"Syn nocy" cz. 2

Autor: Dawid Kain

Część druga

7
Miasto nocą jest doprawdy piękne. Ludzie popijają piwo w ogródkach na Rynku, zakochane parki spacerują po Plantach, pijacy zasypiają na ławkach. Wszyscy ci ludzie są jak kobieta otumaniona środkami nasennymi - zbyt słaba by się bronić, zbyt świadoma, by poddać się bez walki.
Poluję.
Odziany w czarny płaszcz kręcę się w okolicach Rynku, poszukując ofiar.
Marzę o młodej, szczupłej kobiecie, którą mógłbym zgnieść jak gąbkę i wypić z niej krew do ostatniej kropli.
Od poprzednich łowów minęło już kilka dni, jestem więc spragniony.
Szukam.
Oto widzę okaz, który mógłby zaspokoić mój głód. Piękna kobieta o rudych, kręconych włosach. Niestety nie jest sama. Towarzyszy jest jakiś blond frajerek o posturze wieszaka.
Śledzę ich.
Najpierw idą przez Szewską, potem nagle skręcają w Planty i kierują się w stronę UJotu.
Sympatyczna z nich parka, będzie się czym pożywić.
Idą powoli, trzymają sięza ręce.
Wyczuwam ich wonie: jego - tandetny zapach jakiegoś kiepskiego dezodorantu, i słodki zapach jej perfum... oraz czegoś jeszcze... strachu. Boi się, że nocą na Plantach ktoś mógłby ich napaść. Ma rację, to niebezpieczna okolica.
Podchodzę trochę bliżej, ale nadal jestem na tyle daleko, że nie wyczuwają mojej obecności. Jeszcze nie chcę się ujawniać. Pragnę wdychać zapach jej lęku. Uwielbiam to uczucie, gdy wywęszę u kogoś przerażenie.
Dookoła jest pusto. Jeden śmierdzący pijaczyna śpi na pobliskiej ławce, ale w zeznania takiego zera i tak nikt by nie uwierzył, więc nie mam się czego obawiać.
Nagle żul przewraca się z boku na bok, strącając z ławki butelkę po tanim winie i rozbijając ją.
Kobieta odwraca głowę i spogląda w moją stronę.
Cholera! Zauważyła mnie.
Biegnę w ich stronę, teraz mam ostatnią okazję, nim zjawi się tutaj ktoś jeszcze.
Mężczyzna ze zdumieniem patrzy na mnie. Odsuwa od siebie swoją partnerkę,próbując schować ją za sobą. To dość naiwne zachowanie.
- Czy ma pan jakiś problem? - zwraca się do mnie.
- Pewnie, że mam, mój chłoptasiu - odpowiadam. - Chcę twojej dziewczynki, a ty mi ją dasz.
- Uciekaj - szepce do swojej partnerki, a ta, przerażona, zaczyna się oddalać.
Facet unosi pięści i szykuje się do bitki.
Jakże wielkie jest jego zdziwienie gdy wyciągam nóż i jednym szybkim ruchem wbijam mu go w oko.
Wyje z bólu.
Przegryzam mu nadgarstek i przez chwilę piję jego krew. Szamoce się jak jasna cholera. Nie jestem w stania porządnie się posilić, ale to mała strata - męska krew jest gorzka i niesmaczna.
Wyciągam mu nóż z oka i podrzynam gardło. Dobywający się z jego ust charkot milknie po kilku sekundach. Ciałem wstrząsają ostatnie przedśmiertne drgawki. Potem upada na ziemię, bezwładny jak manekin.
Rozglądam się czy w pobliżu nie ma nikogo. Pusto. Jedynie ten pijaczyna, który był tu od samego początku. Nadal śpi. Pewniejest zalany w trupa.
Ruszam w pogoń za dziewczyną. Czy była w stanie oddalić się wystarczająco daleko by mi umknąć? Ile mogła trwać moja walka z jej chłoptasiem? Najwyżej kilkadziesiąt sekund.
Widzę ją. Biegnie w kierunku Rynku, pewnie chce wezwać pomoc.
Doganiam ją, łapie za gardło i wciągam do najbliższej bramy.
- No koteczku, teraz się zabawimy - mówię spokojnym głosem.
- Błagam... dlaczego akurat ja?
Ciągle ten sam tekst - czemu ja? Same bzdety. Rzygać mi się chce, gdy to słyszę. Ja też od samego początku mógłbym się dziwić, dlaczego ja. Czemu ja, gdy bił mnie ojciec, czemu ja, kiedy zabito moją matkę, czemu ja, gdy znęcały się nade mną inne dzieciaki. Pytania, pytania, pytania...
- Bo jesteś piękna i z pewnością smaczna - odpowiadam, wbijając kły w jej delikatną, bladą szyję.
Aaaaachhhhhh!
Jej krew jest taka cudowna. Niczym kojący balsam na nie zagojone rany mojej duszy. Piję i piję i nie mogę się oderwać. Z każdymłykiem odczuwam, że staję się silniejszy. Tak musi czuć się ktoś, kto bez kropli wody przemierzył pustynię, a potem trafił na oazę i zatopił usta w chłodnym strumieniu.
Gdy jestem już syty, sięgam po nóż i wbijam jej go prosto w serce.

