"Mrs Q"


Oddział cztery Be, w którym mnie umieszczono, nazywany był Bagnem. Przez pacjentów, rzecz jasna. Schizoli nudnych jak flaki z olejem.
Jedyną osobą, która w tym towarzystwie zasługiwała na uwagę, była blondynka o ksywce Helga. Podobno "w cywilu" dorabiała sobie jako prostytutka. Teraz za papierosy i gorzałę rozkładała nogi przed pielęgniarzami. Nie wiedzieć czemu, przylgnęła do mnie, a nawet otaczała swoistą opieką. Nie mającą nic wspólnego z seksem, niestety.
- IDŹ ZA KRÓLICZKIEM. IDŹ ZA KRÓLICZKIEM - namawiał Głos. Dzień. Dwa.
Wreszcie nie wytrzymałem. O trzeciej nad ranem, cichutko, tak by nikogo nie obudzić, narzuciłem na piżamę koc i w kłapciatych pantoflach wyśliznąłem się na korytarz. Z mijanych sal niczym bezwonny, zabójczy czad, unosiły się postękiwania i jęki pacjentów.
Głos poinstruował mnie jak przy pomocy karty telefonicznej otworzyć drzwi frontowe i wkrótce znalazłem się na zewnątrz. Było przeraźliwie zimno, ale mój nowy Guru nie pozwolił mi zawrócić. Ruszyłem przed siebie, w stronę łąki przylegającej do ośrodka.
To było warte fortunę - zobaczyć gęby personelu, gdy po paru godzinach zameldowałem się na stołówce z królikiem, którego upolowałem gołymi rękami.
Odebrali mi futrzaka, nie dając niczego w zamian. Kiedy więc Helga dostała ataku padaczki, korzystając z zamieszania podiwaniłem widelec. Schowałem go do rękawa i pomaszerowałem na świetlicę. Nie miałem pojęcia po kiego grzyba mi ten kawałek plastyku, ale byłem pewien, że na coś się przyda.
Zamelinowany pod stołem w skupieniu dłubałem sobie w nosie, kiedy usłyszałem: DYRO JEST AGENTEM MATRIXA! Niewiele się namyślając pognałem do jego gabinetu.
- Zabiję cię, Smith! - krzyknąłem i zamachnąłem się widelcem. Źle wycelowałem, więc zamiast w oko konowała przyładowałem w blat biurka, za którym się schował. Na trzy cztery przylecieli pielęgniarze i skoczyli na mnie. Dwóch na jednego - banda łysego. Bez dwóch zdań. Co ja plotę?!
Helga spojrzała na mnie ostro: - Musisz udawać, że ci się poprawia! Inaczej będziesz tu kiblował do...
- Śmierci?!
- Spróbuj pomyśleć choć od święta! - prychnęła. - Wiem, że to dla ciebie trudne, ale...
- Sranie w banie!
Większość zgromadzonych w pokoju dziennym świrów oderwała gały od ekranu  telewizora, by przykleić je do nas. Jak zawsze, kiedy coś się działo, przyplątała się też wszędobylska siostra oddziałowa. Ironicznie: - Jaki dziś mamy humorek? Już lepiej?
- Oczywiście - zapewniłem, przywołując na maskę uśmiech numer 2, zatytułowany "jest zajebiście". Trochę to trwało, nim raczył się pofatygować.
Wraz z nastaniem Radia Wolny Głos przestałem doszukiwać się znaków w byle pierdole. Ograniczyłem się do słuchania kolejnych audycji i postępowania zgodnie z zawartymi w nich poleceniami. Opłaciło się. Na wiosnę lekarze uznali, że stałem się dobrym członkiem dla łona społeczeństwa, czy coś w tym guście.

Pożegnałem się z Helgą, ciesząc się w duchu, że nie będę musiał znosić jej trucia. Reszcie bandy przesłałem siarczystego fakofa.

W administracji szpitala powiedziano mi, że w tzw. "międzyczasie" umarł mój stary. Zero rozpaczy. Żyliśmy z ojcem obok siebie, jak pasażerowie, którzy przypadkowo trafili do tego samego przedziału. Nie, żebym się tłumaczył. Tak było. Koniec. Kropka.

Od notariusza dowiedziałem się, że poza genami odziedziczyłem po seniorze prawie dwieście tysięcy i dom w Kobierzynie. O tym, by w nim zamieszkać nie było mowy - na wprost jego okien wysrały się brązowe budynki psychiatryka.

