"Nieziemska laska"

Autor: Dawid Kain

Ależ się noc zapowiada! Ale lasek wyrywanie, piwa opróżnianie i jointów skręcanie! - powtarzałem sobie w myślach przez cały piątek. Przeczuwałem, co się szykuje i nie przesadzę, mówiąc, że byłem na maksa podekscytowany, podkręcony niczym żarówka. Bo też należało mi się - przez cały tydzień ciężko harowałem: musiałem zdać matmę i biologię, miałem też jakąś poprawkę z polaka. Kułem jak dziki, jak robotnik z młotem pneumatycznym, bo pamięć mi od regularnych imprez i ciągłego palenia trawy zaczęła już dawno szwankować, ale nauczyłem się i wszystko, co miałem do zdania, zdałem.

- Dziś się uchleję i upalę jak prosiak! - krzyknąłem opuszczając mury mojej wysłużonej budy, mając już trzecią klasę zaliczoną jak w banku.

Po powrocie do domu od razu rzuciłem się na telefon i wykonałem kilka niezbędnych rozmów - spiknąłem się z kumplami, że na wieczór mają być gotowi na najostrzejszą jazdę tego sezonu. Wszyscy trzej - Jurek, Mario i Stachu - przyjęli ten pomysł z aprobatą, żeby nie rzec - entuzjazmem.

Potem poinformowałem mamuśkę i tatuśka, że ich synek jest już oficjalnie zwolniony z wszelkich obowiązków szkolnych, bo co miał zdać, to zdał.

- Jestem z ciebie dumna, Maciek - powiedziała mamuśka i oczy jej się zaszkliły. Dała mi solidny uścisk, a potem kilkakrotnie wstrząsnęła moją prawicą, powtarzając "gratuluję".

A ojciec? Ojciec z wyrażaniem uczuć zawsze miał problemy, więc burknął tylko "świetnie synu" i na tym się skończyło.

Muszę wam rzec, że na więcej liczyłem. Nie tylko na uściski i gratulację, lecz raczej na jakąś kaszankę, jakieś parę dych, co bym sobie za nie nakupował browarów i zalał ryło, jak to prawdziwemu Polakowi w piątkowy wieczór przystoi. Ale nic takiego się nie stało, więc nieco rozczarowany i uzbrojony tylko w kieszonkowe zaoszczędzone z zeszłego miesiąca, ruszyłem na miasto skombinować palenie.

Z komóry zadzwoniłem do Pawła, drobnego dilerka z Karmelickiej:

- Cześć Paweł, tu Maciek, dzwonię z pytaniem, czy byś nie miał załatwić jakiego wora na dzisiaj, najlepiej na teraz.

Przez dłuższą chwilę się namyślał, bo pewnie miał tylko grama i sam chciał się dziś skurzyć, ale w końcu, ku mojemu pokrzepieniu, rzekł:

- Słuchaj, jak możesz, to wpadnij do mnie za jakieś dziesięć, piętnaście minut. Dasz radę?

- Co bym miał nie dać!

- No to czekam na ciebie. Nara.

- Narka.

No i już byłem mniej więcej urządzony. Kumple są, palenie będzie, tylko laski mi brakowało. Ale w końcu po to szedłem na imprezę, żeby się urżnąć i zarwać jakąś pannę, być może tę jedyną, laseczkę z którą już będę aż po grób, kto wie?

Wskoczyłem w tramwaj i podjechałem na Karmelicką.

Na miejscu byłem po dziesięciu minutach. Wspiąłem się na czwarte piętro takiej cholernie starej i diabelnie zaniedbanej kamienicy. I dostałem zadyszki.

To pewnie od picia i ćpania tak się męczę - pomyślałem, dzwoniąc do mieszkania pechowo oznaczonego numerem trzynaście.

Drzwi otworzył mi Paweł.

- Tylko ćśśśś, bo matka śpi, a jak się obudzi, to będzie wkurwiona - powiedział mi na wstępie.