8
W czasach liceum i studiów prawniczych byłem już pewien, że chcę zostać wampirem. Przeczytałem wszystkie książki o wampiryzmie, jakie tylko udało mi się znaleźć i zdobyłem wszystkie wiadomości, które były mi potrzebne. Wiedziałem już, że przeistoczyć się w wampira można tylko poprzez ugryzienie przez innego wampira, a następnie wypicie jego krwi. Gdybym tylko wiedział, gdzie można spotkać krwiopijcę, natychmiast dałbym się ugryźć.
Całymi latami krążyłem po podejrzanych zaułkach Krakowa, licząc na to, że w końcu mi się poszczęści. W tym czasie zwiedziłem setki miejsc, w których mógłby pojawić się ten, którego szukałem, nocny łowca polujący na ludzi, bestia, która stanie się sprawcą mojej przemiany.
Na marne.
Przez liceum i studia przebrnąłem jako samotnik, jako wyalienowana jednostka znajdująca zapomnienie w mrocznych lekturach, które czytałem co dzień. Czułem, że jestem już blisko przemiany, lecz pragnąłem jej tak bardzo, iż z każdą chwilą wydawało mi się mniej prawdopodobne, że wampiry w ogóle istnieją.
Wtedy przypomniałem sobie "miejską legendę", którą niegdyś opowiedziała mi matka, historię Adama, chłopca z którym los obszedł się równie bezwzględnie, jak ze mną. Przywołałem z pamięci jego obraz, jako nocnego mściciela pijącego krew tych, którzy go skrzywdzili. Postanowiłem, że go odnajdę.
Nie byłem do końca pewien, czy "miejska legenda" jest tylko mitem, czy może prawdą, więc w przeróżnych księgach dotyczących wampiryzmu i Krakowa szukałem informacji na ten temat. W końcu udało mi się odnaleźć dane o tym, że w Krakowie mogą istnieć nocne lokale, w których można spotkać wampiry.

Odtąd byłem stałym bywalcem wszelakich pubów, dyskotek i klubów.

Ów chłodną, zimową noc, podczas której odmieniło się moje życie, pamiętam jakby to było wczoraj. Był poniedziałek. W jednym z opustoszałych Krakowskich lokali przysiadłem się do stolika wychudzonego, bladego mężczyzny z podkrążonymi oczami, którego początkowo wziąłem za narkomana. Po wypiciu kilku piw rozwiązał mi się język i zacząłem mu opowiadać o moich bezskutecznych poszukiwaniach, "miejskiej legendzie" i swoim złym losie. Kiwał tylko głową, więc uważałem, iż uznał mnie za szaleńca. Gdy skończyłem mówić, rzekł, że wie jak mi pomóc. Wstał od stolika i kazał mi iść za sobą.

