Recenzja książki "Metro 2033"

Autor: Fenris
Korekta: Magda Pudło
12 lipca 2010

„A potem, po jakichś pięciu minutach milczenia, prawie niesłyszalnie, mówiąc raczej do siebie niż do Artema, westchnął:
- Boże, jaki piękny świat zniszczyliśmy…”

Wraz z pierwszym grzybem atomowym, którego kapelusz zasłonił srebrzyste gwiazdy, rozwiała się niczym sen jakiś złoty trafność koncepcji głoszącej, że broń nuklearna to narzędzie szachujące mocarstwa, które nią dysponują. Kolejne pociski leciały bezbłędnie ku celom – nie w imię idei, chwały państwa czy po prostu z rozkazu, lecz wskutek łez wyciśniętych świadomością, że rodzina umarła zmieciona w mgnieniu oka potworną falą uderzeniową albo wręcz przeciwnie, została skazana na powolną agonię w objęciach promieniowania. Głowice rozbijały w puch miasta wroga – wszak można było wpaść w rozpacz lub gnać łodzią podwodną na łeb, na szyję, byleby tylko pomścić najbliższych. A potem zapadła długotrwała cisza, po której narodzili się ci, co mieli odtąd pełzać. Moskiewskie metro, pełniące funkcję schronu przeciwatomowego, przyjęło rzeszę uciekinierów, mających od tego czasu nosić dumne miano człowieka. Człowieka, który zamienił powierzchnię planety w pustynne piekło.

Wśród nich był główny bohater, wtedy jeszcze nie Artem, lecz mały brzdąc, Artemka, niepamiętający czasu sprzed kataklizmu. Wkrótce traci jedyną nić łączącą go z dawnym światem i ląduje na stacji WOGN, na północnej rubieży podziemnego labiryntu, starając się przeżyć w tej jakże niesprzyjającej przetrwaniu epoce, kiedy niebo zostało zastąpione obdrapanym sufitem. Ale w czasach przedwiośnia, jeszcze nie stary, lecz już bynajmniej nie gołowąs, Artem staje przed wyzwaniem decydującym o losach metra – teraz od niego zależy, czy podejmie Misję przez duże „M”. Decydując się na krok w odmęty mroku, pociągnie za sobą lawinę wydarzeń, a wraz z tym wszystkim czytelnika, który równie śmiało dokona wyboru o eskapadzie wzdłuż i wszerz moskiewskiego metra. A będzie to nielicha przygoda!

Trudno odmówić autorowi, Dymitrowi Glukhovskiemu, oryginalnego pomysłu na fabułę. Niby historię ludzkości w dobie atomowej postapokalipsy doskonale znamy, wyruszywszy już na wędrówki w świecie serii gier komputerowych „Fallout”, ale ujęcie tego zagadnienia z perspektywy rosyjskiej wydaje się czymś świeżym. Skądinąd nawet i bez tego doświadczenia temat losów ludzkości po nuklearnym holokauście w słowiańskiej otoczce zasługiwałby na uznanie. Innym elementem budującym gmach świetnej lektury jest klimat, uderzający w czytelnika od pierwszego kontaktu z książką, szczególnie gdy otwiera ją na planie metra. Rzut oka na legendę i już wzbiera ciekawość! Czwarta Rzesza, Linia Czerwona, Hanza, Polis, zagrożenie psychiczne, promieniowaniem, dżuma… Problem w tym, aby zawczasu wzbudzone nadzieje należycie spełnić. To jednakże autorowi udaje się uczynić, gdy rzuca Artema w tę i we w tę, tym samym sycąc czytelnika niesamowitym klimatem metra.

Zaś sam klimat nie jest zbudowany tylko z pomysłu, lecz nade wszystko z kalejdoskopu przedziwnych person i społeczności, które stają na drodze głównego bohatera. Takiej plejady rozczulających indywidualności, jak i typów wziętych wprost z najczarniejszego serca koszmaru, dawno nie uświadczyłem na kartach powieści. Jest to mieszanka wybuchowa, której każdy składnik próbuje na swój sposób uporać się z rzeczywistością otaczającego go zewsząd betonowego tunelu. Glukhovsky stworzył niesamowitą mozaikę, istny patchwork utkany z ludzkich prób powrotu do normalności, a z drugiej strony: z szaleństwa, mistyki i mieszaniny różnych elementów prawie utraconej kultury. Nie wspominając o tworzącej się swoistej dla metra kulturze – pełnej opowieści przy ognisku, zasłyszanych historii, mitów, marzeń, okropieństw i wszędobylskiego strachu. Do tego dodać należy znakomicie wplecione wątki oniryczne Artema, umożliwiające dojrzenie, w jaki sposób wydarzenia w metrze oddziaływają na psychikę człowieka tułającego się od stacji do stacji. Wniosek ogólny jest taki, że w metrze nie ma jednej recepty na życie – w przeciwieństwie do stalkerów zasiedlających Zonę braci Strugackich (choć i w powieści Glukhovskiego pojawiają się owi spece od przeżycia w trudnych warunkach).

W „Metrze 2033” dostrzegłem jedną poważniejszą wadę. Niestety, pomimo urzekającego klimatu, powieść miejscami czyta się trochę topornie – szczególnie na początku. Autor zaczął ją pisać w wieku 15 lat, zapewne później weryfikując to, co napisał, ale nie zmienia to stanu rzeczy, że wraz z kolejnymi stronami całość nabiera większej płynności i warto przebrnąć przez wstęp, aby móc z przyjemnością zatopić się w kolejnych rozdziałach. Ta drobna wpadka nie jest w stanie przesłonić pozytywnego wizerunku całokształtu książki. Perypetie Artema wciągają, klimat metra urzeka, a każdy następny rozdział to kolejna dawka przygód. Na zakończenie warto nadmienić, że na podstawie książki powstała zbierająca niezłe noty gra komputerowa pod tym samym tytułem, w którą można się zagłębić w oczekiwaniu na polską premierę „Metra 2034”.

Metro #1 - Metro 2033

Autor: Dmitry Glukhovsky
Wydawnictwo: Insignis
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 2/2010
Liczba stron: 592
Format: 140x210 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-61428-17-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,90 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus