Fragment #1 z książki "Frankenstein Dean'a Koontz'a: Księga Pierwsza: Syn Marnotrawny"

Autor: Dean Koontz

Deukalion rzadko zasypiał, ale gdy już to mu się udało, zawsze śnił. Każdy sen był koszmarem. Żaden nie budził w nim przerażenia. W końcu sam był płodem koszmarów, a życie w nieustannym strachu uodporniło go na grozę.

Kiedy tego popołudnia Deukalion drzemał w swojej skromnie urządzonej celi, śniło mu się, że chirurg rozciął mu jamę brzuszną i włożył do niej tajemniczą, wijącą się masę. Przytomny, ale bezsilny, przywiązany do stołu chirurgicznego Deukalion mógł tylko poddać się zabiegowi.

Kiedy lekarz zaszył jamę brzuszną, Deukalion poczuł dziwne łaskotanie, jakby coś zaczęło się po niej rozpełzać, z ciekawością badając nowe terytorium.

- Wkrótce przybędzie posłaniec - odezwał się zza maseczki chirurgicznej lekarz. - Pewien list całkowicie odmieni życie.

Deukalion obudził się z przekonaniem, że sen był proroczy. Co prawda nie posiadał daru jasnowidzenia, ale czasem we śnie pojawiały się ostrzeżenia.


*  *  *


Zachód słońca nad górami Tybetu zmieniał lodowce i ośnieżone szczyty w płynne złoto. Na tle błękitu nieba ostro rysowała się poszarpana panorama szczytów Himalajów, z najwyższym Mount Everestem.

Ten widok, krajobraz nieskażony przez cywilizację, działał na Deukaliona kojąco. Od lat starał się unikać ludzi, dlatego schronił się na dachu świata i utrzymywał kontakt wyłącznie z buddyjskimi mnichami.

Choć od bardzo dawna nikogo nie zabił, żądza mordu jeszcze w nim nie wygasła, drzemała tuż pod powierzchnią. Tu jednak potrafił zapanować nad swoimi mrocznymi pragnieniami i udało mu się znaleźć ukojenie. Wierzył, że pewnego dnia zyska prawdziwy wewnętrzny spokój.

Z kamiennego dziedzińca klasztoru wpatrywał się w płonące żywym ogniem lodowce i nie po raz pierwszy widział w nich kwintesencję swojego życia, określonego niejako przez te dwa żywioły: ogień i lód.

- Patrzysz na góry - odezwał się stojący u jego boku stary mnich Nebo - czy poza nie, na to, co tam zostawiłeś?

Choć podczas swego wieloletniego pobytu w Tybecie Deukalion nauczył się posługiwać tutejszymi dialektami, on i mnich często rozmawiali po angielsku, by nikt niepowołany nie dowiedział się, o czym rozprawiają.

- Nie za tamtym światem tęsknię, ale za morzem. Brakuje mi skrzeku mew. Paru przyjaciół. Chrupek serowych.

- Chrupek sercowych? Chodzi o podboje?

 

Deukalion uśmiechnął się i powtórzył staranniej:

- Chrupek SEROWYCH. Krakersów o smaku cheddara. W tym klasztorze szukamy oświecenia, sensu i celu życia... Boga. Tymczasem ja często utożsamiam życie z drobnymi przyjemnościami codziennego bytowania. Wstyd się przyznać, Nebo, ale twój uczeń okazał się wyjątkowo płytki.

Mnich otulił się wełnianą szatą, chroniąc się przed lodowatymi podmuchami zimowego wiatru.

- Przeciwnie - zaoponował. - Żaden z moich uczniów nie dorównuje ci głębią. Przyznam, że uwaga o krakersach mnie samego zaintrygowała.

Obszerna, wełniana szata spowijała pokryte szramami i bliznami ciało Deukaliona, choć jemu nie przeszkadzał nawet najostrzejszy mróz.

Imponujący, potężny klasztor Rombuk, przyklejony do nagiego, skalistego zbocza, był zbudowany na planie mandali. Jego ceglane mury, smukłe wieże i miękka linia dachów stanowiły istny cud architektury. Z czworobocznych wież niczym wodospady spływały kaskady stopni, prowadzących na wewnętrzne dziedzińce.

Na wietrze łopotały jaskrawożółte, białe, czerwone, zielone i niebieskie chorągwie, symbolizujące poszczególne żywioły. Na tkaninach wypisano starannie dobrane fragmenty sutry, by ilekroć wiatr poruszy chorągwią, do nieba popłynęła modlitwa.