Po kilkunastu minutach marszu dotarliśmy do niewielkiego, położonego na uboczu pubu "U Varneya". Już w progu uderzyła mnie przesiąknięta alkoholem i nikotyną atmosfera tego miejsca. Nieliczni klienci siedzieli w pustych lożach, wyglądając dość drętwo i ponuro.

Nieznajomy przyprowadził mnie do baru i przedstawił znajdującemu się tam blademu mężczyźnie.

- Jestem Adam i myślę, że wiem, czego ci trzeba - odparł tamten uśmiechając się.

Z początku nie chciałem uwierzyć, że to on jest bohaterem "miejskiej legendy". Czy ktoś tak chuderlawy i niepozorny mógłby być owym osławionym nocnym mścicielem? Spodziewałem się kogoś o posturze supermana i kłach wielkich jak kły samego Draculi, a spotkałem kogoś, kto z wyglądu niczym nie różnił się od ludzi, których dotąd oglądałem.

Ja i Adam wyszliśmy z lokalu.

- Czy jesteś pewien, że chcesz stać się krwiopijcą? - spytał mnie.

- Tak, jestem pewien.

- Wiesz, życie wampira nie jest tak łatwe jak ci się wydaje. Trzeba dość często się odżywiać, a poza tym wieczność potrafi być nużąca.

- Mimo wszystko jestem zdecydowany.

Popatrzył mi w oczy. Widząc w nich determinację, kiwnął głową i powiedział, że mi pomoże.

Później wszystko potoczyło się bardzo szybko.

Jednym nieuchwytnym dla oka ruchem ręki złapał mnie za gardło i przyciągnął do siebie. Ugryzienie było niesamowicie bolesne. Poczułem się tak, jakby dwie głodne pijawki przyssały mi się do szyi. Gdy pił moją krew coraz bardziej opadałem z sił. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie padłem ofiarą oszustwa i czy wampir nie chce mnie zabić, wypijając wszystko do ostatniej kropli. Wtedy oderwał się od mojej szyi. Niewyobrażalny ból i odrętwienie przeszywały całe moje ciało. Adam wyjął z kieszeni scyzoryk i rozciął sobie nadgarstek.

- Pij - powiedział, a ja przyssałem się do rany i pociągnąłem pierwszy łyk. Krew smakowała dziwnie, była trochę gorzka i piekło od niej gardło jak od mocnej wódki, ale mimo wszystko dało się w niej wyczuć nieśmiertelność.

Po posileniu się odsunąłem się od Adama.

- Dziękuję - powiedziałem, czując, że coraz bardziej zaczyna kręcić mi się w głowie. Upadłem na ziemię i straciłem przytomność.

Gdy odzyskałem świadomość był już ranek, a ja leżałem na chodniku przed pubem "U Varneya". Czułem zmianę, która we mnie zaszła. Czułem, że nie jestem już człowiekiem.

9
- ... I właśnie dlatego wnoszę, by wysoki sąd uznał oskarżonego, Andrzeja Rabczyńskiego, za niewinnego. Przedstawione w sprawie dowody niezbicie wskazują na to, iż oskarżony jest osobą niepoczytalną i tym samym nie może odpowiadać za czyn, którego się dopuścił.

Sędzia nie zastanawiał się zbyt długo. Po kilku minutach namysłu uznał mojego klienta za niewinnego i skierował na leczenie psychiatryczne. Tym samym wygraliśmy sprawę. Andrzej był mi bardzo wdzięczny, kilkakrotnie serdecznie mnie uściskał i ze łzami w oczach powtórzył, że dzięki mnie będzie w stanie upolować jeszcze niejednego wampira. Gdybym wierzył, że naprawdę może mu się to udać, sam najchętniej wsadziłbym go za kratki. Ale on był tylko niegroźnym dziwakiem, który co najwyżej rozkopie kilka grobów i poprzebija zwłoki kołkami. Prawdziwego wampira nigdy nie byłby w stanie załatwić.

Po rozprawie zjadłem obiad z Anią. Wybraliśmy się do małej chińskiej knajpki na przedmieściach.