Poszliśmy do jego pokoju.

A tam burdel taki, że to jest wprost nie do opisania, kołdra zrzucona z łóżka na podłogę, prześcieradło pozwijane, jakieś szczątki jedzenia walające się tu i ówdzie, na biurku sterty papierów... Sodoma i Gomora normalnie.

- Sorry za bałagan - powiedział Paweł.

- Nie krępuj się- odparłem.

Pochylił się i wyjął spod łóżka plecak, z którego z kolei wyciągnął mały woreczek pełen sympatycznie wyglądającego ziela.

- To jest skun-zabójca - rzekł. - Dwa machy i leżysz. Jeden koleś miał po tym takie schizy, że mu się wydawało, że poszedł do piekła i tam gadał po kolei z Hitlerem, Stalinem i Jelcynem.

- Z Jelcynem? - zdziwiłem się. - Przecież Jelcyn nie jest w piekle, tylko żyje i pije.

- Ja wiem, stary, ale tamten koleś nie wiedział, no i miał taką wizję.

- Orz kurna - powiedziałem na to, bo nic innego w tej sprawie nie było chyba do powiedzenia.

- Trzymaj, trzy dychy -oznajmił, wręczając mi worek.

- Trzy dychy?! - krzyknąłem, będąc tą sumą całkowicie zaskoczony.

- Cicho, kurwa, mówiłem, że matka śpi.

- Dobra - ściszyłem nieco głos. - Ale trzy dychy to jest przesada. - Ze smutkiem pomyślałem o tym, że jak wydam trzy dychy na palenie, to na picie zostanie mi już tylko dycha, a to stanowczo za mało, żeby się solidnie spić, za mało nawet, żeby ugasić zwykłe ludzkie pragnienie.

- Okey, dawaj dwie dychy.

Na tą propozycję zareagowałem już z aprobatą, nawet niejakim uśmiechem. Dałem mu kasę, wziąłem trawę i opuściłem ten jego przybytek nędzy i rozpaczy. I poszedłem do domu.

 

* * *


Wlazłem na chatę z rękami w kieszeniach, z jedną dłonią podtrzymującą jajka, co by się nie poobijały, a w drugiej dzierżąc foliowy worek pełen skuna i dwie dychy na wieczorne piwka.

- Cze! - rzuciłem radośnie w stronę starych, którzy w tej akurat chwili zajęci byli oglądaniem powtórek "Świata według Kiepskich".

- Witaj, Maciuś - powiedziała mama.

- Dzień dobry, synu - odparł chłodno ojciec.

Po tym powitaniu podreptałem już wprost do pokoju, by trochę odpocząć po trudach dnia powszedniego.

Padłem na łóżko jak zraniony jeleń.

Włączyłem radio i zapodałem jedną z kaset leżącą obok. Po chwili zaczęły do mnie dobiegać odgłosy sympatycznego gitarowego łojenia jakiejś mało znanej amerykańskiej kapeli punk-rockowej.

Zamknąłem oczy i oddałem się rozmyślaniom, kontemplacji.

O czym myślałem? O tym, o czym myśli każdy normalny nastolatek w moim wieku - piciu, ćpaniu, pannach, amerykańskich filmach, brutalnych gierkach komputerowych... cała masa myśli, zupełnie nieuporządkowanych, niczym skrawki różnych gazet poderwanych przez wiatr i unoszących się w powietrznym wirze. Przypominałem sobie laski, które wyrwałem w tym roku szkolnym, zarówno te, z którymi poszedłem pod pierzynę, jak i te, z którymi mi nie wyszło. Przywoływałem z pamięci różne zabawne ceny, na przykład tę, kiedy razem z Mariem wzięliśmy kwasa i dostaliśmy takiej fazy, że wydawało nam się, iż wszyscy ludzie, których widzimy, to manekiny, które uciekły z supermarketu. Mario zaczął się tak śmiać, że aż się posikał w gacie. Wtedy dostał momentalnie doła, bo doszedł do wniosku, że LSD uszkodziło mu pęcherz i myślał, że będzie już do końca życia sikał w majty. Ależ ja się wtedy z niego obśmiałem, mówię wam. Przypomniały mi się też chwile, gdy razem zkumplami paliliśmy jointy, a potem leżeliśmy na łące i rozmawialiśmy o różnych ważnych sprawach: pokoju na świecie, matce Teresie z Kalkuty, polityce, muzyce, narkotykach... fajnie było!