Sprzedałem chałupę za pół darmo, i zabrałem się za szukanie czegoś sensowniejszego.

Kurdewanów to kicha, Nowa Huć też odpada... Zwierzyniec jest niewiele lepszy. Nie miałem ochoty przenosić się do Zoo. Na zasadzie selekcji negatywnej wybrałem Żabiniec. Trzy przestronne pokoje i jasna kuchnia w zupełności mi wystarczały. Do tego meble z IKEI, trochę książek, płyt i różnych szpargałów. Z normalnością było mi do twarzy.

Mając masę kasy i życie towarzyskie godne autystycznego dzieciaka, ot tak, by wypełnić czymś puste godziny, łaziłem na wszelkiego rodzaju terapie, medytacje, relaksacje.

Inaczej: reiki, polarity i inne szity.

 

Fala nudy przegnała mnie z chawiry. Surfując na jej grzbiecie dopłynąłem aż do pętli autobusowej. Napis na odrapanej kamienicy głosił: WISŁA WITA NA NOWYM KLEPARZU. Co to? Ostrzeżenie przed kolejnym potopem?

Skręciłem we Wrocławską. Popaćkany kolorowymi kulfonami mur wziął mnie za rękę i zaprowadził do pubu. Zamówiłem małe lane i rozgościłem się w ogródku. Dyskutowałem z Głosem o filmie "K-PAX", kiedy sąsiedni stolik zajęły dwie dziewczyny.

Fajne laski, pomyślałem na ich widok. Obie nosiły dżinsy - biodrówki i najnowszy krzyk mody; sutko - koszulki. Ach; gdyby tak jeszcze były niemowami, rozmarzyłem się. Jednak nic nie wskazywało na to, by panienki znały przysłowie o milczeniu, które jest złotem: - Wyobraź sobie - trajkotała Ruda - że ten palant...

Przyglądałem się jej zza lustrzanek. Niezła figura. I tyle. Jeszcze jedna bez brzucha i bez szarych komórek. Pewnie za tyłek Kylie Monogue oddałaby duszę diabłu.

Zerknąłem na Czarną. Roześmiała się, łapiąc spazmatycznie powietrze, jakby właśnie szczytowała. Żenada. Ale miała coś w sobie. Niektórzy nazywają to seksapilem, ja wolę dosadniejsze określenia.

Pytanie; jak przekonać jej kumpelę, aby się utleniła?

Przedzierając się z baru z drugim browarem, potknąłem się i wylałem na Rudą pół kufla. Ze wściekłością osy poderwała się z krzesła. Spieprzaj do chaty, głupia pindo!

A głośno: - Co za niezdara ze mnie... sorki... ale... - przechwyciłem zaciekawione spojrzenie Czarnej. Mam cię! Szach! - To przez moją chorobę. Zżera mnie rak...

Dłuższą chwilę zastanawiała się, czy mi uwierzyć. Mat!

Kiedy zostaliśmy z Czarną sam na sam, zaproponowałem zmianę lokalu. Tak na wszelki wypadek, gdyby ruda kita zabawiła się w bumerang.

"Trójką" doturlaliśmy się na Kazimierz. Tam, w jednej z tysiąca knajp, chlapnąłem niby to bez zastanowienia, że od roku nie miałem kobiety. Moja interlokutorka spojrzała na mnie z politowaniem. Że nachalne? I co z tego?

Dopiłem Black Jacka i spytałem Czarną czy mogę odprowadzić ją do domu.

- Zamówię taksówkę - zdecydowała.

Przystanęliśmy na placu Nowym, starając się uniknąć stratowania przez posępną wycieczkę z Izraela. Gdy podjechał taksiarz, dziewczyna przytuliła się do mnie i wyszeptała: - Masz szczęście! W pobliżu jest fajny hotelik, więc...

Zanim zagubiłem się między jej eterycznymi ramionami, a bezmiarem prześcieradła, powiedziała jak ma na imię; Lukrecja.

No cóż; była jeszcze słodsza. Miała smakowite usta, asymetrycznie ścięte włosy i roziskrzone, lekko skośne oczy. Poza tym brakowało jej kilku, a raczej kilkunastu, kilogramów. Nieomal ocierając się o anoreksję, która zrządzeniem losu oszczędziła jej biust, wyglądała jak skrzyżowanie Lary Croft ze strachem na wróble.