- No i jak ci dzisiaj poszło, kochanie? Wybroniłeś tego sympatycznego pana, który podobno profanował groby? - spytała Ania.

- Pewnie, że wybroniłem. Tak łatwej sprawy nie miałem od dawna. Szkoda, że tacy klienci nie trafiają mi się częściej.

- Czy on naprawdę przebił zwłoki patykiem?

- Kołkiem. To najzwyklejszy świr.

- Po prostu ubzdurał sobie, że wampiry istnieją naprawdę. Naoglądał się filmów albo naczytał książek.

- Granica zdrowego rozsądku przebiega w miejscu, w którym człowiek jest w stanie odróżnić, co jest fikcją, a co prawdą. Andrzej Rabczyński przekroczył tę granicę. Miejmy nadzieję, że trafi do dobrego psychiatry, który da rady mu pomóc.

- Wydawał się bardzo miły. Chyba nigdy nie wiadomo, jaki człowiek jest naprawdę, dopóki dobrze się go nie pozna.

- Na szczęście my znamy się już dość dobrze, prawda kochanie. I muszę przyznać, najdroższa, że nie ma tajemnicy, którą bym się z tobą nie podzielił.

Na dźwięk tych słów jej oczy zrobiły się maślane. Potem mnie pocałowała i powiedziała: kocham cię. Przez dłuższy czas przytulaliśmy się do siebie, jednocześnie jedząc kurczaka w cieście kokosowym. Mimo iż porcje były dość duże, nie najadłem się. Doskwierał mi nieco inny głód niż ten, który towarzyszy zwyczajnym ludziom. Mam na myśli głód krwi. Chęć rozerwania szyi mojej dziewczyny i wypicia z niej wszystkiego. Uczucia którymi ją darzę nie mają tu większego znaczenia. Zaspokajanie potrzeb pierwszego rzędu jest priorytetem. Najpierw posiłek z krwi, a dopiero potem miłość. Powstrzymałem się jednak. Wiedziałem, że wieczorem zrobię sobie porządną ucztę.

 

10
Przyczaiłem się na Plantach i czekam. Jest chłodna noc, na pochmurnym niebie widnieje księżyc czerwony jak otwarta rana. W oddali słychać uderzenia piorunów. Deszcz niesiony wiatrem kłuje moją twarz.

Oto i moje ofiary. Studentki wracające z imprezy, sztuk dwie. W dobrych humorach, pijane albo naćpane. Zachowują się głośno, śmieją się, rozmawiają. Nie boją się wracać same, widać nie mają ani krzty instynktu samozachowawczego.

Wychodzę z cienia.

- Witam, witam szanownego pana! - krzyczy jedna z nich, niska blondynka - Czy byłby pan tak miły i odprowadził nas do akademika?

- Oczywiście - odpowiadam uśmiechając się.

- Bo my same chyba nie damy rady tam dojść - mówi druga, szczupła brunetka z niesłychanie piękną szyją.

Podchodzę bliżej, szykując się do uczty.

- Nawet nie próbuj! - krzyczy ktoś stojący za mną, jego głos wydaje mi się dziwnie znajomy.

Próbuję odwrócić głowę i obejrzeć się, ale jakiś twardy przedmiot trafia mnie w skroń. Robi mi się ciemno przed oczami. Słyszę krzyk studentek. Boże, głowa mi pęka... Tracę przytomność...

11
Budzę się w pomieszczeniu ciemnym i wilgotnym jak wnętrze jaskini. Jestem związany. Kręci mi się w głowie. Ściany, sufit i podłoga falują przed oczami. To chyba jakaś piwnica. Wyczuwam woń szczurzych odchodów.

- Nie spodziewałem się, że pójdzie mi z tobą tak łatwo - znajomy głos dociera do mnie z bardzo bliska, lecz mimo tego nie mogę dostrzec swego rozmówcy, widzę jedynie niewyraźny zarys jego sylwetki...

- Kim jesteś i czego chcesz? - pytam.

