Recenzja książki "Czas zmierzchu"

Autor: Dagmara Trembicka-Brzozowska
Korekta: Bool
25 kwietnia 2012

Wielu czytelników zaznajomionych z twórczością Glukhovsky’ego podchodziło do "Czasu zmierzchu" jak przysłowiowy pies do jeża. No bo jakże to tak? Najpierw dostają dwa tomy mrocznej, pełnej akcji historii postapokaliptycznej, gdzie trup ściele się gęsto, a ludzkie życie warte jest tyle, co nabój, a potem autor, najwyraźniej drażniąc fanów, serwuje im powieść o tłumaczu, który – jak by nie patrzeć – przez całą książkę tłumaczy teksty...

Czytelnicy nieznający "Metra 2033" również mogli czuć nieco lęku przed sięgnięciem po tytuł najwyraźniej oparty na wierzeniach Majów – o czym świadczy już piramida schodkowa na okładce. Trzeba przyznać, że nie jest to popularna wśród pisarzy tematyka, powieści do niej sięgających można szukać ze świecą. Glukhovsky dodatkowo podszedł do niej co najmniej niestandardowo.

Po pierwsze, bohaterem jest tłumacz. Dmitrij Aleksiejewicz (tak, autor zabawił się z czytelnikami i nazwał główną postać swoim imieniem) wiedzie spokojny żywot. Mieszka w starej kamienicy, w lokalu odziedziczonym po babce. Otoczony jej zabytkowymi już sprzętami, nie posiada telewizora, gardzi też radiem, którego słucha tylko w ostateczności. Utrzymuje się z tłumaczenia instrukcji obsługi, specyfikacji unijnych i podobnie pasjonujących tekstów. Żyje spokojnie, w stałym rytmie, z pietyzmem wykonując domowe czynności i niemal celebrując swoje drobne przyzwyczajenia. Wszystko zmienia się z dnia na dzień, gdy dostaje do tłumaczenia stary hiszpański manuskrypt opowiadający o wyprawie grupy konkwistadorów w głąb dżungli w poszukiwaniu dawnych majańskich ksiąg.

Rytm "Czasu zmierzchu" jest wyjątkowo spokojny i jednostajny. Przez większą część powieści pozornie nic się nie dzieje – razem z Dmitrijem czekamy coraz bardziej niecierpliwie na kolejne rozdziały kroniki do tłumaczenia, jednocześnie mimochodem wychwytując wiadomości o moskiewskich makabrycznych morderstwach i katastrofach naturalnych pustoszących Ziemię. Dopiero gdy bohater zaczyna składać w całość rozsypane wokół niego fragmenty układanki, a tajemnicze stworzenia zaglądają mu w okna, akcja zaczyna nabierać rozpędu, prowadząc do prawdziwie zaskakującego zakończenia.

Glukhovsky’emu należy oddać, że świetnie poradził sobie z niezmiernie trudnym zadaniem, jakim było zainteresowanie czytelnika książką w większości wyglądającą na pozbawioną akcji. Stateczna, wyciszona narracja wciąga w świat Dmitrija i pozwala nam wczuć się w jego skórę... A gdy zaczynają się dziać rzeczy przerażające i makabryczne, możemy bać się razem z nim.

Tłumaczenie, na tyle, na ile może ocenić to laik nieznający oryginału, jest na wysokim poziomie, podobnie samo wydanie. Nie ma nic przyjemniejszego niż lektura książki bez błędów i literówek, napisanej pięknym, literackim językiem; Insignis najwyraźniej wyjątkowo dba o swoje publikacje.

Podsumowując – nie jest to kolejne "Metro 2033", a zupełnie nowa, odmienna powieść, która zaskoczy każdego, kto już miał do czynienia z książkami tego autora. Warto sięgnąć po tę pozycję. Mimo różnych opinii, na pewno nie rozczaruje ani nie znudzi.

Czas zmierzchu

Autor: Dmitry Glukhovsky
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Wydawnictwo: Insignis
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 11/2011
Liczba stron: 400
Format: 140x210 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788361428473
Wydanie: I
Cena z okładki: 9,99 zł
Materiały powiązane:




blog comments powered by Disqus