Gwoździem do trumny mojej wolności było poczucie humoru Lukrecji. Śmiała się do rozpuku, gdy innym zbierało się na płacz, i przeciwnie; pozornie bez powodu, poważniała.

Wyznanie, że moja choroba to kit, skwitowała wzruszeniem ramion.

- Domyśliłam się.

- Więc dlaczego..?

- Bo mi się spodobałeś, głuptasie.

 

Luka pracowała w biurze turystycznym "Eldorado". Przekształcała się tam w bizneswoman w eleganckim kostiumiku. Sterylna i zawodowo wyszczerzona. Ale z czegoś trzeba żyć, no nie?

Tak czy owak, wpadłem po same uszy. Ogarnięty niezwykłym jak na mnie romantyzmem, codziennie kupowałem jej dziesiątki czerwonych róż.

Szefowa mojej lubej patrzyła krzywo na te zaloty, ale miałem to gdzieś.

Niesłusznie.

 

Lato zastąpiła chimeryczna jesień. Zdołowany snułem się parkowymi alejkami. Nagle zauważyłem zbliżającą się z naprzeciwka szczupłą postać. Na jej widok serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi.

- Cześć, Luka! Dokąd tak pędzisz? - zagadnąłem głupio.

- Donikąd. Spaceruję - wycedziła przez zaciśnięte zęby.

- Porozmawiajmy, dobrze?

- Jak chcesz - zgodziła się bez entuzjazmu.

Rozejrzałem się za ławką. Zapomnij. Rozłożyłem gazetę na niskim murku ogradzającym park. Usiedliśmy. Lukrecja sięgnęła do torebki. Drżącą ręką wyłuskała dwudziestego papierosa z paczki, zmięła ją nerwowo i wrzuciła do kosza.

- Niezły rzut - przysłodziłem, próbując wkupić się w jej łaski.

- Dzięki - mruknęła. Zaciągnęła się głęboko, jak to miała w zwyczaju, i powoli, jakby

z wahaniem, wypuściła przefiltrowany przez płuca dym.

- Jesteś na mnie zła? To nie moja wina, że ta pizda wywaliła cię z roboty.

- Wiem. Ale to wszystko...

Urwała, bliska łez, a ja nie miałem pojęcia jak je powstrzymać. Jak patentowany debil

wystukiwałem stopą rytm, czekając co będzie dalej. Te pięć minut wydawało się nieomal wiecznością. Wreszcie Luka skończyła palić. Niedopałek poleciał w ślad za paczką. Obróciła się i wydyszała mi wprost do ucha: - Trochę tu chłodno. Znasz jakiś milsze miejsce?

No pewnie.

 

Od śmierci Lukrecji minęło coś koło tygodnia, a ja nadal nie mogłem się pozbierać. Choć w mojej pamięci ziała dziura, w której zmieściłoby się stado słoni, nie miałem złudzeń co do roli, jaką odegrałem w tym dramacie. Upchnięte między kuchenkę i krzesło zwłoki nie pozwalały na jakiekolwiek wątpliwości.

Wybierałem się właśnie do monopolowego po lekarstwo na chandrę, kiedy przypałętał się kominiarz z kalendarzem. W październiku? Nie za wcześnie? Mimo to wręczyłem mu piątaka. Wyjąkał "www... wszystkiego nnn... najlepszego!". I ciszej, pod nosem; "sss... sknerusie!".

W tej sytuacji zaprosiłem gościa na kielicha. Początkowo wymigiwał się, ale kiedy napomknąłem, że mam do rozdziewiczenia Johnny Walkera, zmiękł.

Poszatkowałem go na plasterki. I sss... sru do beczki.

 

Nazajutrz czułem się odrobinę mniej żałośnie. Nie była to jakaś znacząca poprawa, ale ulewa za oknem sprawiła, że w moim umyśle coś zaiskrzyło. Może pora wcisnąć "play"?

Przestało padać. Kręciłem się po mieszkaniu bez konkretnego celu, kiedy głośne: - puk! puk! - sprowadziło mnie do przedpokoju. Na klatce schodowej kucała dziewczyna o postrzępionych kruczoczarnych włosach.

Doskonale znałem tą fryzurę - ten artystyczny nieład, który zawsze mnie kręcił. Ale coś tu nie pasowało. Luka?! Niemożliwe! Moje podejrzenia potwierdziły się, gdy rzekoma Lukrecja wstała: - No nie! To ty?!

