do cholery?! - krzyknął sam do siebie - Czyżby radio było zepsute?
 Przeszukał wszystkie częstotliwości i w końcu natrafił na działające pasmo.
 "W zachodniej części kraju zachmurzenie będzie JOHN umiarkowane.
Należy CZY się spodziewać MNIE niewielkich, przelotnych SŁYSZYSZ opadów deszczu. 
Na północy BŁAGAM przejaśnienia. Temperatura OBUDŹ od 18 do 24 stopni SIĘ celsjusza..
szzzzzzzzzzz .... szzzzzzzzzzz ... JOHN OBUDŹ SIĘ !!!"...



blog comments powered by Disqus