I dziś zapowiadało się równie fajnie!

Nagle zadzwonił telefon.

- Halo - powiedziałem do słuchawki, będąc nieco wkurwionym, że mnie ktoś wyrywa z takich miłych kontemplacji.

Dzwonił Jurek, człowiek który miał w zwyczaju co chwilę mówić "znaczy się".

- Dzwonię, żeby się dowiedzieć, czy żeś coś załatwił ma wieczór, znaczy się, czy mamy palenie.

- Pewnie, że mamy, już ty się nic nie bój.

- Znaczy się, że ile.

- Wora, mój Jurusiu, caluteńkiego wora.

- Łoł! Całego? To żem jest usatysfakcjonowany.

- O której wychodzimy?

- No, tak pod wieczór, znaczy się koło siódmej.

- Będziesz miał wóz?

- Acha.

 

* * *


Wóz Jurka to był osobny rozdział w historii polskiej i światowej motoryzacji. Poldek. Dziesięcioletni. Dwieście tysięcy kilometrów przebiegu. Więcej rdzy niż metalu, więcej dziur niż rdzy. Był na dodatek żółty, więc przypominał pojazd zrobiony ze szwajcarskiego sera, równie podziurawiony i równie przydatny do przemieszczania się po mieście.

Cóż, był to jedyny środek transportu, z jakiego mogliśmy w miarę systematycznie korzystać, więc nikt Jurkowi nie wypominał, że jeździ szmelcem. Kiedy się pytał, co tak naprawdę sądzimy o jego samochodzie, mówiliśmy: "Ty lepiej patrz na drogę, Juruś".

Tym właśnie wozem Jurek, Mario i Stachu zajechali pod mój dom.

Byłem wtedy w łazience, nakładałem żelik na czuprynę, gdy usłyszałem znajomy odgłos klaksonu, przypominający szczekanie niedorozwiniętego psa.

Założyłem odświętne, imprezowe wdzianko, pożegnałem mamuśkę oraz tatuśka i wybiegłem na ulicę.

Siedzieli w samochodzie, wyglądali jak trzech czubków, którzy pięć minut temu uciekli ze szpitala psychiatrycznego.

Wsiadłem na tylne siedzenie i powitałem ich przyjaznym "Cze!".

- Jurek mówił, że masz wora, prawda to? - spytał Mario. Wyglądał na podenerwowanego, widoczne było, iż miał ciśnienie na palenie.

- Ano mam. - odpowiedziałem.

- To świetnie, naprawdę świetnie.

Jurek zapuścił silnik i ruszyliśmy w drogę...

Po kilkunastu minutach jazdy dotarliśmy na przedmieścia, gdzie w ustronnym miejscu zaparkowaliśmy, a potem wzięliśmy się za skręcanie jointa. To znaczy ja się wziąłem za skręcanie, bo najlepiej to robiłem, a reszta patrzyła na mnie wzrokiem wygłodniałych wilków, takich, co to były na głodzie caaałą dłuuugą zimę.

- Panowie, teraz cisza - powiedział Stachu, mimo iż w samochodzie panowała absolutna cisza. - Opowiem wam pewną historię, co mi ją dzisiaj po szkole opowiedział brachol. Chcecie posłuchać?

Nikt się nie odezwał. Stachu uznał, iż milczenie oznacza zgodę.

