"Wieczorem.Nad.Jeziorem"


I

Ale zleciało…

Jak to się stało?

II

Pik-puk! Pik-puk!

Gdzie jest mój ogonek?

III

Sialalala lala lam

Coraz więcej dziwactw mam.

IV

Coś z prawej, coś z lewej – chyba nie zaspałem. Wyraźnie, ja wszystko wyraźnie słyszałem!

V

Pewnie leżę tu już długo, bo wyrosło mi lanugo.

VI

Szybko rosnę, tańczę, skaczę. Kiedy mamo Cię zobaczę?

VII

Tutaj ciasno! Muszę  kucać. A ja, tato, mam już płuca!

VIII

KOP!

Ups! Wybacz mamo, lecz tu strasznie niewygodnie…

IX

Już nadchodzi ten dzień chyba, bo próbuję się obrócić.

Jakiś sznurek się nawija, chyba chce się ze mną kłócić.

Widzę światło, szepty, cienie. Widzę świat, który czekałem!

Ale to tylko złudzenie. Chcę iść. Idę. Już kawałek…

      Co robi Andrzej, kiedy dowiaduje się, że jego dziecko zmarło podczas porodu? Jest załamany, to jasne.

- Zaplątał się  w pępowinę. To się zdarza, lecz ze skutkiem śmiertelnym naprawdę rzadko. Robiliśmy wszystko co w naszej mocy. – Twierdzi ten niedouczony kutafon w kitlu.

      Andrzej jedzie do domu i pada jak kłoda w pokoju dziecięcym, który to swojego właściciela nie doczeka. Mężczyzna łapie różowego słonia i wydłubuje mu plastikowe oczy. Krzesłem masakruje błękitną kołyskę. Spada z niej klaun, który śmieje się i klaszcze. Zabawka kończy swój żywot pod butem nie-taty.

      Wpadają  rodzice i wypytują go o wszystko, choć pewnie większości się domyślili. Zapomina, że ma krtań, ale jakimś cudem opowiada im o tragedii. Nie-dziadek i nie-babcia płaczą wtuleni w siebie. Martwią się o Krysię – żonę Andrzeja. Jak bidulka to zniesie? Czy się nie załamie? Musimy tam jechać, natychmiast.

      Zostawiają  go samego. Nie może wytrzymać tej ciszy. Wybiega z domu, nie martwiąc się kluczami. Wpada do samochodu i rusza przed siebie. Jest pochmurno, ale nie pada. Łzy zastępują mu deszcz. Z przyzwyczajenia włącza wycieraczki. Nie pomaga.

*

     Około osiemnastej dotarł na skraj lasu, w którym bawił się jako dziecko. Planował, że będzie zabierał tu Adasia (bo tak jego syn miał się nazywać) na grzyby. Rozkocha go w przyrodzie zapomnianej przez erę dzieci komputera.

      Zamknął samochód i pobiegł w stronę jeziora. Nie przejmował się tym, że ma na sobie nowe jasne dżinsy. Chlapał błotem na prawo, na lewo i na siebie. Wreszcie, gdy ujrzał lustrzaną taflę wody, przystanął pod brzozą i zapłakał.

      Adaś – dziewięć miesięcy niepewności i zapewnień lekarzy, że wszystko idzie zgodnie z planem. Krysia nie palić, Krysia zostaw wódkę, Krysia to niezdrowe. Na co to? Na co to wszystko?

      Na chwilę zapanował nad swym cierpiącym umysłem i zaplanował, że zsunie się z wysokiej skarpy na sam brzeg. Tak spontanicznie i bezsensu. Złapał się kępy trawy i spuścił czarne adidasy na dół. Jednak to, co utrzymywało ongiś małego chłopca, nie wystarczyło dla rosłego mężczyzny. Trawa zerwała się i Andrzej począł spadać. Ostatnia myśl, jaka zaświtała mu w głowie to: „skręcę sobie kark”.

      Jednak tak się nie stało. Za rękę złapała go kobieta. Podciągnęła do góry i posadziła na trawie.

      Wszystko zdarzyło się tak szybko, że nie zdążył mrugnąć.

- Igra pan z losem – upomniała.

      Andrzej stwierdził, że była śliczna. Miała długie kasztanowe włosy, wydatne usta i zgrabny nosek. Całości dopełniała nienaganna sylwetka i długie nogi. Jedynym mankamentem był jej ubiór – stare, podarte łachy, brak butów i skarpet.

     Poza tym, zaskoczył go fakt, iż taka krucha istota zdołała utrzymać go i podnieść.

- Pokażę panu łatwiejszą  drogę  - zaproponowała, nie zważając na jego głupi wyraz twarzy.

      Prowadziła wydeptaną ścieżką na piaszczysty brzeg. Oczywiście dobrze znał tę drogę, ale chciał zaoszczędzić na czasie.

- Kim pani jest? – zapytał ośmieliwszy się nieco.