- Chyba wiesz kim jestem, Danielu. Zdążyliśmy się już dość dobrze poznać. Choć może ja poznałem cię nieco lepiej, niż ty mnie.

Jestem w stu procentach pewien, że znam tego człowieka, lecz nadal nie mogę sobie przypomnieć, kim jest.

Nagle w piwnicy zapala się światło. Jego strumień pada z latarki wprost na moją twarz, oślepia mnie.

- I pomyśleć, że wziąłeś mnie za niegroźnego, trochę zdziwaczałego faceta, który postradał zdrowy rozsądek.

Czy to możliwe, żeby to był on?

- "Oskarżony jest osobą niepoczytalną i tym samym nie może odpowiadać za czyn, którego się dopuścił" - to było dobre, hłe, hłe!

To naprawdę on...

- Myślałeś, że tylko sobie to ubzdurałem. Nie byłeś na tyle bystry, by spostrzec, że to wszystko było od początku do końca ukartowane. Nie musiałem nawet ukrywać swojej prawdziwej tożsamości. Andrzej Rabczyński, łowca wampirów. Wiedziałem, że podejmiesz się mojej ochrony. To było takie w twoim stylu. W dzisiejszych czasach ty i tobie podobni czujecie się trochę zbyt pewnie. Z jednej strony człowiek sukcesu, z drugiej wyrachowany morderca. Któż mógłby przypuszczać?

- Nie wiem o czym mówisz.

- Nie udawaj, wiem o wszystkim. Śledziłem cię od dłuższego czasu. Chciałem nawiązać z tobą znajomość, znaleźć się na tyle blisko, by zobaczyć cię w akcji. Zarówno na sali sądowej, jak i nocą, w mieście.

- Andrzej, będziesz odpowiadał za to uprowadzenie. Jeżeli wypuścisz mnie teraz, zapomnimy o całej sprawie. W przeciwnym razie grozi ci więzienie... będą mnie szukać...

- Widziałem jak zabijasz. To było fascynujące. Muszę ci się przyznać, że jesteś pierwszym wampirem, którego udało mi się schwytać. Pozostałych musiałem zabić, bo żaden z nich nie był na tyle spokojny i opanowany, by wysiedzieć w tej piwnicy nie próbując się stąd wydostać. Ale mam nadzieję, że z tobą będzie inaczej. Opowiesz mi o sobie wszystko. Już wiem! Zapiszę twoją opowieść i wydam ją jako książkę! To będzie taka polska wersja "Wywiadu z wampirem"...

- Zupełnie postradałeś zmysły.

- ... "Wspomnienia nocnego łowcy", albo "Kły"... jakoś tak ją nazwę. Myślę, że osiągnie nakład kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy. Tego typu opowieści z dreszczykiem dobrze się sprzedają, a ta będzie na dodatek oparta na faktach...

Dochodzę do wniosku, że mój rozmówca całkowicie odjechał i raczej nie nawiążę już z nim porozumienia. Zastanawiam się, jak się oswobodzić. Gruby sznur krępuje moje ruchy. Mimo iż jestem dwa razy silniejszy od przeciętnego człowieka, nie będzie łatwo rozerwać tych więzów.

Rozlega się walenie do drzwi.

- Otwierać! Policja!

- Mój Boże, jak oni tutaj trafili? - Andrzej jest wyraźnie zaskoczony. Chcę krzyknąć, wezwać pomocy, ale przystawia mi pistolet do skroni. - Wiem, że można was zabić pojedynczym strzałem, więc nawet nie próbuj.

- Liczę do trzech i zaczniemy wyważać drzwi.

- Co robić? Co robić?

- Raz!

- Prędko, właź za tą skrzynię - mówi do mnie.

- Dwa!

Kopie mnie w brzuch i popycha w kierunku dużej, drewnianej skrzyni. Upadam. Przykrywa mnie jakimiś brudnymi szmatami. Z pozycji, w jakiej się znajduję, widzę tylko jego zabłocone buty. Zakłada mi knebel na usta. Oddycham z trudem.