- Słuchajta! Podobno po Krakowie kręci się jakaś nieziemska laska.

- No toś nam kurna powiedział! W Krakowie jest pełno lasek - wtrącił Mario.

- Stul ryło, bom nie skończył - wkurzył się Stachu. Po chwili zaczął mówić dalej. - No i ta laska, to nie jest taka zwykła dupencja, tylko najprawdziwsza wampirzyca.

- Zrobione! - oświadczyłem, pokazując wszystkim pięknie skręconego jointa. Mario wyjął zapalniczkę i zaczęło się jaranie.

Zaciągnąłem się solidnie jeden raz i wypuszczając dym powiedziałem do Stacha:

- Każda dupencja jest wampirzycą, stary. Wszystkie ciągną z facetów kasę i siły życiowe.

- Ale ta jest prawdziwa, mówię ci. Słyszeliście o tym studencie, co to zaginął miesiąc temu i go do dzisiaj nie znaleźli?

- Acha - powiedzieliśmy zgodnie.

- No to on podobno wyrwał tę laskę na dyskotece i poszedł z nią do domu, do niej. Pewnie liczył na jakiś szybki numerek. A potem wyparował.

- Skąd o tym wiesz?

- Kumpel mojego brata był jego znajomym. Mówił, że tamten wyszedł z imprezy z taką laską, że się wszyscy na nią oglądali. A później już go nigdy nie widzieli. Powiadają, że wampirzyca go dopadła.

- Eeee tam, pierdoły - rzekł Jurek - Pewnie się spił i wpadł do rzeki, albo przedawkował i leży tera w jakimś rowie.

- Ja nie wiem, chłopaki - odparł Stachu zaciągając się wyprodukowanym przeze mnie skrętem. - Ale lepiej uważać na panny. Lepiej nie zarywać tych najładniejszych, bo może się okazać, że któraś z nich jest wampirzycą.

Tę uwagę Stacha wszyscy przyjęliśmy śmiechem, wręcz dzikim kwikiem. Bo prawda była taka, że on na imprezach lgnął tylko do najbrzydszych babek, gdyż inne go nie chciały, a teraz sobie tłumaczył, że to były wampirzyce.

Joint wykonał jeszcze kilka rundek, aż powietrze w samochodzie zrobiło się gęste od dymu. Gdy załapaliśmy już taką fazę, o jaką nam chodziło, a trawa się skończyła, Jurek zapalił silnik i wolnym, upalonym ruchem pojechaliśmy w stronę miasta.


* * *


Na miejsce docelowe - największą dyskotekę w mieście - dotarliśmy przed dziewiątą. Zapłaciliśmy wstęp, który tego akurat dnia wynosił pięć zeta na łebka, bramkarze przybili nam pieczątki na przegubach dłoni i weszliśmy do środka.

Dziś było techno-party. Już w progu uderzyły nas w pierś potężne brzmienia basu. Stroboskop i światła ultrafioletowe waliły po oczach jak oszalałe. Do tego należy doliczyć jeszcze całe masy białego dymu, sączące się z parkietu, tak jakby ktoś tam właśnie palił jointa-giganta, i przesiąkniętą zapachem nikotyny, alkoholu oraz marihuany atmosferę i już ma się całościowy obraz tego, co nas tam zastało.

- No to co, panowie, uderzamy do baru?! - wrzasnął Mario, starając się przekrzyczeć ogłuszającą muzykę.

- Ja się na to jak najbardziej piszę - odparłem. - Nie ma to jak porządna najebka na początek imprezy.

Poszliśmy w stronę baru, po drodze zawieszając wzrok na napalonych, skąpo odzianych kociakach, które mijaliśmy.

- Ale będzie dzisiaj wyrywanie!!! - krzyknął mi do ucha Stachu. Rozdarł się tak, że aż mnie ogłuszył. Przez chwilę słyszałem tylko jednostajne dzwonienie. Na szczęście przeszło mi ono po kilku sekundach.

