Fragment #2 z książki "Frankenstein Dean'a Koontz'a: Księga Pierwsza: Syn Marnotrawny"


Poranny strumień samochodów sunął trasą I-10 równie leniwie, jak wody Missisipi płyną przez Nowy Orlean.

Detektyw Carson O'Connor zjechała z autostrady do Metairie w nadziei, że uliczkami przedmieścia szybciej dostanie się do centrum miasta, ale wkrótce przekonała się, że podjęła błędną decyzję.

Utknęła już na pierwszym skrzyżowaniu. Niecierpliwie bębniła w kierownicę swojego służbowego sedana. Miała wrażenie, że lada moment się udusi, więc odkręciła szybę.

Mimo wczesnej pory już panował niemiłosierny skwar. Ale żaden reporter, szukający sposobu na urozmaicenie programu, nawet nie próbował usmażyć jajka na chodniku. Choć ukończyli studia dziennikarskie, ocalili kilka szarych komórek i wiedzieli, że na tych chodnikach można by nie tylko usmażyć, ale nawet przypalić lody waniliowe.

Carson lubiła upał, ale nie znosiła wilgoci. Kiedyś może przeniesie się w miejsce, którego klimat bardziej by jej odpowiadał: upalne, ale suche. Na przykład do Arizony. Albo Nevady. Albo piekła.

Nie posunąwszy się nawet o centymetr, patrzyła, jak na zegarku przeskakuje kolejna minuta. I wtedy zobaczyła, co jest przyczyną korka.

Na przejściu stało dwóch dresiarzy w barwach swojego gangu, blokując samochody, gdy światło zmieniało się na zielone. Ich trzech kolesiów przechodziło od samochodu do samochodu, wymuszając haracz.

- Umyję szybę. Dwa dolce.

Niczym seria z broni półautomatycznej rozlegało się trzaskanie blokad drzwi, towarzyszące wędrówce młodych przedsiębiorców, składających swą propozycję nie do odrzucenia. Żaden wóz nie ruszył się o centymetr, dopóki kierowca nie opłacił myta.

Przywódca paczki wyrósł przed samochodem Garson. Tryskał pewnością siebie i udawaną jowialnością.

- Umyć pani okno?

Wyciągnął brudną szmatę, która wyglądała, jakby odleżała swoje na dnie jednego z licznych brudnych, zarośniętych wodorostami kanałów.

Na opalonym policzku odcinała się biała szrama, poprzecinana śladami szwów - tego dnia, gdy chłopak wdał się w bójkę z nożownikiem, dyżur na izbie przyjęć pełnił chyba doktor Frankenstein. Rzadka, anemiczna bródka świadczyła o niedoborze testosteronu.

Przyjrzawszy się uważniej Carson, cwaniak z blizną uśmiechnął się szeroko.

- Hej, laluniu. Co robisz w tym rzęchu? Powinnaś rozbijać się mercem. - Odciągnął wycieraczkę i puścił. Z plaśnięciem przykleiła się znów do szyby. - Pobudka, pomyślunek jeszcze się nie obudził? Chociaż jak się ma takie nogi i buźkę, mózg już nie jest potrzebny.

Nieoznakowany sedan przydawał się w pracy detektywa policyjnego, zapewniał anonimowość. Ale w czasach, gdy jeździła charakterystycznym czarno-białym radiowozem, nie musiała znosić takich teksów.

- Łamiecie prawo - powiedziała.

- Ktoś tu wstał lewą nogą.

- Szyba jest czysta. To zwyczajne wymuszenie.

- Biorę dwa dolce za umycie szyby.

- Dobrze ci radzę, odsuń się od wozu.

Chłopak pokazał szmatę, gotów w każdej chwili zasmarować nią szybę.

- Dwa dolce za to, że umyję, a trzy za to, że NIE umyję. Większość ciotek, bez względu na płeć, wybiera drugą opcję.

Carson odpięła pas.

- Prosiłam, żebyś się odsunął.

Cwaniak z blizną nie posłuchał, przeciwnie, wsunął głowę przez otwarte okno, owiewając Carson słodkawą wonią porannego skręta i kwaskowatym zapachem niemytych zębów.

- Daj mi trzy dolce, swój numer telefonu i ładnie przeproś, to może nie skasuję ci tej ładnej buźki.

Carson chwyciła smarkacza za lewe ucho, wykręciła je, omal mu go nie urywając, potem walnęła głową chłopaka o drzwiczki. Jego skomlenie bliższe było zawodzeniu dziecka niż wilka.

Wypuściła ucho i wysiadła, otwierając drzwiczki na tyle zamaszyście, by przewrócić napastnika.

 

Chłopak runął na ziemię i rąbnął głową w chodnik z takim impetem, że musiał zobaczyć parę niezłych konstelacji w swoim prywatnym obserwatorium. Carson oparła mu nogę na kroczu na tyle mocno, by wił się z bólu i nie ruszał z miejsca z obawy przed zmiażdżeniem rodowych klejnotów.

- A mój numer to 911 - oświadczyła, podsuwając mu pod nos legitymację policyjną.

Spomiędzy samochodów wychynęły głowy czterech kolesiów cwaniaka z blizną - czujnie, ze zdumieniem i złością, pomieszaną z rozbawieniem wodzili wzrokiem od kumpla do niej. Chłoptaś przygwożdżony do ziemi obcasem był ziomalem. Jego upokorzenie dotykało także ich, nawet jeśli gość nie do końca zasługiwał na miano swojaka.

- Nie wtrącaj się, gnojku - warknęła Carson do najbliżej stojącego łebka - jeśli nie chcesz, żebym ci zrobiła okrągłą dziurkę w tej gustownej bandamce.