Mnisi zaakceptowali Deukaliona mimo jego postury i dziwacznego wyglądu. On zaś przyjął ich naukę, przefiltrowując ją przez swe niezwykłe doświadczenia oraz własną wyjątkową perspektywę. Z czasem sami mnisi zaczęli się do niego zwracać, gdy szukali wyjaśnienia jakiegoś problemu filozoficznego. Nie wiedzieli, kim jest, ale instynktownie wyczuwali w nim kogoś niezwykłego.

Deukalion przez dłuższy czas stał w milczeniu. Nebo cierpliwie czekał. W świecie mnichów, w którym rytmu dnia nie wyznaczały zegary, czas nie odgrywał większej roli; Deukalion zaś, który przeżył już dwieście lat, a przed sobą miał najprawdopodobniej jeszcze drugie tyle, często w ogóle nie odczuwał upływu czasu.

Modlitewne młynki chrobotały na wietrze. W oknie na szczycie wieży stanął kapłan i zadął w muszlę, wzywając do wieczornej modlitwy. Z wnętrza klasztoru dobiegł odgłos mantry mnichów, odbijającej się echem wśród kamiennych ścian.

Deukalion zapatrzył się w przepaście, w których wszystkimi odcieniami fioletu płonęły promienie zachodzącego słońca. Trzystumetrowa otchłań dzieliła niektóre okna klasztoru Rombuk od skalistego podłoża. Z tej fioletowej łuny wynurzyła się ludzka postać.

- Posłaniec - odezwał się. - Chirurg ze snu nie kłamał.

Stary mnich początkowo nie zauważył wędrowca. Mrużył oczy w kolorze winegretu, oślepione ostrymi promieniami wysokogórskiego słońca. Po chwili szeroko otworzył powieki.

- Trzeba go przywitać przy wejściu.


*  *  *


Płomienie pochodni pełzały niczym jaszczurki po wykończonych metalem belkach stropowych i ceglanych ścianach głównej bramy. Przy wejściu stał posłaniec, z bojaźnią przyglądając się Deukalionowi.

- Yeti - wyszeptał. Nazwał go imieniem, które Szerpowie nadali przerażającemu człowiekowi śniegu.

- Czy tak nakazuje dobry obyczaj? Poprzedzać właściwe przesłanie obelgą? - skarcił go Nebo. Z jego ust wydobywały się obłoczki pary.

Deukalion, który większość swej dwustuletniej egzystencji spędził wyrzucony poza nawias, często ścigany niczym bestia, uodpornił się na złośliwości. Już nawet nie potrafił czuć się dotknięty.

- Gdybym był yeti - odezwał się w języku przybysza - może i byłbym tak wysoki. - Miał metr dziewięćdziesiąt osiem. - Może i byłbym tak potężnie zbudowany. Nie sądzisz jednak, że byłbym bardziej owłosiony?

- N-no... chyba tak.

- Yeti nigdy się nie goli. - Deukalion pochylił się do mężczyzny, jakby zdradzał mu sekret. - Pod tym skudlonym futrem kryje się wyjątkowo delikatna skóra. Różowa, mięciutka... podatna na wysypkę, nieznosząca dotyku brzytwy.

- To kim jesteś? - spytał posłaniec, zdobywając się na odwagę.

- Jestem Big Foot - odparł po angielsku Deukalion.

Nebo parsknął śmiechem, słysząc imię amerykańskiego odpowiednika yeti, ale przybysz nie zrozumiał żartu. Spłoszony śmiechem mnicha, drżąc nie tylko z zimna, chłopak wyciągnął zawiniątko z koźlej skóry, związane grubym rzemieniem.

- Tutaj. W środku. Dla ciebie.

Deukalion wsunął zagięty mocarny palec pod rzemień i rozerwał go jednym szarpnięciem. Rozwinął skórę i zobaczył w środku sfatygowaną i poplamioną w długiej podróży kopertę. List wysłano z Nowego Orleanu, a nadawcą był stary zaufany druh, Ben Jonas.

Posłaniec zerkał nerwowo na poszarpany, znaczony szramami policzek Deukaliona, najwyraźniej tocząc wewnętrzną walkę. W końcu jednak uznał, że woli towarzystwo yeti od nocnej przeprawy przez góry.

- Mogę się tu schronić na noc?

- Każdy, kto się tu zjawia - zapewnił go Nebo - otrzyma wszystko, czego potrzebuje. Poczęstowalibyśmy cię nawet chrupkami serowymi, gdybyśmy je mieli.

Kamiennymi schodami przeszli od zewnętrznej do wewnętrznej bramy. Pojawiło się tam dwóch młodych mnichów z latarniami, którzy stawili się, jakby w odpowiedzi na telepatyczne wezwanie i odprowadzili przybysza do skrzydła dla gości.

Deukalion skrył się w niszy pachnącej drewnem sandałowym i kadzidłem, by tam, przy blasku świecy, przeczytać list. Równy rządek kształtnych, niebieskich liter skreślonych dłonią Bena objawił mu wieści niezwykłej wagi.