- Nikim szczególnym. Można powiedzieć, że opiekunką tego jeziora.

      Rusałka? Przecież to absurdalne, lecz przypomniał sobie zasłyszane legendy o tym rozlewisku.

- Pana natomiast sprawdza tu… ciekawość? Czy chęć popełnienia samobójstwa? – zażartowała sucho.

      Zadumał się. Co by jej odpowiedzieć? Postanowił, że najlepiej być szczerym:

- Po prostu mój syn, Adaś…

- A tak! – Od razu wcięła mu się w zdanie. – Widziałam go tu.

- Tutaj? To niedorzeczne, proszę pani, on…

- On tu biegał, hmm, jakieś pięć minut temu. Potem popędził do wody.

      Andrzeja zamurowało, jednak był w takiej rozpaczy, że był w stanie uwierzyć w szczekające kurczaki z KFC.

- Utopił się?

- Skądże! –Uśmiechnęła się piękna nieznajoma. –Biega pewnie po dnie, zaprowadzę pana.

      Całkowicie jej zaufał. Mogłaby go spalić żywcem za cenę ujrzenia syna – zgodziłby się.

     A ona zaprowadziła go jedynie do lodowatej wody. Dreszcze przeszły mu po karku. Musiała to zauważyć, gdyż zwolniła. Potem rzuciła się niespodziewanie w toń i zniknęła, jako jedna z fal.

      Chciał  zrobić to samo, ale udało mu się tylko zanurkować. Widział glony, dno i jeszcze więcej glonów, nigdzie jednak rusałki (bo teraz było to już niemal pewne). Ani Adasia, chociaż…

      Tak, dostrzegł niewyraźny kształt w oddali. Obiekt zbliżał się. „Hura!” - chciał wykrzyknąć, ale z jego ust wydobyły się tylko bąble. To Adaś jakiego sobie wyobrażał. Kruchy chłopczyk o magnackim wyrazie twarzy. Biegał po dnie tak naturalnie, niczym na boisku za piłką. W końcu malec wyłowił wzrokiem ojca, a ten mu pomachał. Chłopiec kiwnął palcem i wskazał na brzeg, biegnąc w tamtym kierunku.

     Andrzejowi ulżyło, gdyż kończyło mu się powietrze. Szybko zamachał  rękami i wypłynął na powierzchnię.

      Ani śladu Adasia. Czyżby mieli bawić się w chowanego?

- Raz, dwa, trzy, szukam! – mruknął niepewnie tata.

      Niestety, nie znalazł tego, czego oczekiwał. Uśmiech runął z jego twarzy, kiedy zobaczył na piasku martwy płód.

- Nie, to nie możesz być ty – powiedział i pobiegł w kierunku ciała. Los bywa jednak okrutny. To samo (tylko mniejsze) wymarzone czółko, te same (tylko mniejsze) wymarzone nóżki i oczka. Andrzeja! Niech to szlag, Adasia!

      I poczuł tak niesamowity ból, taka gorycz wlała się do jego żył, że chciał utożsamić się z martwym dzieckiem. Rozebrał się do naga i położył na piasku. Lękliwie wyciągnął dłoń w kierunku płodu. Zrozumiał, że przecież pochodzi z jego ciała i przestał się obawiać. Śmiało sięgnął po synka. Ten, jakby jeszcze ostatkiem sił opierał się - wyrywał, a po prostu ugrzązł w piasku.

      Andrzej tulił chłodne ciało i próbował ogrzać. Na nic. Płakał i czuł (płynącą z bliskości) rozkosz jednocześnie. Na kilku płaszczyznach: sentymentalnej, duchowej i cielesnej. Odczuwał fizyczność drugiej osoby obok siebie. Zaciskał rękę na piasku i naprężał mięśnie.

- Adasiu – łkał.  – Synku…

      Mocniej zaciskał dłoń i puszczał, i jeszcze raz, i jeszcze, aż  w końcu ze zmęczenia wpadł do krainy snu.

      Sowa widziała, jak dwóch mężczyzn w mundurach prowadzi skazańca. Wrzucili go do furgonetki i, zanim ją zamknęli, uderzyli go w twarz.

      Sowa słyszała, jak krzyczeli:

- Dlaczego zgwałciłeś  tę bezdomną kobietę? Dlaczego, pojebie?!

- Zostaw go Jaro, dostanie za swoje.

- Coraz więcej tych chorych zboczeńców…

      Ptaszyna się tym nie przejęła. Poleciała nad jezioro, gdzie ujrzała zmasakrowane ciało pięknej kobiety w plastikowym worku. Chodziła tu często i karmiła wróble. Chodziła…

     X

      Gdzieś  tam jadą policjanci z oskarżonym, wykrzykującym coś na temat syna.

      Gdzieś  tam w szpitalu zapłakana kobieta tonie w bólu.

      A w jeziorze tańczą roześmiane dzieci…



blog comments powered by Disqus