- Trzy!

- Zaczekajcie, już otwieram!

Słyszę skrzypienie drzwi. Cyk - ktoś zapala światło, w piwnicy nagle robi się jasno. Widzę zakurzone pudła, rzędy słoików, niektóre z nich wypełnione są dziwacznym zielonkawym płynem, w progu stoi dwóch policjantów, dostrzegam ich czarne, lśniące buty.

- Witam panów! W czym mogę pomóc? - mówi spokojnym głosem Rabczyński.

- Wiemy, że uwięził pan swojego prawnika, Daniela Kowalskiego.

- Tak? A czemuż miałbym zrobić coś takiego?

- Proszę wpuścić nas do środka, żebyśmy mogli przeszukać to pomieszczenie.

- A macie nakaz?

- Nakaz nie jest nam potrzebny. Był pan obserwowany i widzieliśmy jak wnosił pan tutaj jakiegoś obezwładnionego człowieka, przypuszczalnie Kowalskiego.

- Byłem obserwowany? Z czyjego polecenia?

- Proszę nam tego nie utrudniać. Przeszukamy piwnicę i jeżeli nikogo tu nie znajdziemy, będzie pan wolny.

- Mimo wszystko nie mogę wam pozwolić na... Hej! Co wy do cholery robicie!

Dociera do mnie syczenie i krzyk. Potem charczenie. Zabłocone buty Rabczyńskiego odrywają się od podłoża i wędrują w górę jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Jeden z policjantów zagląda za skrzynię i odkrywa szmaty, którymi jestem przykryty. Pierwszą rzeczą, jaką widzę jest ciało Andrzeja Rabczyńskiego luźno wiszące w powietrzu, podtrzymywane muskularnym ramieniem drugiego z gliniarzy. Na szyi łowcy widnieje pokaźna rana, z której wycieka ciemna, niemal brązowa krew; ślad po ukąszeniu wampira. Usta funkcjonariusza również są zakrwawione, widać że przed chwilą się posilił.

Policjant zdejmuje mi knebel, a potem rozwiązuje sznur, którym jestem związany. Później podchodzi do konającego Rabczyńskiego i zaczyna pić krew, przegryzając jego nadgarstek. Głośne chrupnięcie oznajmia nam, że zęby wampira zanurzyły się w ciele aż do kości. Kończynami mojego porywacza wstrząsają przedśmiertne drgawki.

W tym czasie drugi gliniarz, ten który trzyma Rabczyńskiego nad ziemią, odzywa się do mnie:

- Ktoś wyczuł, że zostałeś tutaj uwięziony, i wysłał nas, żebyśmy cię uwolnili.

- Nie wiem, jak mam wam dziękować... gdybyście przyszli trochę później, ten samozwańczy łowca wampirów prawdopodobnie by mnie wykończył.

- Nie dziękuj nam. Bądź wdzięczny temu, kto nas przysyła... bądź wdzięczny Adamowi.

- Adam was przysłał?

- Kazał ci przekazać, żebyś nie zapominał, że wampiry tworzą wspólnotę. Nie trzeba zawsze polować samemu. Należy pamiętać o korzeniach.

Bezwładne ciało Rabczyńskiego z głuchym uderzeniem upada na podłogę. Tumany kurzu wzbijają się w powietrze...

12
Zachodzące słońce barwi niebo na krwistoczerwony kolor. Wyssane do szpiku ciała naszych ofiar dogorywają przy wtórze charczenia, rzężenia i przedśmiertnych bulgotów. Jest nas kilkunastu - ja, Adam i cała jego świta. Za dnia przykładni obywatele, uczynni mężowie, ojcowie rodzin, nienaganni pracownicy, po prostu dobrzy ludzie. W nocy pijące krew bestie dręczone nie dającym się zaspokoić pragnieniem.

Lepiej znajdź sobie miejsce, w którym mógłbyś się schować.

Noc jest długa.

I czarna jak nasze dusze...

<< do części 1 opowiadania



blog comments powered by Disqus