Do listu Ben dołączył wycinek z "New Orleans Times-Picayune". Tytuł i treść artykułu znaczyły dla Deukaliona mniej niż towarzysząca mu fotografia.

A choć Deukaliona nie mógł przestraszyć najgorszy koszmar, choć od dawna nie budził w nim trwogi żaden człowiek, teraz jego dłoń zadrżała. Papier dygotał w trzęsącej się ręce, wydając odgłos przypominający trzepotanie skrzydeł uciekającego owada.

- Złe wieści? - zaniepokoił się Nebo. - Ktoś zmarł?

- Gorzej. Ktoś nadal żyje. - Deukalion z niedowierzaniem wpatrywał się w fotografię i czuł, jak ogarnia go przenikliwy chłód. - Muszę opuścić Rombuk.

Ta wiadomość wyraźnie zasmuciła Nebo.

- Już od dłuższego czasu przynosiła mi otuchę myśl, że to ty odmówisz modlitwy po mojej śmierci.

- Taki sukinkot jak ty szybko nie umrze - odparł Deukalion. - Jesteś zakonserwowany lepiej niż pikle w occie. Zresztą jestem bodaj ostatnią istotą na ziemi, której Bóg by wysłuchał.

- Albo pierwszą - odrzekł z tajemniczym, porozumiewawczym uśmiechem mnich. - Dobrze, skoro postanowiłeś stąd odejść i wrócić do świata, pozwól, że coś ci podaruję.


*  *  *


Ze złotych lichtarzy, niczym woskowe stalagmity, sterczały żółte świece, rozjaśniając wnętrze i malowidła na ścianach: barwne mandale, zamknięte w kręgu geometryczne figury symbolizujące kosmos.

Deukalion wpół siedział, wpół leżał na fotelu wśród czerwonych jedwabnych poduch, wpatrując się w rzeźbione i malowane kwiaty lotosu zdobiące sufit. Tuż obok siedział Nebo i pochylony nad nim przyglądał się jego twarzy z uwagą mędrca odczytującego skomplikowane zwoje mantr.

Deukalion przez wiele lat występował w wesołych miasteczkach, gdzie żaden z jarmarcznych aktorów nie zwracał uwagi na jego wygląd. W końcu oni wszyscy, z wyboru lub z konieczności, zdecydowali się na życie na marginesie społeczeństwa.

Nieźle zarabiał, epatując swoją brzydotą. Należał do grupy "dziwolągów" - "dziesiątki", jak ją nazywano, gdyż występowali po dziesięcioro w jednym namiocie.

Siadał na arenie, odwrócony profilem do publiczności, która wędrowała od kobiety z brodą do człowieka-gumy i wreszcie stawała przed nim, zachodząc w głowę, co takiego nadzwyczajnego może być w tym człowieku. Wtedy odwracał się i pokazywał swoją potwornie oszpeconą drugą część twarzy.

Mężczyźni wzdrygali się, z trudem łapiąc oddech. Kobiety mdlały - choć z dziesięciolecia na dziesięciolecie coraz rzadziej. Pozwalano go oglądać tylko pełnoletnim widzom, gdyż dzieci na jego widok mogłyby nabawić się urazu na całe życie.

Ukazawszy twarz, wstawał, prostował się i zdejmował koszulę, odsłaniając tors. Blizny, bruzdy, pozostałości po prymitywnych, metalowych zszywkach, którymi połączono fragmenty skóry, dziwaczne narośle...

W zasięgu mnicha stała tacka, a na niej było mnóstwo cienkich igieł i fiolki z barwnikami. Nebo szybko, umiejętnie nakładał na twarz Deukaliona tatuaż.

- To mój dar na pożegnanie. Wzór, który będzie cię chronił.

Nebo przyjrzał się z bliska swemu dziełu, po czym zaczął nadawać mu ostateczny kształt, wypełniając tatuaż ciemnoniebieskim, czarnym i zielonym barwnikiem. Deukalion nawet się nie skrzywił, nawet nie syknął z bólu, czując te ukąszenia tysięcy os.

- Robisz na mojej twarzy puzzle?

- To twoja twarz jest największym puzzlem - uśmiechnął się mnich, patrząc na gruzłowate płótno twarzy Deukaliona, które zamierzał zmienić w wyrafinowane dzieło sztuki.

Na czubkach igieł połyskiwał na przemian to barwnik, to krew, gdy Nebo wbijał je w skórę, tworząc skomplikowany wzór. Czasem uderzały lekko o siebie, gdy mnich wbijał po dwie naraz.

- To bardzo skomplikowany i trudny wzór. Może dać ci coś, co złagodzi ból? Mamy opium, choć staramy się jak najrzadziej z niego korzystać.