Dotarliśmy do baru, rozsiedliśmy się na stojących tam krzesłach i zamówiliśmy pierwszą tego wieczoru kolejkę browarów...

Sześć piw później byłem już na tyle ugotowany, by zacząć rozglądać się za jakąś panną do poderwania. Trawa nadal działała i mój mózg był przegrzany niczym silnik Poloneza po przejechaniu kilku tysięcy kilometrów.

- Panowie - bardziej wybełkotałem niż powiedziałem. - Nie wiem jak wy, ale ja wyruszam na łowy.

- Powodzenia! - odparli zgodnie moi kompani, sączący powoli swoje browary.

Chwiejnym krokiem dotarłem na parkiet, gdzie spowite gęstym białym dymem wiły się ciała nieziemskich lasek.

Z głośników docierały wgniatające w glebę dźwięki jakiegoś mocno pokręconego techno. Za bardzo nie wiedziałem jak mam do tego tańczyć, w ogóle miałem kłopoty z poruszaniem się, więc zacząłem coś improwizować, wykonywać ruchy, które niektórym obserwatorom przywodziły na myśl wyczyny Michaela Jacksona, innym popisy taneczne Wioletty Willas, jeszcze innym beztroskie podrygi paralityka.

Podskakując i machając rękami niczym pajacyk, przemieszczałem się po parkiecie w poszukiwaniu miłości mojego życia.

Na początku nie powiodło mi się zbytnio. Zacząłem tańczyć z istotą, która miała wprawdzie fantastyczną figurę, ale gdy jej twarz wyłoniła się z dymu, okazało się, że lepiej by było, gdybym trafił na bazyliszka, albo nawet orka, takiego, jak we "Władcy pierścieni".

Potem minąłem kilka kobiet, które wprawdzie były bardzo ładne, ale już zajęte przez jakichś wygolonych osiłków.

Poszedłem więc dalej z miną taką, jakby mi ktoś przed chwilą pociął piłą motorową mamuśkę i tatusia.

Aż w końcu mi się poszczęściło!

Ujrzałem ją. Piękną. Samotną.

Brunetka. Długie nogi. Twarz jak u modelki.

Pijany i naćpany, jakże mogłem się wahać?! Od razu śmiało do niej podszedłem, bowiem gdybym czekał choć sekundę, na moim miejscu mógłby pojawić się ktoś inny.

Zaczęliśmy tańczyć. Z początku łagodnie, tak jak nieznajomi. Później już ostrzej, ocierając się o siebie, jakbyśmy znali się nie od wczoraj. Zarzuciła mi ramiona na szyję i szepnęła:

- Jak się nazywasz, sympatyczny młodzieńcze?

- M-mmaciek - odparłem niepewnie.

- Witaj, Maćku. Ja jestem Alicja - powiedziała głosem tak zmysłowym, jak to umieją tylko gwiazdy porno.

Tańczyliśmy przez bardzo długi czas. Nie jestem w stanie powiedzieć wam ile, bo było mi tak przyjemnie, że nie spoglądałem na zegarek. Potem znowu odezwała się do mnie:

- Tu jest strasznie gorąco. Może poszlibyśmy na mały spacer?

Jakże mógłbym odmówić tak nieprawdopodobnie pięknej damie?!

Wyszliśmy z dyskoteki i trzymając się za ręce zaczęliśmy iść w kierunku Plant.

- Jesteś studentką? - spytałem. Na oko wyglądała na dwadzieścia parę lat.

- Niezupełnie - rzekła uśmiechając się tajemniczo. - Możemy tu usiąść? - zaproponowała wskazując jedną z pobliskich ławek.

Usiedliśmy. A potem zaczęliśmy się całować. To nastąpiło nagle. Po prostu popatrzyliśmy się na siebie i wiedziałem, że oto nadeszła właśnie ta chwila.

