Recenzja książki "Piknik w Piekle"

Autor: Robert Cichowlas
24 maja 2007

Pamiętam moment, w którym "Piknik w piekle" ujrzał światło dzienne. Było to prawie trzy lata temu. Pomyślałem wtedy - nareszcie rodzimi autorzy horroru wzięli się w garść i pchnęli do przodu ten, jakże skromny pod względem zawartości, wózek. Dotychczas znani z publikacji w prasie i w Internecie, rzucili się na głęboką wodę. Fakt, że pływają w niej po dziś dzień, i to różnymi stylami, nie ulega wątpliwości. A zaczęło się od:

kobiety demona, rodziny kanibali, psychopaty. Tajemniczego hotelu i audycji, której nie ma. I jeszcze od krzesła, z którym wiąże się czyjeś mroczne przeznaczenie, oraz kolekcjonującego ludzkie dusze stwora. A nawet (niech mnie kule biją!) od śmierci we własnej osobie.

Gdzieś w głębi mego umysłu zakorzenił się obraz uśmiechniętego skromnie Kazka, wręczającego mi podpisaną przez siebie książkę. Po naszym spotkaniu zastanawiałem się, co mógł ów uśmiech oznaczać... Zadowolenie? Niepewność? Ciekawość? Krwiożerczy demon raczy wiedzieć!

Jedno było pewne - miałem przed sobą antologię, zawierającą osiemnaście opowiadań, których tytuły momentalnie wżarły się w mój mózg, wywołując salwy niepohamowanego, kanibalistycznego śmiechu. "B - side", "PsychO", "Q", czy "V". Niech mnie diabli, jeśli wiedziałem, o co chodzi.

Bezkresna, zalana absurdem i groteską, otchłań otworzyła się przede mną, jakbym nagle wszedł w świat snów. W świat, którym władają piękne, kipiące erotyzmem kobiety, kompletnie szurnięte rodziny o poglądach na świat tak irracjonalnych, jak tylko irracjonalne mogą być poglądy, oraz przerażające postacie w czerni, o stożkowatych, pobłyskujących złowrogo zębiskach. Świat, w którym z pozoru normalne sytuacje okazują się fantastyczną układanką, a jedynym sposobem na jej scalenie jest podanie ręki bohaterom książki i udanie się wraz z nimi na piekielny piknik.

Antologia podzielona jest na trzy części. Pierwsza, swego rodzaju "śniadanie", to opowiadania Dawida Kaina. Sześć krótkich, okraszonych groteską i absurdem, tekstów, po lekturze których głód na lekturę wzrasta w tempie błyskawicznym. Dzieje się tak głównie za sprawą prostego, przejrzystego języka. Jest jasno i klarownie. Przy tym niezwykle zabawnie, momentami ironicznie, a elementy horroru, którymi autor owija każdą historię, dodatkowo potęgują uczucie niesamowitości.

I tak oto "Nocna audycja" jest opowieścią o chłopaku i jego nowej pasji - prowadzeniu pirackiej rozgłośni radiowej. Narracja sunie z prędkością wystrzelonej kuli armatniej. Przewijają się różne postacie, z pozoru zwykli ludzie - kierowca ciężarówki, studentka, nocny marek. I nagle wszystko cichnie, zarówno w sensie dosłownym, jak i metaforycznym. Do diabła, nie ma żadnej rozgłośni. Jest tylko...

"Krzesło". Czy to jakiś żart? Nie, to nie żart. To obraz rozpadu ludzkiej psychiki. To przekroczenie granicy wytrzymałości, granicy, za którą dybie na nas...

"Thanatos", gość ze spiłowanymi zębami, ubrany na czarno i tylko czyhający na to, by posmakować ludzkiej duszy.

Przygoda trwa dalej.

Poznajemy "Agnieszkę", sekretarkę i jej partnera, szefa sporej, świetnie prosperującej firmy. Ich życie zdaje się być sielanką. Ta jednak nie trwa długo. W bohaterach zachodzi diametralna metamorfoza, której skutki zaskoczą czytelnika i - malując na jego twarzy szeroki uśmiech - zaproszą do lektury kolejnych tekstów.

Druga część, nazwijmy ją "obiadem", to następnych sześć opowiadań, tym razem duetu Kain & Kyrcz Jr. I znów mamy sporą dawkę absurdu, znów elementy grozy, plus, co stanowi nie lada kąsek, groteskę. Czytając teksty "obiadowe" odnosi się wrażenie, jakby pisała je ta sama osoba. Nie "czuć" podziału na role. Nie widać stylistycznych zawirowań, które czasami wyłapuje się, czytając teksty tworzone przez dwóch autorów. Profesjonalna robota, ot co.

Porcję prozy duetu K & KJ rozpoczyna utwór "IQ". Jest to opowieść o Alfredzie, dziennikarzu na tzw. "dorobku", rozpaczliwie poszukującym tematu, dzięki któremu zyskałby szacunek w świecie mass - mediów. Przypadkiem trafia na konwent miłośników fantastyki. Tam rozpoczyna się prelekcja, dla niepoznaki zatytułowana: "Tolkien a sprawa polska". W rzeczywistości wykład traktuje o czymś zgoła innym i jest doskonałym materiałem na spektakularny artykuł. Kiedy jednak na arenie wydarzeń pojawia się wysoki mężczyzna w szarym prochowcu i okularach a la "Matrix", akcja przyjmuje nieoczekiwany obrót.