- Nie lękam się bólu - odparł Deukalion. - Życie jest wielkim oceanem cierpienia.

- Masz na myśli życie poza klasztorem.

- Wchodząc tu, nie zostawiamy za progiem wspomnień.

Stary mnich sięgnął po fiolkę z karminowym barwnikiem. Tatuaż zatuszował nierówności i bruzdy na policzku, czerwony barwnik, którym Nebo wypełniał wzór, stwarzał pozór naturalnej, zdrowej skóry.

- To powinno wystarczyć, by nie przykuwać wzroku ciekawskich - odezwał się po dłuższej chwili Nebo. - Oczywiście nawet najbardziej wyrafinowany wzór nie ukryje wszystkiego.

Deukalion dotknął szczypiącego tatuażu, pokrywającego poszarpaną bliznę.

- Moimi sprzymierzeńcami, jak często do tej pory, będą mrok i nieuwaga przeciwnika.

- Ostatni raz, zanim odejdziesz... Moneta? - poprosił mnich, zatkawszy fiolki z barwnikami i wytarłszy igły czystą szmatką.

Deukalion usiadł prosto i prawą ręką podrzucił srebrną monetę. Nebo bacznie obserwował, jak towarzysz przeplata monetę między palcami - prowadzi ją, jak mawiają iluzjoniści - ze zdumiewającą płynnością jak na tak wielkie i niezgrabne łapska. Ale to potrafiłby każdy w miarę utalentowany iluzjonista. Wtedy Deukalion pstryknął kciukiem i palcem wskazującym, a moneta poleciała w powietrze. Płomienie świecy tańczyły w wirującym metalu. Deukalion chwycił monetę w powietrzu i zacisnął w dłoni... Lecz kiedy ją otworzył, dłoń była pusta.

Z tym również poradziłby sobie biegły iluzjonista. Taki iluzjonista wyjąłby też monetę zza ucha Nebo, jak to właśnie uczynił Deukalion.

Mnicha jednak fascynował trik, który następował później. Deukalion znowu podrzucił monetę. Znów tańczył w niej blask świecy. I wtedy, na oczach Nebo, pieniądz po prostu... zniknął.

Wirując, wzbił się w górę i rozpłynął w powietrzu. Nie upadł na podłogę. Deukalion nie mógł też go złapać i ukryć w dłoni.

Nebo widział tę sztuczkę wiele razy. Przyglądał się jej z odległości kilku centymetrów, a mimo to nie potrafił odgadnąć, co się działo z monetą.

Nieraz zastanawiał się nad tą zagadką. Nadaremnie.

Teraz pokręcił głową.

- Czy to prawdziwa magia, czy tylko sztuczka?

- A czym jest odgłos klaskania jednej dłoni? - odrzekł z uśmiechem Deukalion.

- Minęło tyle lat, a ty wciąż pozostajesz tajemnicą.

- Jak samo życie.

Nebo wzrokiem przeszukiwał sufit, jakby liczył na to, że wypatrzy monetę wśród rzeźbionych kwiatów i liści lotosu. Potem przeniósł spojrzenie na Deukaliona.

- Twój przyjaciel z Ameryki wypisał całą listę nazwisk adresata.

- To zaledwie cząstka tych, pod którymi mnie znano.

- Kłopoty z policją?

- Nie, już od dawna nie. Po prostu... ciągle zaczynam od nowa.

- Deukalion... - powiedział mnich.

- To imię zaczerpnięte z mitologii, dziś znane tylko nielicznym.

Wstał, nie zwracając uwagi na szczypanie niezliczonych ranek po igłach. Mnich zadarł ku niemu głowę.

- W Ameryce znów będziesz występował w wesołym miasteczku?

- Nie ma tam już dla mnie miejsca. Czasy się zmieniły, nikt już nie pokazuje "dziwolągów", to nie jest politycznie poprawne.

- A w czasach, gdy występowałeś, jak cię zapowiadano?

Deukalion odwrócił twarz od oświetlonych mandal na ścianie, ukrywając w mroku swój świeżo wytatuowany policzek. Kiedy się odezwał, przez jego oczy przemknął ogień, jakby ślad błyskawicy, ukrytej za chmurami.

- Przedstawiano mnie... jako Potwora.

Frankenstein Dean'a Koontz'a #1 - Księga Pierwsza: Syn Marnotrawny

Autor: Kevin J. Anderson, Dean Koontz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 8/2006
Tytuł oryginalny: Dean Koontz's Frankenstein: Book One: The Prodigal Son
Rok wydania oryginału: 2005
Liczba stron: 296
Format: 145x225 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-7469-384-3
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,90 zł


blog comments powered by Disqus