 

Jej więzień próbował wypełznąć spod buta, ale policjantka mocniej docisnęła go obcasem. Łzy napłynęły mu do oczu; zdecydował, że woli posłuszeństwo od perspektywy spędzenia trzech dni z okładami z lodu na przyrodzeniu.

Mimo ostrzeżeń Carson dwóch z czterech młodocianych przestępców ostrożnie ruszyło w jej stronę. Ze zwinnością iluzjonisty odłożyła legitymację policyjną i wyjęła z kabury pistolet.

- Obczajcie tę ciotę pod moim obcasem. On już się przekonał, kto tu rządzi. Nie zadzierajcie ze mną, jeśli nie chcecie spędzić dwóch lat w pace albo już zawsze cienko śpiewać.

Nie dali nogi, ale przestali się zbliżać. Carson wiedziała, że większe wrażenie zrobiła na nich broń niż jej znajomość ich slangu. Skoro potrafiła się nim posługiwać, zakładali - zresztą słusznie - że nie pierwszy raz jest w takiej sytuacji i świetnie sobie radzi.

Nawet najgłupszy bandzior - a większość z nich wygrałaby parę dolców w "Kole fortuny" - umiał szacować ryzyko i wycofywać się, póki to możliwie.

- Lepiej spadajcie - poradziła im serdecznie. - Nie próbujcie mi podskakiwać, i tak macie zero szans.

Stojący przed nią kierowcy powoli zaczęli ruszać. Nie wiedziała, czy zobaczyli, co się dzieje, ale najwyraźniej wyczuli, że poranna zbiórka pieniędzy już się skończyła.

Młodzi przedsiębiorcy zaś, zauważywszy, że samochody odjeżdżają, uznali, że - skoro klientela się rozproszyła - nie ma sensu tu sterczeć. Czmychnęli niczym konie spłoszone grzmotem pioruna.

Tylko cwaniak z blizną nie chciał uznać swej porażki.

- Ej, suko, widziałem: na blasze miałaś napisane "Wydział zabójstw". Nie masz prawa mnie tknąć, nikogo nie zabiłem.

- Głupek - powiedziała tylko, chowając broń do kabury.

- Nie nazywaj mnie głupkiem. Skończyłem ogólniak.

- Nie skończyłeś.

- Ale byłem blisko.

Zanim chłoptaś - jak każdy typek jego pokroju - urażony niską oceną swojego ilorazu inteligencji zdążył zagrozić procesem za brak delikatności, zadzwoniła komórka Carson.

- Detektyw Carson - odebrała.

Słysząc, kto dzwoni i w jakiej sprawie, zdjęła stopę z krocza cwaniaczka.

- Spadaj - warknęła. - Bierz dupę w troki i znikaj.

- Nie aresztujesz mnie?

- Nie jesteś wart mojego wysiłku.

Wróciła do rozmowy przez komórkę.

Chłopak z jękiem wstał i złapał się za spodnie jak dwulatek, który natychmiast musi pędzić na nocnik.

Smarkacz okazał się niereformowalny. Zamiast pokuśtykać do kumpli i opowiedzieć wyssaną z palca bajeczkę, jak to wygrał z głupią suką i wybił jej siekacze, palant został, smęcąc coś o nadużyciu władzy, jakby jego jęki i pogróżki mogły obudzić w niej nagłe wyrzuty sumienia.

Kiedy Carson zakończyła rozmowę i schowała komórkę do kieszeni, młodociany przestępca próbował jej grozić.

- Masz problem: znam twoje nazwisko i dowiem się, gdzie mieszkasz.

- Tamujemy ruch - zauważyła.

- Przyjdę którejś nocy i połamię ci nogi, ręce, palce. Masz kuchenkę gazową? Przypiekę ci fasadę.

- Ekstrazabawa. Otworzę wino i przygotuję tapas. Jest tylko jeden problem, twarz przypieka się na starych kuchenkach elektrycznych, takich ze spiralą.

Jedynym orężem cwaniaka z blizną było zastraszenie, a i to nie działało na Carson.

- Lubisz tapas? - dopytywała się.

- Masz nierówno pod sufitem, głupia suko?

- Całkiem niewykluczone - przyznała ochoczo.

Odsunął się.

- A może ja się dowiem, gdzie ty mieszkasz? - spytała, puszczając do niego oko.

- Trzymaj się ode mnie z daleka.

- Masz kuchenkę gazową? - dociskała.

- Ja nie żartuję, psychopatko.

- Przyznaj się, rwiesz mnie teraz.

Strach dodał mu odwagi. Chłoptaś odwrócił się od niej i najszybciej jak się dało pokuśtykał między samochodami.

Carson już w lepszym nastroju usiadła za kierownicą, zatrzasnęła drzwiczki nieoznakowanego wozu policyjnego i pojechała po swojego wspólnika Michaela Maddisona.

Wcześniej sądziła, że czeka ją zwykły dzień, pełen rutynowych dochodzeń. Telefon to zmienił. Ze stawu w parku miejskim wyłowiono ciało kobiety. Już po wstępnych oględzinach było wiadomo, że denatka nie utopiła się przypadkowo, zażywając kąpieli przy blasku księżyca.

Frankenstein Dean'a Koontz'a #1 - Księga Pierwsza: Syn Marnotrawny

Autor: Kevin J. Anderson, Dean Koontz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 8/2006
Tytuł oryginalny: Dean Koontz's Frankenstein: Book One: The Prodigal Son
Rok wydania oryginału: 2005
Liczba stron: 296
Format: 145x225 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-7469-384-3
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,90 zł


blog comments powered by Disqus