- Owszem - ze złośliwą satysfakcją wymamrotała Helga. - A kogo się spodziewałeś?

- Witaj i żegnaj! - tego tylko brakowało mi do szczęścia; odwiedzin wariatki, która zwiała z Babińskiego.

Królowa arogancji nie zważając na moje słowa przestąpiła próg i skierowała się do sypialni. Podreptałem za nią, automatycznie awansując na jej adiutanta.

- I co? Pozbyłeś się trupa? - zagaiła.

- Jakiego trupa?! Kogo?

- Misia Gogo, ciołku! Nie bywasz w kuchni?!

- Ale zamki... ja... jak się tu dostałaś? - zaplątałem się.

- Nie rozśmieszaj mnie z takimi zamkami! - podstawiła mi pod nos pęk wytrychów i potrząsnęła nimi wymownie.

- Więc... To ty?! - z wrażenia aż się zakrztusiłem.

- Chyba nie żal ci tego szkieletora?! - zamilkła na moment, by dodać pogardliwie: -

Miała fajny fryz. I nic poza tym...
W dzieciństwie bałem się wypchanych zwierząt. Helga, z oczami błyszczącymi jak szklane paciorki, przypominała takiego właśnie stwora, ale w moim sercu zebrało się już zbyt wiele nienawiści, by lęk mógł mnie powstrzymać: - Czemu ją zabiłaś, dziwko?!
- Nie domyślasz się?! Głos mi kazał.
No nie! Ona też go słyszała?
- Nie martw się! - ex-blondynka pocieszała mnie jak umiała. - Przecież pasujemy do siebie: Mrs Kurwa i Mr Kupa - super para!
Musiała wywnioskować z mojej miny, że nie łapię jej tekstów, bo wyjaśniła: - Przeglądałam twoje akta, człowieku! Genialne studium fascynacji stolcem, gównem...
- Przestań!
- Coś taki delikatny?! Zresztą, nieważne. Głos chce, żebyśmy..
- Nie obchodzi mnie to! - ryknąłem. Miałem już serdecznie dosyć spełniania cudzych zachcianek. Obojętnie czyich; ojca, Helgi czy głosu w mojej obolałej głowie.
Ten ostatni uznał za stosowne włączyć siędo agitacji: ZOSTAŃ ANIOŁEM ZEMSTY! ZRESETUJ ZŁO!
- Zemścimy się za wszystkie krzywdy, jakich nie skąpił nam świat! - wtórowała mu Helga. - Będziemy skalpelem, który amputuje sparszywiałe tkanki, doskonałością, ich bolesną komunią... - odwróciła się do mnie tyłem, by spojrzeć na stojak z płytami CD, ale nie przestawała mówić.
O czym oni oboje pierdolą? Potrzebowałem remedium, czegokolwiek co wybawi mnie od tego podwójnego jazgotu. Taboret.
Suchy trzask, gdy zetknął się ze szczęką dziewczyny, przywodził na myśl dźwięk jaki wydaje magazynek ładowany do pistoletu.
Upadła w malowniczej pozie, ale czy mogłem ją tak zostawić? Nie nadawała się na dekorację. Chwyciłem Helgę za nadgarstki i przeciągnąłem w róg pokoju, kanciastą i bezużyteczną niczym zepsuta zabawka.
Jestem niewinny i w porządku, kiedy prowadzi mnie Bóg, jestem niewinny i w porządku, kiedy uwalniam się od tych, którzy usiłują mną manipulować - powtarzałem sobie. Daremnie.Mózg odmówił mi posłuszeństwa. Opatuliłem się płaszczem i wybiegłem przed blok, prosto w wilgotną, lepką pajęczynę nadciągającej nocy.
W poprzek chodnika leżał zapijaczony łachmaniarz. Kiedy go mijałem zabulgotał i puścił mi pawia na adasie.
Głos wybrał sobie akurat ten moment, aby obudzić się z drzemki: - CO ZA ŚWINIA! DAJ MU W PYSK! KOPNIJ GO! - podjudzał, jakbyśmy byli na ringu.
Nie reagowałem, więc rozwinął temat ględząc coś o moralności.
- Zamknij się - syknąłem i tym razem to on mnie posłuchał.



blog comments powered by Disqus