Po chwili, z prędkością sunącej w żyłach adrenaliny, wjeżdżamy do "Fast food nation", miejsca, gdzie ludzkie uda, mózgi i to kwaśne wzdłuż kręgosłupa smakują równie dobrze, jak wódka, napoje gazowane, czy konserwa w puszkach.

Po takiej wyżerce nie sposób nie popaść w psychodeliczne klimaty. Są jak... www... www... "W jak Wirus". W przypadku tekstu, którego tytuł padł przed chwilą, zaraza jest najprawdziwszym pożeraczem nerwów. Prezentuje się w całej krasie jako seria chorych obrazów robactwo zwłoki posiniaczone niemowlęta kobieta pieprząca się z kozłem krew mrugająca czerwienią jak zepsuty stroboskop. Na poskromienie wirusa wskazane jest odpowiednie lekarstwo. A potem... odpoczynek, krótkie wakacje w jakimś uroczym zakątku, na przykład nad jeziorem, które nigdy nie zamarza...

Na "kolację" zaprasza nas Kazek Kyrcz. Serwuje nam sześć opowiadań, których styl cechuje niezwykła przejrzystość i oryginalność. Subtelna metaforyka nadaje smaczku, a wyraziści bohaterowie sprawiają, że czytelnik z miejsca się z nimi utożsamia, tym samym absolutnie wtapia w narrację. Kyrcz odchodzi nieco od groteski, zapodając nam psychologiczną grozę.

Zaczyna od utworu "$" i natychmiast, podświadomie, zadaje pytania: czym jest śmierć i czy można podpisać z nią porozumienie? Bohater sądzi, że został wybrany, nazywa siebie pupilkiem pani Ś. A wszystko to za sprawą pracy magisterskiej na temat różnych sposobów postrzegania śmierci, którą obronił na najwyższą z możliwych ocen. Czyżby Śmierć lubiła wazeliniarstwo? Odpowiedź powinna zaskoczyć nawet najbardziej dociekliwych czytelników.

Następna historia osadzona jest w nieco innych klimatach.

Hotel "Nemo" (łac. Nikt, czyt. wspak Omen) przyjmuje naszych spragnionych odpoczynku bohaterów - z pozoru niczym nie wyróżniającą się rodzinę - z otwartymi ramionami, albo raczej... otwartymi drzwiami i oknami. Na przyjęciu tajemnicza staruszka zadaje bohaterce szereg kłopotliwych pytań. Od tego momentu cała rodzina wpada w wir psychologiczno - paranormalnych wydarzeń, po których kompletnie oniemiały czytelnik (w dodatku z jeżącymi się na głowie włosami!) przenosi się do...

...restauracji o iście intrygującej nazwie "V". Tam pewna dziennikarka przeprowadza wywiad z Qcharzem Vincentem. Facet sprawia wrażenie nieco stukniętego, a jego odpowiedzi wytrącają bohaterkę z równowagi. Jak to możliwe, że w V nie uświadczysz ani dekagrama ludzkiego mięsa? Cóż, odpowiedź zostaje czytelnikowi podana na obszernej, wypełnionej po brzegi absurdem i psychodelią, tacy. Na niej pobłyskuje coś jeszcze. Zaraz, zaraz, to kobieta! Powściągliwa, intrygująca piękność imieniem...

"Enen". Główny bohater opowiastki zakochuje się po uszy, nie zwracając większej uwagi na oziębłość dziewczyny. Bądź cierpliwy, a otrzymasz nagrodę - słowa te stają się życiowym mottem mężczyzny. Nie ma on jednak bladego pojęcia, że nagroda, którą przygotowała Enen, całkiem odmieni jego egzystencję.

Niewątpliwą zaletą książki jest fakt, że akcja opowiadań rozgrywa się w polskich realiach. Zwykle jest to Kraków, ten ponury i szary, gdzie życie płynie w tempie błyskawicznym, gdzie nie ma czasu na refleksję. Kolorytu nadają bohaterowie. Są jak barwne ptaki na zachmurzonym nieboskłonie, choćby za sprawą piętrzących się w ich głowach idei, czy też chęci osiągnięcia czegoś ponadwymiarowego. Przeciętna robota, partnerzimnaryba, dwójka bachorów - nie do tego dążą. Są fantastyczni, jak i fantastyczne są historie, które przeżywają.

Jestem ukontentowany lekturą i z czystym sumieniem polecam "Piknik..." wszystkim miłośnikom szeroko pojętej grozy.

Tak sobie myślę, że chyba już wiem, co oznaczał tajemniczy uśmiech na twarzy Kazka, gdy podarował mi książkę. Zadowolenie. "Stworzyliśmy coś fajnego" - zdawał się mówić błysk w jego oczach.

Cóż... Zdecydowanie fajnego - pozostaje odpowiedzieć z uznaniem i oderwać się wreszcie od groteskowo - horrorystyczno - absurdalnej otchłani.

Kurwa, znów te cholerne pojebane sny... Czy to za sprawą zbyt wysokiego stężenia alkoholu w mojej krwi? A może to praca do szczętu spierdoliła mi szare komórki? Tak czy siak, mój osobisty Morfeusz powinien nazywać się Clive Barker.

Albo Dawid Kain.

Albo Kazimierz Kyrcz Junior.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami z antologii PIKNIK W PIEKLE

Piknik w Piekle

Autor: Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz Jr
Wydawnictwo: Szerg
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 6/2004
Liczba stron: 140
Format: 145x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-919969-4-8
Wydanie: I
Cena z okładki: 18 zł


blog comments powered by Disqus