Tak sprawnie poruszała językiem w moich ustach, że aż zaczęło kręcić mi się w głowie.

Potem na moment odsunęła się ode mnie, zamrugała i zaczęła całować mnie po szyi. Z początku mi się to podobało, odczuwałem przyjemne łaskotanie, ale po pewnym czasie Alicja - świadomie albo i nie - zaczęła sprawiać mi ból.

- Przestań... - szepnąłem - To boli.

Nie przestała. Zaczęła mnie gryźć jeszcze mocniej.

- Chryste, przestań! - wrzasnąłem odpychając ją od siebie. Była przyssana do mojej szyi jak pijawka. Musiałem użyć całej swojej siły, by ją od siebie oderwać.

- Coś nie tak, kotku?

Na wargach i brodzie miała krew. Moją krew.

- Kim ty do diabła jesteś? - spytałem, czując że łamie mi się głos.

Opadałem z sił. Z sekundy na sekundę robiłem się coraz słabszy. To było tak, jakby ta kobieta wypiła ze mnie wszystkie siły życiowe.

Spróbowałem wstać, lecz nie dałem rady.

Poczułem na ramieniu jej dłoń.

- Nic ci nie jest? - spytała słodkim głosem.

- Przed chwilą wysysałaś ze mnie krew, a teraz pytasz, czy nic mi nie jest?! - oburzyłem się.

Próbowałem w myślach ułożyć sobie to wszystko, co przed chwilą zaszło. Ale nie dawałem rady. Czułem się tak, jakbym się zapadał wewnątrz siebie, jakby moja skóra robiła się na mnie za duża, jakby moje ciało...

- Co ty do cholery opowiadasz? - z ust Alicji dobiegł męski głos. I nagle ona sama rozpłynęła się w powietrzu, a na jej miejscu pojawił się Mario. - Co ty pieprzysz, stary?

Okazało się, że nie jestem już na Plantach z piękną nieznajomą, lecz w zadymionym i przesiąkniętym wonią alkoholu wnętrzu dyskoteki, w towarzystwie moich kumpli.

- Japierdolęjapierdolę... - zacząłem powtarzać jak nakręcony.

- Stary, aleś odjechał - oznajmił radosnym głosem Jurek - Znaczy się, aleś załapał fazę.

- Co się stało? - spytałem, wodząc wzrokiem po moich kompanach.

- Naćpałeś się, popiłeś, no i chyba na chwilę straciłeś przytomność - wyjaśnił mi Mario.

- To znaczy, że ja tu cały czas z wami siedziałem? - zdziwiłem się. - Nie wychodziłem z dyskoteki z piękną nieznajomą?

- Z piękną nieznajomą?! Ha, chciałbyś. Siedzisz tu z nami od jakichś dwóch godzin, gawędzimy o laskach, popijamy browary... i ani myślimy wychodzić z imprezy w towarzystwie jakichś nieznajomych panien. Przynajmniej jeszcze nie teraz. - Mario puścił do mnie oko.

A więc to wszystko było tylko narkotycznym snem - pomyślałem. - Uff, jak dobrze.

- Panowie, idę na chwilę do kibla, może tam trochę wytrzeźwieję - rzekłem do swoich przyjaciół.

I jak powiedziałem, tak też zrobiłem. Poszedłem do toalety i tam włożyłem sobie głowę pod kran, żeby trochę ochłonąć.

Nagle nogi się pode mną ugięły, a wszystkie racjonalne poglądy, jakie dotąd miałem, legły w gruzach. Poczułem się jak marionetka, od której ktoś odciął sznurki.

W łazienkowym lustrze ujrzałem moje podkrążone, przekrwione od palenia oczy, moją przepitą twarz... A trochę niżej, na szyi, dostrzegłem dwie krwawe kropki, świeże ślady po kłach wampirzycy...



blog comments powered by Disqus